Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Oj, dzieje się. Oj, dzieje. Znajomy, czytający regularnie moje felietony, zwrócił uwagę, iż jest w nich za mało krytyki, a czytelnicy bardzo taką formę narracji lubią. Wysłuchałem, przemyślałem i odpowiedziałem - o ile coś czytelnicy rzeczywiście bardzo lubią, to raczej chodzi o tak zwane krytykanctwo. Krytyka w swojej materii winna być sensowna merytorycznie, a krytykanctwo niekoniecznie. Zresztą notorycznie krytykując utonąłbym w powodzi wszelakiego krytycyzmu futsalowego, które z wielu stron wylewa się z Internetu. Niemal od każdego na wszystko i na każdego. Już mi czytanie tego spowszedniało. Ochrzanić kogoś, obśmiać, bywa że i donieść jest najprościej i ta forma dla wielu pasjonatów klawiatury, czy pióra jest najłatwiej przyswajalna. Wracając po latach do futsalu nie przytuliłem się do żadnej z istniejących futsalowych grup wpływu - co próbują mi sugerować niektórzy - ale działam na własny, niezależny rachunek. I mam się z tym dobrze. I niech tak zostanie.

Ilekroć udaję się do centralnego EMPIKU w stolicy, to jadąc ruchomymi schodami widzę słowa jednego z braci Marx - słynnych aktorów. Myśl Julio Marxa brzmi - "kiedy ktoś włącza telewizor, ja wychodzę do innego pokoju i czytam dobrą książkę".  Internet, prasa, radio, telewizja, telefon - to dominujące obecnie formy masowego przekazu, które z różnym skutkiem zawładnęły naszą codziennością. Patrząc głębiej widzimy, że internet wysforował się na czoło. Jego kreatywność jest przeogromna. Natomiast prasa staje się passe. Telewizja jeszcze jakoś trzyma się, ale - co z przykrością stwierdzam - przekazuje coraz częściej tak zwane postprawdy. Nie dziwi mnie więc postawienie wielu moich znajomych na przekaz radiowy. Przynajmniej nie oglądają twarzy gości studyjnych i pozwalają pohulać wyobraźni. Niemniej cieszę się, że spółka ekstraklasowa po zakończeniu przygody z TVP Sport zdecydowała się pozostać przy telewizji i zaangażowała się we współpracę z nadawcą telewizyjnym o nazwie SportKlub. Wszystkie liczące się rozgrywki sportowe, nie tylko w Polsce, pojawiają się w telewizji. To o przekaz telewizyjny pytają w pierwszej kolejności ewentualni przyszli sponsorzy wszelkich dziedzin.
Współczesny sport to połączenie rozrywki, rywalizacji oraz biznesu. Z tych trzech przymiotów futsal na razie najlepiej znajduje się w kategorii rywalizacja. No, może daje jeszcze nieco rozrywki. Ale nie jest biznesowy. I co gorsze, perspektywy ma w tej dziedzinie niezbyt ciekawe. Dziwi mnie bardzo inercja - chyba, że o czymś nie wiem - pośród klubów w okresie współpracy z TVP Sport w temacie pozyskiwania sponsorów. Śmiem twierdzić, że kluby nie wykorzystały wystarczająco marketingowo, ani pojedynczo, ani in gremio czteromiesięcznego gratisowego flirtu z telewizją publiczną. Kolejnej takiej szansy już nie będzie. Za kolejne promocje trzeba będzie płacić. Oby nie za słono. Obserwując działania klubów polskiego futsalu różnych szczebli rozgrywek zauważam, że ciągle liczą one na jakiegoś "białego konia", który przywiezie darczyńcę z baśniowej Alladynowej krainy. O ile w ekstraklasie takim powinna być spółka FE, to w innych ligowych rozdaniach należałoby liczyć raczej tylko na siebie. A I liga, najprościej ujmując rzecz, jest za liczna, by tak ad hoc znalazł się darczyńca systemowy dla 23-24 zespołów. Co prawda, dzisiejszy sport niemal samoistnie garnie do siebie różne podmioty. Ale - jak okazuje się - nie do futsalu. Telewizja, a publiczna szczególnie, pokazała zapóźnienie organizacyjne futsalu w starciu z mediami. Jakby takie dziwne niezrozumienie, że to otoczka, organizacja imprezy, czy wiarygodność personalna bardziej niż te "grające" 40 minut decydują o przyciągnięciu sponsorów.

