Z notatnika dziejopisa

Pisząc felietony – i to nie tylko sportowe - kiedyś i teraz ważne było dla mnie oraz nadal jest, aby ich treści w swoisty sposób „podróżowały”, żeby stały się w przypadku „Z notatnika Dziejopisa” przyczynkiem do rozmów o futsalu w Polsce. Chciałbym także, aby pozwoliły też spojrzeć na dyscyplinę oraz ludzi z nią związanych albo tylko jej sympatyzujących z dystansu. Celowo piszę o owym dystansie, gdyż my Polacy – zupełnie niepotrzebnie – bardzo drażliwi jesteśmy na tle własnego znaczenia w czynieniu dzieła (czytaj sportu, futsalu, i podobne), którym się zajmujemy. Dlatego życzyłbym sobie, aby felietonowe zdania wywoływały najlepiej refleksję, a nie powodowały zatargów.

Prezes Boniek zaprezentował z wielką pompą nowego selekcjonera kopanej trawiastej, Jerzego Brzęczka. Przyjąłem to jako normalne zadanie prezesa. Niemniej z jego mowy laudacyjnej wpadła mi do ucha kwestia, w której prezes przedstawia swój, a pewnie i związkowy, pogląd na awanse do finałów mistrzowskich turniejów (MŚ, ME). Zdaniem prezesa w cyklu dwuletnim powinniśmy awansować na każde kolejne finałowe turnieje mistrzowskie. Jak zrozumiałem jest to w sposób zawoalowany przekazanie oczekiwań wobec nowego selekcjonera.

Też jestem zdania, że teraz - kiedy do finałów ME awansuje niemal co druga reprezentacja zrzeszona w UEFA - wstydem byłoby nie widzieć tam Polski. Z drugiej jednak strony zadziwił mnie nieco minimalizm prezesowski. Ja postawiłbym obowiązek bycia w szesnastce turniejowej każdej z tych imprez. Widzę z tego, że moja wiara w polska piłkę jest większa od prezesowskiej. Chyba, że ja czegoś nie wiem, a prezes będący bliżej lepiej rozpoznaje rzeczywistość. Takie zadanie uczestniczenia w każdym turnieju finałowym można bowiem co najwyżej stawiać futsalowi, który jest niedoinwestowany, a nie mocarnej finansami piłce trawiastej.

A jak już przeszedłem tak elokwentnie do futsalu, to muszę napisać odnosząc się do awansów, że będę oczekiwał awansów do finałów ME seniorów. Natomiast jeszcze nie odważę się narzucać obowiązku awansu do finałów seniorskiego turnieju światowego. O ile w Europie to jest minimum co powinniśmy zrobić, to w rywalizacji światowej czeka nas jeszcze wiele pracy. I każdy awans przyjmowałbym jako spora niespodziankę. Ale miłą niespodziankę. A nawet sensację. Też miłą. Artykułując natomiast swoje oczekiwania wobec futsalu kobiecego oraz młodzieżowego odnośnie udziałów w mistrzowskich turniejach napiszę, że nic od nich nie oczekuję. Każdą kwalifikację oraz wynik przyjmę z zadowoleniem. Na „prawdziwe wyniki” poczekam, aż usystematyzuje się praca w polskim futsalu w tych kategoriach.

Kolega z Ukrainy, znawca tamtej „małej piłki”, zapytał mnie podczas pobytu w Odessie, dlaczego jego rodacy nie mogą grać w polskim futsalu na podobnych zasadach jak obywatele Unii Europejskiej. Szczerze mówiąc nie wiem – odpowiedziałem mu krótko. A nawet nieco wstydliwe. Wstydliwie, gdyż wstydzę się jako Polak za tych, którzy nakreślają takie zasady regulaminowe. Jeden zawodnik spoza UE na parkiecie jest dla mnie rzeczą śmieszną w momencie, gdy pozwala się „unijnym średniakom”, a nawet „słabeuszom” wybiegać na parkiety futsalowe w liczbie nie mającej nic wspólnego z rozwojem polskiego futsalu. Aby było jasne, nie wynika to z żadnych nadrzędnych regulacji lecz tylko z założeń danych związków sportowych. Tak oto kolego z dalekiego Kijowa na budowie w Polsce twoich rodaków może pracować na jednej zmianie, w jednej brygadzie ilu tylko będzie chciało, ale na parkiet futsalowy jednocześnie wybiegnie tylko jeden. Chociaż klub może ich sprowadzić więcej. I jaka sprawiedliwość. Chyba żadna.
Po felietonie, w którym oceniłem, że brak play-off w ekstraklasie futsalu jest niekorzystny dla rywalizacji otrzymałem wiele telefonów, maili. Większość respondentów optowała za play-offami. Należę do ludzi, którzy nie unikają poszukiwania nowych rozwiązań. Futsal nie jest przecież aż taką świętością, by miał być nietykalny regulaminowo. Poważniejsze dyscypliny czynią to cyklicznie, względnie ad hoc. Wszystkim moim czytelnikom polecam system, o którym niegdyś już wzmiankowałem. Czyli pierwsza szóstka po sezonie zasadniczym gra play offy, z tym, że dwie pierwsze drużyny w tabeli wchodzą do nich dopiero w półfinale. Zespoły od trzeciego miejsca do szóstego grają pomiędzy sobą pucharowo o dwa miejsca w czwórce. I następnie razem z liderem oraz wiceliderem tabeli po rundzie zasadniczej rozstrzygają bój systemem pucharowym o mistrzostwo oraz w dalszej kolejności o medale. To, do ilu wygranych będzie się toczyć rywalizacja w tych systemach pucharowych, zależy od wolnych terminów na rozgrywki. Pozostałe zespoły od siódmego miejsca do czternastego (tyle teamów ma liczyć ekstraklasa od sezonu 2019/2020) mogą jeszcze zmierzyć się parami o sąsiadujące miejsca. Jakie to proste – powiedział pan Józef – recenzent, gdy mu przeczytałem. A jakie atrakcyjne – dodałem.

Czasami wydaje mi się, że takie dyskusje mają wymiar czysto akademicki. I nie chodzi w nich o treść tylko formę. Jeżeli poda projekt ktoś ważny, decydent – przyjmuje się go bez sprzeciwów. Gdy zaaplikuje go ktoś z drugiego szeregu rozpoczyna się nic nie wnosząca dyskusja ostatecznie utrącająca projekt. I dopiero po czasie, jakby kuchennymi drzwiami, przepycha się go w wersji nieco przerobionej i „odpowiednio podanej”. Bo to jest Polska właśnie. Już w szesnastym wieku jezuita Piotr Skarga mówił – „Prawda jako uczciwa niewiasta w lada sukni jest przyjemna; nieprawda jako nierządnica szatami, słowami się pstrymi przybiera”.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Staniała nam piłkarska reprezentacja trawiasta po mundialu rosyjskim. Jej kapitan jest obecnie przez fachowców wyceniany o około 5 milionów euro mniej niż przed mundialem. Inni pewnie też stracili na wartości. Nawet w sklepach gadżety z logo PZPN, czy widoczkiem piłkarzy są nieraz o połowę tańsze. Tak to bywa, gdy z dużej  chmury spadnie niewielki deszczyk. Mam nadzieję, że w związku piłkarskim wyciągnie się z rosyjskiej lekcji nauczkę i propaganda, zwana pijarem, da miejsce rzetelnej pracy oraz formie zdobytej w przygotowaniach. Odnosząc całość do futsalu, z czystym sumieniem powiem, że wykonuje się tutaj w kadrze pozytywistyczną pracę bez zbędnych wywiadów, fotek, obiecanek. I niech tak trwa.

Pamiętam z historii jak Niemcy przedwojenne zachwycały się sterowcami, które miały zrewolucjonizować ówczesny transport powietrzny. Ponadto też stać się przydatne dla wojska. Jednak, kiedy jeden z nich, o nazwie „Hindenburg”, spłonął nad New Jersey, plan padł. Zaniechano wykorzystywania sterowców do lotów pasażerskich. Warto o tym zdarzeniu pamiętać, aplikując go sobie do sportowych planów, gdyż nie marzenia decydują, a realia. Chorwaci nie wynosili się za wiele przed mistrzostwami. Weszli do finałów po barażach. Miejsce w rankingu mieli gdzieś na początku trzeciej dziesiątki, a powrócili z wicemistrzostwem. Warto może ten styl, z wyjątkiem baraży, naśladować. A od „Wives and Girlfriends” (żony, partnerki piłkarzy), którymi nas epatowali w internecie polscy reprezentanci, przynajmniej ja wolę bardziej oglądać chorwacką sympatyczną prezydent, która dodała niezbywalnego uroku ceremonii zakończenia mistrzostw.

