Marcin Synoradzki

Marcin Synoradzki

"I don't play against a particular team. I play against the idea of losing" - Eric "The King" Cantona

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

I co tu mogę więcej napisać po wstępniaku z ostatniego felietonu? Nie pojechałem do Katowic, mecz śledziłem na lajfach jednocześnie, oglądając w Orange Sport Gattę z Rekordem. Tak się wkurwiłem, że wyłączyłem telewizor w przerwie, potem telefon i już nawet nie pamiętam co wówczas robiłem. W każdym bądź razie nie myślałem o futsalu.

Nic więcej nie napiszę, ale w czwartek spotkamy się z drużyną i poinformujemy o pewnych krokach, jakie podjęliśmy, aby wstrząsnąć zespołem. Tak dalej być nie może. Warunki w klubie komfortowe, a zespół nie gra, tylko stoi na parkiecie i to od kilku meczów.

Najpierw o kadrze, mecz Polska - Rosja w Szczecinie. Imponująca frekwencja, świetna robota działaczy Pogoni ’04 i Zachodniopomorskiego ZPN. Ponad 5 tysięcy ludzi - to robi wrażenie. Pod tym względem Szczecin jest absolutnie najlepszy, po nim długo długo nic. Mecz - pierwsza połowa całkiem niezła, stworzyliśmy kilka akcji z których mogły paść bramki. Ciut więcej koncentracji, precyzji i byśmy się cieszyli z prowadzenia. Ale Rosjanie spokojnie przetrzymali te ataki, a po prosto rozegranym aucie zdobywają prowadzenie. Wydaje mi się, iż Nawrat mógł to obronić, nie był zasłonięty i widział dokładnie jak uderza Kutuzow. Druga połowa to znowu Nawrat się nie popisał, zbyt dalekie wejście i został przelobowany przez Cziszkałę. Prosty błąd. Potem poszło już z górki, Rosjanie z dużą łatwością wchodzili w naszą defensywę. Dworzecki biegał daleko od bramki jak Żyd po pustym sklepie, ruskie cwaniaki umiejętnie wyciągali go spomiędzy słupków i walili do pustej. W tym meczu bramkarze po prostu nie pomogli.

Na koniec "wisienka na torcie" całego meczu, czyli ostatnia bramka. A raczej komediobramka po zderzeniu się naszych zawodników, którzy nawzajem przeszkadzali sobie w wybiciu piłki. Cóż, pierwsza połowa na 5 (skala 1-10), ale druga to już na 1. Zabrakło woli walki, zaangażowania, zbyt dużo prostych błędów. Zapomnieć jak najszybciej.

Ale nie ma co krytykować za dużo, bo graliśmy z absolutną światową czołówką. Franz Smuda kiedyś zagrał otwarty mecz z Hiszpanią, skończyło się 0:6. A 0:6 na trawie to jak 0:12 w futsalu.

Drugi mecz miał podobny przebieg, tylko Rosjanie szybciej zaczęli strzelanie. A walili jak w Donbasie, piękne gole. Zwłaszcza rozegranie rzutu wolnego do szatni, majstersztyk. No i potem Eder Lima w indywidualnej akcji na 4:0. "Ruleta", "dziura" i gol w okienko. Co tu więcej wymagać od futsalu? Klaskać, klaskać, klaskać.

Komentator Kuba Lempski z KP Sport wspomniał kilkukrotnie, iż należała nam się bramka honorowa. Trudno wymagać, aby rywale się położyli, trzeba samemu coś wymyślić. Parę razy się udało przedrzeć pod pole karne rywali, ale my do pustej nawet nie trafiamy, jak Solecki. Albo nie potrafimy wykorzystać sytuacji 2 na 1 z bramkarzem jak Wojciechowski. Nogi jakieś związane, trema przed renomowanym rywalem, presja działaczy? Nie wiem, pewnie wszystko po trochu. Rosjanie grali "cool", zimna krew, nikt nie panikował, co mieli to wykorzystali. Luz, swoboda, pewność siebie. Krótko mówiąc absolutnie poza zasięgiem.

Zawodnicy tacy spięci, trenerzy mają duży problem. A może być tak rozluźnić atmosferę? Przypomniał mi się stary dowcip opowiadany przez Andrzeja Biangę za czasów naszej współpracy w Chojniczance:

Program wystawy rolniczej:
15.00 wprowadzenie zaproszonych gości
15.15 wprowadzenie trzody chlewnej i bydła rogatego
15.30 wspólny posiłek.


