Z notatnika dziejopisa

Nie jestem pewien, czy wszyscy zdajemy sobie sprawę, że tak jak nie ma czarno-białej wizji rzeczywistości, tak nie ma też czarno-białej wizji sportu, w tym piłki nożnej z futsalem włącznie. Na takie postrzeganie wpływa wiele czynników, których wymienienie zajęłoby – być może – wszystkie wiersze przeznaczone na treść felietonową. Przypominam o tym w kontekście toczonych nadal internetowo sporów o system rozgrywkowy ekstraklasy futsalowej. A kolejne wywiady, opinie, sondaże pokazują, iż jest to temat ważki i nie należy go lekceważyć.

Oczywiście każda ze stron ma swoje racje. Ale, niestety, niektóre wypowiedzi adwersarzy są nadzwyczaj żenujące. Jakby świadczące o przypadkowości obeznania w temacie. Jeszcze gorzej jest, gdy są powtarzane sądy nie wynikające z własnych przemyśleń, lecz z zasłyszanych sugestywnych przekazów ważnych lub nie, działaczy. Jako felietonista zalecam dyskutantom różnych szczebli nieco umiaru celem dania oddechu naszemu futsalowi. Niech go broni wynik sportowy. A ten – jak na razie – broni tylko reprezentację seniorską oraz U-19. W żadnym wypadku całości klubowej „małej piłki”.  A, czy wyniki wymienionych dwóch kadr są pokłosiem gry z play off, czy bez – proponuję pozostawić do analizy ich selekcjonerom. Panom Korczyńskiemu oraz Żebrowskiemu.

Polska futsalowa młodzież w kategorii dziewiętnastolatków zakwalifikowała się do wrześniowego finału europejskiego czempionatu futsalowego U-19. Nic, tylko pogratulować. W przeszłości były już próby awansu w kategorii U-21, gdyż dawniej takie nieoficjalne turnieje promujące futsal były rozgrywane. Nawet jeden z turniejów eliminacyjnych tamtej epoki odbył się dekadę temu w Krośnie. Ale później szef UEFA pan Platini razem ze współpracownikami jakoś cichcem zlikwidowali europejską rywalizację dla tej kategorii futsalowej młodzieży. Dobrze stało się więc, że pan Platini odszedł, a nowy szef europejskiej piłki - słoweński prawnik Ceferin - podjął futsalowe wyzwanie młodzieżowe. I tym sposobem mamy pierwszą oficjalną edycję UEFA Futsal EURO U-19 - Łotwa 2019. Liczę, że nasza futsalowa młodzież w turnieju finałowym nie będzie tylko statystować, lecz powalczy o czołowe lokaty. Nie śmiem nawet rozważać innego rozwiązania przy tak rozbudowanym – i co ważne przez związek chwalonym – systemie rywalizacji młodzieżowej, w dyscyplinie futsal w naszym kraju.

Niemniej, żeby nie być tylko klakierem, pozwolę sobie zgodzić się ze zdaniem Błażeja Korczyńskiego (coś często ostatnio zgadzam się z selekcjonerem!), który w jednym z wywiadów stwierdził, iż kuleje u nas praca z młodzieżą i w wielu klubach grających nawet w najwyższej klasie rozgrywkowej o tym nawet nie myśli się. Niestety, taka jest prawda. I na dodatek jest to gorzka prawda. Dziwię się w ogóle, jak kluby nie szkolące (łączę to z udziałem w organizowanych oficjalnych turniejach związkowych) pod własnym szyldem na stałe młodzieży futsalowej mogą występować w ekstraklasie. Podobnie „gorzko” jest ze szkoleniem trenerów. Z utęsknieniem oczekuję, kiedy PZPN wprowadzi dla zespołów drugiej ligi futsalu oraz ekstraligi futsalu kobiecego obowiązek posiadania przez trenerów klubowych uprawnień, co najmniej PZPN Futsal C. Jeżeli myślimy wszyscy o rozwoju futsalu polskiego, jest to potrzeba chwili. Czas na minus już bowiem biegnie.

