Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie zastanawiałem się z kim kojarzy się najbardziej polski futsal. Jaka osoba jest w stanie najbardziej go promować, czy też najzwyczajniej zwrócić na niego tylko uwagę w gronie ludzi nie mających ze sportem zbyt wiele wspólnego. I nie wymyśliłem nikogo. Ba, nie pomogli mi w takim myśleniu nawet znajomi na co dzień prazujący przy futsalu. I ci z kraju, i ci z zagranicy. Dlaczego nie mamy takiego choćby niewielkiego futsalowego Lewandowskiego.

Kto, czy co nie pozwala wyrosnąć w Polsce znakomitemu futsaliście? Myślę, że warto, aby nad takim pytaniem pochylili się ci wszyscy znawcy polskiego futsalu, którzy tak gremialnie na różnych facebookach, czy twiterach przedstawiają swoje racje. Nieraz nawet aroganckie; jawią się jako studnie – niemal bez dna - niezwykle czystej krystalicznej futsalowej wiedzy. Proszę o pilną receptę – jak z polskiego futsalisty zrobić halowego Lewandowskiego.

Chciałbym, aby pod koniec drugiej dekady XXI stulecia znalazł się w kraju nad Bugiem, Wisłą oraz Odrą ktoś, kto potrafi odmienić postrzeganie polskiego futsalu jako dyscypliny niszowej. Nie przeczę - marzy mi się taki halowy Robert Lewandowski. Ale nie pogardzę i nieco mniejszą osobowością.  Chciałbym, aby była to osoba propagująca futsal, samodoskonalenie, szeroko rozumiany ruch fizyczny, zdolność budowania pewności siebie. Osoba, która przekona, iż nie ma drogi na skróty do sukcesów i pieniędzy, a otrzymuje się je poprzez ciężką pracę. I, co najważniejsze, aby interlokutorzy, słuchacze, wierzyli w to co, taka osoba przekazuje.

Marzenia bowiem są osiągalne i można a nawet należy je wygrywać, o nich śnić oraz realizować. Ale do tego potrzeba symbiozy środowiska. Potrzeba myślenia, że dla osiągnięcia sukcesu wszyscy zajmujący się futsalem musimy stawać się najzwyczajniej lepsi. I lepsi – bez urazy – wspólnie z naszym przeciwnikiem. I przekonywać się nie w internecie, nierzadko ordynarnym hejtem, nietolerancją, lecz w rozmowie patrząc sobie w oczy i nie wstydząc się własnego nazwiska.

Szkoda – pomyślałem sobie oglądając wygrany mecz z Serbią w Lubinie, że takich wyników nie zafundował sobie polski futsal miesiąc wcześniej w Zielonej Górze. Szkoda – pomyślałem po raz drugi siedząc przed ekranem komputera, że po raz kolejny PZPN nie decyduje się na pokazanie futsalowego pojedynku - było nie było narodowej reprezentacji - w telewizji. Powoli zresztą staje się to normą, chociaż zaprosiłbym pewnie panów Bednarka, czy Basałaja na próbkę napoju spod znaku „Ducha Sanu”, gdyby w przewidywalnym czasie nastąpiła zmiana. A tak, póki co, poraczę się sam.

Szkoda – pomyślałem po raz trzeci, że ciągle trzeba jechać na mecze reprezentacji ku zachodnim kresom naszej Polski. Najpierw etatowo niemal to był Koszalin, a teraz Zielona Góra i Dolny Śląsk. Oczywiście nie wierzę złym słowom, które wmawiają, iż tak jest w ramach przedbiegów przyszłej związkowej kampanii wyborczej. Dolny Śląsk w tej konstelacji spokojnie broni się futsalem, w miarę solidnym w ekstraklasowym Jelczu-Laskowicach. Pozostałe dwa miejsca pozostawię bez własnego zdania.

Dla równowagi obok słowa „szkoda” umieszczę w felietonie też słowo „pochwała”. Pochwalam – za dobrą organizację, i PZPN, i dolnośląski, czy wcześniej lubuski związek piłkarski. Pochwalam – szczególnie za fachowe oceny Piotra Szymurę – eksperta podczas transmisji live meczów z Serbią oraz w eliminacyjnym turnieju w Zielonej Górze. Chciałbym – napiszę przy okazji – by tego rodzaju fachowiec towarzyszył relacjonującemu mecze ekstraklasy futsalu w Sportklubie. Pochwalam – kibiców z Zielonej Góry, Lubina, Jelcza-Laskowic za stworzenie niezwykle przyjaznej atmosfery naszej reprezentacji. Pochwalam wreszcie – zawodników za to, że ze wszech miar starali się w dwumeczu z Serbią zmyć plamę, jaką dali w Zielonej Górze. I co im się po części udało.

Kiedy już tak rozpędziłem się w pochwałach – co w felietonach zdarza mi się rzadziej niż ganienie - pozwolę sobie napisać kilka słów o dziale młodzieżowym futsalowej, związkowej komisji. Grzegorz Morkis jest na co dzień utożsamiany przez futsalową młodzieżową Polskę z szeregiem imprez, jakie są organizowane w ramach rokrocznego cyklu Młodzieżowych Mistrzostw Polski chłopców oraz dziewcząt. Nie trzeba było zjeść przysłowiowej beczki soli, by zrozumieć różnorodność działań w tym zakresie i potrzebę znalezienia człowieka ogarniającego tę materię. Być może nie ukształtowaną jeszcze ostatecznie, ale zmierzające we właściwym kierunku, czego dowodem tegoroczne sukcesy dziewiętnastolatków na europejskiej arenie, czy kolejne zapisy licencyjne, promujące zaplecze młodzieżowe dla klubów ligowych.

Niejednokrotnie – obserwując pana Grzegorza zastanawiałem się, czy tak powinna wyglądać droga do stanowisk w Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN. I mogę stwierdzić, iż jest to odpowiedni model. Jest to droga do powielania przy kolejnych nominacjach. Patrząc na pana Grzegorza nie można zarzucić, iż do komisji dostał się z tak zwanego układu. Nie za zasługi tylko – jak to dzisiaj ładnie określa się w polityce – z partyjnej nominacji. Nie ten adres. Tutaj zadziałało merytoryczne przygotowanie. I myślę, iż każdy działacz futsalowy (klubowy, czy z spółki FE też) powinien pojąć, że aby sensownie wyrażać się i działać, winien posiadać za sobą futsalową historię i nie być człowiekiem znikąd. A przy okazji przeczytać ponownie dwa początkowe akapity niniejszego felietonu. 

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niedawno z usta prominentnego działacza klubowego usłyszałem słowa, iż powołanie spółki Futsal Ekstraklasa miało być panaceum na mało atrakcyjne działania PZPN wobec polskiego futsalu klubowego przed laty. A nawet pewną nieudolność. Ocena po latach zapewne już przemyślana i nie emocjonalna. Ale – uważam – niebyt celna. Otóż związek nie miałby najmniejszych problemów z obraniem właściwych kierunków dla ekstraklasy polskiego futsalu. Niemniej, po analizie stwierdzono, iż nie ma potrzeby tracić energii na rozliczne przepychanki z niezadowolonym środowiskiem klubów ekstraklasowych i postanowiono, całkiem racjonalnie, oddać prowadzenie rozgrywek w tak zwany pacht spółce zewnętrznej.

O tym, że była to rozsądna decyzja może świadczyć przegląd dziejów rozgrywek ekstraklasy pod auspicjami SFE. Ciągle poszukują one stabilności. Nie tylko personalno-biznesowej, ale i systemowej. Gdy w minionym dziesięcioleciu, jak i teraz, wydawało się, że coś będzie trwałe, następowały tektoniczne ruchy wewnętrzne, weryfikujące działania kolejnych jej władz.

O tym, że odnajdują się w ekstraklasie futsalu kluby, którym nie przelewa się pod względem finansowym, chyba nie trzeba w środowisku nikogo przekonywać. Dlatego jak gorący kartofel ciągle jest podrzucana myśl z grona akcjonariuszy o potrzebnie znalezienia sponsora strategicznego dla rozgrywek. W rozumieniu wspólników ma on zapewnić bezpieczne funkcjonowanie i spowodować, iż spłynie na nich deszcz reklamodawców, a stacje telewizyjne będą dniem oraz nocą pukać do prezesowskich drzwi.

Myśl cenna. Sam chciałbym być beneficjentem takich darmowych honorariów. Celowo piszę darmowych, gdyż w moim mniemaniu, by kasować pieniążki należy mieć produkt wysokiej marki i na dodatek pięknie opakowany. A z całym szacunkiem do panów prezesów klubowych, mimo dziesięciu lat istnienia SFE, produkty klubowe nadal są we wstępnej fazie opakowywania. Natomiast patrząc na całość, należy przynajmniej cieszyć się, że Spółka zarabia.

Czasami może wydawać się, że działaczom klubów brakuje trzeźwego spojrzenia na siebie. Jakby owe wołanie o sponsora było li tylko zawoalowaną próbą maskowania w stylu - nowy lakier zrekompensuje samochodowi brak koni mechanicznych. A tych koni rzeczywiście brakuje. Brakuje widzów w wielu halach. Brakuje w sporej liczbie klubów przyzwoitych hal meczowych. Brakuje pomysłu organizacji meczowej. Brakuje wielu klubom własnego zaplecza młodzieżowego, występującego w regularnych rozgrywkach (nie okresowych grach). Na dodatek całemu polskiemu futsalowi brakuje przewodniego programu szkoleniowego. Brakuje woli związkowej, by system licencyjny co rok nakazywał uzupełnianie kolejnych niedoborów przez kluby. Wreszcie brakuje wyniku sportowego, co nie przekłada się na medialność dyscypliny.

Pod względem siły medialnej i wizualności gry piłka plażowa jako dyscyplina prześcignęła futsal. A mam obawy, że niedługo dokona tego i piłka sześcioosobowa. Dyscyplina niesiona dwukrotnym wicemistrzostwem świata, osiągniętym pod okiem trenera futsalowego, którego nie ma obecnie w polskim futsalu, ale za to pomaga futsalowi słowackiemu (!). I czy jest to normalne?

Według mnie – nie. Tak jak nie jest normalnym fakt zamknięcia się polskiego futsalu w wyizolowanym kręgu osób. I dotyczy to także Spółki, gdzie od lat pewne osoby z ośrodków klubowych nadają ton dyskusjom, jakby tylko one posiadły źródło futsalowej mądrości.

Zapewne kibic futsalu chciałby usystematyzowania przynajmniej na trzy sezony rozgrywek. Nasza ekstraklasa futsalowa należy bowiem do najbardziej niestabilnych pod tym względem w Europie. Kibic nie chciałby ciągłych zmian ilościowych oraz w systemie rozgrywek ekstraklasy. Nie chciałby tego traktować jako odwracania uwagi od sedna sprawy – słabego poziomu piłkarskiego, bo znów dyskutuje się nie o tym, jak gramy, a z kim gramy. I to też jest w gestii oraz odpowiedzialności klubów. Niestety, całość przeprowadzanych zmian wygląda jedynie na sztuczne kreowanie emocji i taką wewnętrzną „zabawę”. Odmianę liftingu. A potrzebna jest stabilizacja. Przynajmniej na dwie kadencje.

Po powyższych wywodach jak bumerang musi powrócić temat pieniędzy. Nie da się bowiem ukryć, iż za jakość występu nie odpowiada przebranie, lecz artysta. A jaki jest artysta, zobaczyliśmy naocznie podczas eliminacyjnego turnieju mistrzostw świata w Zielonej Górze.  

I tak nasz futsal po raz kolejny dochodzi do ściany. Zderza się z problemem o wiele trudniejszym, niż decyzja o tym, jak gramy. Polskiego futsalu nie stać na zainteresowanie dyscypliną w kraju zawodników mogących znacząco wpłynąć na podniesienie poziomu sportowego ligi. Transferowani są w większości piłkarze „wypluci” przez system trawiasty. Zresztą nie obce są takie przypadki też w gronie szkoleniowców, działaczy, sędziów. Pozostaje więc dyscyplina ciągle tylko przedskoczkami w konkursie.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...