Na twitterze toczyła się dyskusja, jaki był sens gry z tak silnym zespołem. Ja uważam, iż warto było sprawdzić się z absolutną czołówką światową. Nieczęsto nadarza się okazja, aby zespół z topu chciał rozegrać dwumecz z Polską, tak więc jak nadarzyła się taka możliwość, to grzech byłoby nie zagrać takich spotkań. Niezależnie od wyniku. Ze średniakami możemy grać co tydzień. Teraz trzeba zapomnieć o tym dwumeczu, spuścić ciśnienie i spokojnie się przygotować do turnieju eliminacyjnego w Krośnie. Mecze mają być transmitowane w telewizji - to super wiadomość. Pełna hala, Mazurek Dąbrowskiego niech natchnie naszych zawodników.

Zabłądziłem ostatnio na mecz siatkówki Lotos Trefl Gdańsk - Skra Bełchatów w Ergo Arenie na pograniczu Sopotu i Gdańska. Ponad 10 tysięcy ludzi, wszystko doskonale zorganizowane. Marzą mi się takie spotkania w Futsal Ekstraklasie, Pogoń robi już pierwsze kroki. Duży nacisk na marketing, kreowanie gwiazd i można zapełnić nawet największe hale. Ale to ogrom roboty, tym bardziej szacun dla szczecinian. Tak wygląda przyszłość futsalu.

A tak przy okazji muszę się pochwalić nową pasją – crossfit (video 1 oraz video 2). Chodzę z kolegą na indywidualne treningi do chojnickiego klubu Falanga Macieja Doktorowicza. Crossfit obejmuje ogromną ilość ćwiczeń i dyscyplin - klasyczne treningi siłowe (m.in. ćwiczenia takie jak przysiady, martwy ciąg, podrzut, rwanie, podciąganie na drążku, wspinanie się po linie), treningi biegowe (wybieganie, rytmy, tempówki, interwały, podbiegi), elementy plyometryki (np. skoki, wieloskoki), pływanie, jazdę na rowerze, wiosłowanie.

Zajebisty wysiłek - krew, pot i łzy ale satysfakcja z przełamywania własnych barier - olbrzymia. Po pierwszych treningach człowiek umiera, zresztą to jest normalka po workoutach na czas. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do treningów bokserskich dodałem crossfit i teraz już codziennie trenuję, tak - na starość zwariowałem. Do tego dieta, odżywki, zmiana nawyków żywieniowych. Ale postanowiłem sobie, że najbliższy rok poświęcę całkowicie na budowę nowego człowieka. Czy wytrwam? Jestem tego absolutnie pewien. Jestem ambitny, mam bardzo dobrych trenerów, mam wielkie chęci. Do tej pory tylko grałem w piłkę kilka razy w tygodniu, od czasu do czasu ćwiczyłem, bo mam kompletną siłownię w domu, ale u siebie nie ma takiej motywacji, poza tym ciągle coś odrywa od ćwiczeń, a to telefon, a to maile, wiecie jak to jest. Filmy też lepiej ogląda się w kinie, kiedy nic nie przeszkadza, prawda?

Teraz o lidze.

Clearex zmienia trenera... Który raz to już słyszymy? Fakt, iż jeden punkt w sześciu meczach i coraz słabsze wyniki nie bronią Adama Lichoty, ale czy pomysł na grający duet Miozga - Ulfik jest tą właściwą deską ratunku? A co z Tadkiem Wolnym, a co z Gothardem Kokottem? Ten duet kiedyś wymieniał się 654 razy. Ale to melodia przeszłości. Dwójka doświadczonych piłkarzy wie najlepiej, co tam w zespole piszczy. Z drugiej strony to są kumple, a jak widać po przykładzie Żebrowskiego w Pogoni, to nie zawsze udany eksperyment. Ale o tym więcej napiszę w innym miejscu. Głogowianie grają w kratkę - tu wygrać, tam przegrać, czasem zremisować, ale punkty robią. KGHM Euromaster w pierwszej minucie dwa razy ukłuł po golach Urbaniaka i potem spokojnie wiózł wynik do końca. Profesor Dariusz P. kreuje grę swojego zespołu jak inny "dziadek" - Andrea Pirlo w Juventusie. Przyjadę za 10 lat na halę do Głogowa, a tam Dareczek najpierw opierdoli siwą brodę maszynką, a potem rywali lewitką.