Należę do pokolenia, które miało okazję świętować sukcesy reprezentacji Polski na mistrzostwach świata. Dwa trzecie miejsca (1974, 1982) nie zdarzają się na co dzień. Tacy piłkarze jak Deyna, Lato, czy Boniek, też – jak pokazały rosyjskie stadiony – na pniu nie rodzą się. Cały kraj radował się wówczas i bawił, podobnie jak teraz Francja czy Chorwacja. Dlatego szkoda mi młodych Polaków, ale też i ludzi starszych, którym piłkarze wraz ze szkoleniowcami nie dali Anno Domini 2018 takiej możliwości. Możliwości radowania się. A nadzieje rozbudzono ponad miarę. Może jednak, jak po tej katastrofie „Hindenburga”, coś się zmieni i zacznie nasza piłka trawiasta stąpać po ziemi, zamiast bujać w obłokach. Przypuszczam, że nowy selekcjoner Jerzy Brzęczek, z którym jako piłkarzem, a także i trenerem, miałem okazje zamieniać zdania, jest w stanie to zagwarantować. Ową rzetelność oraz spokój. O wynikach nie odważę się napisać.

Wakacyjne miesiące, okres kanikuły, wolne w szkołach, na uczelniach pozwalają organizować różne studenckie imprezy mistrzowskie. Jeszcze nigdy w lipcu oraz sierpniu w zawodach o charakterze światowym, czy europejskim nie uczestniczyło tak wiele polskich studenckich teamów futsalowych. W sierpniu do Kazachstanu na Akademickie Mistrzostwa Świata udadzą się reprezentacje – kobieca oraz męska. Gdy piszę te słowa, w Portugalii trwa impreza pod nazwą Europejskie Igrzyska Uniwersyteckie. To największa impreza sportowa dla studentów Europie (w 2022 roku gospodarzem jej będzie Łódź).  Tak się składa, że miałem możliwość uczestniczyć przed laty w obydwu tego rodzaju imprezach. Proszę mi wierzyć - poziom sportowy jest wysoki, a i zabawa – jak to u studenckiej braci – przednia. Życzę sukcesów.

W Portugalii nasz kraj reprezentowany będzie nad wyraz licznie. Pojawili się w Coimbrze akademiccy mistrzowie Polski z Uniwersytetu Warszawskiego oraz reprezentanci Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. W rywalizacji kobiet zobaczymy studentki z Uniwersytetu Jagiellońskiego z Krakowa oraz PWSZ w Wałbrzychu. Całkiem spore grono wysłali na portugalskie zmagania futsalowi sędziowie. Są to panowie – Steczko, Grabowski, Wiercioch, Mital oraz pani Netkowska. Nad stroną sportową turnieju będzie czuwał delegat techniczny Europejskiej Federacji Sportu Studenckiego, Tomasz Aftański. No cóż, przy takiej obsadzie oraz „zabezpieczeniu” może uda się wywalczyć jakieś medale. Trzymajmy kciuki.

Portal FE zaprezentował wypowiedź trenera Juszczaka, który na rosyjskich mistrzostwach był w sztabie analitycznym trenera Nawałki. Mówi on między innymi o przydatności futsalu dla piłkarzy na trawie – „Co do zawodników mających w swoim życiorysie futsal, to bez względu na rangę imprezy "mała piłka" nie przeszkadza w niczym. Treningi na małej przestrzeni, z ciągłym atakiem przeciwnika, pozwalają mieć większe szanse w "dużej piłce". Szybkość reakcji, gra na jeden-dwa kontakty, to wszystko co charakteryzuje futsal, a jest również obecne w futbolu. Ne można jednoznacznie oceniać, komu pomógł futsal, a komu nie, ponieważ trzeba pamiętać, że jest to sport”. Nic dodać, nic ująć. Ale to, co oczywiste jest dla mnie, śmiem twierdzić nie jest tak oczywiste dla wielu szkoleniowców piłki trawiastej. I to nie tylko w klubach, ale i w różnych pionach szkolenia na wielu szczeblach piłkarskiego związku. Nie za bardzo, na chwilę obecną, widzę możliwość przecięcia tego symbolicznego węzła obstrukcji rzesz trenerów trawiastych wobec futsalu. Nie wyobrażam sobie (a wyobraźnię mam całkiem pojemną) istnienie zdecydowanej siły sprawczej, która pozwoliłaby, a nawet wymogła wpisanie szkolenia futsalowego do chociażby corocznych konferencji piłki trawiastej. Nie mówiąc już o zainteresowaniu właściwych ministerstw obowiązkowymi zajęciami piłki halowej (futsal) w szkołach. I nie pomoże w tym Komisja Futsalu, gdyż za niskie progi. Sygnał musiałby pójść z samej wierchuszki związkowej. Nawet nie od wiceprezesów.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Bodajże na początku czerwca Marcin Synoradzki pomieścił w swoim artykule o futsalu takie zdanie – „Szkoleniowcy i piłkarze chcą się rozwijać, grać mecze o stawkę, a hamulcowymi futsalu są prezesi, bez wyobraźni i nie potrafiący myśleć o całej dyscyplinie, tylko o swoim własnym ogródku. To jest największy dramat naszego sportu”. Czytając ów materiał odniosłem wrażenie, że określenie „hamulcowi” nie dotyczy tylko prezesów klubowych, ale sporego grona kierujących na różny sposób polskim futsalem.

Nie należę do ludzi, którzy po jednym zdaniu, czy kilku frazach natychmiast identyfikują swoje myślenie z treścią przeczytaną. Niemniej, po lipcowym zebraniu Spółki Ekstraklasowej muszę stwierdzić, że nie rozumiem pewnych pociągnięć prezesów klubów. Szczególnie nieroztropne było – moim zdaniem – nie spróbowanie przejścia do fazy play off po zakończeniu sezonu zasadniczego. Oceniam to nawet w kategorii strzału w przysłowiową stopę dla ekstraklasy. W stopę emocji rozgrywek, w stopę poziomu rywalizacji, w stopę atrakcyjności sponsorskiej. Niestety, przeważyło kunktatorstwo, które nie wróży dobrze przyszłości dyscypliny jako całości. Być może poszczególne klocki naszej futsalowej układanki wyszły z zebrania zadowolone, lecz nie takie powinno być myślenie o przyszłości dyscypliny, którą sloganami głoszonymi przy różnych okazjach tak mocno każdy z decydentów uwielbia.
Gdy wymieniałem przed napisaniem felietonu swoje uwagi o tych sprawach z jednym z dziennikarzy piszącym o piłce nożnej, a przy okazji też po trosze o futsalu - powiedział mi on, że jeżeli system był kiedyś ustalony na trzy lata, to nie powinno się go zmieniać przed czasem. Tym nawiązał do zatwierdzonego w 2016 roku systemu rozgrywek Futsal Ekstraklasy. Szanuję każde zdanie i każdego rozmówcę, ale nie zgodzę się z moim kolegą w tej kwestii. Jeżeli jawi się bowiem jakakolwiek możliwość zmiany na lepsze (a w rzeczonym przypadku play offy takim przypadkiem są) należy to czynić niezwłocznie w dogodnym regulaminowo terminie.

Podczas lipcowego zebrania Spółki FE jednak inna rzecz niż play offy zadziwiła mnie jednak bardziej. Jest to hołdowanie schematom wypracowanym dla organizacji rozgrywek przez piłkę trawiastą.  Tam też po kilku latach zawirowań z dzieleniem punktów odstąpiono wreszcie od ich „połowiczenia”. Tak na marginesie, to owe dzielenie punktów na trawie musiał wymyślić jakiś, podchodzący do piłki niezwykle abstrakcyjnie osobnik. Nie chciałbym, aby futsal kopiował dobre albo udane, czy niezbyt udane schematy z trawy. Jest odrębną dyscypliną i niech przy poszukiwaniu rozwiązań dla prowadzenia rozgrywek zwraca się raczej ku grom halowym, czy też nawet hokejowi. Z piłką trawiastą niech łączy go tylko wspólna federacja. Ale też nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby kiedyś powstała światowa oraz europejska federacja futsalowa. Przynajmniej jako sympatyk, czy działacz futsalowy nie czułbym się podrzutkiem.

Prezes Boniek odnosząc się do głośnego w ostatnich dniach transferu Ronaldo - najlepszego piłkarza globu - z hiszpańskiego Realu do włoskiego Juventusu, rzekł, że skorzysta na tym oprócz turyńczyków cała liga włoska. Nic dodać, nic ująć. Prezes w materii ogólnej zawsze celnie ocenia. Rozpocząłem ten akapit od Ronaldo, by wskazać polskiej ekstraklasie futsalowej, jak ważne są transfery wyrazistych zawodników dla całej dyscypliny, a także jej krajowych segmentów. W poprzednim sezonie był dla mnie takim wyrazistym elementem dla polskiego futsalu czeski internacjonał Michal Seidler. Jego nazwisko gwarantowało, że o polskim futsalu mówiło się poza granicami. Z całym bowiem szacunkiem dla polskich futsalistów, nie mają oni jednak jeszcze takiej marki, by ich zapamiętywano.

