Z notatnika dziejopisa

Niby zakończył się sezon futsalowy, chociaż dla chcących być akuratnymi w statystyce pozostał jeszcze do rozegrania jeden mecz barażowy o ekstraklasę. I gra w nim – co było nie do pomyślenia jeszcze lat temu kilka – Pogoń 04 Szczecin.

Nie ma sport szczeciński dobrych dni w minionym sezonie. Przypomnę tylko upadek z wielkim hukiem siatkarskiego teamu Stoczni Szczecin. Budowany z pompą zespół - z najlepszym siatkarzem mistrzostw świata Bartoszem Kurkiem jako wizytówką - zgasł niezwykle szybko. Nie wiem, jaki los dany jest Pogoni, ale bywa, że nie tylko wielkie projekty palą z czasem na panewce. Bowiem nic nikomu nie jest dane na zawsze. Niemniej, szkoda byłoby pisać kolejny felieton w tonie gorzkim, jak poranna kawa, dla szczecińskiego futsalu. Zresztą miniony sezon futsalowy nie powalił mnie tak ogólnie na kolana. Był najzwyczajniej przeciętny. Był ostatnim – przynajmniej na obliczalną perspektywę – dwunastozespołowym w ekstraklasie. Jako felietoniście jest mi to obojętne. Jako działaczowi futsalowemu już nie. Nie akceptuję bowiem rozmywania tym sposobem poziomu sportowego w - i tak już nierównej - stawce klubów ekstraklasy. Zamiast postępującego profesjonalizmu wieszczę tym samym kolejne lata amatorki.

Kluby ekstraklasy cechuje wybitnie radosna twórczość. Nawet nie próbuję zrozumieć dlaczego, gdyż racjonalnie jest to niezrozumiałe. Podjadać (czytaj odrzucać) własny ogon, gdy nie jest się padalcem, jest rzeczą delikatnie mówiąc dziwną. Ale jak już kluby poszły na całość, to i felietonista może to zrobić. Dlatego proszę PZPN o nie wycofywanie się – mimo monitów ze strony spółki FE - z podjętej rok temu (przy decyzji o powiększaniu ekstraklasy) uchwały regulaminowej, mówiącej o degradacji bezpośredniej po sezonie trzech zespołów z ekstraklasy i awansie w to miejsce trzech drużyn pierwszoligowych. Awans nowych pierwszoligowców pomoże w promocji futsalu w kraju. Pomoże niedużym ośrodkom. A ekstraklasa winna sama wypić to piwo, które nieprzemyślanymi do końca reformami sobie nawarzyła.

Patrząc w minionym sezonie na „reformy” futsalowej ekstraklasy przypomina mi się pewien dialog z kultowego „Misia” Barei. Prezes Ochódzki pyta w nim – po co jest ten miś. I sam odpowiada – nikt nie wie po co, ale odpowiada żywotnym potrzebom społeczeństwa i to jest miś na skalę naszych możliwości. Być może niezbyt dosłownie przekazałem dialog, ale sens oddałem wiernie. A od siebie dodam jeszcze – mniej spektaklu, więcej wizji.

Drodzy czytelnicy, czy zastanawialiście się kiedyś, jak mocny personalnie jest polski futsal? I wcale nie chodzi mi w tym pytaniu o poziom sportowy zawodników, możliwości sponsorskie, czy umysły działaczowskie, względnie szkoleniowe. Zapytam krótko - czy w historii polskiego futsalu pojawiła się osobowość, która wywarła na niego tak przemożny wpływ, jak choćby Lato, Boniek, Lewandowski na piłkę trawiastą? Otóż nie. Wymienieni są rozpoznawalni od przylądka Horn po biegun północny, wszerz i wzdłuż kuli ziemskiej.