AZS UŚ - Red Devils. Same przekleństwa cisną się na usta. Paweł Barański w miniwywiadzie kulturalnie skomentował moją wypowiedź z poprzedniego felietonu. Zawsze mówiłem, że najlepszą odpowiedzią na krytykę jest postawa na parkiecie. W przedostatniej kolejce Katowice zagrały w Gdańsku na pierwszoligowym poziomie, teraz AZS UŚ zagrał z nami na dużo wyższym i zasłużenie wygrał. A to my zagraliśmy w drugiej połowie na drugoligowym poziomie. Do tego Rafał Krzyśka super mecz, rzadko się zdarza, aby bramkarz miał gola i asystę, na dodatek w kluczowych momentach gry. To był ten "piąty element", który przeważył szalę spotkania. My z kolei tragicznie, podsumowaniem tego występu była piąta bramka, kiedy sami podaliśmy Gładczakowi piłkę, aby trafił do bramki. Rozkojarzenie, zlekceważenie przeciwnika, brak zaangażowania - karygodne. Wyciągniemy konsekwencje, bo tak dalej być nie może i nie będzie. A tak przy okazji, Paweł - trafiamy do pustaka ;)

Pogoń u siebie przegrywa z Gwiazdą - początek przespali, ale jeszcze przed przerwą w półtorej minuty wyrównali. Kiedy wydawało się, że w drugiej połowie zmiażdżą gości, to rudzianie niespodziewanie zdobyli trzy bramki i trzy punkty. Ale te gole poprzedził festiwal pudłowania w wykonaniu Gwiazdy, bo powinny być co najmniej trzy trafienia więcej. Szczecin dwa mecze i 15 goli w bagażniku, ewidentnie mają z tym problem. Już 55 straconych bramek - tu są niechlubnym liderem całej ligi. Łukasz Żebrowski w każdym innym klubie byłby świetnym trenerem, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Ale tam miejscowi grają już razem ponad sto lat, tańczyli na stołach i pod stołami a "Żebro" to dla nich jest kumpel, a nie autorytet. Tak wnioskuję z daleka, ale nie wydaje mi się, żebym się dużo mylił.

GAF Jasna - Red Dragons. Tutaj "Smoki" poległy, gospodarze od początku mieli sporą przewagę. Opierdol od zarządu podziałał jak zimny prysznic i gliwiczanie wygrywają drugi mecz z rzędu. Pniewy po serii dobrych wyników wreszcie zgubiły punkty. Teraz mamy GAF u siebie w pucharze, czas odbić się od dna, tak jak oni na nas dwa tygodnie temu.

AZS UG - Wisła Krakbet. Gdańsk załamany, liczyli na nas w meczu z Katowicami - no bo na kogo innego mają liczyć? Ślązoki będą sobie nawzajem pomagać, a my wbijamy gwóźdź do trumny Akademikom znad morza. Początek wyrównany, ale jeszcze przed przerwą Wisła objęła prowadzenie dwoma bramkami i nie wypuściła tego z wawelskiego pyska. Choć to prowadzenie mogą zawdzięczać Kamilowi Dworzeckiemu, który wybronił dwie niemal beznadziejne sytuacje. Potem już niewiele się działo, Wisła bardziej broniła wyniku niż atakowała, a UG marnował dogodne sytuacje.

Gatta Active - Rekord. Przed meczem dużo podtekstów związanych z anulowaniem żółtej kartki Krawczyka, ale potem to spotkanie pokazało, czym się różnią mężczyźni od chłopców. Bielskobiałopolaniści (czy jak to się tam pisze ;) ) łapali kartki jak głodny murzyn worki z ryżem w Afryce. Pierwsza połowa bez goli, ale potem rozpętało się piekło. Czerwo dla Kamyko - "Krawiec" na dwa tempa na 1:0. Potem wolny, Brzenk łapał muchy koło ucha i 2:0 dla gospodarzy. Następnie "Szłapka" bawi się w zapaśnika, czerwo dla Legendy. I od razu następne dla Adama Krygera, który powędrował na trybuny. Inaczej mówiąc zrobił krok do tyłu.

Zegar tyka "tik tak, tik tak", Rekord na kolanach krwawi jak zarzynana świnia. W hangarze atmosfera jak w rzymskim "Koloseum", w amfiteatrze Flawiuszów publika pokazuje kciuki w dół. "Faceci w rajtuzach" mają rywali na talerzu, wystarczy poderżnąć gardło brzytwą do końca i otwieramy szampany... Nagle cisza, a na salę wjeżdża projektor i puszczają film "Jak przejebać wygrany mecz w 5 minut". Co tu napisać? Popławski Król, Kryger Król, Szymura Król. A dla gospodarzy gimbusowe "dupa w rajtach, kisiel w majtach".

No i tyle o naszej kopaninie. Ale i tak dużo lepsza niż ta trawiasta - śmiechu warta.

