Andrzej Hendrzak

Andrzej Hendrzak

Z notatnika dziejopisa

Poker oraz kierki, to były ulubione gry karciane okresu moich studiów. W akademiku obok mieszających karty nie brakowało także szachistów. Co dziwne, gry zespołowe zmuszające do biegania, skakania, kopania, główkowania, rzucania, nie były preferowane. Już raczej z dyscyplin niegabinetowych na topie była lekkoatletyka. O ile w pokera grywali koledzy bardziej rozrywkowi, to do szachownicy oraz kierek zasiadali ci spokojniejsi. Ale to pokerzyści dysponowali zawsze solidniejszą kasą. W wielu przypadkach zdobywaną w zwycięskich grach ze studentami z Afryki.

Piszę o tym, by wskazać, że bez ryzyka nie podejmie się najwyższej puli. Bez ryzyka, ale też i chłodnej głowy. Być może także potrzebne jest do tego strategiczne myślenie szachisty połączone z cierpliwością oraz spokojem rozgrywki. Połączenie tych cech wydaje mi się bardzo przydatne dla umysłu, charakteru, osobowości szkoleniowca sportowego. Szczególnie tego pracującego z reprezentacją narodową.

Należę do ludzi wykazujących się sporą wyrozumiałością wobec selekcjonerów piłkarskich reprezentacji. Oczywiście też futsalowych. Rozumiem, iż specyfika pracy z drużyną narodową wymusza nieczęste kontakty, krótkie zgrupowania. Raczej wiele odbywa się na zasadzie obserwacji, rozmów. Pojmuję, że ogromny wpływ na formę reprezentantów ma trenerska praca w ich macierzystych klubach. I to jest niezależne od reprezentacyjnego selekcjonera.

Ale nadchodzi czas sprawdzenia. Jak w pokerze, czy brydżu po licytacji. I taka będzie, a przynajmniej powinna być – według mojej oceny – dla polskiego futsalu nadchodząca jesień. Powinna być sprawdzianem nie tylko dla reprezentacji seniorskiej, czy młodzieżowej, ale dla całego systemu szkoleniowego oraz młodzieżowego polskiego futsalu. Z rozliczenia podsumowującego nie wykluczam oczywiście i systemu naszych futsalowych rozgrywek ligowych.

Selekcjoner Błażej Korczyński otrzymał od władz PZPN oraz Komisji Futsalu spore swobody szkoleniowe, organizacyjne, personalne. Otrzymał zaufanie, jakim nie darzono w historii polskiego futsalu żadnego selekcjonera reprezentacyjnego teamu seniorskiego. Reprezentacja jest całkowicie jego autorskim programem. Dla niego jak najlepszy wynik w eliminacjach turnieju światowego to też osobiste wyzwanie. Nie da się bowiem ukryć, iż poprzedni awans do finałów mistrzostw Europy był jeszcze dziełem trenera Andrzeja Biangi. Dobrze byłoby więc, aby ten ambitny szkoleniowiec pokazał, że jako główny coach także potrafi dobić się do awansu. Nie wiem, czy jest to główny cel, wskazany przez piłkarski związek, ale nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej. Nie po to inwestuje się przez lata, by wydłużać czasowo osiągnięcia celów. Polski futsal nie zwykł głaskać przegranych. I nie widzę powodów, by to zrobić teraz.

W nieco innej sytuacji jest trener reprezentacyjnej młodzieżówki – Łukasz Żebrowski. Ten team awansując już zrobił wiele. Co nie znaczy, że ma wszystko na Łotwie przegrać. Gdyby tak zdarzyło się, zapewne trudno byłoby o przebaczenie. O ile dobrze rozumuję, to obstalowany system rywalizacji młodzieżowej w naszym kraju powinien z urzędu wykluczyć możliwość bezpunktowego powrotu, Przecież według związku system jest wydajny i szkoleniowo zabezpieczony. Co prawda, sporo młodzieżowych ekspertów futsalowych ma zdanie odmienne o systemie lub apeluje o jego ciągłe usprawnianie, lecz racje związkowe i oponentów wyważy dopiero finałowy łotewski turniej. Jak z tego widać – jest o co grać. Osobiście nie wyobrażam sobie, aby przynajmniej jedna z wymienionych naszych reprezentacji nie spełniła pokładanych w nich przez środowisko nadziei i nie wróciła z tarczą. Gdy obydwie polegną, może być kłopot.    

„Polska piłka klubowa leży i kwiczy” – tak ocenia ją jeden z byłych prezesów klubu ekstraklasy trawiastej. Od siebie dodam – rzeczywiście leży, oceniając po występach pucharowych, europejskich. Czy kwiczy – napiszę po dwumeczu Legii z Rangersami. Jak warszawianie przejdą dalej, to odrzucę owo kwiczenie.

Mimo, iż futsal jest tylko małą, maluteńką cząsteczką polskiej piłki, to jednak tego rodzaju opinie nie mogą i dla niego pozostać bez echa. Tym bardziej, że tak zwany wielki biznes nie garnie się do ekstraklasy trawiastej. A jest to zdanie Krzysztofa Sachsa – jeszcze do niedawna przewodniczącego komisji licencyjnej PZPN. Kto jak kto, ale szef od licencji wie co mówi. I dlatego przed nowym sezonem wyrażam swoją troskę o ekstraklasowe oraz pierwszoligowe kluby futsalowe.

Nie jest tajemnicą poliszynela, iż klubom się nie przelewa. Nie jest też tajemnicą, że sponsorzy nie garną się drzwiami oraz oknami. Powodów tego stanu rzeczy jest wiele. Zapewne jednym z nich jest „chwiejny (ciągle zmienny) system rozgrywek”. Innym – równie ważnym – ciągle amatorskie podejście do rzekomo profesjonalnych (!) rozgrywek. Gdybym miał oceniać poszczególne sfery futsalowe na zasadzie profesjonalizmu, to pewnie oprócz organizacji sędziowskiej (nie chodzi mi o samo gwizdanie) musiałbym sporo drapać się po głowie, aby coś jeszcze przynajmniej quasi profesjonalnego dodać. Pozostają więc klubom futsalowym samorządy do finansowego wsparcia. Ale, czy one akurat muszą wybrać futsal? Czy dla nich promocja poprzez futsal jest tą docelową? Czy dla futsalu jest to tylko nieustające łudzenie się? Już dawno wyzbyłem się mrzonek o potędze polskiego futsalu klubowego. Osobiście zadowolony będę, jak tyle samo klubów, co rozpoczęło sezon, dokończy go wiosną roku 2020.     

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Ciekawa sprawa. Od pierwszego oglądania na żywo we Francji kolarskiego Tour de France minęło już ćwierć wieku a nadal każdy wyjazd na ten wyścig zdaje mi się być wielką wyprawą. Nie inaczej było i tegorocznego lipca, gdy na kilka dni zawitałem do Pau. Kolarstwo jest pięknym sportem. A co najważniejsze pozwala kibicowi jak żadna inna dyscyplina poznawać uroki kraju, w którym dane wyścigi odbywają się. Pozwala, gdyż tour codziennie melduje się w innej miejscowości. Przejeżdża przez inne tereny.

Podziwiam za każdym pobytem na francuskiej imprezie tłumy kibiców, którzy potrafią kilka dni wcześniej wyjechać na trasę etapu i czekać na kolarzy, by im kibicować, ale też zabawiać się, czekając. Patrząc na kolorowe stroje kolarzy, pełne reklam sponsorskich, mając na uwadze długość transmisji telewizyjnych (Eurosport na żywo przekazuje relacje z całych etapów) wcale nie dziwię się, że donatorzy sportowi w pokaźnej swej warstwie decydują się na kolarstwo.

Tyle byłoby tytułem zagajenia o innych sportach i pokazania, że futsal wcale nie musi być dla człowieka jedynym sportem godnym zainteresowania. Nie od dzisiaj uważam bowiem, że prawdziwy kibic, działacz, zawodnik, dziennikarz, nie może pozostawać przy jednej dyscyplinie sportowej. Dlatego apeluję do szerokiego spektrum futsalowego – nie pozwalajcie zamykać się w hali. Wychodźcie poza nią. Wychodźcie po pomysły. Wychodźcie po przykłady. Wychodźcie po ludzi. Wychodźcie do ludzi.

Piszę o tym wychodzeniu w kontekście informacji jakie docierają o zamykaniu się futsalowych środowisk we własnym gronie. O głoszonych tezach typu „coś wiem, ale nie powiem”. Względnie „powiedzieć nie mogę, bo obiecałem tajemnicę”. Mógłbym takich słów wymienić jeszcze multum, ale po co? Wystarczy, że napiszę, iż każda sytuacja mniej lub bardziej optująca za tajemniczością jest samobójem dla futsalu. I pozostawię to bez komentarza. Do przemyślenia.

Wracając ad rem, czyli do futsalowego meritum napiszę, że jedyną ważną informacją, jaka ukazała się o polskim futsalu w lipcu – futsalowym sezonie ogórkowym – jest wiadomość o transferze Michała Kałuży do ekstraklasy hiszpańskiej – najlepszej futsalowej ligi Europy. Brawo za pomysł, brawo za decyzję. Jest to pisanie historii naszego futsalu na najwyższym poziomie. Oceniam to jako drugi godny transfer polskiego futsalisty. Pierwszym było niegdyś przejście Pawła Budniaka do czołowego klubu ukraińskiego futsalu.

Czekam na kolejne ruchy, gdyż to takie właśnie transfery pokażą, że nasz futsal jest postrzegany w Europie. Postrzegany pozytywnie. Moim zdaniem kolejnym zawodnikiem powinien być Mikołaj Zastawnik. Chciałbym, aby odważył się. Nie wątpię, że ważnym dla Hiszpanów (oprócz oczywistych innych powodów) przy wyborze Kałuży była jego znakomita postawa w meczu eliminacyjnym mistrzostw Europy w Elblągu przeciwko Hiszpanom właśnie. Kiedyś pisałem, iż uznam nasz futsal za europejski w każdym calu, gdy co najmniej trzech zawodników zawita do topowych klubów futsalowych Europy oraz, gdy w naszych klubach przynajmniej trzech solidnych futsalistów spoza Polski zagra w ekstralidze w jednym sezonie. Coś mi się widzi, iż prędzej spełni się to pierwsze, bo klubów raczej na takie ekstrawagancje nie stać. Jeszcze, mimo istnienia spółki Futsal Ekstraklasa, wiele z nich „ciężko dyszy”.

Polska noblistka Wisława Szymborska mawiała – „Czytanie książek, to najlepsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła”. W pełni się z tym zgadzam i po raz kolejny przystąpiłem w lipcu do przeczytania znakomitej powieści katolickiego pisarza Jana Dobraczyńskiego „Najeźdźcy”. Za każdym kolejnym razem odkrywam nowe pokłady zawartych w niej myśli. Zauważam nowe treści, które wiele lat temu uważałem za błahe.

Podobnie mam z futsalem. Początki zainteresowania nim były przeważnie emocjonalne. Obecnie są raczej rozważne, analityczne. Patrząc na ludzi, których dzięki futsalowi poznałem, mogę dokonać hierarchizacji ich zachowań wobec tej dyscypliny. Jak wszędzie, są w tym gronie karierowicze, są ludzie przypadkowi, są osoby mające futsal w sercu, są rzemieślnicy dyscypliny, są jednostki traktujące futsal niemal jak religię. Gdybym miał dzisiaj wymienić tych, którzy mocno zapadli w świadomość interesujących się tą dyscypliną, niewątpliwie wskazałbym na pana Zdzisława Wolnego oraz pana Romana Sowińskiego. Twierdził będę, że spowodowali oni, iż polski futsal w pewnym okresie nie pozostał tylko halową zabawką, lecz zmierzał różnymi drogami (czasem i krętymi) ku zacnej dyscyplinie sportowej. Oby kolejni działacze nie mieli takich trudności jakich doświadczali futsalowi pionierzy. Niemniej, niech zawsze pamiętają, że najpierw jest futsal, a później osobista korzyść. Jakże często współcześnie bywa odwrotnie.

Związek piłkarski szybko w tym roku obrobił się z licencjami. Bodajże tylko Kartuzy licencji nie otrzymały. Kilka klubów zarobiło jakieś kary porządkowe, kilka nadzory licencyjne. Proces licencyjny z roku na rok jest coraz sprawniejszy. Właśnie mija 10 lat, jak został zapoczątkowany. Jednak nadal sprawia trudności klubom, które – bywa – nie podchodzą do niego z należytą powagą.

A jest on równie ważny jak transfery, czy poszukiwanie sponsorów. Rozmawiając kiedyś z Czesławem Langiem, dyrektorem Tour de Pologne, usłyszałem z jego ust zdanie o bezpieczeństwie imprezy. Mówił, iż jest to rzecz, na którą organizator powinien zwracać najbaczniejszą uwagę. W pełni zgadzam się z panem Czesławem. I przekazuję jego wypowiedź do pamięci klubowych prezesów, którzy często jeszcze podchodzą do meczów jak do radosnych festynów, na co ich zwierzchnie władze ze związku, czy spółki nie zawsze zwracają uwagę. A sprawy organizacyjne – drodzy panowie prezesi też są analizowane przy angażowaniu się sponsorów, czy telewizji.

P.S. Reprezentacja piłki plażowej nie zakwalifikowała się do finałów mistrzostw świata. Szkoda, bo pewnym prezesom wypadły ciekawe wyjazdy!

Czytaj dalej...