Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Nie tak dawno wiceprezes organizacyjno-finansowy PZPN Nowak rzucił w dyskusji myśl w rodzaju – może należy zastanowić się, czy nie zakazać w rozgrywkach kobiet piłkarkom z klubów trawiastych grać w drużynach futsalowych. Oczywiście, można to zrobić. Tylko zapytam – po co? Nie zbawi to kobiecej piłki na trawie, która jest europejskim średniakiem. A już na pewno nie pomoże futsalowi kobiecemu, który w Polsce dopiero raczkuje. Panie prezesie, pana słowa ważą wiele i proszę na przyszłość raczej mówić o pomocy finansowej dla polskiego futsalu. Akurat polski futsal kobiecy potrzebuje ze strony PZPN poważnego wsparcia, lecz nie takimi słowy. Może pan wiceprezes rozsupła nieco sakiewkę z kasą, której – jak wykazuje często w wywiadach prezes Boniek – związkowi nie brakuje. I to byłoby na ten moment najlepsze wsparcie kobiecego futsalu.
Ekstraliga kobieca oraz ligi niższe mają wiele problemów, ale akurat  do najważniejszych nie należy łączenie gry z trawą. Na pewno problemem jest granie nieraz na halach, gdzie sędziowie muszą przeciskać się przy drabinkach do gimnastyki, czy halach wyglądających jak zaułki jakoweś. Czy też problemy z uzbieraniem kasy na wysokie jak na te rozgrywki opłaty sędziowskie. Nie chcę nikogo ze środowiska kobiecego futsalu obrazić, niemniej realnie proszę zastanowić się, czy nie buduje się w futsalu kobiecym czegoś na kształt góry lodowej, gdzie na powierzchni jest nadużywane słowo „reprezentacja”, a pod nią w wodzie topi się „podstawa lodowa”. Gdzie istnieje szarość, by nie powiedzieć siermiężność, codziennego futsalowego dnia rzeszy zespołów, klubików oraz piłkarek chcących pokopać w piłkę na hali. Wiem, że futsal kobiecy po jakichś tam zawirowaniach personalnych miał przerwę reprezentacyjną w poprzedniej kadencji władz PZPN. Jak wszyscy sympatycy „halówki” cieszę się, że decyzją prezesa Bońka wrócił do łask. Może więc teraz czas na krok grających klubów. Czas na wypracowanie jedności oraz wspólnego stanowiska wobec związku. Czas, by wspólnie zagrać na jego rozwój, siłę. Pomyślcie o tym działacze, sympatycy kobiecej piłki halowej. Wtedy, i wiceprezes PZPN nie rzuci już pewnie takiej niezobowiązującej myśli.

Zobacz też: Nie będzie meczu z Niemcami   Wyczytałem, że Niemcy odmówili nam towarzyskiego meczu w Koszalinie. I nie jestem tym zbytnio zdziwiony. Większość reprezentacji kalendarze meczowe ma ustalone o wiele, wiele wcześniej. Jak mi opowiadał kiedyś szef hiszpańskiego futsalu oni kalendarz dopinają już nawet na dwa lata do przodu. Nie inaczej jest w Rosji. Ale, żeby Niemcy - jeszcze póki co - kopciuszek futsalowy, nam odmawiali, to świadczy tylko o niewydolności negocjacyjnej. Tym bardziej, że mają wobec nas dług meczowy z dawnych lat. Oj, nieciekawie jest. Oj, nieciekawie z futsalową polityką zagraniczną. Abstrahując nawet od Niemców. Wywiedziałem się w Europie, że odmówiło nam jeszcze wiele innych nacji. Gdzie te czasy, gdy mailowałem do szefa brazylijskiego futsalu i ten zapraszał nas na mecze reprezentacji bez większych problemów. I jeden z wiceprezesów PZPN miał piękną wycieczkę. Podobnie bezproblemowo można było umówić mecze z Tajlandią, Rosją, Francją, Serbią, Włochami, czy Ukrainą. A nawet z Azerbejdżanem.

Inna rzecz, że o potrzebie sparingu przed elbląskimi eliminacjami ME wiadomo było nie od wczoraj. UEFA zaplanowała turnieje w poprzednim roku. Nasi trenerzy rozpisali dla związku grafik przygotowań w roku 2016. Co więc stanęło na przeszkodzie, by wcześniej zapewnić sparingpartnera, który nie odmówi. Aż ciśnie się na usta hamletowskie pytanie - o być albo nie być naszej futsalowej dyplomacji. Miejmy nadzieję, że zastępstwo jakieś znajdzie się i nie zepsuje to misternego planu szkoleniowców, w których musimy teraz wierzyć jeszcze bardziej, niż w związkowych działaczy.

Zawsze przysłowiowa łyżka dziegciu przydaje się. Nawet po to, by bardziej uwypuklić jakieś dodatnie strony. Niewątpliwie pozytywem było niedawne spotkanie przewodniczącego Kaźmierczaka z szefami wojewódzkich struktur futsalowych. Nie pamiętam, kiedy w PZPN była tak otwarta rozmowa pomiędzy futsalowym terenem a związkową centralą. Przez lata teren był pozostawiany sobie. Nawet w zmaganiu z własnymi szefami - prezesami wojewódzkich ZPN. Teraz ma to się zmienić. Jest nadzieja, że pan przewodniczący po wysłuchaniu bolączek terenu w rozmowach z kolegami z zarządu PZPN wyczuli ich także na sprawy futsalu w zarządzanych przez nich związkach. Przewodniczący Kaźmierczak duży nacisk w dyskusji położył na sprawy usystematyzowania rozgrywek II ligi. I bardzo słusznie.
Co to bowiem za zaplecze, gdy raptem liczba tych II lig - posługując się metaforą cyfrową tytułu arcydzieła filmowego Felliniego - „8 ½” - wynosi dwa i pół. Ewentualnie ciut więcej. A zapowiedź opracowania nowego, spójnego regulaminu dla tych gier jest wprost rewolucyjna. Gdyby jeszcze komisja pochyliła się pozytywnie nad przekazaniem eliminacji do MMP pod kuratelę związków wojewódzkich, co ściślej związałoby z futsalem prezesów wojewódzkich ZPN, byłoby można  klaskać w dłonie za pozytywny start.

Podróżując początkiem roku po Europie wykorzystałem okazję i spotkałem się z kilkoma znajomymi z okresu działalności futsalowej. Rozmawialiśmy wiele o polskich zawodnikach. Aby nie pozostało to bez echa, postanowiłem sporządzić krótką listę zawodników, którzy mieliby szansę na zagraniczne transfery. Po powrocie do kraju postanowiłem dopisać jeszcze kilka nazwisk i stworzyć felietonową, krajową - w miarę topową - listę transferową. Proszę nie posądzać mnie o jakieś zapędy menadżerskie, ale lubię czemuś nowemu dać impuls. Lubię coś inaugurować. Nie spotkałem się do tej pory z taką listą na portalach futsalowych, więc czas zacząć. Do międzynarodowych transferów jawią mi się na chwilę obecną – Maciej Foltyn, Michał Kubik, Mikołaj Zastawnik. Nie wiem, czy Paweł Budniak jest gotowy do kolejnej próby, ale opinie poza krajem ma dobre i mógłby próbować. Krajowy top transferowy otwierają na mojej liście – poza wymienionymi wcześniej – Tomasz Kriezel, Dominik Solecki, Michał Widuch oraz Daniel Krawczyk. Dalej klasyfikuję Krzysztofa Elsnera – ale tylko dlatego poza pierwszą grupą, że nie jestem pewien, czy zdecydował się już całkiem postawić na futsal. Wreszcie na topowej liście umieszczę też w ramach zachęty Adriana Skrzypka, Michała Marka oraz – czym pewnie zaskoczę – Sebastiana Grubalskiego. W sumie daje to tuzin. Piękną liczbę, symbol  zupełności i zorganizowania. I niech tak pozostanie do kolejnego notowania.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Poprzez lata działalności sportowej poznałem wielu ludzi. Bardziej i mniej ciekawych. Poznałem też takich, co przychodząc do futsalu oznajmiali - o, to teraz będzie na długo moje hobby. I... po 3-4 latach odchodzili. Niedawno czytałem wywiad z panią Beatą Tyszkiewicz. Zapytana, czy widzi jakieś różnice pomiędzy hobby, kolekcjonerstwem, a zbieractwem odpowiedziała - "Kolekcjonerstwo - wydaje mi się - zakłada pewną wiedzę, selekcjonowanie tego co mogłoby znaleźć się w zbiorach. Zbieractwo zaś - wręcz przeciwnie." Po przeczytaniu wywiadu ze szczególnym naciskiem na powyższe słowa stwierdziłem, że futsal polski ma wielu hobbystów, ale niewielu jest w nim - używając jako przenośni wyrażeń wziętych z przytaczanego wywiadu - kolekcjonerów. Patrząc na ćwierćwiecze futsalowe w Polsce i odnosząc historię do dnia dzisiejszego, raptem na myśl przyszło mi 7-8 osób. I - żeby była jasność - nie wpisuję w to grono siebie. Mało, prawda. Nawet jak dodałbym jeszcze kilku, to nadal będzie niewielu. Pozostała spora większość - jak na razie - to tylko osobniki mocne w gadaniu. A gębą wyniku nie zrobi się. Ciągle prawdziwych kolekcjonerów jest zbyt mało dla budowania siły dyscypliny. Chyba nie mylę się - tym bardziej, że optymizmu nie wlewają we mnie systematyczne personalne roszady związkowe na kierowniczych stanowiskach futsalu oraz regularne w miarę "padnięcia" futsalowych teamów.
No, i stało się. Stało się to co prędzej czy później stać musiało. Niezrozumiałe dla ogółu różnice w zapisach regulaminowych - zafundowane przez PZPN (czytaj - poprzednia komisja futsalu, departament rozgrywek oraz departament prawny), a dotyczące wpisywania do protokołu meczowego liczby cudzoziemców spoza Unii Europejskiej - zaowocowały wreszcie walkowerem. Nie będę pisał, że ja, czy pan Jakub Mikulski w swoich "pisadełkach" na łamach futsal-polska przewidywaliśmy to dawno. Nie trzeba było wielkiego wysiłku intelektualnego, aby to przewidzieć. Dziwne, że nie wpadli na to zatwierdzający zapisy w regulaminach ekstraklasy, I ligi, Halowego Pucharu Polski. Oczywiście nie usprawiedliwiam, pisząc o walkowerze w gliwickich pucharowych derbach HPP, w żadnej mierze kierownictwa Piasta Gliwice. W klubie powinno się dokładnie oraz ze zrozumieniem przeczytać regulamin, który w tym punkcie brzmi nieco inaczej, niż regulamin ekstraklasy. To kierownik Piasta jest winien najbardziej. Tak jak kiedyś kierowniczka Legii Warszawa okazała się winna przy walkowerze z Celticiem Glasgow. Drogi PEZETPEENIE, nie czyń na przyszłość okazji do pomyłek. Niech w jednej dyscyplinie będzie spójny zapis regulaminowy dotyczący takich kwestii.

Proszę popatrzeć. W tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała dwudziesty piąty, czyli jubileuszowy finał. Można rzec, że jest rówieśnikiem polskiego futsalu. A rozwinęła się niepomiernie bardziej. Pan Jerzy Owsiak ma wytyczony cel i zmierza do niego. Polski futsal kręci się wokół własnego ogona i co chwilę go podgryza w najmniej spodziewanych momentach. Niestety, nie jest Uroborosem (staroegipskie wyobrażenie węża symbolizujące pożeranie samego siebie i odradzanie się z siebie) i kiedyś może już nie podnieść się po kolejnym "oczyszczającym" pożarciu.  Najnowszy przykład, o którym dowiedziałem się dopiero przy okazji analizowania HPP, to zlikwidowanie final four. Zastąpiono je dwumeczami półfinałowymi oraz dwumeczem finałowym. Rodowicz śpiewa w jednej z piosenek "Ale to już było, i nie wróci więcej". Pani Marylo, nie w futsalu. Lat temu pewnie z osiem w środowisku futsalowym na wniosek klubów uznano, iż finałowe dwumecze są passe i nieciekawe. Po pierwsze, gdy pierwszy mecz zakończy się wysokim zwycięstwem jednej z drużyn rewanż będzie spotkaniem o przysłowiową pietruszkę. Po drugie, rywali przerażały odległości. Przykładowo jazda na trasie Szczecin - Kraków, czy Chorzów. Koszty, czas, zmęczenie. Ogólny bezsens dwumeczowy - i to jeszcze w ciągu tygodnia, czy nawet 3-4 dni. Tajemnicą poliszynela jest, że obecnie za zmianą powrotną optowały te same kluby, którym wówczas dwumecze nie odpowiadały. Żenada po dwakroć. Nie znam w miarę poważnej dyscypliny zespołowej w RP, która w ten sposób rozgrywałaby pucharowy finał. Ale najbardziej - przynajmniej dla mnie - dziwne jest, że zmiany PZPN uchwalił tak zwanym rzutem na taśmę, czyli 27 października 2016, gdy zjazd wyborczy wybierał prezesa Bońka na drugą kadencje 28 października. Dlaczego tak późno - zapytam. A, jak już tak późno, to czy nie należało tego pozostawić nowemu rozdaniu. Daję tutaj mocną czerwoną kartkę w tej materii członkom komisji futsalu z kadencji 2012-2016. Jako zwykły zjadacz chleba mam prawo nawet domniemywać, że nie radzono sobie organizacyjnie z final four. I tak, zamiast do przodu - jak WOŚP, zakręcił się futsal wkoło i powrócił do punktu wyjścia z roku 2009.
Cholernie pesymistycznie pisze mi się dzisiaj. Ale tak bywa czasami. To już dwudziesty felieton, więc trzeba nieco więcej żółci wylać, aby samemu też zresetować się. Inaczej byłoby się mało wiarygodnym. Na finał daję jednak coś optymistycznego. Bardzo zapadły mi w pamięć słowa trenera Piasta Gliwice, Sebastiana Wiewióry, wypowiedziane w HAT-TRICKU Jakuba Mikulskiego. Nie będę ich przytaczał in extenso, ale muszę wspomnieć o akapicie, w którym szkoleniowiec mówi o głodzie sukcesu ich młodzieży futsalowej, ciężkiej pracy, zaangażowaniu tak zwanych "weteranów" oraz zaufaniu i atmosferze. Reasumuje fantastycznym zdaniem, które zacytuję - "Trener jest po to, żeby nie przeszkadzał, a potrafił chłodnym okiem spojrzeć na grupę, którą ma w szatni". Tak, tak, święte słowa. Należy chodzić po ziemi, a nie bujać w futsalowych obłokach. Stąpać twardo po ziemi i szanować wzajemnie się. Dlatego chciałbym, aby działacze w tym względzie brali przykład ze szkoleniowców. Brać trenerska - moim zdaniem - jest w stanie prędzej porozumieć się futsalowo niż prezesi. A, i na futsalu zna się lepiej.      

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...