Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Rozpocznę od gratulacji dla prezesa Bońka w związku z jego wyborem do Komitetu Wykonawczego UEFA. Jest to wielka chwila dla polskiej piłki. Taka wisienka na torcie ciągu dobrych zdarzeń polskiej piłki kilku ostatnich lat. Początek dały wysokie oceny za organizację  EURO 2012, które odbyło się jeszcze za prezesury Grzegorza Lato, ale prezes Boniek był tego EURO ambasadorem. Tamto polsko-ukraińskie EURO  zaowocowało sporym sukcesem dyplomatycznym. Zorganizowane zostało na tak dobrym poziomie, że zaczęto spoglądać na polską piłkę, jej działaczy jako poważnego partnera.

Kolejne punkty dla związku w skali europejskiej przyniosły znakomite występy kadry Adama Nawałki. Nie od rzeczy będzie wspomnieć też o fantastycznej atmosferze na meczach reprezentacji i pełnych trybunach. To wszystko plus i szczególne osiągnięcia sportowe prezesa jako byłego piłkarza zaowocowało wyborem. Jeszcze raz gratuluję, panie prezesie. I mam nadzieje, że nie zapomni pan o polskim futsalu w nawale europejskich zajęć piłkarskich. Prezes Boniek prawdopodobnie będzie kierował w Komitecie pracą dwóch komisji. Nie jestem jednak aż takim optymistą, by stawiać na futsalowo-plażową.
W szkolnictwie funkcjonuje takie coś jak próbna matura. Niczego jeszcze wówczas nie musi się udowadniać, ale można sprawdzić się i zobaczyć swoją formę przed egzaminem życia. Można zobaczyć swoje słabości i mieć czas je wyeliminować, a nawet zrobić rekonesans jak taktycznie podejść do pewnych rozwiązań, choćby w zakresie rozkładu ściągawek. Taką próbną maturą był - w mojej ocenie - rozegrany w Koszalinie mecz Polski z Białorusią. Wynik 6:0 pokazuje, iż sporą część materiału odrobiła nasz futsalowa kadra sumiennie. Co nieco pewnie pozostało do poprawki i po to jest właśnie przedturniejowe zgrupowanie w Elblągu. Na elbląskim turnieju wszystko musi zagrać na tip-top i nie może być błędów, niedoróbek. Ta matura musi być zaliczona. Powtórki egzaminu nie będzie. Może nas satysfakcjonować tylko ewentualny baraż.

Koszalin – miasto niegdyś wojewódzkie – nie ma zbyt wielu reprezentacyjnych imprez sportowych. Na mecz z Białorusią przybyło ponad dwa i pół tysiąca widzów spragnionych dobrego widowiska sportowego oraz sukcesu biało-czerwonych. Nie zawiedli się. Organizacja meczu i sportowy wynik mogły zadowolić najwybredniejszych. I można byłoby organizatorom wystawić niekwestionowaną szóstkę szkolną, gdyby nie uwagi odnośnie telewizyjnego przekazu.

Reprezentacja Polski zasługuje na topowe promocje telewizyjne. Transmisje, które bez problemu odbierze w całej Polsce każdy sympatyk małej piłki bez szperania po internetowych adresach. Nie wiem i już nawet nie chcę wiedzieć - gdyż znudziło mi się ciągłe dopytywanie - dlaczego nadal futsal przez związkowych organizatorów imprez jest traktowany w zakresie reprezentacyjnych transmisji meczów po macoszemu. Liczę, że w Elblągu będzie wreszcie inaczej.
Jak już jestem przy koszalińskim meczu, to muszę poruszyć dwie sprawy. Po pierwsze, primo – nie byłoby meczu, gdyby nie działania pana Romana Sowińskiego, który własnymi kanałami „dyplomatycznymi” przekonał Białorusinów, że warto przyjechać na sparing do Koszalina. W imieniu futsalowej Polski dziękuję. I po drugie, primo – myślę, że cała futsalowa, i nie tylko, Polska powinna trzymać kciuki, aby nasi golkiperzy, a szczególnie Michał Widuch w zdrowiu oraz formie dotrwali do turnieju. Widziałem w Krośnie na poprzednim turnieju eliminacji Mistrzostw Europy, co dzieje się, gdy bramkarz jest w słabszej dyspozycji dnia. I powiem tak – dla mnie dzisiaj nasi bramkarze wyrabiają w meczu 60-70 procent normy. Aż boję się myśleć, co może być, gdy tej normy nie wykonają.

Maria Janion – polska historyk idei pisała – „naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać”. To prawda pani profesor. Niestety, my Polacy do takiego narodu należymy. I wcale nie inny jest nasz futsal. Jak bowiem inaczej podchodzić do różnych kombinacji  w rozgrywkach. Wyczytałem, że gdzieś w zachodniej Polsce w klubie wystawiono do gry za jednego obcokrajowca innego obcokrajowca, który nie był zgłoszony do rozgrywek. I co najdziwniejsze, nie dopatrzono się potrzeby weryfikacji walkowerem. Do kitu, by nie powiedzieć mocniej z taką organizacją. Dlatego nie dziwią mnie wcale treści kilku rozmów z ludźmi futsalu z tak zwanego terenu, którzy jasno deklarują – dopóki PZPN, Komisja Futsalu nie uporządkują rozgrywek II ligi, szkoda sobie zawracać głowy tworzeniem w naszych regionach rozgrywek tego szczebla. Poniekąd im nie dziwię się, bo każdy chciałby wiedzieć, czy białe zawsze będzie tylko białe, czy jednak czasami jest czarne.

Dobrze, że takich problemów nie ma w ekstraklasie, gdzie rozgrywki są prowadzone merytorycznie oraz sprawnie przez Komisję Ligi. Dlatego tylko pozazdrościć MOKS Słoneczny Stok Białystok, który trzy mecze przed zakończeniem rozgrywek zapewnił sobie awans do ekstraklasy. Cierpliwość, wola walki białostoczan została nagrodzona. Rok temu przegrali po barażach awans ekstraklasowy. Teraz bezproblemowo awansowali z pierwszego miejsca. Gratuluję. Białostocczyźnie należy się ekstraklasowy futsal. Całe podlaskie to prężny ośrodek. Jest to, poniekąd, też zasługa pracy organicznej nad tamtejszym futsalem, pana Leszka Łuckiewicza – od lat propagatora futsalu w Białymstoku i okolicach, byłego działacza Wydziału Futsalu PZPN. Także swoją cegiełkę dorzucił i nadal dorzuca pan Przemysław Sarosiek, który jest też nietuzinkową postacią podlaskiego oraz polskiego światka futsalowego. Niemniej, ojcami sukcesu są działacze, szkoleniowcy, zawodnicy MOKS. Być może sukces MOKS poruszy futsalowo „polską ścianę wschodnią” i wreszcie Śląsk i zachodnio-północne regiony kraju będą miały okazję poznać piękno całej naszej futsalowej ojczyzny.
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nietuzinkowego dziennikarza sportowego Pawła Zarzecznego poznałem na przełomie wieków. Zapoznał mnie z nim Janusz Atlas, inna sława dziennikarska, kiedy przyjechali na Podkarpacie poznawać miejsca młodości Atlasowej rodziny. Byłem dla nich lokalnym cicerone. Z Januszem współpracowałem później w PZPN i rozwijałem medialnie futsal. Z Pawłem odnowiłem kontakt po przeprowadzce do warszawskiej metropolii, kiedy mieszkaliśmy niedaleko od siebie. Nie raz nie dwa spotykaliśmy się. Nasze rozmowy były intelektualną ucztą. I wcale nie sport był tematem wiodącym. Pawła szerokie horyzonty wymagały sporej koncentracji od interlokutora. Najczęściej były to gawędy o Jego felietonach w Polska The Times. Albo rozmawialiśmy o Jego komentowaniu wydarzeń w TV Republika.

Paweł, bywało, dopytywał o futsal, o którym co nieco słyszał z czasów eskapad sportowo-dziennikarskich z Atlasem. Jego sportowe miłości, to piłka nożna, Legia i Deyna. Niejednokrotnie wyczulał w rozmowie na niezawieranie tak zwanych „zgniłych kompromisów”. Już lepiej iść pod wiatr – przekonywał. Było, minęło. Odszedł nietuzinkowy dziennikarz oraz człowiek. Już w stołecznej kawiarence, czy wagonie podmiejskiej kolejki nie zapyta przygodnej osoby ile to jest 2+2 x 2. Nie zapyta konduktora, dlaczego w wagonie Kolei Mazowieckich nie można legalnie wypić piwa, gdy w Intercity można, a przecież obydwa składy jeżdżą po tych samych torach. To był człowiek nie do podrobienia. Dwóch takich znałem niepokornych dziennikarzy w sporcie – Jego oraz Atlasa. I to było moje dziennikarskie oraz prywatne szczęście. Janusza nie ma od lat. Pawła od kilku dni. Cest la vie – mówią Francuzi. I niech tak pozostanie w pamięci.
W życiu funkcjonuje powiedzenie – nie budź licha kiedy śpi, ale z jest też takie, które twierdzi - lepiej żałować, że coś się zrobiło, niż później żałować, że nic się nie zrobiło. Jeszcze niecały miesiąc i zakończy się runda zasadnicza Futsal Ekstraklasy. Pozostanie podział na grupy i pięć arcyważnych meczów decydujących o mistrzostwie oraz degradacji. Jeszcze miesiąc i reprezentacja Polski w piłce plażowej wyleci na Bahamy na finały mistrzostw świata. Trenerem jej jest drugi trener i zarazem zawodnik Gatty Zduńska Wola, Marcin Stanisławski. A być może – i w tym momencie zabawię się we wróża – w kadrze tej znajdzie się jeszcze inny futsalista ze Zduńskiej Woli.

Nie znam terminów owych pięciu meczów ekstraklasy, ale mogą pokryć się z turniejem na Bahamach. Zapytam więc teraz - jest „zagwozdka”, czy jej nie ma. Dwóch, trzech piłkarzy w kadrze, co prawda nie futsalowej, ale na ważnym dla polskiej piłki turnieju może upoważniać do przełożenia meczu. Co prawda, w regulaminie ekstraklasy jest zapis, że dotyczy to tylko kadry futsalowej, ale nie takie cuda już widziałem. Pozwolę więc sobie pospekulować. Po pierwsze, do akcji wkracza PZPN i nakazuje przełożyć mecze Gatty. Po drugie, Gatta sama dogaduje się z rywalami i mecze przekłada. Po trzecie, Gatta gra bez swoich zawodników. Po czwarte, Komisja Ligi FE szuka rozwiązania polubownego. Po piąte, jedzie tylko jeden zawodnik na Bahamy i nie ma problemu. Pewnie są i inne opcje, ale nie będę ich omawiał. Temat wrzucony, reszta nie moja broszka. Dopiszę tylko, że przed laty był już taki problem i PZPN skutecznie interweniował.  

Jak już licho wywołałem, to samo zadbało, by jeszcze nie schodzić ze szpalty felietonowej. To miała być telewizyjna uczta dla sympatyków futsalu w Polsce. Mecz na szczycie ekstraklasy Gatta Zduńska Wola - Rekord Bielsko-Biała. Nie tylko ja, ale pewnie i wielu kibiców małej piłki rozsiadło się przed telewizorami w piątkowy wieczór mając pod ręką przysłowiowe paluszki i pieniący się, złocisty napój. Zaczęło się dobrze. Był obraz, fachowy komentarz, piękne obustronne akcje. Niestety, tuż przed pierwszym golem zepsuła się wizja i pozostał tylko komentarz. Ekran stał się poniekąd impresjonistycznym obrazem Claude Moneta z ulotnymi, niedającymi się uchwycić obrazami. Tylko kolory, kolory, zamazane kolory. Za chwilę SportKlub, którego nie należy obwiniać za zaistniałe perturbacje, przerwał nadawanie i zaserwował powtórkę meczu z Torunia.
Nie piszę o tym, by nawoływać do polowania na czarownice (to i tak już w Internecie dzieje się). Nie moja to bowiem sprawa, tylko udziałowców oraz kierownictwa ekstraklasowej spółki. Niemniej zauważyć muszę, że trafiła się nam, kibicom ta impresjonistyczna wstawka w najbardziej nieciekawym momencie, bo w meczu dwóch najlepszych zespołów futsalowej ekstraklasy. Pewnie lepiej już byłoby, gdyby transmisja została odwołana ze względu niewykonalne dla gospodarzy warunki techniczne. Obiektywnie rzecz biorąc, takie przypadki jak w Zduńskiej Woli zdarzają się w transmisjach TV. Jak mówią - nie myli się tylko ten, który nic nie robi. Niemniej, zaapeluję do Spółki o większą czujność w zakresie sygnału oraz jakości przekazu.   

Opisywana sytuacja zwróciła moją baczniejszą uwagę na bratanie się futsalu z telewizją. Futsalowa Spółka jest o kilka długości przed PZPN w liczbie telewizyjnych transmisji. Gdyby nie działania Spółki FE, jej kolejnych prezesów - Kaczyńskiego, Czeczko, Szymury, Karczyńskiego, to od lat obchodzilibyśmy się przysłowiowym smakiem w telewizyjnym oglądaniu futsalu. A tak w miarę regularnie transmitowane są mecze ekstraklasy. Jak wieść gminna niesie, turniej eliminacyjny ME w Elblągu będzie relacjonowany przez Polsat. Tym sposobem raz na rok telewizyjną, futsalową ucztę kadry funduje nam PZPN. I to w nieinternetowej, czy niszowej TV. Poprzednią była polsatowska relacja sprzed roku ze Szczecina meczu z Kazachstanem. To mało, o wiele za mało. Z każdego granego w Polsce meczu futsalowej reprezentacja powinien być profesjonalny przekaz. Nie znam racjonalnych powodów, aby tak nie było. Dla PZPN to raczej żaden koszt, a dla kibiców futsalu w Polsce wielka uczta. Niemal Lukullusowa. I nie ma w moich słowach krzty (prze)sadyzmu. Tylko objawia się nakaz przyzwoitości.

Przeglądnąłem swoją listę wyróżnień zawodników tego sezonu i postanowiłem dopisać przed meczem z Białorusią jedno nazwisko. Kolejnego bramkarza. Tym razem Dariusza Słowińskiego. Za niebotyczne wyczyny w meczu Gatty z Rekordem. Martwi mnie ciągłe wyróżnianie głównie bramkarzy, chociaż wobec kontuzji Maćka Foltyna kolejny może być przydatny. Turniej w Elblągu zbliża się szybkimi krokami. Liczę, że forma kadrowiczów – tych spoza bramki - eksploduje w kwietniu. Słowińskiego darzę dużym sentymentem i szkoda, iż jest poza kadrą. Były czasy, gdy ówcześni „hurtapowcy” nie zawsze byli gotowi z różnych względów reprezentować biało-czerwone barwy. Darek był zawsze do dyspozycji. I zawsze w formie. A może trener Stanisławski zabierze go na turniej finałowy Beach Soccera na Bahamy. To Darkowi należy się. 

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...