W polskim futsalu, co najwyżej kilka osób znanych jest w różnych środowiskach pozafutsalowych. Żaden polski futsalista nie zakotwiczył na dłużej poza granicami. Co prawda, kiedyś Dariusz Dziekanowski był z ramienia PZPN ambasadorem przy reprezentacji futsalu, ale było to głównie papierowe ambasadorowanie. Podobnie, jak później dawanie twarzy futsalowi przez Mączyńskiego. Proszę mi wierzyć, większość ludzi futsalu jest dla szeroko pojmowanej społeczności sportowej w Polsce najzwyczajniej anonimowa. I dlatego futsal polski jest zawsze w tak zwanym niedoczasie. I dlatego to właśnie trzeba odmienić – panowie prezesi, przewodniczący.

Przeczytałem niedawno dwa ciekawe artykuły o świętowaniu futsalu w Hiszpanii oraz o niedoborach statystycznych dotyczących futsalu w związku oraz Spółce. Przeczytałem wypowiedź Mariusza Milewskiego o słabościach w szkoleniu futsalowym w Polsce. Przeczytałem wywiad z reprezentantem Polski Tomaszem Luteckim, który negatywnie ocenia powiększenie ekstraklasy, mówiąc wprost, iż jest to krok wstecz. Pamiętam czasy, gdy pan Szatkowski prowadził w Katowicach dla Komisji Futsalu dokładne statystyki. Kontynuował po części jego prace pan Czeczko. Zapobiegliwie otoczył je opieką pan Szymura. Według tych statystyk między innymi była możliwość dokładnego obliczenia liczby bramek, strzelonych w rozgrywkach przez selekcjonera Korczyńskiego.

Nie wiem, co w kolejnych latach stało się z tymi danymi, tak jak nie wiem, dlaczego zaprzestano na początku kadencji pana Bońka profesjonalizacji I ligi futsalu. Zresztą pytań jest wiele. Tylko komu je zadawać, gdy personalnie co chwilę kto inny jest władny na nie odpowiadać? Czyżby pozostawał tylko prezes Ryszard? Ochódzki Ryszard.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie obserwując rodzimy futsal łapię się myśli, że zbyt wiele od niego oczekuję, gdy tymczasem możliwości jego nie są aż tak duże i należy zadowalać się – za czym jak podejrzewam optują w związku - tym, co mamy. I nie wiem, czy jest to zaklinanie rzeczywistości z mojej strony, czy może z ich perspektywy. Ale wiem, iż ciągle nie zasypują się rozbieżności pomiędzy tak zwanymi dołami a władzą futsalową różnych odcieni. Niewykorzystanie medialno-promocyjno-marketingowe niedawnych meczów z Brazylią zdaje się powiadać, iż rację mam ja. Dlatego proponuję każdemu odłożenie na bok „różowych okularów” (czytaj optymistycznych) i zaprzestanie bagatelizowania pojawiających się od czasu do czasu problemów. Względnie ich oznak. Broń Boże, nie wyrażam swojej opinii w sensie krytycznym, lecz wskutek dbałości o futsal. W swoich felietonach kieruję się bowiem często sentencjami znanego kpiarza Bernarda Showa, który mówił, iż nie należy robić bliźniemu tego, co chciałbyś, by on uczynił tobie. Możliwym bowiem jest, że ma się do czynienia z zupełnie różnymi gustami.

Zapewne kolega recenzent Józef powie – nie masz felietonisto racji. Seniorzy grali w finałach ME. Niedługo zagrają w nich dziewiętnastolatkowie. Rekord Bielsko Biała zawędrował do przedsionka final four Ligi Mistrzów. To są prawdy oczywiste, nie do zakwestionowania. Wizytówki polskiego futsalu poza krajem są akuratne. I tak trzymać. Niestety, wewnątrz nie jest już tak różowo. Kluby borykają się z problemami finansowo-organizacyjnymi. Futsal kobiecy jest dyscypliną pełną przypadków. Mimo wielu ciekawych, sterowanych przez związek rozgrywek młodzieżowych, gdzieś tam w dole brakuje jasnego sygnału w postaci sygnowanej znanym nazwiskiem rywalizacji naborowej, powiązanej choćby ze szkołami. Pewnie można byłoby wymienić jeszcze sporo drobniejszych mankamentów, ale i te napisane wystarczą, by wskazać na potrzebę solidniejszego zainteresowania się futsalem przez mocno opiniotwórcze osoby ze związkowej centrali. Rozumiem, że mała piłeczka nie przynosi takich splendorów jak duża, lecz tak bogaty związek sportowy stać chyba na szersze otwarcie kiesy oraz pomysłów dla futsalu. Chyba, że cała rzecz tkwi w personaliach. A to już inna bajka, czy kierują dyscypliną futsalową jego fanatycy, czy osoby dobrane z tak zwanego klucza.