Kącik bibliotekarski - tym razem o wyspiarskim futbolu, czyli "Futbol obnażony. Szpieg w szatni Premier League". Jak pewnie wiecie, jestem od prawie 30 lat ogromnym fanem reprezentacji Anglii i Manchesteru United. Zaczęło się to w 1986 roku podczas FIFA World Cup ’86 w Meksyku. Zakochałem się w dumnej ekipie "Trzech Lwów", potem doszły "Czerwone Diabły" z Manchesteru. Zawodnikiem, który mnie zafascynował, był Bryan "Captain Marvel" Robson. Absolutny geniusz środka pola, niestety szereg kontuzji nie pozwolił mu na rozwinięcie skrzydeł na arenach świata. Ale jak był zdrowy, to rządził niepodzielnie w pomocy. To dzięki niemu zacząłem się interesować klubem, w którym wówczas grał. A potem poszło z górki. Premier League, prenumerata "Shoot", "Match", "90 Minutes", "Red Issue", książki, biografie (mam tego całe tony), dekoder Sky Sports, 500 kaset video, mecze na żywo na wielu stadionach Wielkiej Brytanii, 150 oryginalnych koszulek reprezentacji wyspiarskich i drużyn klubowych (samych Man Utd mam ponad 40, praktycznie wszystkie wyprodukowane od 1991 roku). Do tego nienawiść do Liverpool, Leeds & Man City i absolutna adoracja oraz miłość do Erica Cantony a co za tym idzie do cyfry "7" ;)

Rozpędziłem się z tym opisem, ale tyle o mnie. A teraz do rzeczy. Zacytuję fragment recenzji: "Ryk tłumu w tunelu na Anfield (FU!!! Mój dopisek), niepowtarzalne uczucie, gdy uderzona przez ciebie piłka wpada do bramki Manchesteru United, John Terry uderzający cię łokciem w twarz, przegrana licytacja z graczami Barcelony o dziewczynę na jedną noc... Wejdź w sam środek świata wielkiej piłki - wzajemnie nienawidzących się partnerów z drużyny, bezwzględnych menedżerów, chciwych agentów, agresywnych fanów i kobiet, dla których wakacje w Dubaju są ważniejsze od twojej wierności. Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney, Gareth Bale, Robin van Persie, Thierry Henry, Xabi Alonso, Didier Drogba - z nimi wszystkimi wybiegał na boisko. Nie wiemy, kim jest.  Ale wiemy, że napisał książkę, po której nic nie będzie już takie samo".

Dla fana Premier League lektura obowiązkowa. Tu zresztą macie bardzo fajną recenzję, to nie będę się powtarzał.

W dzisiejszym felietonie sporo pisałem o sobie, ale nie żeby się pochwalić, tylko zachęcić was do wstania z fotela i aktywności fizycznej, w jakimkolwiek wieku jesteście. A jak już chcecie w nim siedzieć, to czytać, czytać, czytać a telewizor włączać tylko na Premier League. A najlepiej robić jedno i drugie. Ja w życiu przeczytałem kilka tysięcy książek, obejrzałem tyle samo meczów. Czytanie kreuje wyobraźnię, a liga angielska dostarcza niesamowitych emocji. Czego od życia chcieć więcej? A dodajmy do tego futsal i wtedy żyć, nie umierać :)


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

To tylko sport". A g... prawda. Wyświechtany slogan i tyle. Tak mówią ci, którym jest to obojętne. Każdy, kto w tym siedzi, kto daje z siebie wszystko, zaprzedał duszę swojej pasji to wie, że każda porażka męczy prawie jak śmierć bliskiej osoby. No trochę przesadziłem, ale człowiek doznaje pełnego spektrum negatywnych odczuć. Przygnębienie, samotność, wkurw. Wszystko się miesza razem. Zawiedzione nadzieje, bo przecież miało być lepiej, a wszystko się wali na głowę. Starasz się jak możesz, żeby wszystko od strony organizacyjnej było dopięte na ostatni guzik, piłkarze mają wszystko na tacy przygotowane - tylko grać, a tu nagle jeb w łeb młotkiem.

Jak dostaniesz lanie od kogoś, kto był trzy razy lepszy, to można przełknąć gorycz porażki. Ale jak wiesz, że co najmniej dorównywałeś rywalowi, ale potem na własną prośbę przegrałeś mecz, to wtedy masz przejebane wewnątrz samego siebie. Jako działacz to chyba bardziej niż zawodnicy. W końcu ciebie nie oczekuje regularna wypłata 10-tego.  Wprost przeciwnie, ty jeszcze dokładasz do tego, jak nie pieniądze, to zaangażowanie, wolny czas i milion innych spraw, które poświęciłeś, aby zarządzać klubem. A mógłbyś w tym czasie leżeć przed telewizorem z żoną/dziewczyną/kochanką/kotem czy psem. Zamiast tego musisz zapijać smutki albo bić się na trzeźwo ze swoimi myślami. I zadajesz sobie nieodmiennie jedno ważne pytanie - czy warto to wszystko robić?

Rozpocząłem bardzo emocjonalnie, ale jestem pewien, że każdy działacz przeżywa takie chwile. Na szczęście/nieszczęście są także chwile pełne radości, kiedy zapomina się o tych wcześniejszych, pełnych goryczy. I znowu wskakujemy w kółka piekielnej maszyny, która kręci tobą na wszystkie strony. Jak koń w kieracie, to nie ma końca. Chyba że rzucisz to w cholerę, ale co człowiek ma wtedy robić w weekendy?

Poświęciłem Red Devils 20 lat mojego życia. 9 lat to już zupełnie na serio, bo tyle gramy w rozgrywkach Polskiej Ligi Futsalu. Oczywiście przez te wszystkie lata pomagali mi przyjaciele, sam nie dałbym rady tego ogarnąć. I ciągniemy ten wózek razem, bo to nasza życiowa pasja. Już kiedyś wspominałem o tym, że mam ogromną satysfakcję, iż z drużyny osiedlowej stworzyliśmy zespół, który liczy się w Polsce. Mamy z kolegami z zarządu ambicję stworzyć zespół, który znowu powalczy o medal, ale profesjonalizacja organizacyjna nie idzie w parze z profesjonalizmem zawodników. A to właśnie w głowach piłkarzy powinien być początek. Kto nie będzie nadążać za zmianami w klubie, ten latem wysiądzie z czerwonej karawany.

Orange Sport się sypie, zwalniają dziennikarzy, kanał na sprzedaż. Niby jest gorzej, ale my wreszcie mamy magazyn ze skrótami. Fajnie, wszystko super, ale przydałoby się wrzucić gościa z naszego światka do programu, parę podsumowań, garść przemyśleń tudzież refleksji. Nie każdy ma taki ładny garnitur i lakierki jak ja, ale w gustownym dresie z kreszu też pewnie wpuszczą do studia. Byleby gość miał pełną klawiaturę w pysku, bo szczerbatych to pełno w niższych ligach na trawie. Ale nie ma co narzekać, kolejny skowronek zaćwierkał, wschodzi słońce dla futsalu.

A co do ćwierkania, to twitter zaczyna żyć futsalowo. Jest paręnaście aktywnych osób, a najbardziej nasza ligowa pani fotograf, czyli @zmijkats. No i @Jakub_Mikulski, gorzowsko-warszawski pasjonat z podwójnym profilem (@futsalpl). Znana szydera, @slo7nik często daje dobre teksty, polecam, także @rafał_futsal czyli Krzyśka. Kiedyś szczecinianie byli aktywni, teraz coś siedzą cicho. Ale dołączają kolejni piłkarze, ostatnio @danleb19 z Euromastera. Muszę się też pochwalić, zostałem już zbanowany. Nietrudno się domyślić przez kogo. Zazwyczaj blokuje się kogoś, kto pisze nieprzyjemne komenty, ale ja nie zdążyłem napisać ani jednego a już dostałem bana. Profilaktyka musi być ;)

Za ostatni felieton otrzymałem sporo pochwał, co sprawia mi pewną satysfakcję i łechce moje ego. Napisanie tekstu zazwyczaj zajmuje mi około 6 godzin, jak sami widzicie sporo czasu poświęcam, abyście nie nudzili się przy lekturze. @rkędzior, były już redaktor Orange Sport napisał, iż przekaże Pawłowi (Zarzecznemu), że ma godnych następców. Dużo mi jeszcze do niego brakuje, zwłaszcza tych wanien wódki i wagonów koleżanek, agentur też nie zwiedzam. No i jak to powiedział Mickey Knox w kultowym już filmie "Urodzeni Mordercy" ("Natural Born Killers") - "It’s pretty hard thing to beat the King". Kto oglądał ten wie o co chodzi ;)

Wiele słychać ostatnio o pomyśle "Wielka Pogoń" - czy jest to właściwa inicjatywa? Postanowiłem zgłębić temat, bo jak dobrze wiecie, generalnie jestem przeciwny podłączaniu futsalu do trawy. Do tej pory nie było z tego wielkich korzyści dla piłki halowej, no może jedynie Krakbet zyskał kibiców, bo Euromaster to już niezbyt.

Przeprowadziłem rozmowę z vice prezesem Pogoni ’04 Mirkiem Grycmacherem, który przekazał mi kilka ciekawych spostrzeżeń. Pomimo zbieżnej nazwy, "zeroczwórka" jest samodzielnym tworem, który powstał ponad 10 lat temu. To dlaczego ma teraz w pewien sposób połączyć z trawiastą Pogonią?

Tutaj oddaję głos Mirkowi:

"Zacznijmy od podstaw. Nazwa Pogoń jak i herb jest własnością Pogoni Szczecin. W Polsce miasto Szczecin w kategoriach sport to "Pogoń Szczecin" i chyba w większości nikt nie ma co do tego wątpliwości. Skoro Prezes Pogoni Pan Jarosław Mroczek przedstawił klubom propozycję sportowej promocji miasta przez promocję pod hasłem "Wspólna Pogoń", to naszym obowiązkiem, dla dobra futsalu należało się nad tym pochylić.
Nasz klub Pogoń ‘04 ma już wypracowaną markę w polskim środowisku futsalowym i to jest nasza marka, która daje nam wiele satysfakcji, posiada swoją tradycję i jest już rozpoznawalna. Chyba każdy wie, jakie jest przełożenie i popularność futsalu w odniesieniu do piłki trawiastej, męskiej i żeńskiej piłki ręcznej czy też koszykówki. Połączenie sił i wzajemna promocja, ustalanie terminarzy, aby szczeciński kibic mógł zobaczyć jak najwięcej wydarzeń sportowych, a nie był zmuszany do wyboru "lepszej dyscypliny", zapowiedzi meczowe, czy też w efekcie końcowym nowi kibice, którzy dzięki tej promocji będą mogli się z nami identyfikować, to kolejny aspekt przemawiający za słusznością decyzji. Mamy już tego pierwsze przykłady. Hale w Polsce to w porywach 500-1000 kibiców na meczach futsalu. Wiem, że zdecydowanie zawyżam średnią :)
Na dzisiaj tysiąc kibiców na naszych meczach to jest minimum, a już w meczu z Red Devils Chojnice (1600) czy też z AZS UŚ Katowice (2000) widzimy, że następuje znaczny postęp. Posiadamy duży zapas miejsce (do 5 tysięcy), więc mamy dużo do zrobienia.  Dlatego drogi Marcinie Twoje pytanie "To dlaczego ma teraz w pewien sposób połączyć z trawiastą Pogonią" jest tylko w części prawdziwe. Połączyć w promowaniu sportu przy zachowaniu integralności klubów, ich tradycji i osiągnięć dla dobra sportu. Oczywiście, jak ktoś mawia - duży może więcej, ale skoro mamy "Starszego Brata", co prawda z różnych ojców (Maciej, Krzysztof i Kaziu bez urazy), to dlaczego nie mamy z tego skorzystać? A jeśli przy tym okaże się, że klub będzie mógł skorzystać finansowo to - powiem kolokwialnie - łączy nas piłka i daj Boże kasa”.Mirosław Grycmacher

Tyle od Mirka, a ja swoimi kanałami dowiedziałem się, iż być może duży, ogromny sponsor zainwestuje w markę "Wielka Pogoń". "Azoty" objęły już sponsoringiem tytularnym halę Arena Szczecin i podobno nie jest to ich ostatnie słowo, jeśli chodzi o inwestycje w sport. Oby wszystko poszło w dobrą stronę, to powstanie mocny klub futsalowy z rekordową widownią w Polsce.

Kolejka rozpoczęła się w piątek dwoma spotkaniami. Najpierw Clearex przegrał trzeci mecz z rzędu. W pięciu ostatnich meczach aspirujący do medali chorzowianie zdobyli tylko jeden punkt!!! Straszny hamulec po udanym początku sezonu. Nie wiem, co tam się dzieje w zespole, ale potykają się już o wszystko. Wyjdą na zakupy, jebut w krawężnik, pomarańcze rozsypane po chorzowskich hałdach. Nie ma prezesa, nie ma bata, nie ma gry.

Gatta punktuje rywali i po cichutku skrada się tuż za Wisłą. Kwartet Marciniak, Milewski, Krawczyk, Sobalczyk nie zawodzi. "Kulfon" wrócił po kontuzji, przypozował w autokarze w stylówie a'la Żewłakow po powrocie z kadrą z USA. Amerykański luz, "West Coast" edition - trochę fantazji nikomu jeszcze nie zaszkodziło, zarówno przed, jak i w trakcie meczu. A Igor umie zagrać tak, że niemal każdy by chciał być "Kulfonem".

W "Derbach Desperatów" górą Katowice. Dominował radosny futsal, poziom sportowy obu drużyn bardziej pierwszoligowy niż ekstraklasowy. Rafał Krzyśka okazał się "piątym elementem", który zadecydował o punktach. To spotkanie może okazać się bardzo istotne dla końcowego układu tabeli. W Gdańsku wrócił Pawicki, pojawił się "domowy" Widzicki, ale to było zbyt mało na odrodzony zespół ze Śląska. "Korek" ustawia klocki od nowa, szykuje się "Wielka Ucieczka część druga"?

Gwiazda - Rekord. Planowe zwycięstwo Mistrza Polski, planowa porażka Gwiazdy. Nie radzą sobie ostatnio. Trzy wysokie porażki z rzędu, teraz do Pogoni na Arenę Szczecin, powrót z tego meczu nie zapowiada się wesoło. A oba Azetesy zaczęły ostro gonić, początkowa przewaga zmalała i Gwiazda znalazła się na miejscu spadkowym. I ciężko będzie im z tego wyjść. Do 11. minuty jeszcze się trzymali, a potem już tylko Rekord walił jak w bęben. Grali zespołowo, sześciu zawodników trafiło do siatki. Teraz jadą do Zduńskiej Woli i jest to ostatnia szansa na jakąkolwiek pogoń za srebrnym medalem, bo na złoty to już nie mają szans.

Wisła - Pogoń, włączyłem drugą połowę, patrzę przez chwilę - obie drużyny wyszły na parkiet bez bramkarzy? Patrzę dalej - 23. minuta, rozkręca się karuzela, walka jak na korcie tenisowym - punkt za punkt. Na twitterze napisałem, że przewiduję wynik końcowy 98:98 i niedużo się pomyliłem. W końcówce już tylko liczyłem "sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy..." Gole padały szybciej, niż bezdomny wpierdala zupę.

Ostatnie takie tango było w sezonie 2007/08, kiedy Akademia Słowa Poznań przegrała u siebie z GKS Jachym Tychy 10:11. Daniel Lebiedziński, jeden uczestników tego epokowego wydarzenia napisał na twitterze, że skończyli strzelać, bo ktoś po nich wchodził na halę.

Wtedy 21 goli, to dzisiejsze 16 sztuk to jest "małe miki". Ale 10 goli w jednej połowie Wisły, to na pewno rekord dwudziestu minut. Szokująca wprost gra Pogoni w defensywie, Kośmider zaliczył "kośmarny" mecz, co najmniej kilka bramek obciąża jego konto. Mieli przewagę w polu po czerwo dla Patera, ale nie wykorzystali tego, a w końcówce grając nerwowo i chaotycznie pogubili się zupełnie.

Chciałbym zwrócić uwagę na sytuację z 35:07 min, kiedy sędzia Jakub Orliński nakazał powtórzyć rzut wolny Bondara. Jest to super decyzja, bo bardzo często arbitrzy dopuszczają wcześniejsze wyjście bramkarza, co znacznie utrudnia prawidłowe wykonanie rzutu wolnego. Co z tego, że zespół ma SFG, jak nie ma z tego korzyści, gdyż bramkarz interweniuje niezgodnie z przepisami? Prosiłbym o zwracanie baczniejszej uwagi na takie sytuacje, bo często wychodzi na to że opłaca się faulować, bo i tak potem można przeszkodzić w jego skutecznym wykonaniu.

Red Devils kontra GAF Jasna Gliwice. Jeden zero w ryj. Co tu dużo pisać, zagraliśmy bardzo słabo w ofensywie. I to po raz kolejny. Bo do defensywy nie można mieć zarzutów, od pięciu meczów tracimy bardzo mało bramek. Zaledwie pięć!!! (Gatta 2, Red Dragons 0, Clearex 1, Euromaster 1, GAF 1).  Nikt tak dobrze nie broni dostępu do bramki jak "Czerwone Diabły". Ale co z tego? Punktów z tego tylko sześć. Dramatycznie mało, choć wszystkie spotkania graliśmy z zespołami z czuba i środka tabeli. Tylko z Chorzowem pokazaliśmy na co nas stać, w pozostałych meczach przeżywamy męczarnie po przekroczeniu linii środkowej. Mamy kilku napadziorów - Iwanow, Charczenko, Sobański, Mączkowski - ci zawodnicy regularnie strzelali po ponad 10 goli w sezonie. A teraz indolencja strzelecka, jak mają podać to strzelają, jak mają strzelać to podają. Wszystko odwrotnie. Teraz czeka nas wyjazd do Katowic, jedziemy dzień wcześniej, nocleg w hotelu i na świeżości idziemy na parkiet. Tutaj nie będzie już wymówek - trzy punkty muszą być.

A gliwiczanie grali konsekwentnie, skutecznie bronili dostępu do bramki i liczyli na jeden błąd naszej drużyny. Sobański dał się minąć Luteckiemu przy linii autowej, no i tak padł jedyny gol meczu. "Betao" czyli Kiełpiński miał wywieźć z Chojnic tylko schabowego, ale dodał to tego trzy punkty i to uprzyjemniło mu posiłek. Nam pozostał tylko ogromny wkurw do konsumpcji.

Mecz telewizyjny - dobre tempo, sporo bramek i dużo zaciętości. Pierwotnie nasze spotkanie z Gliwicami miało być pokazywane w Orange Sport, ale hala została wynajęta na trzydniowe rekolekcje ojca Bashobory i musieliśmy zrezygnować z przeprowadzenia transmisji. A tak przy okazji, chętnie wysłałbym niektórych swoich zawodników na wizytę do tego charyzmatyka, bo podobno na seansach kulawi odrzucają kule, kalecy wstają z wózków, a ślepi odzyskują wzrok - idealne rozwiązanie na nasze bolączki.

Wracając do meczu Red Dragons - KGHM Euromaster, było to naprawdę fajne spotkanie. Czy jeszcze ktoś powie, że ten wynik był sensacją? Bo według mnie wygrał faworyt. Czas najwyższy skończyć z lekceważeniem bandy "Young Guns" Frajtaga, bo zwłaszcza u siebie są bardzo mocni. Doświadczeni zawodnicy Euromastera zawiedli, notując wiele strat w kluczowych momentach. Tylko w pierwszej połowie dotrzymywali kroku młodym, w drugiej już się kompletnie rozkraczyli. Bohater meczu - "Domino" Solecki, który przed sezonem miał problem ze znalezieniem zespołu dla siebie. Teoretycznie zrobił krok w tył dochodząc w ostatniej chwili do zespołu beniaminka, ale jak widać było to dobre posunięcie. Aha, jakby ktoś nie wiedział - to Red Dragons utrzymali się w ekstraklasie. Tak naprawdę zrobili to już po pierwszej rundzie. Nauczcie się patrzeć na nich w kontekście gry o czołową czwórkę, a nie o utrzymanie.

Kontrowersje - tym razem nie było tego wiele. Czerwone kartki, ale wszystkie zasłużone. Nerwowo było w Krakowie, Pater dał się sprowokować Kubikowi, który później także wyleciał z parkietu za drugą żółtą kartkę. O ciekawej sytuacji z tego meczu pisałem już wcześniej. No to by było tego na tyle. Jak sędziowie nie przeszkadzają, to wszyscy mogą być zadowoleni.

Kącik bibliotekarski - tym razem Igor „zaSYPAny” Sypniewski na tapecie. Wzorcowa książka o piłkarskim upadku. Absolutnym Mistrzem był jeden z moich ulubieńców George Best, ale Igor spadł dużo głębiej, na same dno. "Belfast Boy" zapił się na śmierć, druga wątroba nie wytrzymała, ale pił do końca, bo miał za co pić. "Sypek" miał świetne pokrętło w lewitce, krawaty nią wiązał, ale też butelki otwierał i fajki odpalał. A potem z Ligi Mistrzów do pudła, niezła podróż w jedną stronę. Nie udało się uciec od kolegów z bałuckiej żulerni, wracał do nich w każdej wolnej chwili. Ale też była wielka wojna z depresją, najbardziej lekceważoną chorobą cywilizacyjną. Robert Enke, bramkarz reprezentacji Niemiec skoczył pod pociąg nie radząc sobie z nią. Igor próbował także skończyć, ale na szczęście jego odratowano. Polecam tę książkę, bo były zawodnik Panathinaikosu nie ukrywa niczego ze swojego życia. To podobna spowiedź jak Andrzeja Iwana "Spalony", tylko bardziej współczesna.

W tym miejscu napiszę o podobnym przypadku, który nie skończył się aż tak drastycznie jak u "Sypka", ale chłopak zmarnował świetnie zapowiadającą się karierę futsalową. Nie będę przytaczał nazwiska, bo niektórzy jeszcze go pamiętają, zresztą to nie jest najważniejsze w tej historii. Na trawie zaliczył wszystkie kadry wojewódzkie, a także narodową, grywał regularnie w starej III lidze w barwach Chojniczanki. W futsalu debiutował w wieku 16 lat grając w drugiej czwórce Holiday’u, strzelał bramki, asystował. To naprawdę był wielki talent, pokroju Tomka Kriezel 9 lat później. Nad jego rozwojem czuwał przede wszystkim jego ojciec, były świetny piłkarz Chojniczanki. Niestety, po ostrym zawale serca zmarł w domu na oczach młodego zawodnika. Po tym traumatycznym zdarzeniu chłopak grał dalej w piłkę, po rozwiązaniu Holiday’u przeszedł do Red Devils, ale z każdym sezonem grał coraz słabiej. Organizm regularnie osłabiany alkoholem nie radził sobie z profesjonalnym graniem. Niestety, popularne "piwko" w coraz większych ilościach było na początku lekiem, a potem już tylko wymówką i ucieczką od życia. Próbowaliśmy wielokrotnie pomóc zawodnikowi, terapie itp., ale jak z alkoholem jest tak, że jak sam nie chcesz się z tego wyrwać, to nie wyjdziesz z tego. Naprawdę szkoda chłopaka, bo dzisiaj by miał kilkadziesiąt występów w kadrze, albo i więcej...


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...