Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Obiegowo funkcjonuje powiedzenie, które spopularyzował kiedyś ekspremier Miller, mówiące, iż prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. Drużyna męskiego futsalu Rekordu Bielsko Biała zadała poniekąd kłam temu stwierdzeniu, gdyż rozpoczęła rozgrywki ekstraklasy futsalu sezonu 2016/2017 tak samo dobrze, jak je zakończyła. Początkiem marszu po mistrzowski tytuł był mecz w Toruniu wygrany 6:0. Sfinalizowali rekordziści ligowy bój wygraną z Gattą 9:5. Bodajże od drugiej kolejki przez resztą sezonu przewodzili ekstraklasie.

Nie może być więc wątpliwości, że tytuł mistrzowski jak najbardziej zasłużenie trafił w ich ręce. Do klubu prowadzącego jak najbardziej prawidłowy proces szkoleniowy futsalu – od dzieci poprzez młodzież do seniorów. Pisząc o tym, przy okazji odpowiem niektórym moim interlokutorom, że nigdzie nie jest napisane, iż w klubach mają grać sami Polacy. Gratuluję prezesowi Szymurze, trenerowi Szłapie, zawodnikom oraz całemu zestawowi osób, które ich wspomagały. Ale tak naprawdę siłę polskiego mistrza jak i rozgrywek polskiej ligi zweryfikują dopiero boje w ramach futsalowej, europejskiej Ligi Mistrzów. Życzę powodzenia.
Finałowy mecz Rekordu z Gattą Zduńska Wola, decydujący o futsalowym mistrzostwie Polski, był niezwykle emocjonujący. Pełen niespodziewanych zwrotów akcji, obfitujący w błędy, ale także we wspaniałe zagrania. Osobiście zapamiętam na długo niesamowitego gola Daniela Krawczyka zdobytego po precyzyjnym wykopie Darka Słowińskiego przez długość parkietu. I jeszcze zapamiętam ciekawą oprawę podsumowującą finał, którą nieco zepsuli mi oficjele, gremialnie stawiając  się do rozdawnictwa medali oraz wręczania pucharów. W tym rozgardiaszu nawet nie pokazała telewizja albo ja nie widziałem (co jednak jest wątpliwe), kto wręczył kapitanowi Janovskiemu najważniejszy mistrzowski puchar. Skupiono się bowiem na bielskim samorządowcu, którego puchar akurat nie był tutaj najważniejszy. Jako felietonista życzyłbym sobie, aby medale, czy puchary wręczały osoby z związane futsalem na co dzień i organizujące rozgrywki, czyli prezes Karczyński oraz przewodniczący Kaźmierczak. Byłoby przejrzyście i bez następowania sobie na przysłowiowe odciski.

Zadałem sobie nieco trudu i sprawdziłem, jak Rekord wypadł w tym coraz popularniejszym, dzięki słownictwu trenera Probierza, „Pucharze Maja” - czyli rundzie dodatkowej gier po podziale punktów.  W grupie mistrzowskiej Rekord też był najlepszy, co tylko potwierdza jego klasę. Ale w całości „majowego pucharu” musiał ustąpić pola Euromasterowi Głogów. Panie trenerze  Trznadel – chapeau bas za całokształt sezonu. Nie byłbym sprawiedliwy, gdybym nie wymienił jeszcze jednego ekstraklasowego szkoleniowca. Trener Hirsch sięgnął po kolejny medal. Tym razem brązowy z FC Toruń. Pan Klaudiusz ma już na swoim koncie kilka złotych mistrzowskich medali, ale sądzę, że brązem nie pogardził. Tym bardziej, że Toruń – jak widać – po latach nijakich wstaje z kolan. Tylko szkoda, że dalej to podnoszenie będziemy obserwować bez trenera Hirscha, który na nowy sezon wybrał kierunek śląski i zakotwiczyć zamierza w Gliwicach.  Mimo wszystko też życzę powodzenia.
Czytając poprzednie akapity proszę nie myśleć, że czynię jakieś podsumowanie sezonu. Wcale do tego nie zmierzam i nie czuję się godny. Zostawiam to bardziej uczonym (!) w mowie oraz piśmie futsalowym. Niemniej felietony pozwalają  w swojej konwencji zajmować się wszystkim i nie myślę z tego przywileju rezygnować. Dlatego kilka słów o zawodniku, który był motorem napędowym brązowego medalisty sezonu.

Marcin Mikołajewicz, bo o nim mowa, obok trenera Hirscha był główną siłą toruńskiego teamu. Ustawiony pod jego „strzeleckość” zespół wykonał dobrze swoją robotę. Marcin strzelił ponad 30 goli, a mógł jeszcze więcej. Dlatego zadam sobie, a może i prezesom toruńskim pytanie: czy podobny sezon są w stanie powtórzyć. Czy jak Mikołajewicz będzie miał słabszy czas, będą przygotowani na zmiany. Są to, niewątpliwie, pytania czysto retoryczne, ale w felietonie warto nieraz i takie stawiać.

I jeszcze jedna rzecz, o której całe środowisko futsalowe powinno pamiętać przy okazji zakończenia sezonu 2016/2017 - to jest przygoda z TVP. Nie tylko dla Spółki FE, ale i dla całego środowiska był to swoisty papierek lakmusowy popularności oraz możliwości futsalu. Nie wypadł on dobrze. TVP przez pół roku była darmowa. Niestety, nie przełożyło to się na oglądalność oraz wysyp sponsorów. Proponuję więc środowisku posypanie głowy popiołem i zejście z obłoków na ziemię. Realne uzmysłowienie sobie miejsca, w którym polski futsal znajduje się. Nie epatowanie propagandowymi sygnałami z różnych stron Polski, jak to można szybko załatwić sponsorów. Nie epatowanie remisowym wynikiem Polska – Hiszpania uzyskanym raczej na zasadzie teorii gry „na udo”. Ignacy Paderewski – wybitny polski pianista – mawiał, że przepisem na sukces jest jeden procent talentu, dziewięć procent szczęścia oraz dziewięćdziesiąt procent pracy. Więc do roboty.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie każdy kojarzy schody jako bardzo ważny rekwizyt, a nawet symbol kinowy. Tymczasem są one często filmowym miejscem wzlotów, upadków, czy kombinacji. Te porównania przyszły mi do głowy, kiedy stałem na szczycie słynnych odeskich schodów, które niecałe 100 lat temu uwiecznił w arcyważnym dla historii kina dziele „Pancernik Potiomkin” Sergiusz Eisenstein. Schody były też ważnymi sekwencjami filmowymi u Stanley’a Kubricka w „Lśnieniu” oraz u Alfreda Hitchcocka w „Zawrocie Głowy”.  Schodząc po 192 stopniach odeskich schodów ma się czas na rozmyślania. Akurat znając już wyniki przedostatniej kolejki polskiej ekstraklasy futsalu myślałem o beniaminkach ekstraklasy sezonu 2016/2017. Po tej kolejce wiem jedno - Solne Miasto Wieliczka nie dało rady utrzymać się w ekstraklasie. Drugi beniaminek, AZS Uniwersytet Gdański jeszcze walczy o „wykręcenie się” od  udziału w barażach.
Nie będę rozwodził się nad przyczynami tego stanu rzeczy, ale wspomnę o jednym z powodów tak niskiej pozycji nowicjuszy w ekstraklasowym gronie. Widać wyraźnie brak solidnej rywalizacji na poziomie I ligi. Rywalizacji o zarysie profesjonalnym. Przeważnie 3-4 drużyny w każdej grupie tworzą czołówkę z aspiracjami, a reszta gra by grać. To co jest widoczne w tych rozgrywkach, począwszy od strony organizacyjnej zarządzanej przez związek piłkarski, poprzez sprawy szkoleniowe oraz w większości przypadków organizację klubową meczów, to przeważnie amatorszczyzna. A kiedyś w założeniach I liga miała być profesjonalnym zapleczem ekstraklasy, z liczbą zespołów nie przekraczającą 14 teamów. Ze sponsorami, telewizją internetową. Niestety, w czasach panowanie przewodniczącego Kazimierza i jego współpracowników, obecnych teraz też w nowej KFiPP, postawiono na ilość wraz z populizmem. Niestety, profesjonalizm z populizmem nie idą w parze. I to należy wiedzieć. Nic nie wynika z popularnych dla futsalowego teatrum sloganów wyborczych, gdy chodzi o profesjonalny rozwój. Tym sposobem, co rok beniaminkowie mogą grać o życie.

Inną odeską ciekawostką jest tak zwana „Kładka Miłości”. Jakoś bardzo przypasowało mi to określanie do meczu Euromastera z Gdańskiem. Broń Boże, nie podejrzewam o żadne nieuczciwości, gdyż team z Głogowa sam jeszcze nie jest pewien bez-barażowej pozycji, ale jedynie pragnę podkreślić, że czasami spokojniejsze podejście do gry zespołu, mającego dobrą passę wynikową, odbija się ujemnie na grze. Jest to nie pierwszy i zapewne nie ostatni przypadek dekoncentracji w sporcie. Po prostu grają tylko ludzie, a nie roboty, czy komputery. Gdańszczanie po ową przenośną w wyrazie „kładkę miłości” ochoczo sięgnęli. Niemniej – mnie osobiście – jest szkoda, iż głogowianom nie udało się  utrzymać pięknej serii zdobyczy punktowych. Niestety, c’est la vie (takie jest życie) – powiedzieliby Francuzi.
W ekstraklasie futsalu do rozwiązania pozostały dwie zagadki. Kto mistrzem i kto zagra w barażach o ekstraklasę ze zwycięzcą dwumeczu pierwszoligowców Constractem Lubawa. Do tytułu mistrzowskiego pretendują Rekord Bielsko Biała oraz Gatta Zduńska Wola. I tutaj los okazał się najlepszym reżyserem, gdyż terminarz tak zestawił pary, iż w ostatnim meczu obie drużyny zagrają w Bielsku o tytuł. Przeciwnikiem lubawian może być natomiast albo Euromaster Chrobry Głogów albo AZS Uniwersytet Gdański. Jako felietonista mogę mieć swoje wizje. Dwóch beniaminków już mamy w przyszłorocznym sezonie ekstraklasy. Gdyby było ich trzech, nikomu z ekstraklasowców korona z głowy nie spadłaby. A zachęta do coraz lepszej pracy na zapleczu byłaby – być może – podwojona. Osobiście nie mam nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.

Pławiąc się w morskim słońcu, delektując się owocami nabytymi od popularnych babuszek prosto z kosza - nie przystoi poruszać trudnych tematów. Niemniej nawiązując do filmu Eisensteina i owych odległych dni powiem, iż czasem żałuję, że kino nie pozostało nieme. Czytając różne facebookowe wpisy, twitterowe zdania, czy inne internetowe objawienia nie mam pewności, czy zabawiający się klawiaturą wiedzą co piszą. Pal licho, gdy to dotyczy polityki, która sama w sobie jest krętactwem. Ale futsal - póki co - jest prostym wyborem nie zmuszającym do ekstremalnych wyzwań. Czy nie można więc w tak niedużym środowisku szanować się. Czy nie można całkiem ładnie spierać się. Czy nie można z szacunkiem do rywala przyjmować porażek. Czy warto wzajemnie obrażać się rzucając kalumnie. Przecież to zło kiedyś wróci do rzucających. Czy tego chcą.

Dla wszystkich gorących głów proponuję na okres posezonowy do poczytania tanią książkę dolnośląskiego dziennikarza, Maurycego Nowakowskiego pod tytułem „Okrągły Przekręt”. George Orwell w pozycji „Rok 1984” pisze, że jego bohater Winston doszedł do wniosku, iż najlepsze książki to te, które nam mówią, co już sami wiemy. Być może coś z treści Orwella jest u Nowakowskiego. Radzę spojrzeć.    

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...