Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Pięknie wyglądała tyska hala podczas finałów Młodzieżowych Mistrzostw Polski U-20. Po raz kolejny napiszę, że futsalowa nawierzchnia zamontowana na imprezę dodaje zdecydowanej jakości. Nie tylko w oglądzie, ale i we wrażeniach grających. Dziękuję panu Morkisowi, organizatorowi mistrzostw, za urzeczywistnienie marzeń zawodników z ekip finalistów. Zapewne każdy z nich chciał zagrać na takiej nawierzchni. I zagrali. Dziwnym jest jednak, że na MMP można rywalizować na takiej układanej nawierzchni, a nie doświadczyli tego choćby uczestnicy eliminacji Mistrzostw Świata w futsalu. Nie doświadczyli uczestnicy wielu meczów międzypaństwowych, rozgrywanych w naszym kraju, organizowanych przez PZPN.

Granie na okazjonalnych parkietach można porównać w większości przypadków z jakością trawy podczas niedawnego meczu reprezentacji pana Brzęczka na warszawskim Narodowym. Nie sądzę, aby wynajmowanie owej maty futsalowej na mecze kadry przekraczało możliwości zawiązku. Jak jest naprawdę - nie wiem. Może brakuje tylko dobrej woli. Szkoda też, że FE meczów telewizyjnych nie rozgrywa na futsalowej, kładzionej nawierzchni. W każdym razie jeszcze raz w imieniu swoim oraz uczestników tyskiego czempionatu dziękuję panu Grzegorzowi.

Chciałbym, aby Czytelnicy zapoznając  się z treścią powyższego akapitu pomyśleli, jak niewiele trzeba, by się nam częściej udawało. W tym przypadku chodzi tylko o najzwyklejszą matę i nieco grosza z przepastnej kasy związkowej. Niejednokrotnie futsal terenowy uświadamiał odpowiadającym za niego, że pomysły nie dlatego są dobre, bo coś reformują, lecz dlatego, że zmiany uzdrawiają. Najzwyczajniej należy mocno uwierzyć, że myślenie pozytywne, skupienie się na szukaniu rozwiązań, nie zaś na przesadnych analizach, pozwoli lepiej opanować czekające nas futsalowe wyzwania.

Polskie Święta Bożego Narodzenia to spotkania rodzinne, kolędy, życzenia. Ale też są czasem, podczas którego jakoś tak najzwyczajniej wierzymy, iż coś zmieni się. Są czasem przemian. Są też czasem przeprowadzenia rocznego bilansu, a dla polskiego futsalu nie był to rok udany. Ale o tym przyjdzie czas pisać po Nowym Roku. Teraz nie psujmy sobie świątecznego stołu. Nawet w takim okresie nie wypada. Niech więc spokojnie świętują – i ci,mktórzy uważają, iż to nie oni sprawili, że coś w polskim futsalu nie udało się, jak i ci, którzy rzeczywiście zawiedli.

Swoje felietonowe życzenia kieruję w tym roku wyjątkowo w stronę futsalowych szkoleniowców. Życzę wam, panowie, żeby przynajmniej jeden z Was wyjechał do pracy w solidnym klubie futsalowym poza Polską. Niech zostanie przetarty szlak, bo w przeciwnym razie nadal będziemy uznawać jedyne nieomylne krajowe wyrocznie szkoleniowe. A kiszenie się we własnym sosie nie jest ani zdrowe, ani smaczne. Życząc wiele oraz niewiele innym, nie mogę zapomnieć o sobie. Sobie i wszystkim kibicom życzę więc, abyśmy mieli wiele pozytywnych emocji z oglądania z futsalowych meczów każdego szczebla. I jak najmniej powodów do niezadowolenia.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Futsalowa II liga mazowiecka ma w swoim składzie jeden zespół, którego zawodnicy preferują grę piłką... na stołach. I wcale nie jest to ping-pong. Dyscyplina owa nazywa się teqball. Po raz pierwszy zmierzyłem się z nią, gdy udałem się do podwarszawskiej Podkowy Leśnej, by omówić z tamtejszym klubem ich start w futsalowej lidze na Mazowszu. Przy okazji zapoznałem z grubsza techniki teqballu, a nawet miałem możliwość praktycznego zaobcowania z dyscypliną.

Dla mnie – byłego zawodnika ligi centralnej tenisa stołowego – każda dyscyplina powiązana ze stołem i odbijającą się na nim piłką (niezależnie od wielkości) jest intrygująca. Dlatego z olbrzymim zainteresowaniem wysłuchałem prelekcji o przydatności teqballu do doskonalenia techniki piłkarskiej, nie wyłączając futsalowej. Dowiedziałem się, że kluby angielskiej Premiership mają – jak zrozumiałem - obowiązek posiadania stołu z powyginanymi rogami. A od lepszych piłkarsko zawsze warto brać przykłady.

Polski teqball jest mniej znany i popularny niż piłka sześcioosobowa, czy futsal, ale już zaliczył pierwszy, wielki międzynarodowy sukces. Polak został wicemistrzem świata podczas rozgrywanego w Budapeszcie czempionatu globu. Czempionatu, gdzie na starcie stanęli przedstawiciele 58 państw świata. Wywalczył teqball sukces, który ma już zaliczony dwukrotnie „sześcioosobówka”, a o który futsal dobija się bez skutku od lat. I nikt mi nie powie, że nie będzie mu teraz łatwiej w mediach. Tym bardziej, że dyscyplina ma ambasadorów w osobach panów Figo, Piresa czy Ronaldinho – znakomitych niegdyś piłkarzy.

I to jest – moim zdaniem – kierunek marketingowo-promocyjny na obecnym etapie dla polskiego futsalu. Ambasadorowie z najwyższej krajowej piłkarskiej, trawiastej półki. Tylko tacy mogą zainteresować dyscypliną telewizję. I jeszcze jedno. Z tego co wiem futsal szuka pieniędzy. Ciągle szuka. Tymczasem raczkujący teqball potrafił już na początku swojej „kariery” zorganizować w stolicy turniej, podczas którego było do zgarnięcia kilka tysięcy w walucie dolarowej nagród.

Spotkałem się wielokrotnie z tezą, że dla futsalu nie jest potrzebna telewizja. Wystarczy internet. Z całym szacunkiem dla postępującego rozwoju sieci, to jednak nadal każdy sport walczy w pierwszej kolejności o prawa telewizyjne. Na chwilę obecną żadna relacja na kanale Łączy nas Piłka nie zastąpi transmisji w Polsacie czy TVP. Tak jest i przez najbliższe lata będzie. Z priorytetami przekazu wizualnego jest tak jak z gazetami. Rzekomo miały upaść, bo elektroniczne media je „zjedzą” niemal na śniadanie. Tymczasem znane tytuły mają się dobrze i ludzie je kupują.

Dlatego niezmiernie boleję, że w papierowych wydaniach nie ma prawie nic o futsalu. Za czasów przewodzenia futsalowej komisji mieliśmy stałą pozycję we wtorkowym „Przeglądzie Sportowym”. Nie stroniła od futsalu też „Piłka Nożna”. Piszę tylko o centralnych wydawnictwach, gdyż wiem, że w regionach kluby futsalowe mają swoje sposoby na zagospodarowanie mediów. I chwała im za to. A jak już jestem przy mediach, to wspomnę tak mimochodem, że marzy mi się, aby były one obiektywne w wyrazie dla futsalu, a nie kierowały się (i te elektroniczne, i te papierowe) jakąś jedyną słuszna opcją. Przy takim bowiem założeniu czynią więcej szkody niż pożytku.

Po poprzednim felietonie wywiązała się dyskusja na temat zasadności powoływania makroregionalnych II lig futsalu. Poniekąd zgadzam się z tezą, że doły polskiego futsalu są słabe organizacyjnie i finansowo. Mogą kosztowo nie wytrzymać zmian. Mogą powstać kolejne regionalne „białe plamy”. Niemniej z drugiej strony, nigdy dla futsalu nie będzie dobrego czasu na reorganizację. Nie będzie, gdyż kierujący nim, w szerokim tego kierowania rozumieniu, boją się narzucać coś słusznego, w obawie przed pogorszeniem stanu posiadania w tak zwanym terenie albo wywołania niezadowolenia w klubach. Obawiają się przez to utraty poparcia. I tworzy się przysłowiowa kwadratura koła. A szanse na umocnienie futsalu w tak zwanym terenie wcale co rok nie są lepsze, bowiem wojewódzkie ZPN w większości spychają futsal na szary koniec swoich priorytetów, z czym działacze futsalowi nie zawsze sobie radzą.

Szkoda, że mój następca, pan Kazimierz Greń, kilka lat temu całkowicie wywrócił przygotowaną przeze mnie oraz pana Szymona Czeczkę profesjonalizację rozgrywek futsalu w Polsce. Teraz to odbija się czkawką, gdyż po sześciu latach jesteśmy w miejscu tamtego startu i ponownie nawołuje się o kolejne lata reformowego vacatio legis. Tymczasem normalna struktura polskiego futsalu, ta piramida rozgrywkowa, powinna już obecnie wyglądać 16 (III ligi) - 4 (II ligi) - 2 (I ligi) - 1 (ekstraklasa). A tak ciągle mamy tylko amatorską dyscyplinę z okazjonalnymi przebłyskami profesjonalizmu.

Z zainteresowaniem przeczytałem w futsal-polska rozmowę z Marcinem Mikołajewiczem. Cieszy mnie, że wraca do zdrowia i pomaga klubowi w walce o punkty. Prawdę mówiąc, myślałem, że po kontuzji nie wróci już na ligowe parkiety i zajmie się pracą szkoleniową. Odkąd pamiętam Marcin zawsze posiadał chart ducha. Pokazywał, że praca nad sobą może wynieść na sportowe wyżyny. Czasami przypominają mi się w jego aspekcie oceny kierowane do Grzegorza Lato z początków kariery, gdy też nie wróżono przyszłemu królowi finałów mistrzostw świata piłkarskiej kariery. Ciekawy jestem jak dzisiaj mają się ci szkoleniowcy, którzy nie widzieli w Marcinie reprezentacyjnego futsalisty.

Ważne jest bowiem, by znać swoje możliwości i znaleźć miejsce w sporcie, w którym można spełniać się. A sądzę, że Marcin właściwie postawił w pewnym okresie na futsal, który odpłacił mu się wieloma cudownymi przeżyciami. Warto, aby młodzi adepci futsalu też jak najszybciej dokonywali wyboru, gdyż nie każdy musi być Lewandowskim na trawie, a futsal również pozwala na wspaniałą życiową przygodę.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...