Czasami wydaje mi się, że w polskim futsalu (bolączka co najmniej dwudziestolecia) prym wiedzie zasada ”ruch wszystkim - cel niczym”. Sformułowana ponad wiek temu przez Bernsteina jest aktualna do chwil obecnych. I to nie tylko w sporcie. Nie jest ona akceptowana przeze mnie, ale rozumiem poniekąd kierujących się ową zasadą. Zawsze to niestabilność pozwala wiele spraw zapętlić. Dlatego proszę gremia, mające wpływ na personalia oraz na zasady czy regulaminy: postawcie na trwałość i ciągłość w polskim futsalu. Nie zmieniajcie co kadencję kadr, postawcie na ludzi od lat będących przy futsalu. Nie twórzcie co rok, czy dwa lata, nowych zasad, regulaminów. Dajcie szansę na planową, wieloletnią pracę. Ale też apeluję do klubów, stowarzyszeń – domagajcie się możliwości otrzymania rzeczowej kontroli nad kierującymi wami gremiami futsalowymi.

W polskim futsalu klubowym Rekord Bielsko Biała (gratuluję kolejnego tytułu mistrzowskiego) staje się powoli niemal wzorem z Sevres w kategorii klubu futsalowego. Nie ma jednak nic bardziej błędnego, niż takie myślenie w klubach. Rekord na chwilę obecną jest jeden i nie do podrobienia dla innych. Z najzwyczajniej prostego powodu - braku szeroko rozumianej bazy, infrastruktury. Pewnie pieniądze inne kluby znalazłyby może i większe na futsal, ale rekordowego systemu szkolenia nie powtórzą. Stąd potrzeba szukania własnych dróg. Każda próba naśladownictwa może zakończyć się bowiem tylko klapą. I w tym widzę przyszłościową moc klubów futsalowych. W różnorodności. Nie w naśladownictwie. Ale też w mądrych prezesach. Takich nie działających na kredyt i głównie poprzez fejsa.

Powoli kończy się sezon rozgrywkowy 2018/2019. Dla mnie trwa on za długo. Nie wiem, czy potrzebne są częste przerwy w zimowych miesiącach, najlepszych dla zainteresowania widzów futsalem. Obecnie rywalizacja futsalowa odbywa się w cieniu finałowych zmagań lig trawiastych. Powoduje to pustki na halach, mniej widzów w mediach. Abstrahuję przy tym od faktu, iż najważniejsze rozstrzygnięcia regularnego sezonu już raczej zapadły. Oceniam go jako jeden z mniej atrakcyjnych. Kryzysu Gatty spodziewano się sezon wcześniej, a nastąpił teraz. Przy takiej strukturze budowania zespołu musiało to prędzej czy później zdarzyć się. Toruń oraz Chorzów spięły się i zajęły wreszcie lokaty, do których są predysponowane. Beniaminek z Jelcza walczył i pewnie jeszcze powalczy o podium, ale jego obcokrajowcy w wielu przypadkach nie zachwycili w polskiej lidze. Z dolnej połówki wyróżnię Chojnice. Wykrakiwano im przed sezonem rychły spadek, tymczasem sprawili wrogom psikusa i pozostaną na rok przyszły w ekstraklasie. Brawo pani prezes.

W Warszawie Legia zajęła się futsalem i od nowego sezonu pod jej nazwą jako klubowa sekcja wystąpi w mazowieckiej II lidze drużyna futsalowa. Po Pogoni 04 Szczecin, futsalowej Wiśle Kraków - której już nie ma, prężnym futsalowym Piaście Gliwice, jest to kolejny z symboli piłki trawiastej, który przymierzył się do futsalu. Być może tę drogę obiorą jeszcze inne kluby z grona dużej piłki. Warto. Kiedyś moim marzeniem było, aby futsal ligowy na centralnych szczeblach rozgrywek rozwijał się właśnie w dużych klubach ligowych, względnie w małych miejscowościach, które poprzez udział w rozgrywkach ekstraklasy, czy I ligi futsalu mogłyby promować swoje środowiska. Dlatego zawsze z przyjemnością patrzę pod tym kątem na Pniewy albo Lubawę.    

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Pytasz mnie często kolego Józefie – mój felietonowy recenzencie – dlaczego tak niewiele piszę o sędziach futsalowych. A cóż to pisać – odpowiem, kiedy nie ma o czym. Nie znaczy to, że są aż tak dobrzy. Ani też tak źli. Raczej zwykli gwizdacze. Falują – jak każdy w swoim zawodzie, czy hobby. A ich szczęściem jest, że niszowy futsal nie jest tak mocno telewizyjnie obserwowany, jak duża trawiasta piłka. Ponadto futsalowe mecze przekazuje góra 3-4 kamery, a nie kilkanaście. A może nawet ponad dwadzieścia. Bowiem im mniej kamer – drogi Józefie - tym łatwiej jest prześliznąć się. A im więcej tym łatwiej pośliznąć się. Osobiście mnie jako człowieka sportu oraz felietonistę sprawy sędziowskie nie ekscytują, gdyż w przepisach jest za wiele możliwości do interpretacji.

Teoretycznie głównymi aktorami sportowego widowiska powinni pozostawać zawodnicy lub zawodniczki. To są ci sportowi gladiatorzy współczesnych aren. Gdy tak jest, znaczy że sportowe widowisko spełnia swoja role. Tymczasem coraz częściej główne role starają się przejmować kibice. To jest jeszcze do zniesienia, gdyż nie wpływają bezpośrednio na wynik rywalizacji. Inaczej może być z sędziami, starającymi się zagrać pierwszoplanowe role w zawodach, których są rozjemcami. Mogą to być role świadomie odgrywane lub polegające na przypadku. Nie mnie oceniać reżyserię. W felietonie mogę tylko zaapelować, by pozostawić główne role w widowisku dla prawdziwych gladiatorów – tych uganiających się za dużą piłką, względnie małą piłeczką.

Refleksje na temat sędziów w sporcie, czyli piłce też, nasunęły mi się po niedawnym meczu trawiastej ekstraklasy Lechia Gdańsk – Legia Warszawa. Arbiter owego meczu (nazwiska nie wymieniam, gdyż na to nie zasługuje) podzielił swoimi decyzjami Polskę po połowie. A że nie wypadało mu dobrze gwizdanie, mogą świadczyć słowa prezesa Bońka, który przepraszał publicznie gdańszczan za niektóre jego decyzje. Och, jak chciałbym doczekać się kiedyś jakichś przeproszeń za – powiedzmy - nieroztropne wypowiedzi o futsalu ze strony wielu poważnych osób z grona polskiej piłki trawiastej.

Zwyczajny kibic ma spory problem ze zrozumieniem niektórych przepisów, a szczególnie, gdy w polu karnym trafia się zamierzone, czy też przypadkowe zagranie ręką. Interpretacje tego przypadku są o wiele za często zmieniane i bywa, że wskazania interpretacyjne UEFA różnią się od wskazań interpretacyjnych rodzimego związku. A tak nie powinno być. Liczę, że po gdańskich wydarzeniach prezes Zbigniew zarządzi reset i zakaże podwładnym opowiadania bajek interpretacyjnych w stylu najlepszych baśni dla grzecznych dzieci. Jak to rzekł jeden ze znajomych działaczy – lepiej szybko połknąć małą żabkę niż czekać aż ona urośnie i nas zadławi.

Myślę, że DŁUUUUGI weekend majowy stanowi akuratny czas, by omówić z przyjaciółmi(kami) przy grillu tematy sędziów w aspekcie różnych dyscyplin. Omówić na luźno, bez napinki, która i tak nic nie da, bo gdzieś tam w tle słowo INTERPRETACJA będzie wisiało nad przepisem oraz decyzją, jak przysłowiowy kat nad grzeszną duszą. Czasami mi wydaje się, że jest z tą interpretacją jak z rozgrywkami Pucharu Polski w futsalu. W zamyśle, gdy powstawał lat temu wiele, miał to być sztandarowy projekt związkowy. Niedługo rozpocznie kolejną dekadę, a ciągle jest nieustabilizowany organizacyjnie. I – co dziwne – to akurat przepotężny związek piłkarski nie potrafi go po swojemu sklasyfikować w aspekcie marketingowym, czy też promocyjnym. A nawet sportowym. Nie potrafi, bowiem za często ulega podszeptom klubowym. A kluby najzwyczajniej kierują się własnym interesem.

Jeden z ważnych prezesów klubowych polskiego futsalu około dekadę temu domagał się pucharowego Final Four. Nie minęły dwa lata, zachciało mu się finału na zasadzie mecz i rewanż. Za kolejne pięć nie protestował, gdy przechodzono ponownie do Final Four. Ale w kolejnym rozdaniu zgodził się szybko za jednym meczem finałowym. I tak jak ów rosyjski „Wańka wstańka” swoimi wypowiedziami jakby obliczał w tle, co kalkuluje się jego klubowi najbardziej.

Będąc przy rosyjskich powiedzeniach przekażę jeszcze jedno, które dobitnie podsumuje całą tę groteskę – „Jest śmieszno aż straszno”. Dlatego oczekuję od związkowej komisji futsalowej postanowienia na lat kilka w przód, jak planuje rozwiązać pucharowe finałowe zmagania dla dobra promocyjnego, marketingowego oraz sportowego futsalu w Polsce. I dotyczy to też futsalowego pucharu kobiecego.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Polscy piłkarze trawiastej reprezentacji epoki schyłkowego Nawałki lepiej wypadali w reklamach, niż na boisku. To było gdzieś latem minionego roku. Polski futsal rozpoczynającej się wiosny Anno Domini 2019 lepiej prezentuje się w internecie, niż na halac,h względnie w „realu”  związkowym, a nawet ekstraklasowym. Tamtego lata mnie osobiście nie interesowało, czy Lewandowski albo Krychowiak plażują na Bermudach lub golą się topowymi nożykami. Bardziej chciałbym wiedzieć, czy jest im przykro, że zawiedli podczas rosyjskiego mundialu tysiące kibiców. Polskich kibiców.

Tak i teraz, aż nie tak ważne są dla mnie enuncjacje zawodników po meczach z Brazylią, bo to tylko teoretyczne wypowiedzi, dla których „sprawdzam” nastąpi dopiero późną jesienią. A jako realista nie ufam teoretycznym wypowiedziom – nawet profesorów – gdyż uważam, że tylko „real”, czyli praktyka, daje prawdziwy obraz. Podobnie odnoszę się do związku zarządzającego polskim futsalem, który – realnie - nie transmitując meczów z Brazylią w telewizji zaprzepaścił praktycznie olbrzymią i zapewne oddaloną na czas nieokreślony szansę pokazanie Polsce pozafutsalowej, czym jest ta piękna halowa dyscyplina piłkarska.

Kiedy opadł już bitewny kurz dwumeczu z futsalową Brazylią, kiedy świąteczny czas Zmartwychwstania Pańskiego złagodził (mam nadzieję) obyczaje, zapytam, czy to, że futsal podlega w strukturze związkowej pionowi amatorskiemu, uniemożliwia z zasady transmisje pozainternetowe meczów reprezentacji? Czy może są inne powody, przykładowo finansowe? Jako kibic podziękuję portalowi Łączy nas Piłka za transmisję, lecz nie podziękuję związkowi za promocję futsalu oraz sprawny marketing w odniesieniu do dwumeczu z Brazylią.