Lubię czytać wywiady futsalowe. Dzięki Bogu jest ich coraz więcej. I nieważne jest dla mnie, czy ktoś mówi mądrze, czy głupio. Zawsze pomiędzy wierszami, albo nawet wprost, można wychwycić coś nowego. Coś o czym felietonista nie wie. Niedawno przeczytałem wieść, przekazaną przez jednego z klubowych działaczy, brzmiącą mniej więcej w stylu - SFE stawia na zwiększenie liczby kibiców na meczach ekstraklasy, i – między innymi - temu ma służyć powiększenie liczby drużyn w niej występujących. Droga ciekawa. Zapewne liczba kibiców zwiększy się z wraz ze wzrostem liczby zespołów. Nie sądzę jednak, by twórcom systemu chodziło o tak uzyskany ilościowy wzrost liczby widzów. Przecież można powiększyć ligę do 20 i wtedy dopiero zanotuje się rewelacyjny wynik. Na szczęście wiem, że przynajmniej prezes spółki FE nie akceptuje tak objawianych prawd sygnalizujących pośrednio zależność wzrostu liczby widzów poprzez automatyczne powiększanie. I dzięki temu nie grozi nam jeszcze gigantomania.

Pisząc to zapytam jednak, czy mamy wiedzę popartą stosownymi liczbami – ilu widzów bywa(ło) na meczach futsalowej ekstraklasy od – powiedzmy sezonu 2014/2015 do chwili obecnej (taka pięciolatka porównawcza)? Gdy bowiem to będziemy wiedzieć, nie będą nam potrzebne żadne ekwilibrystyczne słowa w wywiadach.

Ekstraklasa podzieliła się na szóstki – grającą o mistrzostwo oraz grającą o pozostanie w lidze. W tej mistrzowskiej nie ma niespodzianek. Jeden beniaminek Acana Orzeł, ale poważnie wzmocniony wieloma internacjonałami – co obligowało go do szóstki jakby z urzędu. Pozostałe teamy to uznane futsalowe firmy. Szczególnie podziwiałem wiosenny finisz Piasta z Gliwic. Nawet przylgnęła do nich tymczasowa nazwa „futsalowi rycerze wiosny”. Jeszcze z nowym rokiem nie obstawiłbym ich awansu do górnej połówki tabeli. Trener Hirsch pokazał jednak, że zna futsalowe rzemiosło. Wygląda, iż końcówki sezonu nadal są jego domeną. Pamiętam jak niegdyś z Akademią FC poczynając od ósmej lokaty przed play-off wywalczył mistrzostwo Polski. W dolnej połówce in minus odnotuję postawę MOKS. Więcej oczekiwałem w drugim sezonie ekstraklasowym po białostockim teamie. Pozostali z tej grupy – oprócz Pniew – nie są stabilni, więc walka o pozostanie w lidze zapowiada się ciekawie do ostatniego gwizdka sędziego. Niemniej pokuszę się o drobne proroctwo i powiem, że jakiś zespół z północnej Polski może zostać zdegradowany (?).

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

To, że polska piłka klubowa znajduje się w permanentnym kryzysie, nie jest tezą zbyt odważną. Odnajduje to potwierdzenie w europejskich pucharach. W minionej edycji tylko futsaliści spod znaku bielskiego Rekordu dali powody do zadowolenia. Inaczej jest z zawodnikami. Wielu Polaków odgrywa ważne role w poważnych ligach. Ale inaczej jest z futsalem. Żaden znaczący polski futsalista nie załapał się jeszcze do ciekawej poziomem futsalowej ligi w Europie. Jednak nie może być inaczej, gdy trwają w kraju ciągłe eksperymenty na żywym organizmie rozgrywek ekstraklasy.

Osobiście nie rozumiem i pewnie nigdy nie zrozumiem, dlaczego większość prezesów klubów ekstraklasy futsalowej tak alergicznie reaguje na rozwiązania ligowe stosowane w krajach, które są bardziej liczące w europejskim futsalu niż my. Tym samym jakby uznają brak profesjonalizmu swoich klubów. I nie wiem, co musiałoby zdarzyć się, aby lepsze projekty wyżej stojących od nas w rankingach nacji polskie kluby futsalowe zaakceptowały. W takich przypadkach nawet zastanawiam się, czy owa spółka prowadząca rozgrywki jest dobrym rozwiązaniem, gdy wspólnicy są w stanie ubezwłasnowolnić reformy.

To byłoby tyle o osławionych ekstraklasowych play-offach, które nie przeszły w głosowaniu przedstawicieli klubów. Swoje stanowisko wyraziłem już w poprzednim felietonie, a teraz – jak zauważyłem – całkiem ciekawie biczują tę decyzję inni. Biczują mocniej, prawdziwiej, ekspercko. Równie mocno biczowany jest jedynie w chwili obecnej związek piłkarski za rozgrywki futsalowego Pucharu Polski kobiet. Takiej żenady organizacyjnej, tylu oddanych walkowerów, tak niedobranych terminów rozgrywek nie widziałem od początku działalności w futsalu, czyli mniej więcej od około 18 lat.

Kiedy czytam jak trener kadry kobiecej Wojciech Weiss mówi „mamy zdolne dziewczyny, musimy im tylko stworzyć warunki”, to zapytuję związek w kontekście opisanych perturbacji z pucharem, czy czasem futsal kobiecy nie jest w nim przysłowiowym piątym kołem od wozu. I pozostaje mi tylko cieszyć się, iż akademiczki z Poznania dowodzone przez niestrudzonego trenera Weissa pojadą na finały futsalowej kobiecej Ligi Mistrzów do hiszpańskiej Murcii. Ale to już jest zasługą tylko poznanianek – uczelni, środowiska, zapału zawodniczek, szkoleniowca. Niestety, futsal kobiet czeka jednak „długi marsz”, ponieważ nie da się pewnych spraw przeskoczyć „wielkim skokiem”. I bardziej wierzę przy tym w środowisko, niż w zarządzających z tak zwanych szczebli.

Kolega recenzent Józef zauważył, że czasem wielkich zmian strukturalnych w polskim futsalu był przełom pierwszego oraz drugiego dziesięciolecia XXI wieku. Później już tylko stosowano kosmetykę – podsumował. Być może coś z racji w tym jest. Na pewno wtedy powstała spółka Futsal Ekstraklasa. To był czas tworzenia systemu licencyjnego, który gdzieś zagubił się uwadze kolejnych ekip polskiego futsalu i czasami mamy różne wypływające „kwiatuszki” powiązane z klubami. To był czas tworzenia zasad regulaminowych transferów oraz współpracy z klubami trawiastymi. Aż dziw bierze, że po kilku latach związki regionalne nie potrafią właściwie ich interpretować, a centrala nie interweniuje szybko i co pewien czas futsal-polska informuje o niedociągnięciach. I tak można byłoby wymieniać jeszcze wiele powodów dla uznania tamtego okresu za znaczący. Jednego tylko nie było. Dobrych wyników reprezentacji. Niemniej, pisząc o tym nie zapominajmy, iż w znaczącej części o sile obecnej kadry stanowią  zawodnicy „wprzęgnięci” wówczas w stworzony system rozgrywek oraz kadr młodzieżowych. Jako felietonista napiszę, podsumowując wypowiedź kolegi Józefa: dość stagnacji. Czas dać nowy pomysł na polski futsal.

Dość długo nie pisałem o zawodnikach. Polskich indywidualności w naszym futsalu trochę jest. Choćby Daniel Krawczyk, Mikołaj Zastawnik, Marcin Mikołajewicz, Michał Kubik, czy wschodzący futsalowo Sebastian Leszczak. Przepraszam, jak ktoś czuje się urażony, że go nie wymieniłem, ale nie jest moją rolą robienie rankingów, czy statystyk. Natomiast z dużą ochotą napiszę słów kilka o Rafale Krzyśce. Rafała pierwszy raz zobaczyłem bodajże w takim znanym niegdyś turnieju nadmorskim, organizowanym w Dziwnowie - Futsal Baltic Cup (jak szkoda, że nie jest kontynuowany, był wspaniały na roztrenowanie po sezonie). Grywał wówczas w gliwickim Radanie. A tak w ogóle do chwili obecnej zaliczył naszych klubów futsalowych już 7 oraz epizod w lidze niemieckiej. I wszędzie był pewnym punktem bramki. Tak w sumie w futsal gra już 17 lat, a ma dopiero 32. I nie myśli odpuszczać, jak zdrowie pozwoli przynajmniej do czterdziestki. O Rafale pomyślałem sobie, gdy oglądałem w telewizji niedawne mecze chorzowskiego Cleareksu. Co on wyczyniał w bramce, jakie prezentował parady. Nie przesadzę, gdy napiszę, że nawet wybronił Cleareksowi wynik. Wcale nie zdziwiłbym się, gdyby przy obecnej dyspozycji zagrał jeszcze w reprezentacji. Rafała znam jako realistę. Wie on i wiem ja, że z futsalu w Polsce nie wyżyje się. Dlatego pracuje. Tym większy więc mój szacunek.

Na kanwie rozważeń o Rafale chciałbym przy okazji przemycić pewną myśl. Wiele mówimy o profesjonalizmie polskiego futsalu, jego klubów, zawodników, działaczy, szkoleniowców. Indywidualnie, jednostkowo można od czasu do czasu polski futsal w szaty profesjonalne ubrać. Niestety, całościowo nadal jeszcze funkcjonuje ze sporą domieszką amatorszczyzny. Mnie felietoniście najbardziej brakuje projektu skierowanego do futsalowej młodzieży. Takiego trawiastego modelu „Mobilnej Akademii Młodego Orła", czy programu "Talentu Pro". Projektów ogłoszonych przez PZPN, nie wysupłanych od środowisk. Znając bowiem związkową hierarchię tylko te akceptowalne przez pana prezesa Bońka mogą właściwie rozruszać środowisko. Ale czy tego doczekamy się? Nie wiem, choć nie napiszę, że wątpię.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Najpłodniejszy powieściopisarz polski Józef Ignacy Kraszewski mawiał – „Z kogo śmieją się nie dlatego, że głupi, ale dlatego, że inny od tłumu lub widzi to wszędzie, czego nie dopatrzą drudzy, ten ma przyszłość przed sobą”. Cytat ten kieruję do ludzi futsalu, którzy nie dają zmanipulować się kierowniczym gremiom polskiego futsalu różnych opcji i pozostają przy swoich poglądach. Przyszłość przed Wami, chociaż obecnie jesteście w mniejszości.

Powiedzenie Józefa Ignacego trafiło do mnie po tygodniu od poprzedniego felietonu, gdy zauważyłem, iż losowanie Halowego Pucharu Polski dokonane w siedzibie PZPN nadal nie schodzi z mediów społecznościowych i krąży po internecie. O ile zdania w sprawie braku podstaw do jego powtarzania nie zmieniam, to stwierdzam, że sporo ucierpiał na tym wizerunek futsalowy. Zapachniało nawrotem do amatorszczyzny. Albo jak chce kolega recenzent (też Józef)0 zaistniał stan chwiejnej równowagi pomiędzy publicystyczną dosłownością a literacka umownością. Liczyć tylko trzeba, że nauka nie pójdzie w las.

Ekstraklasa futsalowa jakiś czas temu zafundowała sobie powiększenie do 14 drużyn. Postąpiono hojnie, ale nie określono od razu systemu rozgrywek. Abstrahuję od faktu, że moim zdaniem polskiego futsalu nie stać jeszcze na czternastozespołową ekstraklasę o w miarę równym poziomie sportowym, organizacyjnym i finansowym. Dwanaście drużyn, to jest maksimum obecnego etapu. Podobnie jak w dwóch grupach I ligi. Już bowiem z II ligami w każdym województwie po minimum 6 zespołów jest poważny kłopot.

Nieodparcie więc nasuwa się pytanie, czy czasami ów ekstraklasowy ruch nie był zawoalowaną formą uratowania przed degradacją jakichś teamów. Jeżeli tak nie było, to najzwyczajniej nastąpił zwyczajowy przerost formy nad treścią. Piramidę rozgrywek z zasady buduje się jak dom - od podstawy ku dachowi. Tymczasem w naszym futsalu ligowym akurat dach zyskuje przewagę nad fundamentami. A to nie jest korzystne dla budowy.

Chwilowo spróbuję postawić się w rolę sponsora, szkoleniowca, kibica, nadawcę telewizyjnego. Jako sponsor ekstraklasy chciałbym aby było jak najwięcej meczów o stawkę, atrakcyjnych, z medialnym oglądem. Jako selekcjoner, chciałbym aby nie było meczów o nic, gdyż od zawodników wymagałbym od strony szkoleniowej ciągłej gry pod presją. Jako nadawca telewizyjny zadowolony byłbym z play-off, gdyż zapewne zwiększa to oglądalność, a przy okazji i przybywa reklamodawców. Co jest tożsame z interesem ekstraklasowej spółki. Wreszcie jako kibic, choćby tylko jednej drużyny, chciałbym aby atrakcyjność rozgrywek trwała do finalnej kolejki, a nie już w połowie rozgrywek było wiadomo, kto może być mistrzem, a komu grozi degradacja. I nie widzę tego bez grania w systemie play-off.

Tymczasem przy 14 zespołach i półamatorskim zorganizowaniu drużyn nie wyobrażam sobie, by mogły grać mecze w środku tygodnia. Inaczej braknie terminów weekendowych. Chyba że zagra się tylko dwie rundy w systemie mecz i rewanż. Ale to już przekreśla moje powyższe cztery oczekiwania. Czyli jest - najludyczniej rzecz ujmując – do bani.

Polski futsal znajdujący się nierozerwalnie w strukturach PZPN niepotrzebnie przyjmuje schematy rozgrywkowe ekstraklasy piłki trawiastej. Gdy tam dzielono na grupy - w futsalu też. Gdy tam dzielono punkty – w futsalu też. Najwyższy czas uzmysłowić sobie, że futsal jest grą halową i z halowymi dyscyplinami powinien się utożsamiać w systemie rozgrywek.

Wzory brać z koszykówki, piłki ręcznej, siatkówki, czy nawet hokeja. A wszędzie tam są play-offy. Wszędzie są sponsorzy i też strategiczni. Wszędzie są atrakcyjne mecze do końca rozgrywek. Wszędzie jest zainteresowanie transmisjami telewizyjnymi i też telewizji tymi dyscyplinami. Nie jest to trudno zrozumieć, jak spojrzy się na futsal całościowo, a nie tylko przez pryzmat interesu własnej drużyny. Ale cóż, chciało się czternastu zespołów, to teraz trzeba zjeść tę żabę samemu. Jako felietonista – mimo wszystko – nie zazdroszczę nikomu tego dania.

Koszalin (wiceprezes Bednarek) oraz Bydgoszcz (wiceprezes Nowak) – tam szanowny PZPN umieścił mecze z Brazylią. Nie powinny dziwić te wybory, gdy wiceprezesi związkowi gwarantują sprawną organizację, chociaż pewnie nie byłyby te miejsca pierwszymi wyborami ogółu futsalowych kibiców. Szczególnie tych z południa Polski, gdzie futsal jest o wiele bardziej popularny niż na ubogiej futsalowo północy. Niestety, takie jest życie. Kto ma władzę, ten ma prawo wyboru. Jest taka łacińska sentencja - „Cuius regio, eius religio”. Tłumacząc dowolnie ale prawdziwie – czyja władza, tego religia. Być może nie stosuje się ona w tym przypadku dosłownie, lecz skojarzenia jakoweś nasuwają się.

Zresztą, nie zawsze w polskim futsalu według zapotrzebowania kibiców dzielono meczami. Były czasy, gdy Podkarpacie przodowało w liczbie ważnych meczów reprezentacji. Były czasy, gdy priorytety szły na Śląsk. Swoją chwilę w historii miało Podlasie. A wszystko zależało od tego, kto rozdawał karty w futsalu i jaką miał pozycję we władzach związkowych. Szkoda tylko, że nie zawsze jest doceniana przy przydzielaniu meczów wartość terenowego futsalu w danym regionie. A przecież nietrudno domyśleć się, iż mecze z Brazylią będą świętem dla kibiców futsalu i można było sprawiedliwe rozdzielić ich lokalizacją północ oraz południe Polski. I nie przekonają mnie w żadnym przypadku wyjaśnienia, że kadra chciała grać w Koszalinie, bo to dla niej od baraży z Węgrami szczęśliwa hala(!), a logistycznie byłby kłopot z przenosinami po paręset kilometrów. Podczas tournee w Brazylii w 2012 roku nie było tego problemu i samolotami nasza kadra przenosiła się na o wiele większe odległości.  

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Felietony są gatunkiem nieokreślonym w jednoznacznym wyrazie.  Często trafiają się znakomite, jednak bywają i nie trafiające w cel. Są propagandowe i są obiektywne. Znajdują się z treścią pełną efekciarstwa słownego. Niemniej bywają i takie bez zbędnej „dętologii”. Współczesny futbol, a co za tym idzie i futsal, odstające z każdą chwilą coraz bardziej od idealistycznych wizji, coraz mniej mają styczności z umoralniającą rolą sportu. Jak kiedyś chciał chociażby pewien literacki noblista. Ale pisać trzeba.

Dla wielu środowisk felieton jest ową tubą, która – ich zdaniem – powinna wyrażać poglądy, o których nie odważą się nigdy publicznie wypowiedzieć. Oni wolą ograniczać się do puszczania perskiego oka. Tacy to są owi ukryci znawcy, dający coś do zrozumienia, ale bez twardych dowodów. I to jest – przechodząc stricte do futsalu – olbrzymi problem środowiska, które faluje mocno. Ale faluje przeważnie w prywatnych rozmowach. Publicznie jakby w większości milknie.

Niedawno przeczytałem na portalu "Gazety Wrocławskiej" o losowaniu Halowego Pucharu Polski. W treści były rozbieżne ze związkowymi opinie. Inne niż oficjalne stanowiska. Idzie wiosna – pomyślałem - i być może, jakieś „futsalowe przebiśniegi odwagi” wyszły na powierzchnię. Jeżeli są konstruktywne to dobrze. Jeżeli jednak tylko w formie krytyki dla krytyki, to już nie. Nie wiem, czy polskiemu futsalowi jest potrzebny taki dyżurny opozycyjny capo di tutti capi. Niemniej otwarta dyskusja z pokazaniem twarzy już tak.

Ale, to nie pucharowe losowanie zajęło mnie najbardziej w minionym okresie. Ono było i jest nie do powtarzania. Należy grać i wygrywać. Tym czymś, co bardziej zwróciło uwagę felietonisty i zabolało w minionej dekadzie marca – jest niedokończony mecz pierwszoligowy w Pyskowicach. Nie będę się przechwalał, że przewidywałem, iż prędzej czy później do takiej konfliktowej sytuacji w polskim ligowym futsalu dojdzie. Wieszczyłem to pośrednio w wielu felietonach. Dla rozsądnie myślącego człowieka przyglądającemu się organizacyjnej stronie meczów ekstraklasy, I ligi, II ligi futsalu było kwestią czasu znalezienie dowodu na bezład organizacyjny wielu ligowych meczów. A jeszcze większe zdziwienie wywoływał brak reakcji ze strony organów prowadzących rozgrywki. Aż wreszcie stało się coś, co wcale stać się nie musiało, gdyby wcześniej myślano bardziej o organizacji meczów, czy bezpieczeństwie, miast zachwycać się głównie kolorowymi banerami, czy markowymi piłkami. I pewnie popełnię dla sympatyków futsalu wielkie obrazoburstwo, ale nie uchylę się przez to od napisania, iż wiele meczów IV lig trawiastych jest o wiele lepiej przygotowanych organizacyjnie oraz zabezpieczonych niż niektóre mecze – było nie było – centralnych rozgrywek futsalowych.

Lubię sobie czasami – mówiąc z lwowska - pobałakać o futsalu z ukraińskimi znajomymi. Wielce żałują, że ich zawodnicy traktowani są według przepisów związkowych jak futsaliści drugiej kategorii. I tylko jeden może przebywać na placu gry w meczu. No cóż, ja też żałuję. Prawdę mówiąc wolałbym na parkiecie więcej Słowian niż południowców, czy Anglosasów albo Brazylijczyków. Ale na regulaminy nie ma rady. Natomiast w wielkich superlatywach wyrażają się moi rozmówcy o pracy z naszą kadrą seniorską. Dlatego cieszy mnie, że reprezentacja idzie innym torem związkowej podległości, i – dzięki Bogu – omijają ją te różne organizacyjne perturbacje codzienności ligowej, czy pucharowej. I niech ta chwila trwa jak najdłużej.

Gdy już jestem przy podopiecznych selekcjonera Korczyńskiego, nieraz zastanawiam się nad doborem rywali do meczów. Pozytywnie odbieram kontraktowanie przeciwników z najwyższej półki, bo z kim sprawdzać się, czy próbować rozwiązań, jak nie z najlepszymi. Ale jak podejdą do sprawy kibice, kiedy zagramy ze słabszym rywalem i przegramy? Myślę, czy nie posypie się tęgi hejt na naszych futsalistów. Oby tak nie było. Liczę, że sympatycy futsalu też dojrzewają i potrafią obiektywnie oceniać sportowe wartości.

Na kanwie kontrowersyjnych niedawnych wydarzeń w naszym futsalu często padało słowo "promocja". Odniosłem wrażenie, że jest ona różnie pojmowana. A wszystko zależy, kto jak chce przedstawić swoje racje. Nie wnikając głęboko w meritum, pragnę zaapelować, by nie używać tego słowa jako zakazu wszelkiej krytyki. Wytykanie bowiem błędów nie ma nic do czynienia z utrudnianiem promocji futsalu. Jest jedynie troską o zrównoważony jego rozwój. Jak informowało dawniej motto satyrycznych „Szpilek” – „Prawdziwa cnota krytyki się nie boi”.

Związek piłkarski rozlosował mecze centralnego szczebla Pucharu Polski w futsalu kobiet. Jest to tym bardziej interesujące, że wiele zawodniczek, a i drużyn też, żwawo ugania się już po trawie. Często w teamach innych klubów niż futsalowe z czasów ekstraligi, czy też I ligi. Eksperyment godny Darwina. Być może taka „zimna selekcja” pokaże, jak się ma futsal do piłki trawiastej w pełni sezonu tej drugiej odmiany. Zapowiada się ciekawy kontredans zawodniczo-klubowy. Oby z korzyścią dla futsalu kobiecego!

 Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Łacińskie „Mysterium iniquitatis” najprościej – według mnie - tłumaczy się jako „tajemnica zła”. Nie będzie żadnym nadużyciem, gdy napiszę, że zło towarzyszy ludzkości od zarania istnienia człowieka. I nadal tak się dzieje, mimo iż ludzkość zastanawia się, jak zła pozby(wa)ć się. Zło, mimo wszystko, stanowi osnowę książek, filmów, ale też i sportowych zmagań. Póki zło jest daleko od nas, nie za bardzo zwracamy na nie uwagę. Jednak, kiedy dotyka nas bezpośrednio, walczymy z nim. Niemniej, ogólnie nie za bardzo wiemy, jak sobie na co dzień ze złem radzić.

Nasunęły mi się na myśl rozważania o „tajemnicy zła” przy okazji medialnych doniesień o konfliktowych wydarzeniach, jakie miały miejsce w podczas jednego z finałowych turniejów Młodzieżowych Mistrzostw Polski w futsalu. Jak zwykle w niejasnych przypadkach istnieją dwie strony z opiniami wzajemnie się wykluczającymi. Zawsze w takich sytuacjach staram dowiedzieć się, czy stanowiska wynikają z prawdy, półprawdy albo fałszu. Tego felietonista nie rozstrzygnie, lecz zdziwić się może – i to czyni – że w ogóle dochodzi do wydarzeń, które dla jasnych opisów, wprost ocennych, mnożą interpretacje wzajemnie wykluczające się. Nie jestem jedynym, który widzi sportowe zło codzienne. Natomiast jednym z nielicznych, który zwraca na nie publicznie uwagę.  Niezrozumiałe jest, że mimo postępu cywilizacyjnego nie bardzo wiemy, jak sobie z ową tajemnicą zła radzić. Osobiście jednak nie chciałbym, aby zło nieustannie nam towarzyszyło. Przynajmniej w futsalu. Na dodatek w rywalizacji dziecięcej czy młodzieżowej.

Odchodząc od zła przeniosę się na moment do piękniejszej strony polskiego futsalu. Kobiecy futsal, jeżeli już nie zachwyca poziomem sportowym, to przynajmniej daje pozytywne wrażenia estetyczne. W polskiej futsalowej ekstralidze nastał czas play-offów. Kolejny raz zdominowały je ilościowo zespoły grupy południowej ekstraligi. Jednak największą sensację zanotowano w rozgrywkach grupowych. Ubiegłoroczny mistrz z Rybnika został zdegradowany, na dodatek z powodu braku środków nie wystartuje w inauguracyjnej futsalowej Lidze Mistrzyń w hiszpańskiej Murcji, do czego miał prawo jako mistrz jeszcze aktualny. Potwierdza to tylko powiedzenie Heraklita, starożytnego filozofa, iż wszystko płynie (panta rei), lecz mnie utwierdza jedynie o niestabilności futsalu kobiecego w Polsce. Dobrze, że tuż po play-offach odbędzie się mecz reprezentacji kobiecej futsalu z Białorusią. Być może będzie to jedyna szansa, by ocenić jeszcze bez przeplatania z piłką trawiastą możliwości naszej kadry. Mam nadzieję, że nikt tym razem nie odmówi trenerowi Weissowi.

W męskiej ekstraklasie futsalu zwycięstwa Rekordu Bielska Biała już tak nie ekscytują, jak w poprzednim sezonie. Stały się normalnością i dopiero ewentualna porażka bielszczan potrafi zaskoczyć. Natomiast szczególną moją uwagę zwróciła zwycięska seria Piasta Gliwice, a jeszcze większą kolejne przegrane FC Toruń. Obydwa teamy prowadzą znani szkoleniowcy. Ambicje prezesów klubowych sięgają medali a nawet mistrzowskich tytułów. Na tych przykładach widać jak na dłoni, że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca. Byli tacy znawcy futsalowego środowiska, którzy początkiem roku kierowali Piasta ku strefie spadkowej, a torunian kreowali jako najgroźniejszego przeciwnika Rekordu w biegu po mistrzowskie trofeum. Gra się jednak – co widać - do ostatniego gwizdka sędziego. I mam nadzieję, że - dbając o ekstraklasowe emocje - Rekord nie ma jeszcze podanego tytułu na złotej tacy.

Niejednokrotnie zastanawiam się dla kogo „robi się” futsal w ośrodkach, czy to ekstraklasy, czy też pierwszej ligi, gdzie na mecze przychodzi zaledwie garstka kibiców. I o ile jestem w stanie zrozumieć jednostkowe takie przypadki, to nie pojmuję sytuacji powtarzającej się w każdym sezonie. Ogólnie odbieram kontynuowanie futsalu w takich miejscach jako fanaberię prezesów, sponsorów, chcących pokazać się, względnie niespełnionych ambicji nieznanych mi z profesji ludzi, w tym też zawodników. Czy zastanowiono się nad celowością ładowania pieniędzy w „puste hale”? Może inne dyscypliny potrzebowałyby ich bardziej i wzbudziły większe zainteresowanie kibiców? Przecież sport ma dawać emocje dla ludzi, połączone z samorealizacją występujących na parkiecie. Kiedy gra się w ciszy, przy mikrym zainteresowaniu, a ściany hal nie biją brawo, żadna z tych tez nie realizuje się. I to są właśnie te jeszcze istniejące białe futsalowe plamy. Warte rozwiązania.

Każdy człowiek winien opierać się w swoich działaniach na jakimś autorytecie. Felietonista także. Oczywiście przeanalizowałem, kto mógłby być takim moim cicerone futsalowym i raptem wyszło, że grono to dotyczy góra 3-4 osób. W tym dwóch działaczy (aktualnie klubowych), jednego szkoleniowca oraz jednego sędziego. Nie będzie tajemnicą, gdy zdradzę, że konsultuję z nimi wiele wątków felietonowych. Niemniej, nie zamykam się do ściśle określonej liczby i prowadzę rozmowy z szerokim spektrum zainteresowanych futsalem.

Niedawno podczas rozmowy jeden z działaczy futsalu, człowiek z długoletnim doświadczeniem w tej dyscyplinie - mający w klubie i młodzież, i dzieci, i seniorów - zwrócił moją uwagę na „rutynizację” (słowo od rutyny) Młodzieżowych Mistrzostw Polski. Jego zdaniem należy odrzucić wszelkie statystyki przy ocenianiu całości zmagań. Najważniejsza jest – jak twierdzi – liczba rozegranych meczów w całym cyklu przez każdy zespół startujący. Wskazał przy tym na uchybienie statystyczne, mówiąc, iż nie zawsze każdy zespół, który wystartuje, zamelduje się w drugim, czy trzecim turnieju strefy eliminacyjnej. Ponadto – jego zdaniem – w obecnym systemie rosną koszty i wiele klubów tego nie wytrzymuje finansowo.

Piszę o tym, gdyż uważam, iż każde zdanie dyskusyjne jest godne przenoszenia na papier. Nie jestem zorientowany na tyle dobrze w dziedzinie MMP, by zabierać głos w tej materii, lecz wiem, że w latach, kiedy panowie Szymura oraz Czeczko układali początki młodzieżowych mistrzostw, idea była ciekawa. Dla mnie błędem jest, że przez lata nie potrafiono eliminacji podstawowych przenieść spod zawiadywania centrali związkowej na poziom wojewódzki. Jak dzieje się to przykładowo z II ligą futsalu. Już jeden z polskich poetów epoki romantyzmu mówił, że im dzieło bliższe celu, to lepiej jest pielęgnowane. I coś w tym jest.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS