Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Początkiem grudnia reprezentacja Polski w futsalu zmierzy się na Dolnym Śląsku w dwumeczu z zawsze solidną Serbią. Kiedy przygotowywałem się do pisania felietonu, w gronie powołanych figurował jeszcze Paweł Budniak. Gdy zasiadłem do komputera już Pawła nie było, gdyż zrezygnował z udziału w zgrupowaniu i gry w dwumeczu. Jak wyczytałem na futsal-polska.pl „podtrzymał decyzję o rezygnacji z występów w kadrze prowadzonej przez sztab szkoleniowy w aktualnym kształcie”. Akurat decyzja Budniaka nie zdziwiła mnie. Bardziej nieprzekonująco brzmiało dla mnie powoływanie go teraz. Powoływanie po nieudanym całkowicie sportowo występie w zielonogórskich eliminacjach Mistrzostw Świata.

Dla mnie Paweł był potrzebny na tym turnieju. Zresztą niejednokrotnie apelowałem w felietonach do selekcjonera o nie zamykanie się w kręgu pewnych nazwisk i danie szansy ponownego sprawdzenia się innym z tak zwanej „starej futsalowej gwardii”. Nie napiszę, że wynik byłby inny, ale nie byłoby przynajmniej żadnych personalnych niedomówień.

Paweł Budniak - i zresztą nie tylko on - jest zbyt dobrym zawodnikiem, by polski futsal pozwalał sobie na stratę takiego/-ch zawodnika/ów. Futsalistów w kwiecie reprezentacyjnego wieku. I stąd teraz ów problem. Owo pytanie. Czy jest pewność, że każdy z powoływanych polskich futsalistów stawi się na zawołanie selekcjonera zawsze do dyspozycji kadry? Nie chciałbym bowiem, aby zdarzało się tak, jak w pieśni Jacka Kaczmarskiego, który śpiewał: „a mury rosły, rosły, rosły, łańcuch kołysał się u nóg”. 

Zapewne Orlando Duarte rozpatrując swój wyjazd do Polski, do Piasta Gliwice, nie spodziewał się, że gdzieś tam poza pierwszymi stronami zacznie przewijać się jego nazwisko jako przyszłego selekcjonera polskiej reprezentacji. Kogoś takiego na wzór prowadzącego fiński team futsalowy Mico Marticia. Osobiście traktuję takie poszeptywanki jako czynienie tak zwanej niedźwiedziej przysługi portugalskiemu fachowcowi od futsalu. Spokojnie panowie – dajcie mu popracować w Gliwicach. Posłuchajcie jego mądrości, tak jak przed laty słuchaliście z otwartymi ustami jego szkoleń dla polskich trenerów futsalowych. A czas pokaże, co będzie dalej. Póki co trener Korczyński ma pewną posadę i niech wykazuje, że zielonogórski blamaż był tylko jednorazową wpadką przy pracy.

Zresztą znając Błażeja od lat i będąc z nim niejednokrotnie w sytuacjach pro oraz anty wiem, że ambicja jego została mocno naruszona i ze wszelkich sił będzie starał się wykazać, iż jego projekt przy ewentualnych poprawkach ma rację bytu w reprezentacyjnym futsalu. Tym bardziej, że chciałby się jako czwarty wpisać do panteonu polskich selekcjonerów futsalu (po Góralu, Sowińskim, Biandze) jako ten, który wprowadził Polskę do finałów światowych, czy europejskich imprez futsalowych. A pana Duarte, czy innego z nazwiska futsalowego fachowca, zawsze warto mieć w tak zwanej rezerwie. Na podorędziu.

Futsalowa ekstraklasa w dobrym tempie po przerwie na reprezentację nadrabia zaległości. Sportklub serwuje nam ciekawe mecze, a pojedynek beniaminków z Leszna oraz Lubawy należał do gatunku tych z najwyższego lotu. W futsalowej Polsce pojawiły się głosy, iż Rekord jest pod tak zwaną formą. Nie jestem aż takim fachowcem od szkolenia, by się  w tej materii wypowiadać, niemniej napiszę, że nie wydaje mi się to prawdą, patrząc na miejsce bielszczan w tabeli – pierwsze. Jeżeli bowiem Rekordziści są pod formą, to pozostałe drużyny winny być bez formy. A tak nie jest. I dlatego radzę unikać takich jednoznacznych określeń.

Po powiększeniu do 14 zespołów nic nie jest takie, przynajmniej na razie, jak w poprzednich sezonach. Beniaminkowie, przynajmniej dwaj, mieszają ile wlezie na parkietach. Katowice odnajdują się w górnej połówce tabeli jak rzadko kiedy w poprzednich sezonach. Uznane firmy z Pniew oraz Gliwic nie mogą jakoś odnaleźć się od startu. A nawet posiadanie na ławce trenerskiej selekcjonera reprezentacji nie daje gwarancji dobrego wyniku w lidze GSF Gliwice. I oby taka rywalizacja trwała tylko na parkietach hal, bo coś mi się widzi jednak, że nie ma spokoju w prezesowskich gabinetach. A najgorsze jest zawsze, kiedy działacze klubowi chcą swoimi działaniami przykryć sportowe widoki. A polski futsal jest jeszcze zbyt kruchą materią, by szarpać nim, jak „postawem płótna”. Jak pisał w Trylogii Sienkiewicz. Na szczęście nie o futsalu. 

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Franciszek Bacon, angielski mąż stanu, twierdził, że jedyną znajomością przyczyn jest prawdziwa wiedza. Od zielonogórskiej wpadki naszej futsalowej reprezentacji minęły już dwa tygodnie. Być może jest to zbyt krótki czas, aby oczekiwać oficjalnego wytłumaczenia ze strony sztabu reprezentacyjnego albo ludzi odpowiedzialnych za kadrę. Jednak takie wytłumaczenie, a raczej analiza, powinna ujrzeć światło dzienne. I związek jest to winien środowisku futsalowemu w Polsce. Gdyby tak marny wynik osiągnęła reprezentacja trawiasta, już dawno zostałaby „zagryziona” przez media. Tymczasem w futsalu może wiele „rozejść się po kościach”. I to jest właśnie ta różnica. Zasadnicza różnica w postrzeganiu między piłką trawiastą a futsalem.

W tej pierwszej naród kontroluje niemal wszystko, w tym drugim jedynie kilku(nastu lub dziesięciu) zapaleńców potrafi drążyć temat. A tak zwana Polska nawet nie wie, iż jakieś tam mundialowe eliminacje w Zielonej Górze odbyły się. I nie widzę możliwości zmiany opcji takiego spojrzenia nawet przez najbardziej sensowne zmiany, realizowane w aspekcie organizacyjnym przez Komisję, względnie Spółkę. A trochę tych pozytywów jest. 

Polskiemu futsalowi brakuje osobowości, która mogłaby stać się niewymazywalną jego twarzą. Co prawda cały piłkarski związek posiada taką twarz w osobie prezesa Bońka, lecz jakoś nie mogę jej przypisać także futsalowi. Może dlatego, że prezes Zbigniew rzadko, a nawet bardzo rzadko, zabiera o nim głos. A szkoda. Panie prezesie, może dałby pan nieco swojej aureoli polskiemu futsalowi? Na pewno wspomnienie o nim publiczne – nawet nie musi być pozytywne – kilka razy w roku zwróciłoby nań uwagę szerszej opinii. Kierownicze zadania wobec związkowego futsalu realizuje wiceprezes Bednarek, ale - z całym szacunkiem - to nie tej rangi osobistość, a nawet osobowość co pan prezes Boniek. Może gdyby to był piłkarz Bednarek z trawy, reprezentacyjny obrońca, to i futsal prędzej przebiłby się na ogólnopolskie łamy medialne. Twarz, znana twarz dla polskiego futsalu, jest pilnie potrzebna. Łaknie futsal  rozpoznawalności jak przysłowiowa kania dżdżu.

Jeżeli już jestem przy futsalowych twarzach, to obowiązkiem felietonisty jest wspomnieć o wspaniałym ruchu, jakiego dokonał futsalowy Piast Gliwice. Zatrudniając na trenera Portugalczyka Orlando Duarte pokazał Europie oraz światu, że polski futsal jednak istnieje. Ten znakomity szkoleniowiec, ikona międzynarodowego futsalu, jest w tej chwili najlepszym ambasadorem naszej „małej piłki” poza granicami Polski. Szkoda tylko, że to obcokrajowiec musi świadczyć, iż warto w nasz futsal inwestować.

Chociaż widzę jeszcze jednego ambasadora, na razie przyszłościowego. Może nie tak znanego, jak Orlando, ale występującego w niezwykle prestiżowej hiszpańskiej lidze. Michał Kałuża, bo o nim myślę, młody człowiek, ma szansę zostać kiedyś naszym eksportowym zawodnikiem. Po Zielonej Górze nie odważę się bowiem wymienić innych. Ani zawodników, ani szkoleniowców.

Nie wiem, czy zamysłem władz Piasta było celowe ściągniecie pana Duarte na mecz z lokalnym rywalem GSF. Jeśli tak, to trafili w przysłowiowa dziesiątkę. Nie dość, że wygrali mecz, to jeszcze z kwitkiem odprawili aktualnego selekcjonera reprezentacji Polski – na co dzień trenera ich rywala. Myśląc skrótowo - upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu. A felietoniście umożliwili zacytowanie niezwykle trafnego powiedzenia Orlando w jednym z wywiadów, które brzmi – „Jeżeli chcemy nadal uczyć innych, musimy edukować również i siebie. Niestety, jest wiele osób, które wiedzą wszystko od dnia narodzin”

Święte słowa, panie trenerze. Jest w Polsce kilku szkoleniowców oraz działaczy, którym wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy i nikt nie wie lepiej wszystkiego o futsalu od nich. Finalizując akapit z panem Duarte napiszę – nie twierdzę, że jest w stanie dokonać rewolucji futsalowej w Polsce na wzór fińskiej reprezentacji, lecz warto przyjrzeć się jego pracy. Czy mu się uda - nie wiem. Ale jak mu się uda, to skorzysta też na tym polski futsal.

Leo Beenhakker miał takie dyżurne powiedzenie: „Piłkarz jest trudny w prowadzeniu. Gdy jest na dole, ciężko go podnieść, gdy odleci, ciężko się sprowadza na ziemię”. Wielokrotnie działając w czasach, gdy prowadził reprezentację Polski, w Komisji Mediów PZPN słyszałem te słowa. Mam nadzieję, że po Zielonej Górze, kiedy to mieliśmy w rękach wszelkie „argumenty”, gdy zamiast być – oprócz meczu z Hiszpanią – zespołem dominującym na parkiecie, prowadzącym grę, trzymającym w ręku atuty, staliśmy się nagle z myśliwego ofiarą, szybko odnajdziemy reprezentacyjną pozycję w Europie. Zresztą trafiamy w preeliminacjach ME na słabych przeciwników i nie wyobrażam sobie na przełomie stycznia i lutego innego miejsca na Malcie niż pierwsze. W innym przypadku dymisje powinny być nieuchronne.

Ale Malta to tylko powrót na obowiązkowe dla naszego futsalu pozycje. Żaden sukces. I dlatego tak oczekuję na analizę po Zielonej Górze.

W przeddzień narodowego święta, 10 listopada, swój pierwszy mecz pod nową nazwą oraz nowymi barwami rozegrała w mazowieckiej II lidze futsalu drużyna warszawskiej Legii. Mecz zakończony zwycięstwem. Do wygranej poprowadził Legię jako kapitan znany z reprezentacji oraz ekstraklasowych parkietów Mariusz Milewski. Jak przystało na kapitana, to on strzelił pierwszego gola w  lidze dla legionistów. I niech jemu oraz kolegom darzy się jak najlepiej.

To, że Legia – największy oraz najbogatszy klub piłkarski w Polsce - zainteresowała się futsalem, może tylko dopomóc dyscyplinie. Pierwszy mecz, pełna hala – jak rzadko w ekstraklasie, doping – wcale nie gorszy niż w przodujących pod tym względem Pniewach czy Laskowicach, i wcale dobry poziom sportowy, pozwalają mniemać, że Mazowsze, będące dotąd niewykorzystanym polem dla dyscypliny, znajdzie swoje miejsce na futsalowej mapie Polski.

Powoli materializuje się wizja założona przez tutejszych działaczy związkowych (w tym i moja) kilka lat temu. Niewątpliwie legijny futsal ma być kołem napędowym, ale nie należy zapominać, iż dowodzony przez trenera Karczyńskiego AZS UW Wilanów lideruje w jednej z grup I ligi, a trzy zespoły kobiece walczą o prymat w ekstralidze futsalowej. Może i kiedyś po futsalowy mistrzowski skalp sięgnie warszawski team.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...