Nawet Michał Kubik, który był strzelcem dającego nam remis gola z Rosją podczas słoweńskich finałów mistrzostw Europy, nie zapadł w pamięć wielu moim rozmówcom. A pytałem o niego - i w Niemczech, i na Ukrainie, i we Francji, czy też w Serbii. Nie było natychmiastowego skojarzenia. Pamiętają go Rosjanie – co jest oczywiste. Dlatego tak niecierpliwie czekam na oferty transferowe przed nowym sezonem. A szczególnie na informacje z Rekordu Bielsko Biała. Kto bowiem, jak nie mistrz Polski, powinien nas zachwycić ciekawym transferem. Czekam tym bardziej, gdyż jak w rozmowie zapewnił mnie prezes Szymura, zastąpiony zostanie Seidler równie dobrym nazwiskiem. Liczę, że będzie to zawodnik – motor dla polskiego futsalu. Również poza naszymi granicami.
Marszałek Józef Piłsudski zwykł mawiać – „Jeżeli sami nie napiszemy historii, to inni ją napiszą tak, że się w niej nie poznamy”. Coś jest w tych słowach. Cytuję je nie po to, by namawiać do pisania historii – chociaż niech każde przelewa na papier, czy do komputera swoją wiedzę futsalową. Może kiedyś powstanie z tego po udanej kompilacji ciekawe dzieło. Przedstawiam słowa Marszałka jako swoistą przenośnię do bieżącego tworzenia polskiego futsalu. Należy bowiem pamiętać, iż każde obecne działanie ma wpływ na przyszłość. A każde obecne zaniechanie nie da się już niestety, w przyzwoitym momencie, naprawić. Jako historyk z wykształcenia wiem, że historia jest okrutna i potrafi osądzić po latach surowo zaniedbania, kunktatorstwo, tchórzostwo, niesolidność.

Aby jednak nie kończyć minorowo, znajdę światełko dla ekstraklasy. Po ostatnim zebraniu ułożył się na kierowniczych stanowiskach Spółki FE całkiem przyjemny duet. Prezes Maciej Karczyński – jako prezes zarządu Spółki FE - oraz Janusz Szymura – jako prezes jej Rady Nadzorczej. Jak nie oni, to kto? Jak nie teraz, to kiedy? Te dwa pytania nie są bezzasadne. Nadchodzący rok powinien   rozstrzygnąć, czy wychodzenie z dołka, w jaki SFE zapadła przed laty, zaowocuje prosperitą na dłuższy czas. Tegoroczny wynik – i to nie tylko finansowy - każe bowiem patrzeć na przyszłość z optymizmem. Ale jeszcze nie krzyczałbym "na pohybel wrogom".

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Reni Jusis w swojej piosence śpiewa – „A mogło być tak pięknie, Tak pięknie przecież mogło być, Przyznaj wreszcie, Nadzieje nasze wielkie, Rozwiane w ciągu paru dni, Tyle razy udawałam, Ty łgałeś jak z nut bezbłędnie, W końcu komfortowo to przegrałam”. Ach, jak bardzo pasują te słowa do naszych narodowych oczekiwań i wreszcie porażki polskich piłkarzy na rosyjskim mundialu. To tyle gwoli oceny występu trawiastej kopanej w Rosji.

Niemniej dopiszę jeszcze zdanie rosyjskiego kibica, z którym rozmawiałem po kaliningradzkim meczu Belgii z Anglią. „Bы хотели как лучше, а получилось как всегда” – powiedział do mnie. W tłumaczeniu najprościej brzmi to - „Chcieliście jak najlepiej, a wyszło jak zawsze”. No cóż, nie zawsze wygrywa się. Chociaż teraz nawet zwycięstwo nad Japonią smakuje nie najlepiej, gdy przypomnimy sobie przysłowiową grę „w dziada” jaką zafundowały nam w ostatnich 8-10 minutach meczu oba zespoły.

Tydzień temu, kończąc felieton, wspomniałem o Akademickich Mistrzostwach Świata w futsalu, które odbyły się nieco ponad dekadę lat temu w Poznaniu (Polacy dowodzeni przez Tomasza Aftańskiego wywalczyli czwarte miejsce za futsalowymi potęgami Rosji, Brazylii, Ukrainy). Miałem zaszczyt brać udział w tej imprezie jako komisarz meczowy - wyznaczony przez Międzynarodową Federację Sportu Akademickiego (FISU) w Lozannie. Była to - jak dotąd - największa mistrzowska impreza futsalowa organizowana w Polsce. I nie zanosi się, by w najbliższym czasie zostało zorganizowane coś większego.

A zapewne nie zrobi tego PZPN, który skupił się na imprezach mistrzowskich trawiastych. Szkoda. Ale od czego mamy AZS. Rzeczone FISU ogłosiło, iż akademicki turniej zostanie powtórzony w Polsce. Gratuluję prężnemu futsalowo środowisku akademickiemu. Osobiście Piotrowi Kusiowi, który gdzie tylko mógł czapkował oraz pukał i nadal to czyni, w sprawach międzynarodowej pozycji akademickiego futsalu znad Wisły, Odry i Warty. Nikogo nie urażając, pisząc tylko prawdę - nie powiem, że miał łatwo, gdyż nasz futsal dla decydentów wszelkiej maści od ministerstw poprzez związek po samorządy oraz sponsorów, to raczej tylko opłotki. Na szczęście jest Poznań, który w 2020 roku po raz drugi przyjmie akademicką, futsalową brać z całego świata.

Rekord Bielsko Biała otrzymał organizację turnieju preeliminacyjnego futsalowej Ligi Mistrzów. I dobrze. W UEFA doskonale wiedzą, iż to rzetelny klub i nie będzie organizacyjnej poruty. Dla mnie te preeliminacje to tylko przygrywka. W sensie sportowym oczekuję od Rekordu postępu w porównaniu z rokiem poprzednim. Zdaję sobie sprawę, że będzie trudno, lecz po fali pochwał jaka spłynęła na Rekord w trakcie minionego sezonu nie wyobrażam sobie, by wyrażać inne oczekiwania.

Bycie jedynie królem na niezbyt mocnym klubowo krajowym podwórku Rekordzistów – mam nadzieję – już nie satysfakcjonuje. Chociaż z drugiej strony mój optymizm wobec bielszczan nieco został przytłumiony w wyniku odejście Michała Seidlera, było nie było jednego z głównych architektów niezwykłej serii sukcesów Rekordu w sezonie 2017/2018. Myślałem bowiem, że trzon zespołu jest montowany na lata i nie będą mu wyrywane zęby po sezonie, lecz tylko wzmacniane koronkami.
W swoich cyklicznych felietonach staram się patrzeć, zgodnie z tytułem rubryki, na historię panoramicznie. Czyli jak widzę na pierwszym planie słonia, to wiem, że obok musi być mrówka, która też wykonuje futsalową robotę. I zdaję sobie sprawę, że może być ona częściej ważniejsza, czy też bardziej wartościowa od tego słonia. Chciałbym, aby tego doznania doświadczali też prezesi klubów, prezesi Spółki, członkowie Komisji Ligi, przewodniczący oraz członkowie Komisji związkowej, działacze terenowi oraz wszelcy inni decydenci, a także darczyńcy, pragnący „zabawiać się” w futsal.

Dlatego tak bardzo czekam na decyzje Komisji Licencyjnej PZPN odnośnie werdyktów licencyjnych dla klubów ekstraklasy oraz I ligi. Z jednej strony chciałbym, aby kluby nie miały problemów z jej otrzymaniem, a z drugiej zdaje sobie sprawę, że jest jeszcze wiele niedociągnięć. Ciekaw jestem czy Komisja okaże się biblijnym Salomonem i wyda wyrok wypływający z głębokiej mądrości (niepoprawnych ukaże, dostosowującym się zawierzy) grożąc palcem, ale i dając szansę naprawy, czy też rzymskim Katonem (postąpi według prawości oraz uczciwości) i sprawi, że ligowa ziemia w futsalu zatrzęsie. Nie mnie to oceniać. Niemniej chciałbym, aby obecne działania Komisji Licencji miały w perspektywie utrwalanie pewnych zasad, które umocnią nasz futsal. Niestety, niesolidny musi odejść. Inaczej nie zbudujemy silnych podstaw futsalu klubowego. A bez tego nasza reprezentacja nie osiągnie stabilizacji.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Lat temu kilka podróżując po Francji, która jest dla mnie wybiórczym kulturowym przewodnikiem po europejskiej cywilizacji, przeczytałem takie oto zdanie o honorze, autorstwa jednego z francuskich poetów czasów Ludwika XIV. Wyczytałem mianowicie, że honor to stroma wyspa bez brzegów na którą nie można wrócić, gdy ją już się opuściło.

Przypomniały mi się te słowa po meczu z Kolumbią na rosyjskich mistrzostwach piłkarskich przegranym z kretesem przez naszą reprezentację. Sprawozdawca telewizyjny mówił, iż został już nam tylko mecz o honor. Jak na poprzednich dwóch mundialach w 2002 oraz 2006 roku. Po nim i tak pojedziemy do domu. Pozwolę nie zgodzić się z tymi słowami. Stracony na tych mistrzostwach honor wyrażony marnym stylem gry w meczach z Senegalem oraz Kolumbią jest nie odzyskania w jednym, nawet najwyżej wygranym meczu z „japońskimi samurajami”. Jest nie odzyskania podczas rosyjskich mistrzostw. Obrazkowo – reklamowy – czarodziejski epos medialny trenera Nawałki, a także jego podopiecznych prysnął na stadionach w Moskwie oraz Kazaniu. A wszelkie dotychczasowe gadania o tym jaką mamy wspaniałą drużynę, to były najzwyklejsze farmazony. I to by było na tyle gwoli mundialowego wstępu po drugim akcie piłkarskiego dramatu „Dziady” – którą to nazwę zaczerpnąłem z okładki „Przeglądu Sportowego”. Tylko kibiców mi żal. I pewnie Grzegorz Lato też nie doczeka się szybko polskiego piłkarza luzującego go na fotelu króla strzelców mundialu piłkarskiego.

Gdy patrzę po półroczu AD 2018 na polską piłkę seniorską – trawiastą, kobiecą, plażową, futsalową - całkiem inaczej jawi mi się występ reprezentacji futsalowej podczas styczniowo-lutowych słoweńskich europejskich finałów. Z czystym sumieniem mogę napisać teraz, że jako jedyna z wymienionych wyżej kadr nie dała przysłowiowej plamy. Patrząc na światowe miejsce rankingowe, futsal awansował o pięć pozycji. Plasuje się w drugiej dziesiątce europejskiej oraz trzeciej  światowej. A jest to ranking nad wyraz rzetelny, a nie na różne sposoby „naciągany” wybieraniem sobie przeciwników, czy unikaniem meczów. Trawiaści piłkarze są od miesięcy w dziesiątce najlepszych, ale rosyjska trawa zweryfikowała ich boleśnie.

Myślę, że jest do doskonała nauczka dla różnych decydentów, iż nie decydują o pozycji dyscypliny najbardziej nawet wymyślne rankingi, lecz postawa na mistrzowskich turniejach. I mam nadzieję, że raz na zawsze odzwyczai się nasza piłka od robienia sobie pijaru, czy marketingu za pomocą rankingów. Rankingi, co najwyżej, są pomocne przy losowaniach turniejowych. Niemniej – co widać po wynikach polskiej reprezentacji w Rosji - niewiele nam pomogły. A może nawet zaszkodziły. W każdym razie po losowaniu jeszcze bardziej od nas cieszyli się - i Senegalczycy, i Kolumbijczycy, i nawet Japończycy.

Portal Futsal Ekstraklasy ogłasza wyniki plebiscytowe wyborów „NAJLEPSZYCH” rozgrywek FE w sezonie 2017/2018. To już ósma edycja wyborów. Kategorii jest wiele, ale nie o to chodzi. Jak najbardziej popieram pomysł doceniania w ten sposób zawodników, kibiców, trenerów etc etc. Zresztą trwa to od lat i dobrze, że obecna władza Spółki kontynuuje tę ideę. Zastanowiło mnie jednak co innego. Dlaczego ogłaszanie wyników w poszczególnych kategoriach jest tak zindywidualizowane, by nie napisać sączone? Czy nie lepiej byłoby zebrać wszystkich, zorganizować jakąś ciekawą imprezę z „telewizorami”? A przy okazji może i jakiś mecz? Nie obraziłbym się, gdyby podsumowania dokonano podczas spotkania wszystkich klubów FE. Możliwości jest nad wyraz wiele.

Pamiętam, iż kiedyś tak nawet bywało. A co dla mnie najważniejsze - takie podsumowanie powinno odbywać się niechybnie po zakończeniu sezonu, gdy jeszcze zawodnicy, szkoleniowcy są zakotwiczeni w swoich klubach. I kiedy wszyscy mają w głowie miniony sezon, a nie żyją przygotowaniami do nowego. Nie piszę tego po to, aby się czepiać. Chcę tylko wyrazić opinię. I to nie tylko swoją. Ale wybory – mimo wszystko – proszę kontynuować. Natomiast, gdy mogę coś podpowiedzieć, to dodałbym jeszcze kategorię Najlepsza klubowa strona internetowa.

Kontynuując w kolejnym akapicie ów temat portalowy po raz kolejny napiszę, że tematy do felietonów czerpię w dużej mierze z tak zwanego resume klubowych portali internetowych. Z roku na rok są one coraz atrakcyjniejsze. Już nie tylko informacyjnie, ale ze sporą domieszką publicystyki. Związkowy portal zajmuje się głównie swoimi rozgrywkami oraz kadrami. Ekstraklasowy nacisk kładzie – co zrozumiałe – na swoje rozgrywki, chociaż bywa też o I lidze, czy kobiecej rywalizacji. Ale – dla mnie felietonisty – to klubowe portale są solą. W klubach dopiero potrafią przyprawić właściwymi smaczkami futsalowe danie. I jest to danie z pierwszej ręki. Nie, odgrzewany kotlet. One są źródłem newsów, szczególnie transferowych.

Nie tak dawno w jednym z felietonów nawoływałem kluby do organizacji w okresie przygotowawczym ciekawych turniejów. Też w obsadzie międzynarodowej. Turnieje urozmaiciłyby bardzo nasz futsal. A przede wszystkim chciałbym – pewnie nie tylko ja – zobaczyć jak nasi ligowcy spisują się w konfrontacji z zagranicznymi zespołami klubowymi. W rzeczywistości turniejowej mamy bowiem możliwość tylko popatrzeć – co najwyżej – na rywalizacje międzynarodowe z udziałem mistrza Polski w futsalowej Lidze Mistrzów.

Dlatego ucieszyła mnie wiadomość, że rzutki prezes beniaminka FE z Jelcza-Laskowic po raz kolejny zaprasza do Polski futsalową Barcelonę. I po raz czwarty zorganizuje turniej Futsal Masters 2018. Oprócz Hiszpanów zagrają między innymi zespoły z Ukrainy, Danii, Francji.  Oczywiście Polski – Orzeł, Piast. Osobiście cieszy mnie, iż na przyjazd dali namówić się futsaliści z dalekiej Kirgizji. Wiele lat temu byłem u nich, poznałem miłych ludzi. I powiem, że wcale nie są tacy słabi futsalowo. A sędziów, których pamiętam z finałów Akademickich Mistrzostw Świata w Poznaniu, mają całkiem niezłych.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Optymistycznie już było. Teraz trzeba się wziąć do roboty – powiedział Jan Domarski (którego poznałem w niemieckim Murhardt podczas pamiętnych piłkarskich mistrzostw świata RFN - 1974) po przegranym przez nasz narodowy team piłkarski meczu inaugurującym występy Polaków w rosyjskich finałach mistrzostw świata. Przegranym z Senegalem. A Jan wie co mówi, ponieważ to on był strzelcem gola w remisowym meczu z Anglią na słynnym Wembley, który utorował polskiej reprezentacji piłkarskiej drogę do sukcesów w mistrzostwach świata lat 1974 – 1982. Słowa Janka są pełne racji. Do roboty – panie Nawałka. Do roboty – panowie piłkarze. Nie wystarczy brylować przed mikrofonami oraz kamerami. Trzeba jeszcze swoją wartość pokazać na zielonej murawie rosyjskich stadionów.
Powyższy akapit doskonale współgra mi z tematem, który chcę kolejno omówić, czy też opisać. Nie będę już na wstępie nawoływał – do roboty, ale wyrażę zatroskanie. Przynajmniej swoje. Za środowisko nie będę się wypowiadał. W kategorii U-19 chłopców, albo jak kto woli mężczyzn, jesteśmy jeszcze przed eliminacjami do mistrzowskich europejskich finałów. Według otrzymanej z UEFA informacji, miarodajny będzie ranking z 1 listopada 2018. Tym bardziej  troski swojej nie wycofuję, gdyż nie tak dawno podczas turnieju w chorwackim Poreć nasz futsalowy team U-19 zanotował poważną wpadkę. Podopieczni trenera Żebrowskiego na pięć rozegranych meczów wygrali tylko jeden (z ostatnią w tabeli Mołdawią) i w gronie ośmiu teamów narodowych zajęli trzecie miejsce od końca. Co prawda, przyznano im Nagrodę Fair Play, którą jednak warto zawsze wymieniać na wyższe lokaty oraz meczowe zwycięstwa.

Droga nasza młodzieży futsalowa - kanikuła kanikułą, ale nie zapominajcie wraz ze swoim sztabem, że finał jest do wywalczenia. A nawet nie wyobrażam sobie innej możliwości, gdy podeprę się informacjami członków związkowej Komisji, odpowiadających za ten wycinek naszego futsalu, o wysokim poziomie sportowym oraz organizacyjnym polskiego futsalu młodzieżowego. Niech to będzie więc doskonałe "sprawdzam".

Po czasach działania w centrali polskiej piłki pozostały mi jakie takie znajomości w UEFA. Na pewno są one mniejsze niż Romana Sowińskiego, ale wystarczające, by rozmawiać mailowo, czy też gościć w kraju pewnych ludzi z grona piłkarskiej Europy. Informacja o mistrzostwach Europy kobiet w futsalu ucieszyła mnie jak najbardziej. Jeszcze bardziej przekaz, iż rozpoczniemy gry eliminacyjne od main round. Czyli nasz futsal kobiecy jest zapamiętany przez władze UEFA. A wszystko co jest związane z futsalem kobiecym zaczęło się w PZPN za kadencji, w której przyszło mi zawiadywać futsalem, czyli pod koniec minionej dekady XXI wieku. I nie od rzeczy jest wymienienie w tym miejscu pani Magdy Stefankiewicz, która była niewątpliwym spiritus movens raczkującego wówczas futsalu kobiecego w strukturach związkowych. To jej zaparcie, pasja nie dawały zapomnieć zarówno mnie jak i kierownictwu PZPN o futsalu kobiecym. Jak widać – wizje pani Magdy realizują się, bo najważniejsze jest te wizje posiadać. To tak gwoli przypomnienia i wskazania drogi następcom pani Magdy.

Piszę o wizji aż tyle razy, gdyż w kadencji Komisji Futsalu lat 2012-2016 doszło do pewnych turbulencji, czy też sporów kompetencyjnych w zakresie futsalu kobiecego. I na pewien czas prezes związkowy wyeliminował kadrę kobiecą z działania. Po zmianie personaliów futsal kobiecy wrócił na należne mu miejsce w środowisku. I niech tak pozostanie. Z czego osobiście cieszę się bardzo, gdyż mazowiecki futsal kobiecy posiada trzy zespoły w ekstralidze kobiet, a i rokrocznie zdobywa tytuły mistrzowskie oraz gromadzi medale w rywalizacji młodzieżowych mistrzostw Polski.

Wielka szkoda, że władze związkowe skupiły się głównie na aplikowaniu o ważne finały europejskie w piłce trawiastej. Organizowanie, szczególnie w piłce młodzieżowej, turniejów finałowych jest najprostszą drogą do wystąpienia w rozgrywce o trofea. Po cichu liczyłem, iż wystąpimy przynajmniej o organizację finałów – przywróconych po latach – młodzieżowych mistrzostw Europy. Tym razem w kategorii Under 19. Niestety, ponownie wybrana została przez władze związku „trawa” – a dokładnie U-20.
Tymczasem zaaplikowali do UEFA o organizację finałowego futsalowego U-19 Chorwaci, Gruzini, Węgrzy, Łotysze, Portugalczycy, Rosjanie, Ukraińcy. I wcale niektórym z tych nacji nie przeszkadza, że organizowali niedawno, czy organizują teraz, wielkie imprezy piłki trawiastej albo gościli finały futsalowe. Nie chcę przesadzać, ale można niewątpliwie pomyśleć, że takie podejście unaocznia jak najbardziej miejsce naszego futsalu w rodzimym związku. Szkoda. Chociaż kolega Józef, któremu – jak zwykle – pozwoliłem zrecenzować felieton przed wysłaniem orzekł, iż lepiej sobie wspólnie z wiceprezesami związku podróżować po Bahamach, Brazylii i innych ciepłych, atrakcyjnych krajach niż „zarabiać się” u siebie. Hola hola Józefie, aż tak nie rozpędzaj się.

Abraham Lincoln, dziewiętnastowieczny prezydent Stanów Zjednoczonych, mawiał: „Można nabierać cały świat jakiś czas i kilka osób cały czas, ale nie można nabierać wszystkich ciągle”. I to niech będzie puentą nie tylko do futsalu. A przy okazji jeszcze wspomnę, iż drugi gol, jaki wbił nam Senegal, pachniał bardzo taktycznym wykonaniem rodem z futsalu. Schodzi, wchodzi, goluje. I pomyśleć, że w sztabie analitycznym selekcjonera Nawałki jest trener futsalowy – pan Juszczak. A tak dali się nabrać.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Jako człowiek związany od lat ze sportem wiem, że trener to specjalista kierujący całokształtem przygotowań zawodnika lub drużyny do zawodów. A także kierujący tym zespołem ludzkim w trakcie meczu. Wiem też, że każdy z trenerów ma swoje przyzwyczajenia, fobie, rytuały. Pan Górski nie golił się przed meczem i lubił prostotę rozwiązań. Pan Nawałka powiela systemy przygotowań – choćby w zakresie miejsc pobytowych. Pan Gmoch zaprzęgał naukę do służby futbolowej. I tak można wiele wymieniać, a spisuję tych ważniejszych, znanych.

Liczę, że przyjdzie kiedyś czas i na futsalowe przykłady. Chociaż pisząc te słowa do głowy – jak na razie - przyszło mi jedno, lecz nad wyraz symptomatyczne futsalowe zachowanie. Pan Bianga, który w minionym sezonie zaliczył dwa awanse, rozstał się po nich z pracą, czy też został zwolniony. Jeżeli coś zdarza się dwa razy i dotyczy podobnych wydarzeń, to pozwolę sobie nazwać to tradycją. Dlatego casus pana Biangi będzie dla mnie od tej chwili zwał się „Tradycja Polskiego Futsalu”. A tym, którzy biadolą nad poziomem polskiego futsalu wspomnę jeszcze tylko, że polska reprezentacja futsalowa od początku swojego istnienia miała 20 trenerów – selekcjonerów. Reprezentacja istnieje od 1992 roku, czyli wypada średnia - jeden pan trener-selekcjoner na niecałe półtora roku.

Kiedyś w jednej gazecie miałem zaszczyt, albo tylko możliwość, pisać felietony, które na łamach były zamieszczane po sąsiedzku z felietonami Jana Tadeusza Stanisławskiego (satyryk, radiowiec, aktor i autor tekstów piosenek), obiegowo zwanego profesorem mniemanologii stosowanej. Młodsi pewnie nie przypomną sobie tego pana, ale był to kultowy naśmiewca wszelkich głupot lat byłych. Naśmiewca wyrażający swoje myśli w sposób subtelnie zrozumiały. Chociaż jak długo ktoś czegoś nie pojmował i nie wyedukował się na jego felietonach, to mógł i oberwać obuchem. Oczywiście „obuchem ciętego pióra Mistrza”.

Gdy tak wspominam tamte lata oraz rozmowy z panem Janem zastanawiam się często, jaki obuch jest potrzebny, by zjednoczyć nasz futsal. Ciągle bowiem czytam, słyszę utyskiwania. Nie wiem, czy jest w polskim futsalu osoba zarządzająca, którą zaakceptowałoby całe środowisko. Moim zdaniem – nie ma. Dlatego widzę marne perspektywy jednościowe. I pewnie dobrze zrobiłem, że dzięki panu Kubie mogę popracować na własny rachunek. Bogatszy o doświadczenia z lat poprzednich, kiedy bywało, że mnie, oraz wielu innym, zdarzało się robić błędy. Ale to nie powód, by kogoś odsyłać natychmiast na przysłowiowe manowce. A z opcji trenerskiej najbardziej polubiłem zawód trenera snu. Trenera snu o sile futsalu polskiego.
Na futsal-polska zapoznałem się z mini-ankietą na temat zasad rozgrywek futsalowej ekstraklasy. Wypowiadali się szkoleniowcy, czyli grono jak najbardziej w tej materii reprezentatywne. Zaskoczenia nie było. Zadowolenie moje jak najbardziej. Większość szkoleniowców opowiadała się za systemem, który z panem Czeczką zaproponowaliśmy ekstraklasie na początku istnienia Spółki.

Zawsze powtarzam za swoim profesorem ze studiów i promotorem, że nie należy wyważać otwartych drzwi. Więc dziwi mnie mocno, iż dekada istnienia w miarę niezależnej ekstraklasy futsalu nie pozwoliła wypracować finalnej wersji rozgrywek. Ale poniekąd to rozumiem, gdyż – jak pewnie wszyscy orientują się – nie zawsze głos władz Spółki jest jednaki z głosem klubowym. Chociaż wydawać by się mogło, że vox Dei (władzy), to vox populi (kluby). Czy też odwrotnie. Jeżeli mogę do tej ankiety coś powiedzieć od siebie, to wskażę dość ciekawe tegoroczne rozwiązanie siatkarskiej ekstraklasy męskiej. I to by było na tyle w tym temacie. Temat jest wybitnie ogórkowy, gdyż po to ma się władzę, aby coś ustalać, a nie tylko konsultować oraz wysłuchiwać.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Synoradzki: Hamulcowymi futsalu są prezesi

Rok mnie nie było, a dżuma nadal się rozprzestrzenia... Piszę ostatnio rzadko (a raz na jakieś 12 miesięcy, lenistwo mnie ogarnęło), ale zawsze solidnie się przygotowuję do tematu. Po obrażeniu przeze mnie zawodników, potem trenerów, teraz nadchodzi czas działaczy, a ściślej prezesów. Tzn. obrażeniu się na mnie, bo taka jest często reakcja na moje felietony. No ale mieszkam daleko na północy, na wsi i generalnie mam to gdzieś, co kto myśli o mnie. Jestem narcyzem, zakochanym głęboko w sobie, i lubię się śmiać z frustratów, którzy nie mają w domu lustra.

Dobra, teraz do meritum - wykonałem mnóstwo telefonów, wysłałem wiele maili i wiadomości w Messengerze, po to, aby zasięgnąć opinii trenerów (całej ekstraklasy i czołówki I ligi) w temacie systemu rozgrywek, bo coś mi tutaj jest "nie halo". Rozmawiając przez ostatnie lata w środowisku, wyczuwam mocny dysonans pomiędzy włodarzami klubów a trenerami i zawodnikami. No to przyszedł czas, aby rzucić karty na stół i powiedzieć "sprawdzam". Generalnie w Polsce sytuacja jest taka, że "prezesy" mają w dupie trenerów i ich zdanie. Tak naprawdę trener to jest zło konieczne, bo musi być ktoś z licencją, kto usiądzie na ławce. Bo przecież prezes zna się najlepiej, a tylko brak cennego czasu nie pozwala skończyć kursu trenerskiego. No i w takiej sytuacji prezes musi zatrudnić jakiegoś trenera, bo takie są wymogi licencji PZPN.

Są przez to same kłopoty, bo często trzeba wzywać trenera na rozmowę i tłumaczyć mu proste rzeczy: czy kto ma grać, jak ma grać, bo trener to dupa wołowa i się nie zna przecież. Swego czasu jedynie Zdzisław Wolny miał jaja, otwarcie nominował się menedżerem i zarządzał drużyną z ławki, a trener był od prowadzenia treningów, zresztą sama nazwa to wskazuje, prawda? Inne "prezesy" sterują drużynami zza kulis. Nie piszę, że jest tak w każdym klubie, ale to są znane historie w światku futsalu.

Błażej Korczyński świetnie to podsumował w rozmowie ze mną. - Jeśli chodzi o prezesów, to ja często powtarzam, że jest to gra komputerowa "Football Manager" na żywo. W futsalu można się bawić w menedżera za stosunkowo małe pieniądze, w piłkę halową możesz bawić się za 200 tys, zł, a nie jak w siatkówce czy dużej piłce, za dwa miliony. Zdanie trenera nie liczy się, rządzą prezesi, którzy dokonują transferów, kupują i sprzedają zawodników, ustalają składy i kto ma grać - mówił.

Do napisania tego felietonu zainspirował mnie Klaudiusz Hirsch, który ponownie poruszył temat play off. - Szkoda, że ten mecz tak naprawdę był o nic, ale taki mamy system rozgrywek. Ten klimat piknikowy udzielił się nie tylko zawodnikom, ale też innym osobom przebywającym na parkiecie - oceniał Klaudiusz Hirsch.

– Ja będę cały czas apelował o jak najszybszy wprowadzenie play-off, bo tylko taki system może podnieść poziom rozgrywek, poprzez rywalizację i tym samym wypromować tę dyscyplinę w kraju i mediach.  Mam nadzieję, że władze ekstraklasy wezmą pod uwagę również głos trenerów i wspólnie opracujemy system, który będzie pchał tę dyscyplinę do góry, bo inaczej zakopiemy się w tym marazmie. Najlepsze ligi futsalowe grają play-off, zresztą wszystkie sporty halowe mają właśnie taki system rozgrywek – podkreślał szkoleniowiec Piasta.

Mój krótki komentarz z Facebooka do powyższej wypowiedzi: "Prezesy" nie chcą play off, bo koszta, bo czasem w tygodniu trzeba jechać, bo bo bo milion innych wymówek. Każdy patrzy tylko na swój ogródek, w którym śmierdzi i jest przaśnie. A liga z każdym rokiem coraz słabsza, powtórzę to po raz setny - Rekord Mistrzem przez najbliższe 10 lat. Żal wracać do takiej ligi, która jest słaba, kluby co roku padają, a tu się jeszcze zwiększa ilość drużyn do 14. Po co, żeby rozegrać cztery sparringi więcej? Dziękuję, dobranoc".

Obecny system rozgrywek kompletnie nic nie zmienił, zarówno po 22. jak i po 27. kolejce te same zespoły zdobyły medale i te same zespoły spadły, rok temu było niemal identycznie. Czyli zespoły rozegrały pięć dodatkowych, kompletnie niepotrzebnych kolejek, pięć sparringów w chwili, gdzie na całym świecie kończy się niezwykle emocjonująca runda play off, którą oglądają dziesiątki tysięcy kibiców.

Powieta "ten Senoracki g... się zna, tylko się wymądrza". Tak, bo to ja pozjadałem wszystkie rozumy, a wy nie. To ja jestem ten mądry, który uczy się od jeszcze mądrzejszych, który potrafi wyciągać wnioski z obserwacji dużo lepszych lig zagranicznych, który nie zadowala się siedzeniem na krześle z trzema nogami na własnym ubłoconym podwórku. To ja zjadam stek Ribeye z Wagyu, kiedy wy rozkoszujecie się gorącymi kasztanami z kartoflami prosto z wiadra.

Polski futsal zmierza ku przepaści, bo rządzą nim po prostu niemądrzy ludzie. Nikt nie patrzy na dobro dyscypliny, tylko na to, co się opłaca w danym klubie. PZPN to już jest dramat, futsal nie jest nawet piątym kołem u wozu. Frekwencja spada z roku na rok, coraz mniej kibiców przychodzi na mecze. Nie piszę tutaj o AZS-ach, bo to nie czas znęcać się nad nimi, ale o klubach, które kiedyś zapełniały hale. Liga jest nudna, bez emocji, bez ekscytacji. Przejrzałem skróty z ostatnich kolejek - liczba kibiców to dramat. Jak odliczymy rodziny zawodników i ochroniarzy, to na mecze przychodzi dwóch pijanych, co pomyliło drogę do monopolowego oraz zdechły pies. W ostatnim czasie jedynie Rekord chyba poprawił frekwencję, brawo za 1,5 tys. osób na ostatnim meczu w dużej hali w Bielsku-Białej, ale to jest ściśle związane z osiągniętymi sukcesami. Jeśli byśmy policzyli średnią frekwencję na meczu ligowym, to nie wyjdzie więcej niż sto osób na pojedyncze spotkanie (jeśli akurat Red Dragons grają na wyjeździe), czyli poziom mniej więcej ligi okręgowej i A klasy. Naprawdę śmiechu warte. Dla kogo ta liga gra? Odpowiem. Dla samozadowolenia prezesów klubów i członków Komisji Futsalu. Jak ktoś się zapyta w centrali PZPN, kto jest liderem tabeli futsalowej ekstraklasy, to doczekamy się odpowiedzi w czasie, w którym zapytana osoba wejdzie na 90minut.pl i sprawdzi, co tam słychać w piłce halowej. Albo odpowiedź będzie jeszcze prostsza: "nie obchodzi mnie to zbytnio", czy też kurtuazyjne: "przepraszam, nie mam czasu teraz rozmawiać".

Za rok liga ma liczyć 14 drużyn. Po co? Żeby było trudniej spaść, tak podchodzą do tego "prezesy". A spadek to nie wyrok. Dwa razy spadałem z Red Devils do I ligi w ciągu dwunastu sezonów egzystencji w polskim futsalu. Za każdym razem wracaliśmy silniejsi, podbudowani dobrym sezonem na niższym szczeblu. To jest sport, a sport to sukcesy i porażki. Może najlepiej zrobimy zamkniętą ligę jak w USA, gdzie nikt nie spada? To dopiero byłyby banany na mordach, można świętować już od pierwszej kolejki, organizować bankiety i ochlaje.  Nie zrozumcie mnie źle, ja bym chciał nawet 16-zespołową ligę, pod warunkiem, że te 16 zespołów to byłyby normalne kluby, ze szkoleniem młodzieży i porządnym zespołem seniorów, a nie chłopcy do bicia.

Rozpytałem w sumie dwudziestu kilku trenerów, z całej ekstraklasy oraz czołowych zespołów I Ligi z obu grup. Trzy osoby niestety nie znalazły czasu na odpowiedź. Za obecnym systemem rozgrywek jest tylko dwóch trenerów, dwóch się wahało (ale w sytuacji zero-jedynkowej bardziej są za play-off), ale aż piętnastu zdecydowanie opowiedziało się za systemem play off. To w jakiej lidze my gramy, kto w niej gra – prezesi, czy trenerzy i zawodnicy? Szkoleniowcy i piłkarze chcą się rozwijać, grać mecze o stawkę, a hamulcowymi futsalu są prezesi, bez wyobraźni i nie potrafiący myśleć o całej dyscyplinie, tylko o swoim własnym ogródku. To jest największy dramat naszego sportu. W kilku wypowiedziach został poruszony temat młodzieży, tu także należałoby się głęboko zastanowić, w jaki sposób kluby zmusić do szkolenia juniorów i wystawiania takich zawodników do gry, bo temat leży odłogiem.

Przeczytaj » Play-offy w ekstraklasie - kto jest za?

W tematyce barażów wypowiedział się Jacek Burglin z AZS UG Gdańsk. - Kto wymyślił takie terminy? My prosto z ostatniego ligowego meczu w Białymstoku gonimy na środowy mecz do Rudy Śląskiej, gdzie zespół pierwszoligowy od kilkunastu dni wypoczywa, przygotowując się na spokojnie do dwumeczu barażowego. My pokopani, z niezaleczonymi kontuzjami, z kilometrami w nogach, gramy praktycznie mecz po meczu, a rywale mają czas na wszystko. Albo jest to celowe działanie, albo totalna bezmyślność - stwierdził.

Reprezentacja Polski – zero promocji. Spójrzmy na ostatnie mecze z Anglią. Te spotkania były transmitowane na żywo w BBC Sport, z zapowiedzią spotkania, z wywiadami w przerwie i po meczu. Reprezentacja Albionu dziesięć lat temu przegrała z Polską u siebie 0:16, dwa lata temu 1:5, a teraz 1:3 i 4:5. Ktoś tu chyba robi postępy, prawda? A jakie korzyści wynikły dla dyscypliny przy okazji występów na futsalowym Euro? Jak wykorzystano ten potencjalny sukces? Chyba nie muszę odpowiadać, każdy widzi jak jest. Kuba Mikulski, ilu przybyło "followersów" po występie polskiej kadry na Euro 2018? Mogę się założyć, że niewielu. Jak długo można olewać takie sprawy? Komisja Futsalu żyje, czy zajmuje się tylko wrzucaniem fotek z losowania beach soccera? Diety wypłacone, zwroty za dojazdy też, można odpoczywać dalej.

Spółka Futsal Ekstraklasa – narasta niezadowolenie klubów, brak sponsora tytularnego, kluby utrzymują całą spółkę na swoich barkach. Ale to wszystko jest pokłosiem braku atrakcyjności ligi. My wszyscy razem jesteśmy odpowiedzialni za to, że mamy po prostu słaby produkt, który trudno "sprzedać". Mi jako pierwszemu zechciało się policzyć, ile osób interesuje się futsalem. W dzisiejszych czasach miarą zainteresowania są "lajki" fanpage’ów na Facebooku. Zresztą skąd indziej czerpać informacje, jak w prasie drukowanej oprócz tabeli w jednym z periodyków nie ma ani słowa o futsalu?

Podliczyłem polubienia stron klubowych na FB oraz oficjalnej strony FE i jedynego aktualizowanego na bieżąco fanpage’a Futsal-Polska (to dopiero doskonale obrazuje o słabości dyscypliny, na całą Polskę tylko jeden portal prowadzony przez jednego człowieka...). Futsal-Polska 6.200 polubień, oficjalna strona ekstraklasy – 7.900 polubień, w 80% są to podwójne "kliki", tak więc załóżmy, że jest to max 10.000 kliknięć. Klubowe fanpage: Rekord 5.400, Gatta 3.400, FC Toruń 4.800. Najwięcej fanów ma beniaminek, Acana Orzeł Jelcz-Laskowice, prawie 10.000. Inne kluby poniżej 5.000. Tutaj wiele polubień się dubluje, tak więc oceniam to w sumie max 20.000 osób. Wiem, że z pokolenia 40+ i 50+ połowa nie korzysta z Facebooka, ale ilu ludzi z tych generacji jest obecnych na trybunach? No dobra, dodałem 30% do ogólnej sumy. Czyli mamy 30 tysięcy osób w 40-milionowej Polsce. I to jest wszystko, co mamy, a zamiast iść do przodu to cały czas "prezesy" pchają nas do tyłu. Zdychamy, wszyscy razem w naszym śmierdzącym bajorze, a świat w tym czasie odjeżdża, maruderzy doganiają. Ale jest tu cieplutko, swojsko, przytulnie... prawda, panowie "prezesy"? Adieu!!!

www.youtube.com/watch?v=mwhX5V1Gn6w

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy latem 2004 roku oglądałem w Sopocie zwycięstwo Rafaela Nadala, wówczas osiemnastolatka, nad Jose Acasuso w finale tenisowego ATP World Tour, nie przypuszczałem, że widzę najlepszego w przyszłości tenisistę globu. W ogóle był to pierwszy wygrany finał turniejowy mistrza Rafaela w tej kategorii zawodów. Można powiedzieć, że od Sopotu rozpoczęła się trwająca po dziś dzień passa jego finałowych, turniejowych zwycięstw. Nie jestem aż takim fanem Nadala, by kibicować mu wszędzie oraz zawsze. Moim priorytetem jest w tym zakresie  Roger Federer.

Ten wstęp felietonowy dedykuję głównie naszym młodym kadrowiczom, futsalistom, często debiutantom, którzy w miniony weekend dwukrotnie rozprawili się z Anglikami na wyjeździe. Tak trzymać. Nigdy nie wiadomo jak potoczą się ich dalsze sportowe losy. Zapewne i Nadal w 2004 roku nie był pewny, że zawędruje na szczyty światowego tenisa. Optuję za myśleniem, iż każdy ma swoją szansę sportową daną przynajmniej raz i tylko od niego zależy, czy ją właściwie wykorzysta. Tego życzę zawodnikiem z obecnie trwającej – moim zdaniem – wymiany pokoleniowej w polskiej reprezentacji seniorskiej futsalu. Jak to mawiał cesarz Napoleon - „Każdy żołnierz nosi buławę (marszałkowską – przyp. A.H.) w tornistrze”. W tym przypadku przełóżmy to na myślące głowy oraz piłkarskie nogi. Przypowieść z buławą dedykuję również selekcjonerowi Korczyńskiemu.
Rozpocząłem od tenisa, więc pozwolę sobie jeszcze trochę kontynuować temat. Oczywiście w połączeniu z futsalem. Nie jestem zwolennikiem monogamii w sporcie. Zajmowanie się tylko jedną dyscypliną zdecydowanie zuboża sportowca, trenera, działacza. Nie mówiąc już o dziennikarzu. Zawsze trzeba mieć pole porównań. Próbować zrozumieć inne rywalizacje. Sprawdzić siebie. Oczywiście, profesjonalnie na wysokim poziomie uprawiania trudno jest pogodzić kilka sportów. Niemniej interesować się warto.

Jeżeli już piszę o tenisie, to wspomnę o panu Darku Kupczyku. Kiedyś prezesie klubu ekstraklasy polskiego futsalu – Kupczyk Kraków. Od kilku lat team z Krakowa już nie uczestniczy w profesjonalnych rozgrywkach. W minionym sezonie w halach zespołów Futsal Ekstraklasy pojawiało się za to logo firmy Darkomp, z którą pan Darek jest związany. Ale wracając do tenisa. Otóż, niewielu pewnie w środowisku futsalowym wie, że pan Darek jest zagorzałym fanem tej dyscypliny i potrafi podróżować po najdalszych zakątkach świata, by obserwować tenisowe turnieje.

Inny rodzaj sportowej aktywności wybrał przed laty ówczesny prezes Clearexu Chorzów, Zdzisław Wolny. Jego pasją stały się biegi. Biegi długie, maratony. I to nie tylko te uliczne, ale górskie i wszelkie inne wymagające hartu, zawziętości, sporej fizyczności, często nawet nadludzkiego, wręcz, wysiłku. Pan Zdzisław wziął udział w najważniejszych maratonach świata na kilku kontynentach. A osiągane czasy, czy miejsca budziły podziw. Jak widać dla prawdziwego sportowca, nie tylko profesjonalisty, ale też amatorsko podchodzącego do rywalizacji, zawsze trwa walka o jak najlepszy wynik.

Nie bez kozery podaję te przykłady, gdyż niejednokrotnie wydaje mi się, iż przydałoby się czasem wielu zresetowanie głowy od futsalu. Przydałby się tak zwany futsalowy odpoczynek oraz spojrzenie z dystansem na siebie. Na pewno wówczas po resecie inaczej jest się w stanie ponownie spoglądać na futsal. Rywalizację. Taka myśl nasunęła mi się po niedawnym spotkaniu w PZPN, w którym wzięli udział szefowie futsalu z wojewódzkich związków piłkarskich. Półtora roku kierowania komisją futsalową w PZPN przez przewodniczącego Kaźmierczaka na pewno ujawniło właściwy kierunek we współpracy oraz postrzeganiu tak zwanego terenu. Pan Adam – jako prezes jednego z Wojewódzkich Związków doskonale rozumie potrzebę współpracy, dowartościowania oraz pomocy futsalowi w terenie. Nie da się bowiem ukryć, że bez futsalu wojewódzkiego polski futsal nie wybije się wyżej niż jest. A tego niejednokrotnie nie dostrzegali jego poprzednicy, a nawet niektórzy obecni współpracownicy.

Zapewne nie pomylę się, kiedy ocenię, że dla przewodniczącego równie ważny jest mocny futsalowo Śląsk, jak też Warmia i Mazury, gdzie dopiero futsal związkowy kiełkuje. I jeszcze jest jedna mocna strona przewodniczącego: nie szuka jakichś nowych, rewolucyjnych rozwiązań, tylko stara się dostosowywać na pole futsalowe sprawdzone działania organizacyjne ze związkowej z piłki trawiastej. Futsal bowiem, nie jest jakąś nową wyspą organizacyjną, która wyłoniła się po niespodziewanej erupcji z głębin, tylko działa na określonym brzegami oceanie polskiej piłki - jako całości. A tego często wielu ludzi futsalu – i to też we władzach - nie rozumie, albo też nie chce pojąć.
AZS UG Gdańsk dał radę w dwumeczu barażowym o pozostanie w ekstraklasie futsalu lepszemu z dwójki wicemistrzów I ligi, Gwieździe Ruda Śląska. Rozmiary zwycięstwa Gdańszczan w swojej hali (7:2) nieco mnie zaskoczyły. Liczyłem, że śląski team bardziej postawi się ekstraklasowcowi. Kto bowiem, jak nie Gwiazda, która posiada ekstraklasowe tradycje, sensownych działaczy, niezłych zawodników i potrzebne na grę w FE wsparcie, wygrać ma rywalizację z trzecim od końca zespołem ekstraklasy? Okazuje się, że jeszcze nie czas ku temu.

Jeszcze nie teraz. Ale może być, że już nie zobaczymy takiej rywalizacji, gdyż planowane są zmiany. I w ekstraklasie, w której gdy będzie 14 zespołów może zabraknąć regulaminowo barażowania. W tym kontekście całkiem rozsądne wydawałoby się rozwiązanie - przynajmniej dla mnie - o degradacji wówczas trzech zespołów ekstraklasowych i awansie bezpośrednim dwóch mistrzów I ligi oraz jednego wicemistrza wyłonionego po dwumeczu barażowym owych właśnie wicemistrzów. Jako felietoniście rozwiązanie z wymianą trzy za trzy wydaje się najsłuszniejsze. Przynajmniej w kontekście popularyzacji.

Ponadto zwróciłbym uwagę, iż nienormalnym jest, aby pierwszoligowcy tak długo od zakończenia rozgrywek czekali na najważniejsze mecze barażowe. Tymczasem rzeczona wymiana raczej nie obniży poziomu sportowego, gdyż nie na tych, co grają o spadek, ma opierać się siła futsalowej ekstraklasy. A podeprę to stwierdzeniem tenisisty Federera, który przyznaje, że to właśnie rywalizacja z Nadalem zmusza go do stałego podnoszenia umiejętności. Więc granie silny z silnym a nie słaby kontra silny ma sprzyjać wzrostowi poziomu. Przynajmniej w lidze tak to widzę.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Stefan Kisielewski - znany szerzej jako Kisiel – znakomity felietonista, mawiał że najgorsze jest nie to, że znaleźliśmy się w d..., ale to, że zaczęliśmy się tam urządzać. Co prawda, raczej odnosiły się te słowa do tak zwanego okresu słusznie minionego, lecz można transponować owe powiedzonko indywidualnie i do innych dziedzin bez obrazy dla „Mistrza Kisiela”. Nie wyłączałbym i sportu z zastosowania takiej ocenności.

Rozpoczynając felieton od słów Kisiela nie chcę nikomu narzucać toku myślowego tego niezwykłego człowieka. Jednak warto nieraz dla refleksji sobie te słowa przypominać. Ba! - nawet zapisać w pamięci na stałe. Nie wiadomo bowiem, kiedy w owej d... można się znaleźć. A już najgorszym może być, gdy świadomie lub niezauważalnie dla siebie zaczniemy się w tej d... prozie codzienności urządzać. Też sportowej.
Futsal jako dyscyplina jest piękny. I sam w sobie nie jest w stanie zepsuć się. Co najwyżej mogą to zrobić – jak zresztą ze wszystkim w życiu – ludzie. Dlatego pozwolę sobie zamieścić symptomatyczną uwagę kierowaną wobec polskich klubów futsalowych. Otóż – jak głosi słowo - manna z nieba leciała raczej tylko w biblijnych przekazach, więc zamiast oczekiwać, spierać się, może warto zakasać rękawy i na serio wziąć się za przystosowywanie do wymagań organizatorów rozgrywek. Czas zadbać samemu o siebie, gdy chce nazywać się klubem sportowym i być postrzeganym na poważnie.

Nie prowadzę jakichś statystyk organizacyjnych, czy nie udzielam porad systemowych, ale postawię klubom tylko jedno pytanie: ilu kibiców przychodzi na mecze ligowe ich zespołów? A do niektórych, a może nawet do wielu, skieruję jeszcze dodatkowe zapytanie: dlaczego tak mało? I proszę nie odbierać tego jako zarzut jakowyś, ale raczej wywołanie tematyczne do przemyśleń na okres letniej kanikuły, przed nowym sezonem.

O tym, że chcąc, można zrobić coś pięknego, coś co zachwyci widzów, sponsorów, media, a nawet tych, którym do futsalu daleko, przekonał mnie w miniony piątek Rekord Bielsko Biała. Był to mecz zwany wszem i wobec na bilbordach rozstawionych przy drodze do Bielska, na różnych przywieszkach, zaproszeniach, identyfikatorach etc – „finałem sezonu”. Mecz zorganizowany w dużej hali przy udziale 1600 kibiców, których nikt nie zwoził, ani nie zmuszał do oglądania. Mecz z pełnym profesjonalnym zapleczem organizacyjnym. Mecz, podczas którego każda osoba z ekipy organizatorów wiedziała, co ma robić i jakie są jej zadania zgodne z wymogami stosownych przepisów, regulaminów, zaleceń. Nic tylko bić brawo.

Osobiście pozostaje mi tylko żałować, iż ten sen trwał tak krótko, bo przez jeden piątkowy wieczór. Ale warto było jechać do Bielska. Nawet nie po to, by nacieszyć oko stroną sportową widowiska, ale – przynajmniej ja – organizacyjną. To była uczta. A jaka jest różnica w odbieraniu sportowego przekazu na obiekcie z pełną widownią, przy zadbaniu o kibica w sposób szczególny, poprzez różne skierowane do niego atrakcje, a siermiężną organizacją, gdzie kibic ziewa, nudzi się i hale są pustawe, nie muszę nikogo przekonywać. I w tym zakresie upatruję rozkwitu inwencji klubowej, gdyż granie dla drabinek i niepełnych, by nie napisać pustych hal, jest obrazą dla futsalu. Naprawdę pomyślcie o tym w wakacje – panowie prezesi klubowi.

Jeszcze przed meczem Rekordu z Gattą miałem okazję pogratulować prezesowi Szymurze sportowych wyników sezonu. Nie tylko mistrzostwa seniorskiego, wywalczonego Pucharu Polski, kilku mistrzostw młodzieżowych kraju, ale też awansu futsalistek do najwyższej krajowej klasy rozgrywkowej. Nie mnie opisywać, jak to się robi. Wzór jest. Tylko dorównywać.

Gratuluję prezesie Januszu. Prawdę mówiąc „komplet mistrzowski”, jaki jest do zdobycia w polskim futsalu, jeszcze jest przed Rekordem, gdyż U-18 uciekło im sprzed nosa, a i kobiety dopiero zawalczą o czempionat w nowym sezonie. Jest więc co poprawiać. Ale już utrzymać tegoroczne zdobycze może być trudno. Tym lepiej, bo nie będzie spoczywania na laurach. A ze swojej działaczowskiej przygody wiem, podobnie pewnie jak prezes, że zdobyć laur(y) jest trudno, ale powtórzyć jeszcze trudniej.
W piątkowy wieczór na futsalowej wykładzinie w bielskiej hali Pod Dębowcem wystąpiło wielu znamienitych futsalistów krajowych oraz zagranicznych. Ale moją uwagę zwrócił jeden, siedzący na ławce rezerwowych.

Rafał Franz, bo o nim mowa, sięgnął w sezonie 2017/2018 po swój siódmy mistrzowski tytuł w rozgrywkach polskiego futsalu. Najpierw w sezonie 2007/2008 zdobył mistrzostwo z PA Nova Gliwice. Następnie kolejno dwa tytuły z Akademia FC Pniewy/Poznań, jeden z Wisłą Kraków i wreszcie trzy z Rekordem. Jest absolutnym rekordzistą w gronie polskich zawodników futsalu.

Mecz z Gattą był pożegnalnym mistrzowskim w barwach Rekordu. Być może posiadanie Rafała w składzie jest receptą na mistrzowskie trofea. Coś w tym jest. Oprócz mistrzowskich tytułów Rafał może dopisać do prywatnej kolekcji Puchar Polski, Superpuchary Polski, tytuł króla strzelców ekstraklasy, udział w Elite Round UEFA Futsal Cup, awans do finałów ME. I szkoda tylko, że selekcjoner Korczyński nie widział go w składzie na finały w Lublanie. A przecież, to Rafał strzelił dwa arcyważne gole w rewanżowym meczu eliminacyjnym z Węgrami. No cóż, tak bywa. Nie on pierwszy, nie ostatni „odstrzelony” po eliminacjach przed finałami. I nie mam na myśli tylko futsalu. Życzę Rafałowi, którego poznałem w roku 2005, a bliżej przed eliminacjami młodzieżowych ME w roku 2007, by nie kończył jeszcze kariery. Natomiast, gdy do tego dojdzie, aby z futsalem związał się na inny sposób.

Nihil novi sub sole (nic nowego pod słońcem) – spokojnie tym łacińskim powiedzeniem mogę ocenić zakończony sezon ekstraklasy futsalu. Kolejność na podium jak przed rokiem. Pierwsza szóstka przewidywalna już z okresu przedsezonowych wypowiedzi. Tradycja dotrzymana, gdyż jeden z zespołów wycofał się z rozgrywek. Beniaminkowie nadal do końca niepewni swego, co tylko świadczy o marności sportowej oraz organizacyjnej I ligi. Atrakcyjnych meczów niewiele więcej niż przed rokiem. Nowych, rozpoznawalnych, przydatnych kadrze twarzy futsalowych, też za wiele nie zobaczyliśmy.

Rekord odskoczył reszcie jak kolarz Froome peletonowi na 19. etapie Giro d’ Italia. Typowo polskie, wielkie, ale zarazem obolałe JA nadal wybrzmiewa w klubach. Mimo, iż przybyło kilku pomniejszych, to sponsor tytularny rozgrywek ciągle poszukiwany. Sędziowie z tradycyjną, chociaż może ciut rzadszą, huśtawką formy. Pozostaje więc trzymać kciuki za Rekord na arenie międzynarodowej oraz za selekcjonerem Korczyńskim, by głoszone przez niego zmiany kadrowe zaowocowały. Kolega Józef pewnie powie – tylko tyle. Odpowiem Ci Józefie – aż tyle.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS