Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Z cotygodniowym pisaniem felietonów jest tak: nie wywieram na siebie nacisku, o czym pisać. Siadam i palce same biją w klawiaturę, a myśl ad hoc dyktuje treści. Możliwe, że przez to spisane myśli są nieraz niespójne, lecz zawsze prawdziwe. Niemniej, bywają też tematy, do których przygotowuję się, ale najczęściej odkładam je ad Kalendas Graecas. Jak już jestem przy owej tygodniówce, to napiszę, że bardziej cenię ją sobie jako formę płatności, niż obowiązek pisarski. Chociaż w sferze niemerkantylnej posiada pisanie swój ważny atut. Pozwoli oczyścić się z natrętnych – i to nie tylko futsalowych – myśli. Tłumacząc według współczesnego języka – zresetować.

Dla sympatyków życie okołofutsalowe, szczególnie w okresie kanikuły, jest zapewne równie ważne, jak to w hali – meczowe. Jak mówi znajomy fryzjer, na piłce zna się w Polsce każdy i zawsze można o niej rozmawiać. Gdy zna się na piłce – dodał natychmiast pocieszając mnie, to i o futsalu z połowa tych piłkarskich ekspertów pewnie słyszała. Niezwykle uprzejmym jest z jego strony owo liczące 50 procent usytuowanie futsalu w dziedzinie piłkarskiej. Osobiście byłbym większym optymistą. Ale jak mówi żona, lepiej miło się zaskoczyć niż niemiło zawieść. Ile jest, tyle jest. O to nie ma co się spierać. Jednak walczyć o promowanie futsalu należy zawsze. Nawet w tym trwającym od marca okresie futsalowego marazmu, wynikłego z globalnej epidemii.

Wertując różne portale natknąłem się na informację o bramkarskim campie w Lubawie. Campie stricte futsalowym, gdyż poprowadzą go nie byle jacy znawcy bramkarskiego rzemiosła - Bartek Nawrat oraz Tomek Ulfik. Trudno sobie na ten moment wyobrazić w kraju pomiędzy górami a morzem lepszych fachowców w tej materii. Golkiperów futsalowych z doświadczeniem, których kunszt mogłem podziwiać przez lata w meczach reprezentacji oraz rywalizacji klubowej. Dlatego gorąco polecam i gratuluję pomysłu. Jednocześnie namawiam innych znanych zawodników do podjęcia campowej rękawicy.

Jak już jestem przy newsach futsalowych, to podzielę się opinią odnośnie transferów. Żadnych nazwisk nie podam, chociaż kilka ciekawych mam w zanadrzu. Ale jeszcze nie czas na ich ujawnianie. I nie w felietonie. Ogólne wrażenie po analizie ruchów kadrowych w klubach, mam następujące - więcej odejść niż angażów nowych. Wygląda, jakby robiono miejsca na przyszłe transfery. Jak tak, to pewnie coś spektakularnego zaistnieje przed rozgrywkami. Zawsze trochę pomieszania w gronie zastałych składów może dobrze zrobić, gdyż wspomaga zdecydowanie rywalizację. A przy okazji pozwala medialnie zaistnieć w okresie wolnym od meczów. I tak trzymać.

Czas okołofutsalowy jest równie ważny dla promocji klubowej, budowania wizerunku. Teoretycznie każdy mający ochotę na pisanie może w internecie coś tam wytworzyć o klubie, futsalu. Tego domaga się historia. Piękne słowa Ricardinh,o pomieszczone na fanpage'u futsal-polska - „Piłka nożna to biznes, futsal to emocje” - wymuszają na mnie jednak nawiązanie do sfery biznesowej. Bez niej kopanie w miarę profesjonalne małą piłką w hali mijałoby się z celem. Natomiast jeżeli chodzi o stricte emocje, to wielki futsalista ma rację. To one, moim zdaniem, mają właśnie przyciągnąć biznes do dyscypliny. Mają skusić ludzi, którym ten sport jest bliski poprzez emocjonalne podejście, do zainwestowania. Niestety, na futsalu zarobić się nie da, pozostają więc takie okrężne drogi.

Futsal to sfera ekscytacji, wzruszeń, emocji. Jest w nim coś nieuchwytnego, co trudno skategoryzować w wersji pieniężnej. Tę dyscyplinę trzeba kochać, bywa że z nieodwzajemnioną miłością. Nie wiem, czy jest wielu ludzi biznesu, którzy nie liczą na zwrotne zyski, gdy w coś zainwestują. Ale wiem, że futsal tego zwrotu w poważnej jakości im nie odda. Natomiast sentyment, kibicowski afekt, jest tym czymś, o co warto w stosunku do biznesu zawalczyć.

Rozmawiając niedawno z jednym z ważnych polityków (eksminister) na temat futsalu, usłyszałem takie zdanie – biznesmen jest w stanie ewentualnie wydać na futsal jakieś spore pieniądze. Czasem nawet nie pomyśli o zarobku. Ale by go przyciągnąć na stałe, musi pojąć w głębi siebie, że futsal jest dla niego jak narkotyk. Odnosząc się do słów eksministra powiem - być może prawdą jest, iż wokół futsalu mamy głównie takich ludzi (jak wszędzie zresztą z wyjątkami), którzy świadomie obracając się w kręgu formuły „futbol jest okrutny” zaprzedali się rzeczywiście tej dyscyplinie. I dlatego należy ich pielęgnować ze szczególna troską, gdyż o następców może być niezmiernie trudno.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Tydzień, który minął, był dla felietonisty ciekawy, gdyż mógł przeczytać wywiad ze Zdzisławem Wolnym. Jak zwykle pan Zdzisław wypowiedział kilka kwestii, które wzburzyły futsalowy światek w Polsce. Ale akurat mnie nie. Zawsze będę powtarzał i pisał - można z panem Zdzisławem nie zgadzać się, ale jego zdanie należy cenić. Odkąd znam pana Wolnego, nigdy nie był klakierem. Zawsze prezentował swoje zdanie, idąc niejednokrotnie pod prąd.

Dlatego po przeczytaniu wywiadu pozwolę sobie przyswoić jako niezwykle ważną jego finalną odpowiedź na jedno z pytań, a brzmiącą – „Nie mam już złudzeń i marzeń związanych z futsalem”. Nie ma co filozoficznie roztrząsać treści tego zdania. Niemniej wszyscy pragnący poprawy sytuacji polskiego futsalu nie powinni, a nawet nie mogą, przejść nad nim obojętnie. Podobnie nad innymi kwestiami, zawartymi w rzeczonej rozmowie.

Kolega Józef, z którym wspólnie czytaliśmy ów wywiad na futsal-polska.pl, zapytał mnie, czy odniosę się w jakiś sposób do przedstawionej opinii pana Zdzisława o kadrze futsalowej. Drogi Józefie, do czego odnosić się, jak kadry akurat teraz nie ma, nie gra. A ponadto wygląda, jakby wiele spraw z nią związanych, było utajnionych. Niemal jak przyszła amerykańska baza Patriotów w polskim Redzikowie. Niech odnoszą się szkoleniowcy klubowi. Prezesi klubów niech powiedzą, czy zaburza ona im proces szkolenia. Prezes Spółki niech powie, czy długie zgrupowania nie burzą kalendarza ekstraklasowego. Może pion szkolenia, czy techniczny PZPN, niech powie wreszcie wszem i wobec, czy w Zielonej Górze jesienią był blamaż, czy sukces. I niech nie zamydla nam nikt oczu odbytymi europejskimi eliminacjami na Malcie, wygranymi z futsalowymi „kopciuszkami”. O tym wszystkim wspominam na marginesie, gwoli jasności, kadrowego obrazu. Natomiast od siebie napiszę - posiadam swoją ideę futsalową i sobie ją realizuję. A w niej miejsca dla kadry nie ma. Przynajmniej w obecnej konfiguracji.

Kiedy w okresie wymuszonego epidemią futsalowego marazmu patrzę na nasz futsal, dostrzegam, że nie widać w nim żadnego autorytetu, którego głos byłby w ważnych chwilach przyjmowany jako kierunek działania. Jedni z mogących być takimi przewodnikami nie mają już złudzeń i marzeń. Inni wolą raczej postawić na własne podwórko, niż być heroldem całości. Jeszcze inni gustują raczej w zakulisowych gierkach. Kolejnym brakuje najzwyczajniej charyzmy, mimo że prężą muskuły nad wyraz często. Wreszcie są i tacy, co przychodzą do futsalu tylko po zarobek. Co prawda nieduży, ale zawsze zarobek. I tak priorytety futsalowe rozmieniają się na drobne. A inne dyscypliny takich pozytywnych heroldów mają. Nie ma potrzeby ich literalnie wymieniać wielu. Jako wzorcowy przykład niech posłuży skoczek Adam Małysz. Nie od rzeczy będzie też wskazać prezesa siatkarskiej spółki Pawła Zagumnego. No i oczywiście prezesa Zbigniewa Bońka.

Filip Tadeusz Szcześniak, polski raper, znany jako Taco Hemingway, w utworze „Wszystko na niby” przekazuje coś w sensie - „Zagram tak samo, czy w hostelu mam tu syfu do kolan. Czy w apartament Hilton, tak się tworzy smyku renoma”.  Być może nie pojmuję dobrze sedna tych słów, ale widzę je jako znak pewnego zawodowstwa. Symbol profesjonalnego i - co ważne - jednakowego podejścia zarówno do słabych, jak i mocnych. Podejścia z przyjemnością, a nie z zarozumiałą głową. Jako felietonista wierzę – być może naiwnie - że istnieje odbiorca organiczny, który sam wybiera, co jest dla niego ważne. Dlatego chciałbym, aby nasz futsal reprezentacyjny był podawany w sposób naturalny. Kibic sam sobie wyłowi coś wartościowego. Niby jeden związek, a jak inne formy przekazu, porównując informacje o kadrze pana Brzęczka oraz kadrze pana Korczyńskiego. Oczywiście z pozytywnym wskazaniem na tę pierwszą.

Rozdano licencje. O, przepraszam - przyznano licencje. Niby jeden wyraz zmieniony, a różnica poważna. Ośmielę się nawet napisać, że po raz pierwszy w historii pochwalić należy związkową komisję licencyjną. Związek rzetelnością podejścia, w oczach felietonisty, naprawia błąd, który zafundował, akceptując utrzymywanie w ligach spadkowiczów tabelowych. Nie dokańczając rozgrywek, ligowy futsal usytuował się w jednej linii z III ligą trawiastą oraz tymi od niej niższymi. Szkoda, bo powinien walczyć niezmiennie o sięgnięcie opcji co najmniej trawiastej drugoligowej. Niestety, takie rozwiązania mogą tylko pokazać, iż wyobrażalnie spore inwestowanie w futsal okaże się raczej passe. Tym bardziej teraz, w czasach epidemii. Prawdopodobnie więc na kolejne lata pozostanie futsal przystanią dla tych, którym nie powiodło się w normalnej piłce.

Przeglądając wykaz klubów bez licencji w pierwszym rozdaniu, zszokowany jestem niedoróbkami w Orle, Gattcie oraz GSF. Ci pierwsi szokowali transferami zagranicznymi, ci drudzy mają całkiem zgrabny zestaw krajowych gwiazd, ci trzeci zatrudniają selekcjonera reprezentacji i kilku podstawowych zawodników kadry narodowej. Czyżby paliwo skończyło się, czy tylko niedopatrzenie? Odwołanie do drugiej instancji to już dodatkowe koszty. Czyli możliwe, że to pierwsze. W każdym razie klubom z aspiracjami takie postępowanie nie przystoi. Jeszcze ciekawsza jest analiza I ligi. Być może coś źle policzyłem, ale wyszło mi, iż nawet połowa przedstawicieli wojewódzkich II lig na tę chwilę może nie zagrać w lidze pierwszej. Felietonista ma z tego prosty wniosek. Panowie ze związku, jak najszybciej twórzcie w roku przyszłym cztery regionalne II ligi. Inaczej w województwach będzie się, co najwyżej, rozwijać pseudoligowy futsal, bez większego pożytku dla dwóch lig centralnych.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...