Nie ukrywam, że mam w gronie zawodników futsalu swoich faworytów. Ale szacunkiem darzę także tych, którzy nie widnieją w kadrze narodowej. I tutaj na pierwsze miejsce wybija się dla mnie Przemek Dewucki. Nie powiem, że to zmarnowana kariera futsalowa, bo znakomicie w barwach gliwickiego Piasta daje sobie radę na parkiecie, ciągnąc zespół ku najwyższym ligowym celom. Niemniej napiszę, że mógłby dzisiaj być o wiele dalej, gdyby nie kontuzje i pewnie inne przypadłości różne, o których wie sam najlepiej. W każdym razie, Przemku, trzymam kciuki za Ciebie oraz drużynę. Takim samym niespełnionym w gronie trenerów może czuć się Klaudiusz Hirsch. Czasu nie wróci się, ale nie jestem jedynym, który twierdzi, że gdyby pozwolono Klaudiuszowi dłużej popracować z reprezentacją, już wcześniej bylibyśmy na wyższym miejscu rankingowym. Tymczasem po nieudanych eliminacjach ME w Serbii w 2013 roku, po niecałym pół roku pracy, musiał zwolnić posadę. Na szczęście w jego umiejętności z pożytkiem dla klubu, a także polskiego futsalu zainwestował FC Toruń.
Estymacja - jak wbijał nam profesor na wykładzie, a później egzekwował na egzaminie, jest to dział badawczy, mówiąc ogólnie, pozwalający na podstawie badanego wycinka szacować pewne wartości ogólne. Dla każdego prezesa organizacyjnego jest to niemal katechizm działania. Sądzę, że nie obca jest estymacja w nawiązaniu do statystyki oraz demografii i kierownictwu futsalowemu PZPN. Pozwoliłem więc sobie dostosowując naukę do polskiego futsalu zaprezentować jego siłę w rozbiciu na regiony na podstawie kwalifikacji do 1/16 Halowego Pucharu Polski. Jako założenie terytorialne przyjąłem Wojewódzkie ZPN oraz tak zwane Makroregiony w działaniu na poziomie III ligi trawiastej. Dlatego III ligi, gdyż – jak zauważyłem – jest to z różnych względów najwyższy poziom rozgrywek trawiastych odpowiadający ekstraklasie futsalowej. I co wyszło? Najliczniej reprezentowany w gronie 32 drużyn HPP jest region śląski - 8 zespołów. Następnie wielkopolski - 4, pomorski i małopolski - po 3. Po dwa teamy posiadły Mazowiecki, Łódzki, Warmińsko-Mazurski oraz Kujawsko-Pomorski ZPN-y. Po jednym zespole mają związki - Podkarpacki, Zachodniopomorski, Lubuski, Lubelski, Opolski, Dolnośląski. Tylko dwa związki - Podlaski oraz Świętokrzyski - nie mają drużyny na tym szczeblu pucharowych gier. Jeżeli rozpatrywać pod kątem makroregionalnym, to bryluje umownie nazwana grupa III (Śląskie, Opolskie, Lubuskie, Dolnośląskie) - 11 zespołów, wyprzedzając o jeden zespół makroregion II (Pomorskie, Zachodnio-Pomorskie, Kujawsko-Pomorskie, Wielkopolskie). Mazowieckie, Łódzkie, Warmińsko-Mazurskie, Podlaskie jako makroregion I zaliczają 6 drużyn, a stan posiadania makroregionu IV (Podkarpackie, Małopolskie, Lubelskie, Świętokrzyskie) - to 5 zespołów. Czy taka statystyka potwierdza naturalne rozmieszczenie sił polskiego futsalu? Myślę, że tak. Tym bardziej, że lidera podpiera niezwykle silna pozycja południowo-zachodniej części Polski w wykazach młodzieżowej rywalizacji. I choć mówią "statystyka kłamie", to na pewno nie w felietonie.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Na Turniej Czterech Państw jechałem podładować futsalowe akumulatory. Piszę podładować, gdyż całkowite ich doładowanie zostawiam, tak jak pewnie cała futsalowa Polska, na Elbląg w kwietniu. Czułem, że zjedzie do Tychów wiele osób znaczących dla polskiego futsalu. I nie pomyliłem się. VIP-ROOM był pełny. Ale dla mnie ważniejsza była postać słynnego Chorwata, Mico Marticia prowadzącego obecnie narodowy team fiński. Dzisiaj z perspektywy kilku dni można tylko żałować, że nikt nie wpadł na pomysł, by zorganizować jakiś nawet nieoficjalny panel z udziałem JEGO oraz naszych działaczy futsalowych. Mieć pod ręką twórcę i właściciela profesjonalnego portalu FUTSALPLANET i nie skorzystać z tego jest rzeczą co najmniej niezrozumiałą. Właśnie Chorwat oraz trener Słoweńców Andrej Dobowicnik, to obecne w Tychach europejskie nazwiska futsalowe.

Życzę, aby kiedyś jakiś Polak też mógł być za takiego uznawany. Jednak patrząc na rotacje działaczy w polskim futsalu nie jestem w stanie w to uwierzyć. Na pozycję w UEFA pracuje się latami i nie są ważne typowania tego czy owego działacza przez PZPN. Futsalowe środowisko europejskie jest poniekąd hermetyczne i nikogo nie obchodzą za wiele krajowe nominacje. Tam trzeba zaaklimatyzować się poprzez osobowość. A piszę o tym w kontekście działań PZPN zmierzających do wyznaczenia do UEFA futsalowego obserwatora oraz delegata meczowego. Nie wnikam, kto to będzie, ale proszę - władzo związkowa - nie popełnij błędów i nie wyznacz osób nieznanych lub nijakich w wyrazie europejskiego futsalu. Kiedy tak patrzyłem w Tychach jak pan Sowiński konwersuje o futsalu z Martićem pomyślałem - daj Boże, by kiedyś nowe młode pokolenie naszych działaczy futsalowych poruszało się tak swobodnie po europejskich salonach futsalu, jak pan Roman.
Z natury nie jestem aż takim perfekcjonistą, aby bezczelnie pouczać innych. Niemniej są rzeczy, na które trzeba zwracać uwagę. Oczywiście istnieją sytuacje czarne albo białe, złe albo dobre. Ocena takich wydarzeń zależy przede wszystkim od uznanych punktów widzenia względnie moralnych aspektów akceptowanych przez opiniującego. Osobiście nie lubię poruszać się w sferze osądów wyznaczających zasadę "wszystko albo nic". Dlatego nieraz jak nie mogę z całą odpowiedzialnością potwierdzić czegoś, że jest dobre, czy złe, wolę sprawę przemilczeć, co nie znaczy jednak, że toleruję wieloznaczność. O organizacji tyskiego turnieju w aspekcie kwietniowych eliminacji futsalowych ME w Elblągu napiszę jedynie - oczekuję solidniejszego merytorycznie zaangażowania organizatorów związkowych za dwa miesiące. A przedmiotowo zwrócę uwagę tylko na jeden fakt, na który dwukrotnie podczas niedzielnego meczu Polska - Słowenia wskazywał mi jeden z działaczy klubowych polskiego futsalu. Nawet dosłownie zacytuję jego słowa - "Niech pan popatrzy, panie Andrzeju - mówił - od nas związek wymaga, aby byli oznakowani noszowi na meczu. A tutaj, aby znieść na noszach Mikołajewicza po kontuzji musiał podbiegać jeden członek polskiej ekipy, bo oznaczonych noszowych nie było. I jeszcze oznakowanie punktu medycznego - niebieski krzyż. Co to za kolory. Jakieś pokojowe z ONZ. Niech pan to napisze, na pewno napisze" - dodawał. Co obiecałem wykonuję bez komentarza.

Na pewno są to niedociągnięcia łatwe do wyeliminowania przed Elblągiem. Tam delegat UEFA tego nie przepuści. A wiem coś w tym temacie, bo raz byłem dyrektorem turnieju UEFA, a raz przewodniczącym komitetu organizacyjnego turnieju rozgrywanego pod egidą UEFA. Delegaci są zawsze bardzo rygorystyczni w sprawach organizacyjnych i trzymają się zapisów centrali z Nyonu.
Miałem przyjemność oglądać tyski turniej w towarzystwie mecenasa jednego z klubów wschodniej Europy. Dobrego klubu - zaznaczam. Przebywa on w Wiśle z rodziną na nartach, więc gdy mu powiedziałem o turnieju, wsiadł do samochodu i w niedzielne popołudnie zameldował się w tyskiej hali. Chciał zobaczyć w akcji jednego z bośniackich futsalistów, o którym mówi się w jego klubie. Wieczorem podczas kolacji w Domu Bawarskim nad jeziorem Paprocany opowiadał, że już dawno nie oglądał tak radosnego futsalu, jak pierwsza połowa meczu Polska - Słowenia. W 20 minut gry 10 goli - to rarytas dla licznej widowni, lecz dla trenerów pewnie nie - mówił. Wiele mówił też o Finach. "Co to znaczy mieć za trenera tak wytrawnego fachowca jak Martić" - wskazywał. "W niecałe trzy lata ze słabego zespołu europejskiego zrobił on pewnego średniaka, który potrafi mieszać szyki najlepszym. Finowie grają z naciskiem na defensywę. Coś tam dodają w taktyce rozegrania i są przygotowani świetnie fizycznie. Po prostu Martić nie filozofował i mając takich, a nie innych zawodników, dostosował do nich taktykę" - podsumowywał.

Odjeżdżając zdradził mi, że najchętniej to zaproponowałby swojemu klubowi Mikołaja Zastawnika, którego gra wywarła tego wieczoru na nim olbrzymie wrażenie. Jak widać nasza młodzież może być niedługo w cenie w Europie i oby wreszcie jakieś zagraniczne transfery wypaliły, bo to - przynajmniej dla mnie - świadczyłoby, że w rodzimym futsalu coś drgnęło sportowo na lepsze. Takie transfery są bowiem niepodważalnym wyznacznikiem jakości ligi, czy reprezentacji.

Polacy w Tychach wygrali, zremisowali oraz przegrali. Wielu odczuje pewnie pewien niedosyt, szczególnie po nieudanej potyczce z Finami. Pozostało dwa miesiące do eliminacji, a to wystarczający czas dla wyeliminowania niedociągnięć. Bardziej martwi mnie, że raczej nie jest planowany żaden poważniejszy mecz w elbląskiej hali dla jej zapoznania. A przede wszystkim do zapoznania kibiców z polskim teamem oraz reprezentacyjnym futsalem. Kibice muszą wspomagać kadrę, a w Tychach było z tym różnie. Mimo starań wodzireja, nie było euforii. Nawet w vipowskim sektorze. A przecież prezes Boniek na Narodowym w Warszawie tak pięknie cieszy się. Nic, tylko brać przykład, panowie. Finalizując niejako turniej indywidualnie wyróżnię - Zastawnika z Polski, Fina - jednego z braci Kytola, Totośkovića ze Słowenii oraz Bośniaka Bevandę. W regionie, z którym byłem przez lat wiele związany mówi się - "pierwsze śliwki robaczywki". Oby kolejne zbiory były już okazałe.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...