Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Pisanie felietonu po tak nieudanym turnieju, jaki stał się udziałem naszej reprezentacji futsalowej w Zielonej Górze, jest kłopotliwe. Niemal zawsze każdy posiada oraz wyraża swoje opinie i ad hoc znajdzie się grono ludzi, i to niemałe, które dane opinie zakwestionuje albo wyśmieje. Przy okazji nawet obrażając się. A o to w polskim futsalu szczególnie łatwo. Nie ma bowiem w nim omylnych, tylko same chodzące prawdy, czy racje. Napiszesz dobrze - będą się do ciebie z daleka uśmiechać. Napiszesz źle - wyzwą cię od najgorszych. Cóż taki los dziennikarzy, felietonistów. Idzie się przyzwyczaić. Ale po Zielonej Górze nikt nie powinien udawać, że było dobrze. Kolejne etapy eliminacji do litewskich finałów mistrzostw świata 2020 przeszły nam koło nosa. I to w nieciekawym stylu. 

Niemoc i niespełniające się na parkiecie koncepcje. Aż dziwne, że dotknęło to nawet kilku, sprawdzonych wcześniej, wiodących naszych futsalistów. Szkoda mi było, iż stało się tak w przecudnej hali w Zielonej Górze. Stało się przy sporej widowni emocjonalnie podchodzącej do gry oraz wyniku reprezentacji.

Celowo używam słowa "kilku" w odniesieniu do reprezentantów, gdyż nie biorę pod uwagę wielu z tej pozostałej części, będącej li tylko tak zwanymi w felietonowym slangu „powołaniowymi sztukami”. Dostać przysłowiowe lanie zawsze można. Ale i to można osiągać w jakimś stylu. Tymczasem na dziewięć straconych goli siedem tracimy po stałych fragmentach gry. To już nie jest kuriozum lecz żenada. I odważę się napisać – z tych, których widzieliśmy na parkiecie jako całość, nie mógł selekcjoner zbudować mocnego teamu. Ale to już nie jest problemem felietonisty.

Niemniej wolno mi wyrazić swoje zdanie i poteoretyzować. Otóż ścieżką prowadzącą do sukcesu w moim mniemaniu nie jest zamykanie się w określonym kręgu graczy. Drogą do jakości ma być silna konkurencja o miejsce. Chodzi o to, by rywalizacja była realna, żeby odbywała się naprawdę, a nie tylko w teoretycznie, jedynie w deklaracjach. I nie należy z góry zakładać, że ktoś mi nie pasuje do składu. Nawet przy określonych koncepcjach powinny być próby. Niech ci "najedzeni", pewni, czy ulubieńcy też poczują, iż ich pozycje mogą być zagrożone. A już najgorsza może być w tej kadrowej układance okoliczność, kiedy otrzymuje się miejsce nieco na kredyt. Z tak zwanego przyzwyczajenia.

W poprzednim felietonie apelowałem do reprezentacji – nie musicie być zwycięzcami, bądźcie jedynie wygranymi. Niestety, nie dostosowali się do moich słów. Ale mam satysfakcję, że przynajmniej moje intencje właściwie odczytali niedoceniani wcześniej Finowie. Finowie – żadni futsalowi wirtuozi. Ich futsal, jak wszystko na północy, jest prosty, solidny, charakterny. Oni nie mają, tak jak my, potężnie rozbudowanych rozgrywek. U nich nie ma kilku ośrodków decydenckich odnośnie reprezentacji. Nie ma obrażania się, kunktatorstwa. Jest porządek i całość oparta na zasadzie – wódz oraz wojownicy. Z tym, że wódz posiada charyzmę, wiedzę, autorytet europejski, jest kontaktowy oraz koncyliacyjny. Podejrzewam, że niektóre z tych cech są obce naszemu wodzowi. I w tym właśnie widzę zasadniczą różnicę. Ale są to rzeczy do naprawienia nawet bez gruntownych zmian w personaliach. Tylko trzeba chcieć.

Jakoś tak dziwnie obdarzyłem się wiedzą – nie wiem czy prawdziwą – że futsalowa komisja ma nieduży wpływ na nasze reprezentacje. Coś mi się wydaje, iż związkowe działy reprezentacji przejęły nad nią nieodwołalnie pieczę. A głównym nadzorcą stał się tym samym wiceprezes Bednarek. Jeżeli się mylę, proszę o sprostowanie. Niemniej zaapeluję do prezesa Jana – więcej nadzoru oraz kontroli. W razie czego dopytać fachowców z grona futsalu. Są różni – i związkowi, i niezależni. A warto to zrobić, ponieważ kolejnego takiego reprezentacyjnego wstydu może polski futsal nie przetrzymać.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie każdy z zasady może być zwycięzca, ale wygranym już tak. Tak sobie pomyślałem tuż po finałowym meczu mistrzostw świata szóstek piłkarskich. Na pięknej wyspie Krecie Polacy przegrali z Rosją i podobnie jak rok temu wracają do ojczyzny jako wicemistrzowie globu. Dla mnie drugi raz z rzędu są wygranymi. Gratuluję trenerowi Klaudiuszowi Hirschowi, jego zawodnikom, a szczególnie tym, którzy na co dzień parają się futsalem w różnych zespołach oraz ligach. Droga „szóstkowa” reprezentacjo, utrzymać pozycje kolejny raz jest o wiele trudniej niż zdobyć ją po raz pierwszy. Niech wasza stabilność powtórzy się na kolejnym mistrzowskim turnieju, chociaż życzę mistrzostwa. Dla mnie najważniejsze pozostaje, że nie jesteście jednoroczną efemerydą – jakich wiele w polskim sporcie.  Myślę, że z zazdrością mogą patrzeć na wasze wyczyny futsalowe reprezentacje. A i te piłkarskie jedenastoosobowe, trawiaste także. I pomyśleć, że nie stoi za waszymi sukcesami potężna machina związku piłkarskiego – PZPN.

Rekord Bielsko Biała zmonopolizował w ostatnich sezonach ligowe rozgrywki futsalowe w Polsce zarówno w gronie seniorów jak i pośród młodzieży. Też osiągnął dobry wynik w poprzedniej edycji futsalowej Ligi Mistrzów. Można było przypuszczać, że na stałe zadomowił się w Elite Round - jak to stało się udziałem podopiecznych pana Hirscha na podium mistrzostw świata. Tymczasem niedawny turniej eliminacyjny w Pradze pokazał spore niedostatki w grze naszego krajowego dominatora i droga do elity została zamknięta. Pozostaje tylko zapytać, czy ubiegłoroczny wynik był przypadkowy, czy obecny brak awansu na poprzedni poziom rywalizacji jest tylko przypadkiem. Oby to drugie. Ale patrząc całościowo w kontekście ligi stwierdzę, że dominacja w ekstraklasie polskiego futsalu wcale nie daje gwarancji na europejski sportowy wynik. Na tle internacjonałów z praskiej Sparty nasi wyglądali na nieco zagubionych.

Tak się złożyło, że przez pewien czas miałem możliwość z bliska spoglądać na działania Futsal Ekstraklasy. Niedługo minie 10 lat istnienia Spółki prowadzącej z nadania PZPN i za jego zgodą ekstraklasowe rozgrywki. Powolutku, powoli zmienia ona oblicze ligowe naszego futsalu. Ale ciągle pnie się pod górkę. Patrząc z bliska zauważyłem pewien niepokojący sygnał. W mojej ocenie zbyt wiele oczekuje się od władz SFE. Szczególnie ze strony klubów. Patrząc obiektywnie owe władze nie za wiele mogą, gdyż nasz futsal nie jest aż takim podmiotem wiodącym w dyscyplinie piłka nożna, aby drzwiami, czy oknami garnęli się do niego sponsorzy.  Nie sądzę więc, aby Spółka mogła w obecnej chwili rozwiązać finansowe oczekiwania klubów. A one niewątpliwie istnieją. Takie – napiszę obrazowo - rozwarcie owych nożyc priorytetów daje powody niepokoju. Lepiej więc przy takich sytuacjach ostrożnie  podchodzić do dyskusji o funduszach. Inaczej wszystko rozjedzie się nim jeszcze powstanie z tak zwanych kolan.

Popatrzcie tylko – drodzy prezesi wszelkich opcji oraz szczebli – na ekstraklasę trawiastą. Zarządzająca nią Spółka obudowała znakomicie projekt ESA. Znalazły się fundusze, są spółki skarbu państwa, prywatni inwestorzy, telewizje. Jest kolorowo, rozrywkowo, wesoło. Tylko co z tego – jak od lat nie ma klubowego wyniku sportowego na miarę europejskich oczekiwań. Oczywiście bez pieniędzy trudno o realizację wielkich projektów. Zresztą małych, futsalowych też. Ale nie zawsze one decydują o poziomie. Gdyby tak było, to Arabia Saudyjska lub Stany Zjednoczone byłyby naprzemiennie mistrzami świata. Na szczęście tak nie jest, bo jeszcze jest czynnik ludzki. Równie ważny jak kasa. A jeszcze do tego dochodzi wizja, którą – co stwierdzam z przykrością dla polskiego futsalu – ma niewielu. Prawda, panie Szymonie?

To co napisałem do tej pory było tylko przystawką do głównego dania jakim są niewątpliwie zielonogórskie eliminacje mistrzostw świata. I w tym akapicie powrócę do początkowych zdań felietonu. Po raz trzeci wspomnę o oczekiwanej stabilności. Pozytywnie obeszła się ona z reprezentacją szóstek. Nie sprzyjała Rekordowi. Teraz czas na sprawdzian dla seniorskiej, futsalowej reprezentacji. Podopieczni Błażeja Korczyńskiego mają czego bronić, gdyż przed dwoma laty awansowali do finałów mistrzostw Europy. Teraz droga do światowych finałów jest z różnych powodów (mniej zespołów z Europy w finale) o wiele trudniejsza, ale poniekąd szlachectwo zobowiązuję. Dlatego oczekuję awansu z zielonogórskich zmagań do kolejnej fazy  eliminacji. Patrząc na priorytety finansowo – organizacyjno - szkoleniowe, jakie zafundował PZPN naszej reprezentacji mam prawo – podobnie jak wielu innych sympatyków futsalu – wyrażać je głośno. Co czynię pisząc – NIE MUSICIE BYĆ ZWYCIĘZCAMI, ALE BĄDŹCIE WYGRANYMI.

Czytaj dalej...