Jeszcze raz powtórzę – zaprzepaszczona została wielka szansa na pokazanie futsalu całej Polsce, a nie skupieniu się w sporej mierze jedynie na jego pasjonatach, których do futsalu żadna transmisja – tak naprawdę – nie musi namawiać.  

Kiedy z perspektywy czasu spojrzę na opisaną sytuację, jakoś blisko koreluje mi ona z niedawnymi decyzjami wspólników Spółki FE, którzy w demokratycznym wyborze jak diabeł od święconej wody odżegnywali się od play-offów w futsalowej ekstraklasie. Teraz mamy tylko 12 zespołów, a miniona, przedświąteczna kolejka, pokazała sportowo oraz quasi promocyjnie bytnością na trybunach, że większość zespołów gra o przysłowiową pietruszkę. Emocji jak na lekarstwo. A co będzie, gdy w przyszłym sezonie ekstraklasa powiększy się o 2 zespoły? Przy tym systemie rozgrywek najzwyczajniej będzie nudno. Wspaniale to ujął Jakub Mikulski w swoim materiale na futsal-polska, epatując pięknym tytułem „Wielka nudna sobota”. Zapewniam, iż w przyszłym sezonie – jak nic nie zmieni się – takich sobót będzie sporo i – być może – już w połowie kwietnia przestaniemy interesować się rozgrywkami. A przecież, nie o to chodzi projektowi o nazwie polski futsal.

Z zasady w felietonach nie odnoszę się do postawy sportowej, poziomu meczów. Zostawiam to lepszym ekspertom. Niemniej, cieszę się, że dwaj zawodnicy, którzy rozpoczynali reprezentacyjne granie „w mojej erze futsalowej”, zapadli w oko trenerowi brazylijskiego teamu. Szkoleniowiec Canarinnhos wyróżnił bowiem obok Michała Kałuży jeszcze Bartka Nawrata oraz Michała Kubika. Wygląda z tego, że nie wszystko było kiedyś takie złe w polskim futsalu i nie rozpoczął się on – jak chcą niektórzy z obecnie nim zawiadujących – gdzieś tak od roku 2014/2015. Nie rozpoczęła się też tak zwana „europejska era” (nazwa od awansu do finałów ME) reprezentacji od czasów selekcjonera Błażeja Korczyńskiego, którego nawiasem mówiąc cenię. Przypomnę, iż ów awans zapewnił nam selekcjoner Andrzej Bianga, a pan Błażej dopiero czeka na swój pierwszy, trenerski międzynarodowy awans. Czego jemu jak i jego podopiecznym życzę.

Z zainteresowaniem przeczytałem wypowiedzi obydwu szkoleniowców po futsalowym dwumeczu polsko-brazylijskim. Należy cieszyć się z małych rzeczy i czynić małe kroki – powiedział polski selekcjoner. To prawda, ale jakby do tych małych rzeczy dołączyć jeszcze raz przegląd polskich futsalistów będących poza kadrą, to może i wielki krok dałoby się szybciej zrobić. Z niezwykle marketingowej dla futsalu wypowiedzi pana  Marquinhosa Xaviera wybrałem sobie akapit mówiący, iż takich meczów towarzyskich jak Polska – Brazylia, czy Finlandia – Hiszpania musi być jak najwięcej, bo pozwalają słabszym futsalowo krajom rozwijać dyscyplinę. I po części to jest odpowiedzialność Brazylii czy Hiszpanii za rozwój futsalu. Nic tylko przyklasnąć takim myślom. Natomiast panu prezesowi Bońkowi dedykuję inną wypowiedź selekcjonera futsalowej Brazylii, w której mówi, że na mistrzostwach świata w Rosji 80 procent kadry Brazylii stanowili piłkarze, którzy swoją karierę piłkarską rozpoczynali od futsalu. Warto to panie prezesie przemyśleć w pionie szkolenia PZPN.

Dziwnym, ale prawdziwym jest, iż przez ten poświąteczny felieton wielowątkowo przewija się brazylijski temat. Ale nie może być inaczej, gdy tak wielka futsalowa drużyna przyjeżdża do Polski. Daje to rzadką okazję do odniesień na najwyższym szczeblu. Tydzień wcześniej mecze Brazylijczyków z Serbami zgromadziły na Bałkanach ponad dwudziestotysięczną widownię w dwóch meczach. U nas – sądzę – nie doliczymy się w dwumeczu pięciu tysięcy. O ile w Koszalinie hala była wypełniona, to w Bydgoszczy zielony kolor krzesełek przeważał nad biało-czerwonymi barwami miejsc zajętych przez kibiców.

Bydgoszcz ma tak wiele trawiastych imprez piłkarskich o randze mistrzowskiej, że wskazywanie jej na organizatora meczu futsalowego mija się z celem. Chyba, że decydują jakieś inne względy, o których felietoniście nie jest wiadomo. Natomiast mecz koszaliński pokazał naszym zawodnikom – optującym za tym miejscem jako szczęśliwym dla nich – że to nie hale, czy stadiony wygrywają. Lecz decyduje forma i sportowe wartości. Jak to mawiał polski mistrz olimpijski w boksie - nie ma odpornych na ciosy, lecz są tylko źle trafieni.  

Andrzej Hendrzak

P.S. Tak, dobrze słyszałeś kolego Józefie. Złożyłem rezygnację z działalności w Komisji Ligi Futsal Ekstraklasy. I dobrze się z tym czuję w aspekcie decyzji, które tam podejmowano o rozgrywkach.

 

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niedawno przebywając przez kilka dni na Ukrainie usłyszałem od znajomego wypowiedź, że futsal to sport wybitnie niszowy. Padła ta opinia w jego jakby odniesieniu do moich słów, iż pisuję felietony o futsalu. Nie przykładałbym do wypowiedzi mojego ukraińskiego cicerone aż tak wielkiej wagi, gdyby nie informacja po powrocie do kraju o grotesce, jaka odbywa się z udziałem futsalu kobiecego w rywalizacji zwanej szumnie futsalowym Pucharem Polski kobiet. Jak wyliczył kolega, witający mnie na podlubelskim lotnisku, więcej dotychczas padło walkowerów, niż odbyło się meczów. Nie sprawdzałem, więc nie będę tego komentował. Ale pewnie coś jest na rzeczy – pomyślałem, gdy przeczytałem krótką notkę prasową, iż na mecz kobiecego pucharu – bodajże w Wielkopolsce - nie przybyli sędziowie i zawody „gwizdali” szkoleniowcy. Jak widać ciężko jest futsalowi kobiecemu uzyskać „obywatelstwo sportowe”. Pełnoprawne obywatelstwo.

Jest takie wyspiarskie powiedzenie, które zawsze mam w tyle głowy, kiedy dyskutuję o futsalu. Anglicy mawiają – „Hope for the best, prepare for the worst”. Czyli oczekując najlepszego bądź gotów na najgorsze. Pierwszy raz usłyszałem je na podrzeszowskim lotnisku w Jasionce ponad 12 lat temu, gdy podejmowałem Wyspiarzy na pierwszym ich meczu futsalowym w Polsce. Przyjechali po naukę i ją otrzymali. Wynik 16-0 dla biało-czerwonego teamu wcale ich nie załamał. Przyjęli go jako srogą lekcję, ale i zachętę do dalszego intensywnego szkolenia. Po latach już nie bijemy ich dwucyfrowo. Druga nacją, z tych jeszcze uczących się, którą podziwiam w dążeniu do futsalowej doskonałości są Finowie. Oni też startowali w futsalu o wiele później niż my, a potrafili kilka lat temu podczas eliminacji ME w Krośnie utrzeć nam nosa.

Dlatego po pierwszych latach niemal bałwochwalczego podejścia do polskiego futsalu nabrałem z czasem wiele pokory w patrzeniu nań i kieruję się teraz - nie bez kozery - owym angielskim powiedzeniem. Daje mi to niewątpliwy komfort i pozwala z dystansem, bardziej obiektywnie, na nasz futsal spoglądać i go oceniać.

Niedługo zagramy dwa mecze z brazylijskimi czarodziejami futsalu. Będzie zapewne kolejna okazja do „wyciągnięcia” polskiego futsalu na światło dzienne. Może nawet na pierwsze strony gazet, czołówki wiadomości, czy internetowe newsy. Ostatni raz miało to miejsce podczas ubiegłorocznych lutowych mistrzostw Europy w Słowenii. Tak, tak – polski futsal z wyłączeniem mediów typowo profilowych futsalowo jedynie co jakiś czas znajduje swoje miejsce w świadomości ogółu Polaków. I nie widzę możliwości zmiany tego, gdyż raczej w najbliższym czasie mistrzami, medalistami Europy względnie świata nie zostaniemy. A chodzi tylko o futsal seniorski, bo młodzieżowy to jednak już nie ta sama klasa medialna.

W dzisiejszej gradacji związkowej, w której ja osobiście plasuję futsal za piłką kobiecą, a zastanawiałbym się nawet, czy atrakcyjnością imprezową nie przewyższa go piłka plażowa, marnie widzę szanse medialnego przebicia inaczej, niż poprzez przywiezienie z ważnej imprezy worka medali lub rozegranie od czasu do czasu jakiejś potyczki z wielką futsalowo nacją. I wiem nawet, że tylko owe medale pozwolą wybić się z tej sportowej niszy. Pozwolą zaistnieć na dłużej, tak jak kiedyś pozwoliły na to sukcesy siatkarzy oraz medale „złotek” trenera Niemczyka.

W Polsce każdego Roku Pańskiego dwie dyscypliny sportowe mają wyjątkową pozycję. Nazwijmy je, wiosenno-jesienna piłka nożna oraz zimowe narciarstwo. Dokładnie skoki narciarskie. Wspomniana siatkówka, mimo iż dwukrotnie zdobywała mistrzostwo świata, jednak pozostaje w tyle. Jeżeli wspominam o wyjątkowości piłkarskiej, to myślę tylko o piłce trawiastej męskiej. Przykro, ale pozostałe sporty kopane będące w gestii PZPN  wyraźnie odstają pod każdym względem. Od oglądu sportowego przez marketing po medialność. I tego nie zmieni nic na tę chwilę. Dlatego – drodzy pasjonaci futsalowi – proponuję robić swoje i nie łudzić się za wiele, gdyż marzenia zawsze są niezwykle kosztowne.

Powieściopisarka angielska Mary Ann Evans mawiała – „Głupiec może namalować obraz, ale trzeba być sprytnym, by go sprzedać”. I to jest nie tylko artystyczna prawda. Nadaje się też do sportowych porównań, przenośni. Ba – realiów. O ile będąca niegdyś niszową siatkówka polska wyznacza obecnie trendy organizacyjne oraz sportowe rozwoju, to nasz futsal nadal kisi się w sosie własnym przez kolejne lata. I co gorsze, jest ciągle przez wielu (nie tylko decydentów sportowych) traktowany mało poważnie jako dyscyplina.

Takie podejście łatwo zniechęca, a stąd już prosta droga do ogłoszenia go sportem – nazwijmy brzydko - „świetlicowym”. Nie będzie to winą zawodników, a nawet szkoleniowców, lecz tych, którzy nie potrafią być – jak mówi pani Evans – tak sprytnym, by go dobrze, z zyskiem sprzedać. Myślę – panowie działacze – i kieruję to nie tylko do tych z dużego związku sportowego, że dwumecz z Brazylią jest jedną z ostatnich szans, aby ową sytuację odmienić. Niezależnie od wyników.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS