Z notatnika dziejopisa

Jak szybko minął miesiąc spostrzegłem się dopiero, gdy kolega Józef zadzwonił z pretensjami o braku felietonów. Nie każdy – drogi Józefie – jest emerytem z górniczym urobkiem i może sobie latać po Karaibach, czy gdziekolwiek indziej. Są ludzie, którzy nawet nie będąc na emeryturze muszą dorabiać. Ale rzeczywiście zaniedbałem co nieco futsal. I pewnie niektórzy byli zadowoleni z tego, a inni - tak jak kolega - zawiedzeni.

Jednak jestem i piszę. Przeanalizowałem miniony miesiąc i muszę stwierdzić, że nic aż tak nadzwyczajnego w tym czasie w naszym futsalu nie zaszło. Podopieczni selekcjonera Korczyńskiego przegrali dwa mecze z Serbami – co było do przewidzenia. W Gliwicach oraz Katowicach odbyła się konferencja futsalowa - i też nie osiągnięto wspólnego konsensusu różnych opcji polskiego futsalu – co też było do przewidzenia. Jako felietonista kadrę pana Korczyńskiego Anno Domini 2018 przyjmuję – pisząc po wojskowemu – jako rozpoznanie bojem przed kolejnym ważniejszym sezonem i z dystansem patrzę na obecne jej wyniki. Natomiast z konferencyjnym projektem profesora Sitarza wiążę większe nadzieje. Nawet większe niż z projektem ekstraklasowej spółki. A powodem jest jego szersze otwarcie na całość polskiego futsalu, a nie tylko na określony jego wycinek.

W galerii polskiego futsalu było, jest i zapewne będzie wiele postaci godnych zauważenia. Jedni byli, są, czy będą Don Kichotami. Inni tylko Sancho Pansą. Różnie można mówić, myśleć o tych bohaterach z hiszpańską proweniencją znakomitej książki pana Cervantesa. Niemniej, budzili oni szczególną sympatię czytelników. Nie napiszę, że w polskim futsalu nie znajdą się osoby, które sympatii nie budzą, bo byłaby to najzwyklejsza nieprawda. Tak jak są takie, które sympatią cieszą się. Lecz ogólnie najgorzej jest z zaufaniem. Zaufaniem na linii jednostek, jak w kontekście relacji podmiotów poziomych oraz pionowych. I właśnie w działaniach - niezależnych od związku piłkarskiego, klubów, czy organów ligowych - różnych grup futsalowych, stowarzyszeń, zrzeszeń i podobnych widzę największą szanse na rozwój polskiego futsalu. Nie będę podpierał się górnolotnie słowami o jedności, gdyż nie o to mi chodzi. Wolę bowiem tak zwaną „szorstką przyjaźń” niż wymuszanie dla idei pozorowanej lojalności.

Jeden z polskich dziennikarzy sportowych napisał, że nie zna bardziej niesłownej grupy zawodowej niż piłkarze (dodałbym jeszcze politycy). Z drugiej strony oddał cześć kibicom, stwierdzając, iż mało jest związków tak wiernych, miłości na dobre i na złe, tak trwałych, jak te na linii kibic-klub. Pewnie nic dodać, nic ująć. Ale nie piłkarzami chciałbym zająć się teraz. Też nie kibicami. Mając miesięczny czas przemyślałem sobie polski futsal w kontekście współpracy, czy ważkości zadań albo inaczej – włożonego wysiłku w polski futsal przez Komisję Futsalową, spółkę ekstraklasową, związki wojewódzkie, kluby futsalowe. I wyszło mi, że najtrudniej jest w klubach. Tej podstawie futsalowej. Dlatego chylę czoła przed działaczami klubowymi. To oni „dają utrzymanie” związkowej „wierchuszce futsalowej” w postaci Komisji. To oni dają utrzymanie władzom spółki FE. To oni pozwalają zaistnieć Komisjom, czy Wydziałom Futsalu w piłkarskich związkach wojewódzkich. To oni wreszcie pozwalają od jesieni do wiosny poemocjonować się kibicom i co nieco dorobić sędziom. Panowie, działacze klubowi, a przy okazji też piłkarze w klubach futsalowych – tak to prawda, bez Was nie byłyby potrzebne stanowiska dla działaczy w związkach i podobnych organizacjach tworzących rozgrywki ligowe. Chapeau bas.

Pisząc powyższe słowa proszę nie wyobrażać sobie, że zapominam o wymogach płacowych piłkarzy, czy nieudolnych prezesach. Broń Boże, nie zapominam. Ale nie chciałbym mnożyć negatywów. Najzwyczajniej, nie mam bowiem recepty na rozwiązanie natychmiastowe problemów polskiego futsalu. Patrząc od strony działacza wojewódzkiego zauważam, że będąc w jednym związku piłkarskim powinienem współpracować z „Komisją Centralną”. Ale z drugiej strony, spoglądając jako terenowy związkowiec widzę, że mogę działać równie dobrze bez jej wsparcia. Tym bardziej, że przepływ informacji od centrali do dołów związkowych jest raczej mało informacyjny, czy niezbyt częsty. A marzy mi się każdorazowy komunikat do związku wojewódzkiego, co mądrego postanowiono na posiedzeniu komisji w centrali związkowej. I chyba nie jest to zbyt wielkie marzenie.

Kiedy patrzę jak prezes Boniek zaprasza prezesów Wojewódzkich ZPN na mecze międzypaństwowe reprezentacji seniorskiej, trawiastej czuję się trochę głupio nie otrzymując jako szef struktur futsalu w wojewódzkim związku podobnego zaproszenia - i to wcale nie na koszt pobytowy PZPN – na mecze futsalowe naszej reprezentacji. Przynajmniej te w Polsce rozgrywane. Czy tak trudno wygospodarować miejsce na trybunie. Nie wierzę. O ile pamiętam ostatni raz, gdy zaproszenie z PZPN poszło do wszystkich przewodniczących wojewódzkich struktur futsalowych, był mecz w Szczecinie z Kazachstanem (chyba, że były inne, tylko do mnie nie doszły). I było to za kadencji poprzedniej Komisji. A decyzję podjął prezes Jan Bednarek, za podpowiedzią pana Duraja. Może czas przypomnieć sobie o takim jakby futsalowym savoir vivre i powtórzyć to. Być może dla szanownej komisji związkowej jest to drobnostka, ale właśnie nieraz takie drobnostki budują atmosferę i współpracę. Komu jak komu, lecz to właśnie futsalowej komisji związkowej w PZPN powinno zależeć najbardziej na wprowadzeniu w miarę rozsądnej współpracy futsalowej różnych gremiów oraz organizacji (tych sformalizowanych i jeszcze niezrzeszonych) parających się „małą piłką” w Polsce. Proszę mi wierzyć – a przerobiłem to na własnej skórze – działaczem się bywa, a futsal zostaje. I nie bywanie na zjazdach PZPN decyduje o jego kondycji.

Jest rzekomo taki przepis na udane małżeństwo. I to długoletnie. „Należy wziąć szczyptę kompromisu, dodać do tego nutkę inicjatywy, dwie krople goryczy, łyżeczkę zazdrości, gotować na wolnym ogniu do wyparowania”. Osobiście jestem za. Dla dobra futsalu.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Igrzyska Olimpijskie są marzeniem każdego sportowca. Start w nich jest niewątpliwą nobilitacją. Nie sądzę, aby futsal kiedykolwiek zagościł na tej imprezie. Tym większą mam pewność, kiedy widzę, że nawet Brazylijczycy, którzy w dyscyplinie są zakochani, nie zaproponowali futsalu jako chociażby dyscypliny pokazowej na organizowanych przez nich igrzyskach w Rio de Janeiro w roku 2016. Ale są nacje – i to w naszym bliskim sąsiedztwie, które mogą poszczycić się udziałem w zawodach noszących w nazwie miano Igrzysk Olimpijskich. Co prawda, pełna nazwa imprezy brzmi - Letnie Igrzyska Olimpijskie Młodzieży, lecz wpis olimpijski do sportowego Curriculum Vitae pozostaje na lata.

Takie Igrzyska zakończyły niedawno się w argentyńskim Buenos Aires. W programie był też młodzieżowy futsal dla uczestników urodzonych w latach 2000-2003. Nie wiem, czy w polskim związku piłkarskim znano zasady kwalifikacji do tych igrzysk i czy się do nich przymierzano. Znając jednak zainteresowanie kopaną piłką halową mogę domniemywać, że nie było wielkiego parcia na udział w imprezie. A szkoda, gdyż skorzystali z możliwości udziału Słowacy, z którymi rokrocznie potykamy się w Turnieju Wyszehradzkim.

Tradycyjnie też na starcie pojawili się młodzi Rosjanie, kierowani przez głównego trenera seniorskiej Sbornej, Siergieja Skorowicza. To tylko świadczy, jak wielką wagę przywiązuje się w Rosji do szkolenia. I nie dziwmy się później, iż ciągle znajdują się w strefie medalowej wielkich imprez seniorów w futsalu. Gwoli felietonowego podsumowania wstępu olimpijskiego, nadmienię jeszcze, że mistrzami zostali Brazylijczycy, pokonując w finale właśnie młodych Rosjan. Jeszcze dodam, iż ozdobą finałowego meczu był samobójczy (!) gol futsalisty rosyjskiego już na początku spotkania (można to trafienie zobaczyć w internecie).

Wspomniany wyżej Siergiej Skorowicz to niezwykle charyzmatyczna postać rosyjskiego futsalu. Kiedy o północy patrzyłem na finałowy mecz w Buenos Aires, uprzytomniłem sobie, jak ważny musi być ten turniej dla rosyjskiej małej piłki, gdy delegują na zawody najważniejszego coacha futsalowego w kraju. Skorowicz żyje futsalem. Można z nim o futsalu dyskutować długimi godzinami, czego osobiście doświadczyłem.

Innym wschodnim omnibusem futsalowym był Gienadij Lisenczuk z Ukrainy – długoletni selekcjoner tamtejszej reprezentacji, a ponadto niemal alfa i omega ukraińskiej piłeczki halowej. Zarówno Skorowicz jak i Lisenczuk to ikony futsalowe w ich krajach. Gdy tak przy wymienianiu tych nazwisk pomyślę, kto w Polsce mógłby uchodzić za taką ikonę futsalową, znaną poza granicami kraju i na różnych futsalowych forach, jakoś klawiatura mi się zacina. Nie znaczy to, że ludzie polskiego futsalu są nieznani. Niemniej, kudy im do autorytetu międzynarodowego wyżej wymienionych.

Jak już jestem dłużej przy Skorowiczu, to zaprezentuję moje marzenie, które tuła mi się po umyśle od lat. Jest to marzenie, którego nie mogłem zrealizować w polskim futsalu. Nie realizowano go też przede mną, a i po mnie też jakoś nikt nie pali się, by taki pomysł zmaterializować. Twierdzę mianowicie, że selekcjoner seniorskiej reprezentacji futsalowej powinien być na zadowalającym go etacie w PZPN. I nie tułać się po pierwszoligowych klubach jako trener. A nawet – biorąc za wzór rosyjskich olimpijczyków - powinien mieć też etatową pieczę nad reprezentacją młodzieżową.

O takie postawienie sprawy apeluję do prezesa Bednarka, przewodniczącego Kaźmierczaka oraz dyrektora sportowego Majewskiego. Nie piszę tego – aby było jasne – przede wszystkim z sympatii do obecnego selekcjonera, którego szanuję za futsalową wiedzę, lecz czynię to z troski o polski futsal.

Kolejka polskiej ekstraklasy futsalowej z minionego weekendu sypnęła niespodziankami a może nawet sensacjami. Nie sądzę, aby znalazł się ktoś, kto trafnie wytypowałby wyniki. Osobiście – mówiąc szczerze – trafiłbym tylko wygraną będącego – jak na razie – w zwycięskim transie Cleareksu w Szczecinie. No, może jeszcze pokusiłbym się o postawienie na wygraną pniewian z wyraźnie będącą bez formy drużyną Piasta Gliwice. Miło, iż już na początku rozgrywek nie jest nudno. Rekord przegrywa teraz, a nie jak w minionym sezonie, dopiero gdzieś wiosną.

Dół tabeli jest udziałem Piasta oraz Gatty ze Zduńskiej Woli. Obydwa teamy akademickie grają w taką kratkę, że dla stawiających w zakładach są najbardziej nieprzewidywalnymi zespołami tej ligi. Pojedynek beniaminków rozstrzyga na swoją korzyść ten skazywany na degradację, pokonując tego, który - wzmocniony zagranicznymi internacjonałami - ma walczyć o medale. Wreszcie odnajduje się MOKS, którego kilku zawodników - po euforii jaka niewątpliwie była ich udziałem w ekipie wicemistrzów świata szóstek piłkarskich - wraca do futsalowej rzeczywistości. Jednak zmartwił mnie Rekord. Mimo, iż miał przeciwnika z wysokiej krajowej półki, to nie odnalazł się dużej toruńskiej hali. A Elite Round coraz bliżej. Zarzuci ktoś, że w wywodzie ekstraklasowym nie wspomniałem o zawodnikach. Przyjdzie kiedyś i na to czas, ale trzeba zapracować systematycznością i poziomem w pewnym przedziale czasowym. Nie będę chwalił, czy ganił za jedną kolejkę. Zresztą tym zajmują się branżowe portale i dajmy spokój felietoniście.

Kolega Józef jadąc ze Śląska do Gdańska wstąpił do mnie w Warszawie i przekazał mi ważną wieść o organizowaniu jakiegoś tam lecia polskiego futsalu. I jak to on potrafi, od razu sarkastycznie ocenił – nie ma wyników, to będą odznaczenia. Drogi Józefie – jakieś tam wyniki są. I kadra w na finałach w Słowenii, i Rekord w gronie najlepszych w Europie. W futsalu za często nie nagradzają. Związek nie jest aż taki hojny dla dyscypliny, więc każda okazja jest dobra. Oby tylko nie okazało się, iż pierś wypną do orderów głównie ci najbliżsi władzy. A o takich – jak choćby mój kolega – zapomni się. Ale o tym przyjdzie też jeszcze czas napisać. Im będzie bliżej imprezy i jaśniej w sferze nagrodzeń.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie zastanawiam się, czy lepiej byłoby, aby rzeczywistość była czarna lub biała. Czy może lepiej byłoby jednak, aby szarość też w niej znachodziła się. Pewnie kierując się rozsądkiem pogodzenia sprzeczności w perspektywie zbudowania czegoś sensownego wybrałbym tę drugą opcje. Nie jestem bowiem pewny czy tylko uznawanie, iż białe jest białe, a czarne jest czarne dawałoby w polskiej rzeczywistości szansę powodzenia. Nikt nie przekona mnie, że działacze sportowi są tak akuratni i tylko robią rzeczy dobre albo złe. Zarówno świat (polityka też), jak i sport, w tym futsal opiera się na godzeniu przeciwności, czyli szarości. Kto mówi inaczej najzwyczajniej mija się z prawdą.

Dlatego wielu ludziom trudno jest w tym świecie szarości znaleźć swoje miejsce. I wcale im nie dziwę się, obserwując jak nijakość przejmuje – też w sporcie oraz futsalu – rządy na rozumami tych nielicznych, pragnących powiedzieć, iż jest biało albo czarno. Coraz mniej jest w otoczeniu futsalowym osób chcących łamać konwenanse, utarte schematy. Najzwyczajniej stwierdzili – nie opłaca się nam to. No tak, zawsze to być lepiej bliżej owej mitycznej władzy niż zostać zepchniętym do przysłowiowych „kanałów”. Ale starać się o przekazanie swojego zdania niezmiennie należy.

Ten przydługi nieco moralizatorski wstęp zafundowałem sobie oraz czytelnikom po zapoznaniu się z materiałem pana Jakuba Drwala o futsalu angielskim, zamieszczony na portalu Futsal-Polska. O tym, że organizacyjnie Anglicy nas z czasem prześcigną w robieniu futsalu, wiedziałem już w roku 2006, kiedy podejmowałem ich podczas towarzyskiego meczu reprezentacji seniorskich futsalu. Wygraliśmy dwa razy. I to raz dwucyfrowo aż 16-0. Ale to nie było najważniejsze. Ciekawszym była możliwość podpatrywania ich od strony organizacyjnej. Polska pięć lat po euforii związanej z udziałem w rosyjskich finałach mistrzostw Europy. Po kolejnych zmianach szkoleniowych, czy władzy w polskim futsalu – ta przywara pozostała normą do dzisiaj. Anglicy na początku futsalowej drogi. Uczyli się tego sportu. W tym też od nas. Ale od strony zaplecza technicznego przygotowani byli już na poziomie.

To od nich w tych latach przejmowaliśmy zasady używania chłodzenia organizmów zawodników po meczach. To ich podglądaliśmy w zakresie dozwolonych odżywek dla zawodników. I tak dalej, i tak dalej. Nie będę się rozwodził nad kolejnymi ciekawostkami. Wspomnę tylko, że gdy podczas eliminacji mistrzostw świata na Węgrzech były problemy z łącznością satelitarną, to rozłożyli swoje przywiezione „talerze” i było okey. Dlatego jestem pewien, iż niedługo może nie seryjnie, ale częściej osiągną korzystny wynik w meczach z nami. Jak zauważyłem – oni oraz Niemcy są niezwykle cierpliwi w budowaniu swojego futsalu. W przeciwieństwie do naszych działań. Widocznie lepiej (a jest to dziwne dla nie Słowian) odnajdują się w słowiańskim – było nie było – powiedzeniu „Co nagle, to po diable”.

W każdym razie dziękuje panu Drwalowi. Jego tekst – liczę – uświadamia władzom PZPN, członkom związkowej komisji futsalu, że to co robią to jest kropla w morzu potrzeb polskiego futsalu. I takim tempem przemian ów przysłowiowy „Kraków” będą długo budować. Pan Drwal podpisując swój fachowy wywód wskazał mi, że jest dyrektorem sportowym Futsal Młodej Ekstraklasy. Brawo i gratuluję. Gratulowałbym jeszcze bardziej, gdybym został uświadomiony o systemie rozgrywek, terminach, klubach. Cała rzecz bowiem warta jest pochylenia się nad projektem. A tak mało o nim wiadomo. Któż bowiem zastąpi zgranych zawodników w przyszłości jak nie wyedukowana od szkoły, juniorów futsalowa młodzież.
Tak składa się, że posiadłem pamięć historyczną. Gdzieś na początku tego roku przeczytałem wypowiedź młodego piłkarza Krystiana Bielika, który stwierdził, że wolał wybrać III ligę angielską od polskiej ekstraklasy trawiastej. Uznał, iż roczny pobyt nad Wisłą byłby dla niego - po przenosinach do Anglii – krokiem wstecz (!). Nie wiem co porabia teraz pan Bielik. Cytuję go, by wskazać pewną asymetrię. Angielska III liga jest lepsza dla młodego piłkarza w sensie organizacyjnym oraz szkoleniowym, niż polska ekstraklasa. Nie twierdzę przy tym, że polski klubowy, trawiasty król piłkarski jest nagi. Ale – moim zdaniem spadają z niego resztki odzieży. Co pokazują eliminacje europejskich pucharów. A jak spadają w piłce trawiastej, to z czasem mogą spadać też z klubów futsalowych. Warto mieć się więc na baczności. O, przepraszam. Z owego spadania odzieży wyłączam Rekord Bielsko Biała.

Losowanie Elite Round futsalowej Ligi Mistrzów nie było łaskawe dla Rekordu Bielsko Biała. Trójka rywali jest ograna w tych rozgrywkach i należy do wysokiej, a dwa nawet do najwyższej półki tych elitarnych rozgrywek. Rosyjski - TTG Jugra Jugorsk, hiszpańska - FC Barcelona Lassa (gospodarz grupy turniejowej), serbski - Ekonomac Kragujevac, to zespoły, z którymi ciężko będzie uciułać punkty. Ale – jak to mawiał klasyk – „Dopóki piłka w grze” – każdy jest mistrzem. Dla mnie już awans na ten poziom rozgrywkowy jest dużym osiągnięciem. Teraz każdy ugrany punkt stanowić powinien dobrą inwestycję w przyszłość.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Czasami zdarza się pisać  felietony na wyjeździe, a nawet poza granicami Polski. Jest to o tyle korzystne, że jest się dalej od rodzimych zdarzeń i ma się spokojniejsze spojrzenie. Ponadto znajomi, z którymi rozmawia się poza krajem o futsalu, mają nieskażone rodzimymi emocjami spojrzenie i ten ich dystans pozwala ujrzeć rzeczy, których na miejscu by się nie zauważyło. Trochę podróżowałem po Bałkanach, zbierając materiały do opracowania o polskich misjach za granicami. Korzystając z okazji, zawitałem nawet na chwilę na jeden z turniejów o awans do Elite Round futsalowej Ligi Mistrzów. Tam też dowiedziałem się o awansie Rekordu Bielsko Biała do europejskiej, futsalowej elity klubowej.

Gratuluję. Znajomy Serb powiedział, przekazując miłą wiadomość – „Rekordowi już dawno się to należało”. Zapewne tak, ale co nagle to po diable – jak mawia znane u nas przysłowie, więc bardziej cieszy mnie fakt, iż wynik sportowy został osiągnięty przy stabilizacji sportowo-organizacyjnej bielszczan oraz przy ciągłym progresie wynikowym, niż miałoby to stać się jako jednorazowy „wybryk” sportowy. A obserwuję od dwóch sezonów na europejskiej arenie futsalowej w poszczególnych krajach nad wyraz wiele upadków klubów, zmian nazw, czy odstępowania miejsc rozgrywkowych. Tymczasem nasz Rekord systematycznie realizuje swoje plany pod przewodnictwem już obecnie dwóch panów Szymurów. Seniora pana Janusza oraz syna, pana Piotra, kiedyś reprezentanta kraju, a obecnie pewnie następcy w futsalowym działaniu w Rekordzie. I niech tak dzieje się, gdyż - jak na razie - bielski klub jest znakomitą wizytówką polskiego futsalu.

Nie miałem za wiele możliwości oglądania innych meczów w różnych grupach turniejowych, ale od znajomych uzyskałem informację, że wcale Rekordziści nie stoją na straconej pozycji na kolejnym etapie rywalizacji, gdzie pewnie już typowych dostarczycieli punktów nie będzie. Kibic - działacz z Białorusi, których mistrz walczył w kosowskiej Prisztinie o awans (i też wywalczył) – uznał, iż zarówno ich Lidzie jak i Bielsku będzie ciężko, ale przyda się sportowe doświadczenie na przyszłość. Dopowiem - póki piłka w grze, wszystko jest możliwe.

No bo kto spodziewałby się chociażby (oprócz pewnie sympatyków, zawodników, władz Cleareksu), że po fatalnym starcie i wysokiej porażce w Pniewach zespół chorzowski wygra aż 6:1 w Toruniu? I w tym miejscu ukłony dla chorzowian, a przy okazji też dla typujących z ramienia ekstraklasy mecze telewizyjne. Jakoś udaje się wytypować spotkania atrakcyjne z wieloma golami, nie pozwalające odchodzić od telewizora, czy komputera. Oby tak dalej promowała się strzeleckimi umiejętnościami futsalowa ekstraklasa.
Polski futsal jednak to nie tylko parkiet, zespoły, ligi, gole, reprezentacje. Coraz częściej futsalem zajmują się różne projekty, tworzone przez ludzi zainteresowanych tą dyscypliną. Są to działania w żadnym wypadku nie wyręczające PZPN albo Spółki FE, lecz dające szersze spektrum wizji futsalowej. O ile te pierwsze podmioty skupiają się głównie na reprezentacji, ligach, czy młodzieży, to tworzące się czasopisma o futsalowym profilu, strony internetowe, stowarzyszenia etc etc są ważnym składnikiem dla futsalu na polu promocji, marketingu, edukacji.

Niedawno otrzymałem zaproszenie do udziału w „I Forum Futsalu – Polska 2025 – Wizja Rozwoju”, które organizuje w Katowicach oraz Gliwicach redakcja czasopisma „Futsal”. Dziękuję panu profesorowi Markowi Sitarzowi. Jest to coś nowego. Rok 2025, czyli siedem lat do przodu. Z całym szacunkiem do związku piłkarskiego, ale pewnie  nawet z jego strony nie ma tak daleko wybiegającej opracowanej wizji. I dlatego kolejny raz w felietonie będę optował za coraz większym angażowaniem się szeroko pojmowanego środowiska futsalowego w Polsce w wypracowywanie kierunków rozwoju. Nie liczyłbym tylko na PZPN, bo on ma jednak na głowie ważniejsze odmiany piłki. Całkiem sympatycznie pasuje do takich działań powiedzenie „Nic o nas bez nas”. I niech siły jednoczą się bez urazy z każdej ze stron, które dotychczas mają (miały) monopol na futsal.

Wiem, że w tym tygodniu lub przyszłym PZPN organizuje spotkanie z klubami futsalu kobiecego na temat rozgrywek w nowym sezonie. Trochę późno, ale ważne, że jest spotkanie i pewnie będą też rozgrywki. Zapewne będą one nadal tylko zimowym przerywnikiem dla trawiastej piłki kobiecej. Czyli futsal kobiecy nadal pozostanie Kopciuszkiem. Apeluję, do władz futsalu oraz piłki kobiecej w naszym centralnym związku piłkarskim. Panowie – zróbcie coś, aby bardziej docenić futsal kobiecy. Zdecydujcie się na krok, który futsal męski zrobił w latach 2009-2010. Nie bójcie się kontrowersyjnych decyzji. Inaczej trener Wojciech Weiss dalej będzie się bujał od ściany do ściany i będziemy cieszyć się, że wygraliśmy z Rumunią. Czas pokazać, iż ma się coś więcej (!) niż dobre chęci. Cyceron mawiał - i jako historyk adekwatnie go przytoczę -  „His­to­ria - świadek cza­su, światło praw­dy, życie pa­mięci, nau­czy­ciel­ka życia, zwias­tunka przyszłości”. Warto o tym pamiętać.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

W cieniu spektakularnego triumfu siatkarzy, którzy obronili we włoskim Turynie mistrzostwo świata, reprezentacja Polski szóstek piłkarskich w portugalskiej Lizbonie wywalczyła, podczas I mistrzostw globu w tej dyscyplinie, wicemistrzostwo świata. Wicemistrzostwo w tej popularnej, ale nieolimpijskiej – jak i futsal – dyscyplinie. Gratuluję. Tym bardziej gratuluję, że do sukcesu poprowadził naszą „srebrną szóstkę” futsalowy trener, Klaudiusz Hirsch. A w gronie srebrnych zawodników znaleźli się znani z futsalowych parkietów – Norbert Jendruczek, Adrian Citko, Mateusz Lisowski z MOKS Białystok; Marcin Grzywa z Piasta Gliwice; Mariusz Milewski z Gatty Zduńska Wola oraz Krzysztof Elsner z FC Toruń. Tylko niemiecki Mannschaft okazał się lepszy od Polaków.

Co prawda, piłkarskie szóstki są niszową, niemal na równi z futsalem dyscypliną piłkarską w dziedzinie piłka nożna, niemniej sukces nie przeszedł bez echa. W niedzielnym Cafe Futbol w Polsat Sport poinformował o nim sam redaktor Mateusz Borek. Cóż, teraz czas na futsal. Czas podjąć rzuconą rękawicę i powalczyć nie tylko o udział w jakimś finałowym światowym, czy europejskim czempionacie, lecz o wysokie lokaty. Jeżeli dyscyplina nie mająca za sobą, czy nad sobą związkowej „czapki” potrafi osiągnąć tak dobry wynik, to jak należy interpretować brak sukcesów ze strony dyscypliny, za którą stoi najpotężniejszy w kraju związek sportowy. Gdzie rozmijają się drogi stowarzyszeń, działających na zasadzie głównie wolontariatu i stowarzyszeń z pełną kasą. I dlaczego szóstki mogą, a futsal nie. Pozostawiam pytania do odpowiedzi czytelnikom. I od razu wykluczam argument, że ”szóstki” są mniej znane, gdyż jest to nadużycie oczywiste. A nawet z kategorii zazdrości.

Od momentu, gdy srebro portugalskie naszej reprezentacji stało się faktem, do chwili, gdy zasiadłem do felietonu, usłyszałem już od wielu osób – jak to, niestety, w Polsce bywa sporo krytyki dla „szóstkowej dyscypliny”. Niektórzy z moich rozmówców nawet poczęli używać tego sukcesu jako swoistej pałki, by dołożyć „szóstkom”. Dołożyć, jako rozbijakom futsalu. Dawno nie słyszałem większej niedorzeczności. Takie słowa są to najzwyczajniejsze dyrdymały do obśmiania. Każda z dyscyplin pracuje na siebie i nie widzę  żadnego konfliktu interesów. Kiedyś współpracując z „Tygodnikiem Żużlowym”, który głównie opisuje „żużlową jazdę w lewo”, będącą także sportem nieolimpijskim, nie spotkałem się, by banalnie odnoszono się do choćby motocrossu. Jak docenimy sukces innych, to i nasz kiedyś też docenią. A tak na marginesie – myślę, że ogólnie futbol jest w miarę prostym sportem, gdzie zapamiętanie prostych zasad nie powinno stanowić najmniejszego problemu. Przecież głównie chodzi o to, by przeciwnikowi wbić więcej goli, niż on nam potrafi to zrobić. Pozostaje więc wspólnie walczyć o jego dobro.

Futsalowy Turniej Wyszehradzki, który w tym roku organizowali, Czesi potwierdził tylko moja tezę, że nasze teamy – seniorski oraz młodzieżowy – są na etapie prób oraz błędów. I do doskonałości jeszcze daleka przed nimi droga. Co nie znaczy, że nieosiągalna. Dzięki czeskiemu przekazowi wizyjnemu mogłem oglądnąć wszystkie mecze. I to nie tylko Polaków. Chciałbym kiedyś mieć taki dobry przekaz z turnieju towarzyskiego rozgrywanego w Polsce. Od lat bowiem upatruję głównej nobilitacji futsalu w odpowiednim przekazie wizyjnym meczów poza halę. Dopiero, gdy tego nauczymy się, można stawiać na okazałych sponsorów. I ponownie odwołam się do siatkówki. Pamiętam czasy, gdy panią Glinką, czy panem Świderskim – czołowymi polskimi przedstawicielami polskiego volleyballa początku XXI stulecia - nikt nie interesował się, gdyż telewizje od przypadku do przypadku dawały nam reprezentacyjny przekaz. Zmieniło się, gdy panie wywalczyły w 2003 roku mistrzostwo Europy. Polsat objął pieczą siatkówkę. I mamy sukces dyscypliny oraz sukces Polsatu. Jak to bywa często w życiu, kobiety pociągnęły siatkówkę na salony współczesne, na czym korzystają teraz bardziej mężczyźni.

Nie bez kozery podaję ten przykład, gdyż działając kiedyś w PZPN wyobrażałem sobie, że to właśnie nasz futsal kobiecy da spory impuls polskiemu futsalowi. Zawsze to, co jest raczkujące, daje większe możliwości przebicia się. A z futsalem kobiecym tak przed kilkoma laty było. Niestety, animozje pośród futsalowej oraz kobiecej władzy w gronie moich następców w związku doprowadziły do tego, że prezes Zbigniew na jakiś czas zawiesił kobiecą kadrę. I teraz musimy zaczynać wszystko niemal od początku. 

Niestety, stracony czas jest nie do odrobienia w chwilę. A była szansa lustrzanie podobna do tej sprzed ponad 25 lat, gdy z inspiracji Michała Listkiewicza kadra męska pojechała na mistrzostwa świata do Hongkongu. I jak nie przyznawać racji Janowi Kochanowskiemu, głoszącemu już przed wiekami w Księgach Wtórych w Pieśni 5 o Polaku, który nie wyciąga wniosków. I takoż – napiszę to oględniej niż ujął poeta - wcale Polak nie musi być mądry po szkodzie.
Przez wiele lat jako dziennikarz – etatowy, i wolny strzelec – bywałem w różnych środowiskach sportowych. Pracowałem dla wspomnianego „TŻ”, „Przeglądu Sportowego”, „Tempa”, „Polskiej Piłki”, że wymienię tylko centralne media. Zresztą regionalnych też było kilka. Pracując preferowałem różnorodność dyscyplin. Uważałem bowiem, że zasiedzenie się przy jednej dyscyplinie, czy w jednej redakcji0 zubaża człowieka. To samo dotyczy też – moim zdaniem - działacza. Nie wyobrażam sobie, by nawet szkoleniowiec, czy sportowiec był zamknięty wyłącznie w swoim kręgu sportowej dyscypliny. Postawa „multi” zawsze daje możliwość lepszego wykorzystania wiedzy dla wiodącej dyscypliny.

Możliwość wchodzenia na imprezy akredytując się, czy tylko pokazując dziennikarską legitymację była wprost bezcenna. Pozwalała komunikować się z ważnymi osobami danego sportu. Podczas owej pracy nie zdarzyło mi się widzieć, by selekcjoner, trener jakiejś reprezentacji kupował bilet na mecz, który chciał oglądnąć. Dlatego zdziwiony byłem, gdy niedawno otrzymałem informację, że w futsalu ligowym nie jest to jasno uregulowane i mogą zdarzać się różne niedomówienia w tym zakresie. Myślę, że właściwe gremia raz na zawsze powinny przekazać klubom, iż na obiekcie należy wyznaczyć miejsca przeznaczone dla oficjeli PZPN, Spółki, czy związków regionalnych. Tak, aby w każdej chwili selekcjoner, przewodniczący komisji, prezes spółki mogli bezproblemowo wejść na mecz i zająć należne im ze względu na zajmowane stanowisko, czy pełnioną funkcję miejsce. Dla klubu pobyt selekcjonera, przewodniczącego, prezesa na meczu powinien kojarzyć się z zaszczytem, a nie z udręką. I niech tak stanie się – szanowne kluby futsalowe.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy nasze futsalowe teamy – seniorski oraz młodzieżowy – rywalizują w czeskim Nymburku o wygrane w tradycyjnym Turnieju Wyszehradzkim, w dalekiej Portugalii, a dokładnie w jej stolicy Lizbonie rozpoczęły się historyczne, bo pierwsze, mistrzostwa świata w dyscyplinie zwanej mini futbolem. W gronie uczestników znalazła się - prowadzona przez znanego szkoleniowca futsalu Klaudiusza Hirscha - reprezentacja Polski.

Niewątpliwie jest to wielkie wydarzenie dla polskiej „piłki kopanej”. Na dodatek w dyscyplinie mającej wiele wspólnego z futsalem i powołującej do swoich reprezentacyjnych szeregów  zawodników na co dzień biegających po futsalowych, ligowych halach. Pozostaje tylko życzyć, aby polska piłka sześcioosobowa jak najlepiej zaprezentowała się na najbardziej prestiżowym placu Lizbony (co za piękne miejsce) – Praca do Comercio.

Podczas tegorocznej kanikuły miałem okazję w podwarszawskim Pruszkowie przyjrzeć się półfinałom mistrzostw Polski w mini futbolu. Najbardziej zaskoczył mnie rozmach imprezy. Powiem szczerze, że futsal został pod względem organizacji tak wielkiego zlotu zespołów i ilości jednorazowego grania zawodników pozostawiony w tyle. Być może, w sumie, w różnych imprezach futsalowych w naszym kraju bierze udział więcej futsalistów. Ale nie byłbym tego taki pewny. I zresztą nie to jest najważniejsze w moim rozważaniu.

Bardziej uwypuklę fakt, iż ta wielość mini futbolowa jest znakomicie centralnie zorganizowana. Czego brakuje futsalowi, który z zasady nie obejmuje centralnie swoim związkowym patronatem rozgrywek istniejących poza strukturami PZPN. Po finale ogólnopolskim na pięknym Stadionie Śląskim począłem się nawet zastanawiać, jak wyglądałby polski futsal, gdyby pozwolono mu zrzeszyć się w odrębną strukturę centralną, afiliowaną przy związku piłkarskim. Gdy poznałem, jak znane nazwiska (piłkarskie, medialne) wspierają nasz mini futbol, jak poważne media czy sponsorzy znajdują się w jego kręgu, jeszcze bardziej wzrósł mój szacunek do tej odmiany piłkarskiej rywalizacji. Nie jestem odosobniony w opinii, że dla niszowych dyscyplin, a taką jest jednak futsal, najlepszym wyborem jest samostanowienie, pojmowane w szerokim tego słowa zakresie. Związek natomiast jest niezbędny w zakresie startów w oficjalnych mistrzostwach organizowanych przez FIFA, czy UEFA.

I to byłoby tyle – przynajmniej na razie - o tej pokrewnej dla futsalu dyscyplinie piłkarskiej. Przechodząc do stricte futsalowych odczuć, wyrażę zadowolenie, że wreszcie setki, a może nawet tysiące sympatyków „halówki” mogą co tydzień pasjonować się swoją dyscypliną. Po ekstraklasie ruszyły bowiem rozgrywki I ligi męskiej. Niedługo zapewne rozpoczną gry regionalne II ligi oraz – mam nadzieję – ligi kobiece. Nie zapominać należy także o Halowym Pucharze Polski, więc będzie co oglądać. Kręcąc się w miniony weekend po Polsce, przypadkowo zaglądnąłem do jednej z pierwszoligowych hal. Wrażenie zrobiła kolorowa ścianka z logami organizatora, czy producenta piłki ligowej. Dobry krok w dobrą stronę. Szkoda tylko, że hala nieco pustawa. Ale liczę, że gdy zakończy się sezon trawiasty, to i w tych mniejszych miejscowościach kibice w większej liczbie pojawią się na halach. I za to trzymajmy kciuki.

Niestety, puste miejsca na widowni są zmorą nie tylko I ligi futsalowej, ale też i wielu klubów ekstraklasy. Jeden z piłkarzy mówił mi, że dziwnie gra się przy prawie pustych trybunach. Rozumiem go i apeluję do organizatorów klubowych meczów od góry do dołu polskich lig futsalowych – przyłóżcie się panie oraz panowie, by hale zapełniać. Próbujcie różnych akcji dla kibiców, atrakcji nie tylko sportowych. Róbcie wiele, aby wyeliminować tę swoistą piętę achillesową (niedobór kibiców na meczach) istniejącą jeszcze w niektórych klubach naszego futsalu ligowego. Naprawdę warto o to postarać się. Zresztą dotyczy to także niektórych meczów organizowanych centralnie.

Pisząc felieton wiem, że w ramach Turnieju Wyszehradzkiego polska młodzież pierwszy mecz wygrała, a seniorzy przegrali. Nie przykładałbym aż tak dużej wagi do wyników obecnego turnieju. Selekcjonerom Korczyńskiemu oraz Żebrowskiemu potrzeba dać nieco czasu. Osądzać ich oraz kadrę będzie można w roku przyszłym. Pewnie, że chciałoby się samych zwycięstw, lecz czasami lepiej przegrać bitwę, by wygrać wojnę. I – przynajmniej ja tak odbieram plany federacji. Co nawet wynika pośrednio z wypowiedzi nie tylko szkoleniowców, ale i ich szefów. 
Kolega – recenzent Józef - zarzucił mi niedawno, że opisując felietonowo futsal, nic nie wspominam o Mazowszu, gdzie – było nie było – mieszkam. Otóż drogi Józefie, uzupełnię ten brak. Prawdę mówiąc, dotąd nie było za wiele co pisać, gdyż futsal na Mazowszu był śladowy. A nawet – jak to mówił jeden z prześmiewców tej dyscypliny – ze względu na brak odbicia piłki futsalowej można było na nią tutaj mówić „pustak”. I tak też futsal mazowiecki był przez wielu znawców piłkarskich z Warszawy i okolic postrzegany.

Na szczęście dzięki grupie zapaleńców wiele zmieniło się i zaistniała możliwość „uruchomienia” nawet ośmiozespołowej II ligi męskiej. Trzy zespoły zapewne wystartują w ekstralidze kobiecej. Tradycyjnie jeden z warszawskiego Uniwersytetu w I lidze męskiej. I wreszcie – co najważniejsze – gdzieś około 20 drużyn zgłosiło się lub jeszcze dołączy do Młodzieżowych Mistrzostw Polski, co jest największym ewenementem. Do tej pory w gronie męskiej młodzieżówki rywalizowało 1-2 zespoły. W gronie dziewcząt ciut więcej. Czyli podsumowując drogi Józefie – jakoś to kręci się, i nie jest najgorzej. A nawet jest systematyczny progres. Aby jednak nie popadać w samozadowolenie zacytuję Mikołaja Gogola – wybitnego rosyjskiego pisarza z carskich czasów, który powiadał – „Biada temu, kto zadowolony jest z siebie: taki człowiek nigdy nie nabędzie rozumu”. I niech to niesie się do ludzi futsalu w całej Polsce.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kariera sportowa nie trwa wiecznie. Czy to zawodnika, czy sędziego, czy trenera, czy działacza. Dlatego ważnym jest, by znaleźć sobie miejsce w sporcie lub na „działce” około-sportowej po zakończeniu kariery, czy też po sportowym wypaleniu albo zauroczeniu ową pasją. I to jest czasem ważniejsze, niż sportowa kariera. I nie chodzi wcale o indywidualne zadowolenie, tylko o wymiar społeczny po-sportowych działań.

Kiedy patrzę na byłych sportowców zauważam choćby działania Otylii Jędrzejczak, Artura Siódmaka czy Łukasza Kadziewicza. Pewnie mógłbym wymienić jeszcze sporo nazwisk, ale pozostawiam czytelnikom, by każdy dodał swoją wiedzę w tym temacie. I tak powinno być. Każdy z wymienionych na początku felietonu profesji po zakończeniu swojej misji związanej czynnie ze sportem nie powinien zapominać o swojej pasji życiowej w sporcie i nadal na różne sposoby ją realizować. Najlepiej byłoby, aby czynione to było w ukochanej dyscyplinie. Jest to, poniekąd, nawet obowiązek. I do tego namawiam byłych futsalowych działaczy, zawodników, szkoleniowców. Róbcie coś, bo akurat futsal jest niezmiernie ubogi we wszelkie profutsalowe akcje. Być może są lokalne inicjatywy. I chwała im za to. Ale chodzi o wymiar ogólnopolski. Wymiar, który da fascynację futsalem już w gronie kilkulatków, czy kilkulatek. Nikt za Was, wolontariuszy, tego nie zrobi. A na pewno nie piłkarski związek, czy inne sformalizowane struktury polskiego futsalu. Gdyby to robili, to Polska dzisiaj kipiałaby futsalem. A tak, niestety, nie jest.

Znajomi wiedzą, że jestem wielkim pasjonatem siatkówki. Może jeszcze większym niż piłki nożnej i futsalu. Kiedyś nawet byłem rozjemcą w tym sporcie i to wcale nie niskiego szczebla. Dlatego podeprę się siatkarskim przykładem w nawoływaniu o zaangażowanie w niesztampowe imprezy promujące daną dyscyplinę. Przykładem w organizowaniu różnych campów. Campów z aktywnym udziałem rodziców malców biorących w nich udział. Zapewne jest w takich projektach sporo zabawy, ale – być może – wykluje się zainteresowanie futsalem i narodzą się zastępy futsalistów. Jak nie spróbuje się, to nie pozna się też efektów. Nie liczę, że moje pisanie aż tak zmobilizuje środowisko, iż od jutra zaczną tworzyć się masowo futsalowe campy. Ale rzucam ziarno siewne mając nadzieję, że spadnie na żyzną futsalowo glebę.

Po agitacyjnym dla futsalu wstępie czas przejść do rzeczywistości. Co prawda futsalowa Polska nie płynie mlekiem oraz miodem, ale nie jest już też taka siermiężna, jak choćby przed czterema laty. Rozpoczęła gry nowego sezonu ekstraklasa. I już na początku mieliśmy festiwal strzelecki w liczbie goli danej kolejki. W takiej sytuacji nawet jeżeli nie zachwyci nas poziom, to mamy atrakcyjne bramkami, emocjonujące widowiska. A gole są wspaniałą promocją dyscypliny, bo przecież w tej grze chodzi o umieszczenie piłki w tym prostokącie z siatką. Ale były również niespodzianki. Dla mnie największą wygrana AZS Gdańsk w Gliwicach. Jedna kolejka nie jest polem do osądów, ale czerwone światełko w Gliwicach pewnie powinno zapalić się. Zaskoczyły mnie także rozmiary porażki Cleareksu w Pniewach. Podsumuję to krótkim rosyjskim zadaniem „tiszie jediesz dalszie budiesz”. Red Dragons w spokoju bez wielkich fanfar oraz zadęć przygotowywali się do sezonu i fajnie im na początku wyszło. Mniej niż porażka chorzowian zaskoczyła mnie wygrana Red Devilsów w Katowicach. Katowicki team jest nierówno grającym zespołem. Co pokazywał w poprzednich sezonach i potwierdził już na początku tego.
Nie wystartowała jeszcze I liga, ale już na początku będziemy mieli odwołane mecze. Otóż, po zmianach zafundowanych przez Komisję Futsalu, teraz powołanie już tylko jednego zawodnika z danego klubu do reprezentacji może skutkować przełożeniem meczu. Pomysł niezły – do tej pory dotyczyło powołania dwóch zawodników – ale oby nie skutkowało to częstym przekładaniem zawodów. Znając realia naszego futsalu i terminy kontraktowania gier reprezentacyjnych – często na ostatnią chwilę – mogą takie sytuacje powtarzać się. A nie byłoby to dobre wizerunkowo dla dyscypliny. Takie rozwodnione kolejki. Może więc czas ustalać terminarze gier kadry z minimum rocznym wyprzedzeniem. Tak, jak dzieje się to w wielu znaczących federacjach. Choć z drugiej strony nie wierzę, aby aż tak wielu futsalistów z I ligi selekcjoner Korczyński na stałe zadomowił w reprezentacji.

W poprzednim felietonie nie pochwaliłem naszej młodzieży reprezentacyjnej oraz kobiecego teamu narodowego w futsalu. Przypomnę, iż pozytywnie odniosłem się tylko do kadry męskiej, seniorskiej. Od razu zaowocowało to głosami, że ocena jest niesprawiedliwa. Najgorzej jest, że jak ktoś czytając felieton odnosił to do przytyków - indywidualnie. Odczytywał jako wybieranie winnych. Nie, krytyczne zdanie wypowiadane było o systemie. I w tym kontekście zdania nie zmieniam. Zarówno kadry kobiece jak i młodzieżowe mają szanse na udowodnienie swoich racji – podobnie jak związkowi twórcy systemu – kwalifikacjami do finałów ważnych turniejów mistrzowskich. Kobiety już to zaprzepaściły. Przed młodzieżą szansa jeszcze jest. Poczekamy i zobaczymy, po czyjej stronie jest racja. W każdym razie na chwilę obecną połowicznie (kobiecy falstart) po stronie felietonisty. A zaistniałą różnicę zdań podsumuję słowami francuskiego reżysera filmowego Pagnola, który mówił, iż lepiej wybierać winnych niż ich wyszukiwać. Proszę więc nie szukać winnych nieudanych startów poza sobą. 

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Wakacje minęły. Futsal rusza. Chociaż już w sierpniu było go wiele w halach. Tradycyjnie w drugiej połowie sierpnia oraz początkiem września objechałem „Basen Bałtycki” od Sztokholmu poprzez Gdańsk, Rygę oraz Tallin. Kiedy w czerwcu podczas mistrzostw świata zahaczyłem o rosyjskie białe noce, mogę uznać, że bałtyckie plany wojażowe spełniły się. Niemniej nie zapominałem o futsalu. I w tym miejscu pragnę podziękować panom prezesom – Szymurze, Bednarzowi oraz Łuckiewiczowi za zaproszenia na organizowane przez ich kluby turnieje. Gratuluję zwycięstw, udanych imprez, wysokich ocen w UEFA oraz uznania ze strony klubów – uczestników tych turniejów. Osobiście czuję się usprawiedliwiony za nieobecność.

Jednak tego samego nie mogę powiedzieć o polskich klubach futsalowych – żeńskich oraz męskich, które totalnie zlekceważyły wybory delegatów na sprawozdawcze walne zebranie PZPN. Jest żenujące, że tylko coś około 20 osób uczestniczyło w spotkaniu, w tym kilku członków Komisji Futsalu w związku. Jeszcze raz powtórzę wobec klubów – ŻENADA. Zapytam szanowne kluby, kiedy, z kim oraz gdzie i jak chcecie dyskutować o problemach polskiego futsalu. Takie coroczne spotkanie jest przecież do tego najlepszą okazją. A tymczasem oddaliście w większości ten pojedynek walkowerem. I wcale nie zdziwię się, gdy Komisja Futsalu zaproponuje, by nie odbywać takich corocznych wyborów i aby delegaci byli wybrani na całą czteroletnią kadencję PZPN. Tak oto – szanowne kluby polskiego futsalu od góry do samego dołu – strzeliliście sobie w przysłowiową stopę.

Gdy poruszałem ten temat z wieloma prezesami klubów (obecnymi i nieobecnymi na spotkaniu) odniosłem wrażenie, że chcieliby innych delegatów wybrać, ale nie mają siły przebicia, więc po co mają jechać do Warszawy. Przyznam, że zmroził mnie ten tok rozumowania. To jest jeszcze gorsze niż nieobecność w stolicy na wyborach. Nie znam aktualnie panujących relacji Komisji – i dobrze mi z tym, więc nie mam swojego zdania w tym temacie. Niemniej, gdy odzywają się takie głosy, to musi być coś na rzeczy. Sprawdziłem i rzeczywiście panowie Morkis oraz Kulczycki są wybierani po raz kolejny. Jak kluby polskiego futsalu akceptują ten stan rzeczy nie uczestnicząc w głosowaniu, to przynajmniej niech później nie narzekają, że tak dzieje się. Jak mówi się – nieobecni nie mają racji. A nawet jakby ją mieli, to nie przyjeżdżając jej nie wyrazili.

Patrząc na te wybory i porównując je z innymi ujrzałem rozgadane towarzystwo klubów ekstraklasy futsalu. Tam nie brakuje trudnych pytań, sporów, czy dyskusji. Prezesi muszą ciągle mieć się na baczności. I nie wystarczają gładkie słówka. A - i obecność zawsze niemal stuprocentowa. Jakże inna rzeczywistość. A przecież, tu i tu futsal. Porównując zobaczyłem kolejną płaszczyznę, która utwierdza mnie coraz mocniej, iż powołanie Spółki było jedną z najlepszych decyzji, jaka przydarzyła się polskiemu futsalowi w mijającej dekadzie. I zadowolony jestem, że przyłożyłem do tego też swoją rękę.

Tradycyjnie nowy sezon futsalowy zainaugurował mecz o Superpuchar. Rozgrywany był na terenie podległym przewodniczącemu Kaźmierczakowi, czyli w Bełchatowie. Wynik zgodny z przewidywaniami. Rekord Bielsko-Biała z kolejnym trofeum. Jako jeden z rozjemców zadebiutował czeski sędzia. Zgodnie z porozumieniem pomiędzy związkami, nastąpi od nowego sezonu wymiana arbitrów w rozgrywkach futsalu w Polsce oraz Czechach. Brawo – panie Przemku. Szkoda, że bełchatowska impreza nie zachwyciła frekwencją na trybunach. Dobrze, że futsalowi arbitrzy mieli równocześnie szkolenie i podratowali nieco widownię. Myślę, że należy zastanowić się w związku, gdzie oraz jak rozgrywać takie mecze, podobnie jak finał Halowego Pucharu Polski, by zainteresowanie było większe. To jest ważne dla polskiego futsalu i nie można tego zbyć przysłowiowym machnięciem ręki.

Na deser pierwszego felietonu w nowym sezonie rozgrywkowym pozostawiłem sobie kadry narodowe. O kobietach nie będę rozpisywał się, mimo iż udają się do Hiszpanii na ważny eliminacyjny turniej. Kadra kobiet jest ciągle w powijakach, mimo rozegrania wielu ciekawych meczów towarzyskich. I teraz, gdy ruszyły rozgrywki kobiece na trawie, nie zawsze wszystkie zawodniczki, które selekcjoner widziałby w reprezentacji, pewnie mogą pojechać. Kadra młodzieżowa męska wydaje mi się jakby zlepiana ad hoc na eliminacyjny turniej mistrzostw Europy. Odważę się i powiem, że przespano miniony czas. Teraz próbuje się go nadrobić hurtem powołań piłkarzy Rekordu. Natomiast co do kadry seniorskiej, z ciekawością przyglądam się powołaniom selekcjonera Korczyńskiego. I nie uważam, by na obecnym etapie błądził – jak to ogłaszają różne facebooki, czy twittery. Powołując mało znanych futsalistów pokazuje, że chciałby przedrenować polski futsal, odsiewając poprzez gry ziarno od plew. Chciałby pewnie, aby nie zniknął z jego pola widzenia żaden potencjalny zawodnik nadający się do reprezentacji. Jest to zasadne tym bardziej, że do ważnego turnieju ma jeszcze sporo czasu. Trzymam kciuki, by udało się wyselekcjonować rzeczywiście najlepszych. Podobnie jak życzę, by selekcjoner miał dobrego nosa, gdy testował piłki dla rozgrywek futsalowej I ligi. Ale dziwię się, że dał swoje nazwisko przy ich wyborze.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie należę do ludzi mówiących – „ a nie mówiłem” – gdy coś nie uda się w momencie, kiedy realizowana jest inna koncepcja niż moja. Niemniej, przyglądam się nadal danemu projektowi i próbuję po raz kolejny wnosić uwagi. Z drugiej strony nie należy ode mnie oczekiwać przytakiwania w takich momentach. Natomiast kiedy pragnę coś realizować czynię to na własnych zasadach. I mam to szczęście, że dawano mi w przeszłości i daje się obecnie swobodę działania, czy to zawodowo, czy społecznie, czy sportowo, czy pisarsko. Oby tak trwało.

Patrząc z dystansem na polski futsal zauważyłem, że nie ma w nim autorytetów, którym można byłoby w pełni zawierzyć. Nie ma osób, których wizja lub mapa drogowa w pełni satysfakcjonowałaby – nie tylko mnie, ale całość środowiska. Zapewne całościowej wizji nie doczekam się an bloc ze związku. Na przykład od odpowiedzialnego wiceprezesa. Chociaż prowadzone w ciągu minionego dwulecia przez przewodniczącego komisji pewne systemowe zmiany idą w dobrym kierunku. I kibicuję mu. Ale przewodniczący jest tylko jeden, a działaczy – potakiwaczy masa.  I to jest ten najpoważniejszy feler. Potakiwanie. Oficjalne potakiwanie, a w kuluarach krytykowanie. Obawiam się, iż w podobny sposób może zapętlić się ekstraklasa. Proszę mi wierzyć, nie ma nic gorszego niż ciągłe przytakiwanie, czy potakiwanie. I to poddaję ku rozwadze przed nowym sezonem rozgrywkowym w polskim futsalu.

Piotr Szymura, który jest dyrektorem od spraw sportu w Rekordzie SSA, po dwóch sparingowych klęskach z Barceloną wypowiedział znamienne słowa, które każdy działacz, zawodnik, sędzia, trener parający się futsalem, czy tylko jemu sympatyzujący powinien zapamiętać na lata. Zacytuję słowa dyrektora za jednym z portali internetowych – „Pozytywem jest to, że obnażone zostały nasze błędy i niedostatki, o których na podstawie meczów w naszej lidze pewnie nawet nie wiedzielibyśmy. Niby tylko dwa mecze, a materiału do analizy mamy więcej, niż przez całą rundę w lidze”. Tymi oto słowy podsumowana została moc naszego futsalu, a szczególnie ligi. Jest na nad czym pomyśleć.

Słowa pana Piotra są sporo zbieżne z moimi poglądami. Niemniej jego brzmią wyraziściej, gdyż jest na co dzień przy klubowym futsalu, a ja tylko od święta. Szybko jednak po obserwacji zauważyłem, że o ile ekstraklasa stara się wszechstronnie doskonalić, to I liga nadal amatorka. O II lidze nie będę nawet rozwodził się, gdyż wygląda to – jak na razie – na typowe „szlacheckie pospolite ruszenie” okresu I Rzeczypospolitej. O rozgrywkach futsalu kobiecego przez grzeczność wobec płci nadobnej nawet w takim kontekście nie wspomnę.

Ciągnąc jeszcze przez chwilę temat Rekordowy, wystąpię z odezwą do klubów ekstraklasy, które chciałyby Rekord naśladować w kwestii organizacyjnej. Proszę sobie nie zadawać trudu. Proszę szukać własnej futsalowej drogi w organizacji klubu. Na chwilę obecną Rekord jest dla stowarzyszeń polskiego futsalu nie do skopiowania. Powodów jest wiele, ale wymienię tylko dwa – baza oraz fundusze. Niby tylko dwa powody, ale rzutujące na całość. Celowo nie wspominam tutaj o wizji, gdy zakładam, że każdy prezes, sponsor biorący się za bary z klubowym futsalem to posiada. Gdy nie, to niech przerzuci się na szachy, gdzie najłatwiej nauczyć się strategicznego myślenia. I dopiero później powróci do futsalu.

Kiedy w myślach przebiegam po nazwiskach polskiego futsalu klubowego zauważam, że sprzed lat do teraz na poważnym poziomie dotrwały tylko dwa. Panowie Szymura oraz Wolny. No, i jeszcze pan Bober ze Szczecina. Być może kogoś pominąłem, ale nie wydaje mi się, aby jeszcze jacyś obecni prezesi ekstraklasowi (klubów) decydowali o losach klubowego futsalu lat temu - chociażby 15. Nie wydaje mi się też, aby wielu sympatyków futsalu z Polski pamiętało, że kiedyś Rekord przeżywał degradacje. Tak było, i tym bardziej należy cenić fakt, iż pan Janusz wytrwał w swojej pasji. Podobnie jak pan Wolny. I to, że te osoby były oraz są przy futsalu nadal pokazuje jak ważna jest ciągłość. Ciągłość, której brakuje w zarządzaniu futsalem w PZPN. Kiedyś pisałem, że w swojej krótkiej karierze (niecałe ćwierćwiecze) polski futsal miał już około 20 selekcjonerów kadry. A przewodniczących związkowej komisji może tylko coś połowę mniej. I to też jest jedna z przyczyn słabości naszej piłki halowej. Nie wiem, czy z tego zdają sobie w pełni sprawę prezesi związku. Podejrzewam, iż niezbyt ich to interesuje. Może więc od następnej kadencji czas na stabilizację.
Przeglądając niedawno komunikaty związkowe zauważyłem – powiem przewrotnie – jednak jakieś zmiany na plus. Otóż komisja licencyjna nie przyznała licencji klubom w I lidze. Bodajże dwóm. Ale i nałożyła też pewne nadzory. O ile mnie pamięć nie myli, odmowa licencji zapadła ostatni raz około 8-9 lat temu, a dotyczyła pewnego klubu futsalowego z Katowic. Tylko, że wtedy licencje nadawała jeszcze Komisja Futsalu. Później, kiedy przejął to centralnie związek szło bardziej taśmowo – czytaj pozytywnie. Odbieram obecny fakt decyzji licencyjnych jako niezwykle dyscyplinujący i potrzebny polskiemu futsalowi. I sądzę, że nie pomylę się, kiedy napiszę, iż widać w tym organizacyjne działania przewodniczącego związkowego futsalu, porządkującego na różnych polach tę dyscyplinę sportową. Oby mu udało się, bowiem tylko system, organizacja, ludzie – mogą dać wynik sportowy. Wynik jakże oczekiwany przez naszą futsalową społeczność.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Lato tego roku mamy niezwykle upalne. Nie przymierzając afrykańskie. Jednak przechodząc do futsalu napiszę, że kanikuła roku 2018 jest dla kopiących małą piłkę na hali dość zapracowana. Wydarzenia sportowe z udziałem drużyn akademickich w lipcu oraz sierpniu. Sierpień, to tradycyjnie początek treningów elity ekstraklasowej. Ponadto Rekord wystartuje w eliminacjach futsalowej Ligi Mistrzów. Odbędą się ciekawe turnieje oraz multum gier kontrolnych. A wszystko będzie działo się w interesującej międzynarodowej obsadzie. Nawet dowodzeni przez pana Przemysława sędziowie nie wypoczywają za wiele i praktycznie albo teoretycznie walczą o awanse, lokaty rankingowe i z zaciekawieniem spoglądają na ogłaszane klasyfikacje w tych swoich „topach”.  Tak czy inaczej coś dzieje się.

A jeszcze kilka lat temu nie do pomyślenia było w futsalu, aby w okresie wakacji pisało się o futsalu. Co najwyżej, gdzieś tam przy okazji jakichś okazjonalnych turniejów nad Bałtykiem, czy jeziorami, kiedy pokopano sobie na hali, a głównym celem spotkań było ognisko, piwko, plaża, woda. Ci co cierpliwie czekali, licząc na zmiany, są zadowoleni. Malkontentom ciągle będzie mało. Niemniej, bądźmy cierpliwi. Dla mnie - to słowo klucz, ma w sporcie pierwszorzędne znaczenie. I tyle tytułem ogólnego wstępu.

Przechodząc do szczegółów napiszę, iż zadowoliły mnie akademiczki futsalowe z  Uniwersytetu Jagiellońskiego, które przywiozły z portugalskiej Coimbry brązowy medal Europejskich Igrzysk Uniwersyteckich, czy też jak mówią inni – Studenckich. Czwarte miejsce przypadło studentkom z wałbrzyskiej PWSZ. Gratulacje. Niestety, nie mogę tego słowa użyć wobec reprezentacji męskich Uniwersytetu Warszawskiego oraz Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu. Dolna połowa drugiej dziesiątki w rywalizacji absolutnie mnie nie zadowala. Mam nadzieję, że studentów, ich działaczy oraz trenerów też. Czyli jest co robić. I proszę pamiętać przy tym – cierpliwość popłaca. Może w kolejnej edycji będzie lepiej. O cierpliwości pamięta pewnie arbiter Sławek Steczko, który poprowadził wielki finał zmagań w Coimbrze. A jeszcze niedawno był zmartwiony, iż ma zbyt mało obsad międzynarodowych. I jak tu nie być cierpliwym.

Rozglądam się w letni upał wokół naszych granic i zauważam, że tylko Niemcy odstają futsalowo od reszty sąsiadów Polski. Niemcy – taka potęga piłkarska. Inaczej rzecz wygląda w Rosji, na Ukrainie, w Czechach, na Białorusi, czy Słowacji. Za Bałtyk nie zaglądam. Ale jest szansa, że i za Odrą zmieni się, Futsalowy mistrz Niemiec, zespół VfL 05 Hohenstein-Ernstthal e. V., przygotowując się do startu w eliminacjach futsalowej Ligi Mistrzów rozegrał kontrolne mecze w Pniewach. Nie o wynik chodzi. To pozostawię statystykom. Od dekady obserwuję starania Niemców o godziwy rozwój futsalu. Jak na razie idzie to naszym sąsiadom nieco opornie. Chociaż mają już reprezentację, co ciekawe powołaną na zasadzie swoistego castingu, a ich futsalowy Nationalmannschaft nawet pokonał Anglików (tak na marginesie też żadną futsalową potęgę europejską).

Obserwując Niemców, przypominają mi się początki naszego futsalu. Trudno było. Chociaż, co miałem możliwość zaobserwować podczas pobytów u nich oraz rozmów w ich federacji, organizacyjnie lepiej wyglądają niż my przed dwudziestu laty, czyli na początku naszej futsalowej drogi. Myślę, że i teraz w rywalizacji z nimi w sferze stricte organizacyjnej (organizacja meczów, porządek, solidność) mielibyśmy niełatwo. Tym bardziej, że w futsalową kampanię przed pierwszymi meczami reprezentacji zaangażowały się tamtejsze media z „Frankfurter Allgemeine Zeitung” na czele. Tylko pozazdrościć i zapytać – dlaczego polskie topowe media nie są zainteresowane poważnie naszym futsalem? Na ważnych imprezach bywają u nich byli znani piłkarze z trawy. Chociażby Horst Hrubesch. Prezes związku też nie próżnuje. Z nostalgią wspominam, jak czynił to kiedyś u nas prezes Listkiewicz. Obiegowe powiedzenie niemieckie informuje „Ordnung muss sein” – porządek musi być. Gdy do tego doda się cierpliwość, jestem pewny, że za lat kilka doszlusują do Europy futsalowej. I pewnie z niezłymi wynikami.
Niejednokrotnie zastanawiam się, jakie są powody, że olbrzymie masy ludzkie oglądają widowiska sportowe. Najróżniejsze mecze, walki, wyścigi, mityngi gromadzą przed telewizorami czy na arenach dużo większą widownię, niż wydarzenia kulturalne lub polityczne. Czyżby człowiekowi aż tak był potrzebny niepowtarzalny smak rywalizacji? A może przeważa fakt, iż w sporcie nie da się generalnie prezentować głównie pustoty? A może dlatego, że wynik jest widoczny ad hoc na ekranie, czy stadionie, bez czarów z urną albo sondażami? A może z powodu niemożności stosowania dubli – jak w przypadku aktorstwa serialowego? Przy okazji rozmyślam, co ciągnie ludzi do piłki, w tym do futsalu. Nie wierzę, że większość przechodzi do futsalu – jak określa kolega, recenzent Józef – po niespełnieniu się w piłce trawiastej. Sporo osób sfrustrowanych brakiem osiągnięć w dużej piłce zapewne przerzuca się na futsal, gdzie niewątpliwie istnieje możliwość szybszego oraz tańszego zabłyśnięcia. Ale, czy tylko dlatego? Pozostawiam bez odpowiedzi.

Ogólnie, dla mnie niezbyt ważne jest, dlaczego lubują się w futsalu. Zostawię to socjologom. O wiele bardziej ważnym jest, by ten futsalowy wózek ciągnęli w jednym kierunku. Tymczasem u nas nawet fakt bycia w jednej spółce, komisji, klubie, stowarzyszeniu lub przebywanie blisko siebie na widzowskiej trybunie wcale o tego nie powoduje. Podsumuję więc felieton takim chińskim powiedzeniem, które ponad trzy dekady temu usłyszałem w Mongolii od starego Chińczyka. Mówił on do mnie – „fakt, że dwie osoby śpią w jednym łóżku nic nie znaczy, gdyż mogą mieć one różne sny”. Tak skojarzyło mi się to  w odniesieniu do lokacji futsalu w związku, czy nawet współpracy w gremiach wszelakich. Obawiam się, że są sytuacje, w których i cierpliwość nie podoła.   

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS