Z notatnika dziejopisa

Okres kanikuły pozwala pisać lżej, a nawet nie stricte o futsalu. Dlatego pozwolę sobie przemycić ogólnie kilka zdań o mazowieckiej piłce. Futsal w Warszawie oraz na Mazowszu nie jest dyscypliną numer jeden. Nie jest też wiodący w kategorii piłka nożna. Jest jednym z wielu sportowych, mazowieckich, czy warszawskich wyzwań i nie nakręca się na lansowe sukcesy. Tym bardziej, że nie powalają regionalne tradycje małej piłki. Futsal orbituje tutaj w kierunku jego młodzieżowego wydania. Mazowiecka piłka młodzieżowa zamknęła miniony rok sukcesami, których próżno szukać w innych regionach. Jako sympatycy piłki halowej cieszymy się, że skromną cegiełkę do sukcesów dorzucił też futsal.

W warszawskiej siedzibie związku hołduje się zasadzie nie chwalenia dnia przed zachodem słońca. Stąd dopiero w połowie lipca po podsumowaniu sezonu młodzieżowego 2016/2017 w skali kraju z podniesionym czołem można napisać, że kadry wojewódzkie chłopców wzięły wszystko, co było do wzięcia w młodzieżowej piłce pod egidą PZPN, zwyciężając w trzech ogólnopolskich turniejach finałowych. I to ten wyśniony „legendarny złoty pociąg” objawił się na mazowieckiej ziemi, a nie w okolicach  Wałbrzycha na Dolnym Śląsku. Kiedy do tego dodamy jeszcze mistrzostwo Polski juniorów Legii, zwycięstwa dziewcząt z Ząbek w ogólnopolskim „tymbarkowym” turnieju dzieci oraz futsalowe mistrzostwo Polski akademiczek z Uniwersytetu Warszawskiego w kategorii do lat 18 widzimy, że przysłowie o treści „ciszej jedziesz, dalej zajedziesz” swoim wybrzmieniem jest godne polecenia dla wszystkich chcących uchodzić za ikony wiedzy sportowej.



Kontynuując sagę młodzieżową przejdę do takiegoż futsalu w wydaniu krajowym. Gdzieś w połowie kadencji przewodniczącego Grenia odebrałem telefon od pana Morkisa, który wówczas był przez pana Grenia nominowany na kierującego młodzieżowym futsalem w Komisji związkowej. Sympatyczny pan Grzegorz zapytał co sądzę o ogólnopolskich mistrzostwach futsalowych kadr wojewódzkich. Moja odpowiedź była prosta. Oczywiście poparłem pomysł, ale też przedstawiłem pewne uwarunkowania do spełnienia przez PZPN. Minęło 3 lata od tej rozmowy i tematu nikt nie podejmuje. A uwarunkowania miałem tylko dwa - jedno poważne i jedno czasowe.

To poważne mówiło o przeznaczeniu przez PZPN jakiejś kwoty dla każdego województwa na rozwój futsalu młodzieżowego. To drugie dotyczyło zaś przedziału czasowego potrzebnego na zorganizowanie takich kadr. Ten czas był potrzebny przynajmniej nam na Mazowszu (ale i pewnie kilku regionom też) do rozwinięcia się, bo nijak nie możemy obecnie porównywać się z mocarnym futsalowo (szacunek) Śląskiem. Rozumiem, że temat jest już nieaktualny, ale warto go przypomnieć. Chociaż nie sądzę, aby za prezesury pana Bońka, czy jego skarbnika związkowego, wiceprezesa pana Nowaka jakieś ekstra grosze na futsal dla związków wojewódzkich znalazły się.

Rada Nadzorcza SFE przeżyła prawdziwe trzęsienie ziemi. Z poprzedniego składu personalnego ostał się tylko przedstawiciel Rekordu Bielsko Biała. Największym zaskoczeniem było wyeliminowanie  w tajnym głosowaniu kandydata Cleareksu. Okazuje się, że w polskim futsalu nie ma ikon. Nie wystarczy mieć tylko nazwę. Wspólnicy postawili na nowe siły, nowe pomysły. Kredytu zaufania udzielili nowemu szefowi RN SFE, prezesowi FC Toruń panu Stasiukowi. Czas pokaże, jak ów kredyt zostanie skonsumowany.

Wydaje się, że Spółka dojrzała do nowej wizji dla siebie. Szkoda tylko, że utrzymano wątpliwy dla celów szkoleniowych system dzielenia przez pół punktów po sezonie zasadniczym. Krótko mówiąc - atrakcyjność widowiska (a tak wcale nie musi być) pokonała cele sportowe. Czas pokaże, czy obrana droga atrakcyjności przyciągnie widzów, sponsorów, podniesie poziom polskiego futsalu. Ale Spółka oprócz zadań sportowych ma także biznesowe i tutaj znajduje się – zdaniem klubów – na pewnym niedoczasie. Zapowiada się więc ciekawy sezon.

Lubię merytoryczną korespondencję. Niedawno jeden z działaczy klubów polskiego futsalu w rozmowie przekazał, iż zbyt pochopnie okrzyknąłem chorzowski klub liderem w klasyfikacji osiągnięć klubowych rodzimego futsalu na arenie międzynarodowej. Jego zdaniem pierwszeństwo należy się nieistniejącej już Akademii FC Poznań/Pniewy. Nie ukrywam, że nie jestem statystykiem dlatego nie odniosę się do tych słów w zakresie prawdy realnej, ale piszę o tym, by wskazać różnym pasjonatom potrzebę sprawdzenia owych danych. W każdym razie życzyłbym sobie, aby Rekordziści z Bielska Białej poszli śladem Cleareksu, czy Akademii i wyrównali ich osiągnięcia, albo nawet ich pobili wynikami w futsalowej Lidze Mistrzów. Może wtedy odżyłby klubowy polski futsal. Zresztą patrząc na przychylne dla Rekordu losowanie tegorocznej edycji nawet nie dopuszczam myśli, że dwie rundy nie zostaną przebrnięte. To jest obowiązek. Obowiązek wobec polskiego futsalu.



Być może ktoś z WYSOKA czuwa obecnie nad polskim futsalem, gdy popatrzy się na niedawne losowanie par barażowych o udział w finałach mistrzostw Europy Słowenia 2018. Wylosowaliśmy Węgry, przeciwnika o którym w sensie życzeniowym mówiło się najczęściej w Polsce futsalowej przed losowaniem.  Osobiście optowałem z Francuzami, ale Węgrów też akceptuję, chociaż nie jestem aż takim hurra optymistą. W przeprowadzonej po losowaniu mini ankiecie w gronie zawodników, trenerów, działaczy wyszło, że 97 procent uznaje nasz awans niemal za pewny. Z drugiej strony rozpytałem co nieco bratanków Madziarów i wyszło, że oni także uważają, że nie mogło być lepiej. I te moje „wywiadówki” mocno mnie zaniepokoiły. Gdy obie strony są zadowolone, to wbrew pozorom może być trudno. Dlatego apeluję, by nie podejść zbyt lekko do baraży, z uśmiechem triumfu na ustach już przed meczami. Niejednego, lepszego od nas to zmyliło. Wierzę w rozsądek trenerów reprezentacji, solidność – też myślową – kadrowiczów, wreszcie formę sportową, gdyż takie okazje awansowe mogą się nie powtarzać zbyt często. Wierzę, że każdy trybik reprezentacji oraz wokół reprezentacji, będący w gestii PZPN zagra dobrze naoliwiony. Trener Jerzy Engel  w książce „Prosta gra” pisze, że na wynik składa się wiele elementów, jak choćby sprawy finansowe, dokumentacyjne, organizacyjne, medyczne, forma piłkarzy. Gdy to wszystko zepnie się razem w jedną całość w tym najwłaściwszym momencie jest dopiero sukces. Pozostaje więc tylko trzymać kciuki, aby tak stało się.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niezawodny pan Józef wychwycił pewną nieścisłość w moim poprzednim felietonie. Może nie tak nieścisłość jak uogólnienie, które dla mnie jak i wielu ludzi futsalu znających meandry powstawania Spółki FE wydaje się błahe, ale jednak warto je sprecyzować. Rzeczywiście, drogi Przyjacielu, PZPN nie miał nic do dawania zgody na powstawanie Spółki. Na szczęście zarówno kiedyś jak i obecnie każdy może taki  twór założyć, o ile tylko nie zakwestionuje czegoś KRS. Zgoda PZPN - i to z tym był największy kłopot wymagający wielu dyplomatycznych zabiegów – dotyczyła przekazania rzeczonej Spółce prowadzenia rozgrywek ekstraklasy futsalu polskiego. Tyle gwoli uściślenia. Cieszy mnie, iż są czytelnicy felietonów uważnie je analizujący. Wolę takich i ich poprawki niż tych beznamiętnie zaliczających kolejne artykuły. Tak jak wolę krytyczne, lecz merytoryczne, spojrzenie od śliskich, nie zawsze szczerych pochwał. A w dzisiejszej „globalnej wiosce” każde uchybienie natychmiast wychodzi na jaw i nie powinno obrażać ani piszącego, ani opisywanego. Gabriel Garcia Marquez powiadał – „Człowiek uczy się pisania, pisząc”. A ja dodam – i czytania, czytając ze zrozumieniem.



Wyczytałem, że SFE ogłosiła wyróżnienia w wielu kategoriach za miniony sezon rozgrywkowy. Nie wypada felietoniście być gorszym, więc postanowiłem ogłosić też jakieś wyróżnienia. Tym bardziej jestem do tego uprawniony, że bywałem na wielu meczach, pilnie śledziłem spotkania w telewizji i co nieco wyróżniałem w poprzednich felietonowych zapiskach. Tym oto sposobem wyróżniam: za kibiców - Red Dragons Pniewy; za organizację - FC Toruń; za rozczarowanie - Gattę Zduńska Wola; za wydarzenie godne uwagi - powrót do futsalu Krzysztofa Elsnera; za sensację - reprezentację Polski remisującą z Hiszpanią. Nominuję też piątkę futsalową w składzie: Kałuża, Mikołajewicz, Krawczyk, Zastawnik, Kubik. Chciałem jeszcze wyróżnić coś związkowego, ale – z całym szacunkiem – nie dopatrzyłem się niczego ponad wykonywanie statutowych obowiązków. Bez nadwyżki jakościowej. A o ile ona jest, to nikt się tym nie chwali.

No i Rekord nie otrzymał organizacji turniejów w pierwszych dwóch rundach futsalowej Ligi Mistrzów. UEFA forowała w preeliminacyjnej rundzie raczkujące w większości państwa futsalowe. Jest to w pewnym stopniu polityka promocji futsalu. W każdym razie nie życzę Rekordowi wyprawy w okolice koła podbiegunowego do Norwegów. Ale nadal potwierdzam obowiązek kwalifikacji do kolejnej rundy. Przy okazji, panie prezesie Januszu, warto czasami polobbować, gdyż -  jak okazuje się – nie zawsze dobrze, czy nawet bardzo dobrze napisany wniosek jest wystarczający. Jak to pisał Dante Aligerhi – „Dusz obojętnych nie chce ani niebo ani piekło”.

Moja kablówka zrobiła mi gdzieś w połowie czerwca psikusa. Wyłączono sygnał SportKlubu. Tym samym grozi mi brak na wizji ekstraklasy futsalu. Piszę o tym na kanwie pojawiających się w środowisku futsalowym sporów w ocenie oglądalności futsalu, poprawnej jego promocji, wykorzystaniu telewizji dla marketingu. Myślę, że nie ma o co spierać się, gdyż bywają sytuacje, że kto inny decyduje za nas. Warto tego co mamy pilnować, posiadane pielęgnować, nie narzekać, gdyż za chwilę można i posiadane stracić. O czym przekonałem się namacalnie w kontekście mojej kablówki. Chciałbym doczekać czasów w futsalu, gdy kluby, związek, Spółka zjednoczą siły i wspólnie usidlą na poważnie jakąś telewizję dla futsalu. Ale prędzej pewnie dwie niedziele w kalendarzu trafią się pod rząd, niż to stanie się. I to nie z winy wymienionych, ale owych przekaźników właśnie, bowiem zauważyłem, że media rajcują obecnie bardziej jakieś nowe, wymyślne dyscypliny niż te tradycyjne, sprawdzone, popularne, znane. Rozumiem, że ciekawostki są przebojowe, sprzedają się częściej, lepiej. Ale czy dyscyplina o nazwie przykładowo  „kopanie się po czole” jest czymś normalnym. Pozostawiam do rozważenia.

Zauważyłem, że beniaminkowie ekstraklasy biznesowo są przygotowani na ten poziom rozgrywkowy. Jak mogłoby być inaczej, gdy zarządza interesem spółka prawa handlowego. Ale jak to bywa w przyrodzie, gdy coś jest lepsze, coś innego musi być gorsze, by została zachowana równowaga. Tym gorszym okazuje się być znajomość przepisów typowo regulaminowych, rozgrywkowych i temu podobnych. Brakuje tego czegoś, co onegdaj stanowiło elementarz każdego klubowego działacza. I nie dotyczy ten passus tylko beniaminków. Dlatego proponuję władzom Spółki FE oraz Komisji Futsalu przeszkolenie działaczy klubowych w zawiłościach regulaminów, organizacji meczów, zasad bezpieczeństwa i podobnych tematów. W całym tym interesie nie chodzi przecież o późniejsze nakładanie kar za uchybienia, lecz zapobieganie niedoróbkom. Tak jak nie pochwalam łapania na radar kierowców gdzieś tam ze sprzętu stojącego w krzakach tak i nie mogę zgodzić się z niedoszkoleniem działaczy. Pamiętajmy wszyscy dopóty dzban wodę nosi dopóki ucho nie urwie się. I oby – trawestując Kochanowskiego - nie okazywaliśmy się wszyscy mądrzy dopiero po szkodzie.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Katarzyna Rosłaniec nie zajmuje się futsalem, ale robi filmy. Jej dziełem są między innymi „Galerianki”, „Bejbi blues”, czy najnowszy „Szatan kazał tańczyć”. Niedawno wyczytałem w jednym z jej wywiadów, że realne życie wystarczy na kreowanie świata. Nie ma potrzeby czynienia tego jeszcze na facebooku. Albo w życiu robi się to, co chce się robić i temu poświęca się bez reszty albo tworzy się o sobie opowieści w internecie.

Bardzo te słowa, co prawda nie cytowane przeze mnie in extenso lecz przekazane w miarę starannie, przypadły mi do gustu. Piszę to na kanwie wyczytywanych różnych facebookowych, czy twitterowych wpisów o zabarwieniu futsalowym. Często mają się one nijak do rzeczywistości, a służą najzwyczajniej lansowi. Tymczasem realny świat stwarza na co dzień tyle nowych wrażeń, że czuć można więcej, coraz więcej. I działać, a nie tylko wpisywać, dopisywać, odpowiadać. Dlatego z rezerwą podchodzę do wszystkiego co unika bezpośredniej relacji. Tym bardziej interakcji anonimowej.



Dziennikarz zawsze musi mieć swoje źródła, których nie ujawnia nawet najbardziej dociekliwym służbom. I prawo go nawet chroni w tym zakresie. No chyba, że jest zagrożone bezpieczeństwo państwa. Na szczęście futsal naszej Najjaśniejszej w żaden sposób nie zagraża, więc i ujawniać źródeł wiedzy potrzeby nie ma i raczej nie będzie. Z zainteresowaniem przyglądałem się latom działalności Spółki Futsal Ekstraklasa od chwili jej powstania. Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem o zamiarze powołania takiego ciała w 2004 roku byłem sceptycznie do tego nastawiony. Wówczas w restauracji katowickiego hotelu Campanile panowie Szymura, Sowiński oraz Adam Kaczyński nie przekonali mnie ani nowego przewodniczącego futsalu pana Grenia. Pana Kazimierza nie przekonali zapewne nigdy.

Natomiast mój punkt widzenia zmienił się gdzieś w roku 2007, gdy zobaczyłem, że od PZPN kasy dla klubów ekstraklasy nie wydrzemy, ewentualni sponsorzy muszą przekazywać fundusze do kasy związkowej bez oddzielenia na futsal, a i prowadzenie rozgrywek odbywa się za pomocą jakby ręcznego sterowania. Jako przewodniczący polskiego futsalu w roku 2008 powróciłem do rozmów z panem Szymurą. Bardzo aktywny w działaniu na rzecz tworzenia Spółki był pan Sowiński. Pewne sprawy konsultowałem z Czechami, mającymi doświadczenie w tego rodzaju rozwiązaniach. W kolejnym roku zarys organizacyjny oraz programowy był gotowy. Wspólnie opracowaliśmy zasady oraz regulamin, który został przedstawiony w PZPN dyrektorowi Wachowi z Departamentu Prawnego.

Decydujące rozmowy z udziałem „układających się” stron odbyły się w węgierskim Debreczynie podczas finałów futsalowych Mistrzostw Europy. O planach poinformowani zostali nieoficjalnie sprzyjający nam ludzie z UEFA. Pozostało tylko przekonać władze PZPN i to był największy problem, gdyż opór ze strony władz związku był spory. Zadanie to przypadło mnie. Było trudno, ale wykorzystując przychylność wiceprezesa Bugdoła, pozytywne spojrzenie wiceprezesa Bednarka, w końcu akceptację prezesa Lato, udało się otrzymać pozytywną opinię zarządu związkowego i zainaugurować działalność Spółki od sezonu 2010/2011. Dzisiaj twierdzę, że był to ostatni moment na realizacje przedsięwzięcia. Zmiany w Komisji Futsalowej po roku 2012 pewnie na lata ponownie wstrzymałyby ów projekt.  

Przedstawiłem ten najprostszy w wyrazie rys historyczny, by różnym domorosłym historykom futsalu uświadomić jakie były realia oraz meandry tworzenia Spółki. To była walka o pozycję futsalu w PZPN. Piszę o tym w przeddzień Walnego Zgromadzenia Wspólników, by uświadomić, że coś co ze sporym trudem tworzyło się przez lata należałoby szanować. Spółka działała różnie. Miewała i ma lepsze oraz gorsze momenty. Była na krawędzi bankructwa, ale podniosła się. Były nieudane wybory personalne, ale były i całkiem dobre. Jako osoba z zewnątrz nie będę wymądrzał się ocenami. Wiem natomiast, że Spółka była jest i będzie potrzebna.

Dla bliższego oglądu zapoznałem się  z kilkoma przekazami otrzymanymi od działaczy klubów ekstraklasy. Tezowo wykrystalizowały się opinie o potrzebie dopieszczania Spółki, gdyż ciągle jeszcze nie jest tworem profesjonalnym. Podkreślano, iż nie wszystkie zmiany ją profesjonalizują. Zaznaczano jak wiele sił kosztowało Spółkę w poprzedniej kadencji bronienie się przed zakusami związku o odzyskanie rozgrywek ekstraklasy. Obecnie sytuacja w tym temacie ustabilizowała się, ale jak kluby nie dostaną czegoś więcej od Spółki niż mają, to mogą same wyjść z opcją zmian. Wreszcie – co dla mnie jest najciekawsze – wskazywano, że o ile początkowo to Spółka narzucała, wskazywała pewne standardy organizacyjne, to teraz kluby dojrzały i lepiej się promują oraz organizują(!). Każdy z moich interlokutorów był zawiedziony brakiem generalnego sponsora, który wspomógłby kluby.



Niedawno podczas pewnego panelu dyskusyjnego miałem okazję zapoznać się z doświadczeniami oficera amerykańskiego Gregory Hartleya o metodach manipulacji. Z drugiej strony przeczytałem materiał polskiej psycholożki o tak zwanej wyuczonej bezradności. Na kanwie tych dwóch racji powiem do udziałowców Spółki – jest bardzo ważne, żeby mieć świadomość na co Was stać, pojedynczo oraz w grupie. Co jest mocną, a co słabą stroną Spółki i czy są rzeczy, których nie da się przeskoczyć nawet przy największych staraniach oraz najlepszych chęciach.

Topowe na dzisiaj hasło „you can do it” (możesz to zrobić) nie zawsze daje bowiem wygraną z rzeczywistością. Ale też nie można dać się zmanipulować i zawsze należy kontrolować rzeczywistość. Też personalną. A może Spółka na chwilę obecną osiągnęła maksimum swoich możliwości i więcej się nie da? Jest więc o czym dyskutować na warszawskim spotkaniu. I zapewne jest to lepsze pole dochodzenia do prawdy niż te nieskomplikowane facebooki, czy twittery. Tego - cytując słowa Kopernika „Co innego jest złośliwie krytykować i zaczepiać, a co innego poprawiać i błędy prostować, podobnie jak pochwały różnią się od pochlebstw” – Spółce życzę.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Podczas meczu ze Słowakami na lubelskim obiekcie – całkiem przyjemnym zresztą - przepytałem wielu kibiców, skąd bierze się ich wiara w nieomylność władz związku piłkarskiego z prezesem Bońkiem na czele. Większość odpowiedzi oscylowała wokół dobrych wyników reprezentacji. Pierwszej reprezentacji. Jakoś ci od Dorny z U-21 po tym meczu nie przypadli im do gustu. Wiadomo, że takie przepytywania wcale nie muszą być reprezentatywne, ale jako w miarę normalny człowiek lubię czasami dowiadywać się, co myślą inni. I to nie od dziennikarzy mediów, którzy nie zawsze są obiektywni, lecz od pospolitego „Luda”, który nie zwykł koniunkturalnie, względnie w ramach poprawności politycznej, ukrywać swoich poglądów. Rozochocony zapytałem też, czy wiedzą co to futsal. I tutaj wynik ankietowy był marnawy. Raczej tak 30 do 70 w gronie respondentów na niekorzyść piłki halowej. Nie mam bałwochwalczej wiary w ankiety, czy sondaże, bo uważam je za niezłe manipulatory, ale na miejscu futsalu nie obrażałbym się takim wynikiem, bo jest całkiem przyzwoity.

Gdzieś tak miesiąc temu chciałem założyć się z jednym z dyrektorów związkowych, iż nie będzie żadnych zmian personalnych w gronie dwójki delegatów futsalu na Walne Zebranie PZPN. Dyrektor nie był tego taki pewny, a ja byłem. I nie pomyliłem się. Tandem Morkis-Kulczycki przez kolejne coroczne wybory będzie znajdował potwierdzenie w gronie wybierających i tylko szkoda kasy, by rokrocznie te wybory przeprowadzać. Dzisiejszego ranka w rozmowie ze mną jedna z historycznych postaci polskiego futsalu określiła tę sytuacje następująco – nasza halówka ma twarz przewodniczącego Komisji Futsalu, ale lobbuje w niej naczelnie po latach ponownie Śląsk. Mnie to nie przeszkadza. Nie wybieram, nie kandyduję centralnie, więc mam się nijak do twarzy, czy lobbujących. Jakoś powoli plewimy mazowieckie futsalowe podwórko i bez pomocy, czy z pomocą centrali będziemy to nadal robić. Inni – co odczytałem w słowach mojego rozmówcy – już nie są tak obojętni. Ale to nie mój problem. Jeżeli mam o coś pretensje do PZPN, to o to, że o wynikach wyborów musiałem dowiadywać się z portalu innego niż oficjalny związkowy.

Tak się składa, że miesiąc czerwiec w większości spędzam we Lwowie. Niestety, życie to nie jest bajka i do życia potrzeba kiełbasy oraz chleba, a na nie należy zarobić. Wielu Ukraińców szuka dolce vita w Najjaśniejszej, ale odwrotne wyjazdy na saksy też zdarzają się. Dzięki temu mam możliwość bliższego kontaktu z sąsiedzkim futsalem. Wyczułem, że życzą nam wygranej barażach o słoweńskie finały ME. Bardzo szanuję futsal ukraiński. Pamiętam, jak zaprosili nas na międzypaństwowy dwumecz, a wówczas było u nich z kasą krucho, więc aby nas ugościć według słowiańskiego obyczaju sami zrezygnowali ze zgrupowania, przebywając w prywatnych domach, aby tylko Polakom zapewnić dobre warunki. Jak mówił ówczesny szef ukraińskiego futsalu, Genadij Liseńczuk – nie mogło być inaczej, gdy w Polsce zawsze byli podejmowani z wielką gościnnością. Nie da się bowiem ukryć, że polska organizacja meczów, turniejów futsalowych od wielu lat jest uznana w Europie i dlatego różne nacje chętnie do nas przyjeżdżają na mecze. Chociaż wolałbym, by przyjeżdżali jako do topowej drużyny sportowej. Ale i może tak stanie się z czasem.

Niedługo walne zebranie w Spółce FE. Ciekaw jestem kondycji ekstraklasowych klubów. Nie sportowej kondycji lecz finansowej. I jeszcze ciekawi mnie, jaką twarz będzie miała Spółka po lipcowych obradach. Broń Boże, nie myślę o personalnych roszadach, ale tymi słowy chcę wyrazić pytanie, czy będzie to twarz ofensywna, czy zachowawcza. Najgorsze, gdyby objawił się wsteczny bieg. Jeżeli mogę coś zaproponować, to nie unikanie lustra. Owe spotkania z lustrem, nie zawsze są miłe i sam tego wielokrotnie doświadczyłem, ale lustrzane odbicie zawsze budzi jakąś refleksję i każe spojrzeć prawdzie w oczy. I wcale nie jest w tym momencie najważniejsza fizyczność.

Niedługo lipcowe losowanie europejskich, klubowych pucharów futsalowych. Dlatego całkiem merytorycznie zadam pytanie - JAK NIE REKORD, TO KTO. Pytam – oczywiście – w kontekście wyniku. Dobrego wyniku w rywalizacji z klubową Europą. Prezes Rekordu Janusz Szymura - jak odczytywać po transferach - stawia mocno na europejskie puchary. Dwa „Michałowskie” transfery (Kubik oraz Czech Seidler) z powagą każą podchodzić do bielsko-bialskich apetytów na coś więcej niż tylko trzy pierwsze mecze futsalowej Ligi Mistrzów. Szczególnie uniwersalny Seidler robi wrażenie. Liczę, że prezes Janusz nie pokpi sprawy i zorganizuje jeden z turniejów w Bielsku Białej. Byłaby to niezła nagroda dla tamtejszych kibiców. Wreszcie polski klub musi coś ugrać. Czas wesprzeć reprezentację klubowymi wynikami.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Piszę nieco opóźniony tym razem felieton, ale pobyt w bieszczadzkim Arłamowie, gdzie między innymi przebywała nasza kadra U-21 piłki trawiastej, przygotowująca się do polskich mistrzostw Europy, nadwyrężył poczucie czasu. Piękne krajobrazy, przecudny, niemal kompletny ośrodek dla przygotowań sportowych, wiele ciekawych osobistości – mam nadzieję – wytłumaczą opóźnienie. Wyznaje zasadę, że aby poznać kwitnące wiśnie nie trzeba jechać do Japonii, wystarczy do Łącka. Tak samo jest z dobrymi ośrodkami dla sportu. Po co wybierać się w Alpy, gdy pod bokiem jest Arłamów oraz Bieszczady.

Właściciela arłamowskich włości poznałem jeszcze w poprzednim wieku. Lubi sport, piłkę. Wie czego chce w życiu oraz biznesie. Pokochał Bieszczady i zainwestował w to bieszczadzkie cudeńko, jakim jest niewątpliwie Arłamów. Reprezentacja Nawałki szlifowała tam formę przed francuskim EURO i przyniosło to korzyści. Zobaczymy jak teraz poradzi sobie młodzież Dorny na polskim EURO – 21. W każdym razie – jak nieoficjalnie wywiedziałem się – trener Nawałka w razie zakwalifikowania się do finałów rosyjskich mistrzostw świata ponownie postawi na zgrupowanie w Arłamowie. Miejsce to nadaje się jak najbardziej na dłuższe zgrupowania i przynosi szczęście. Do krótszych jest pewnie za daleko. A może spróbowałby futsal. Funkcjonalna hala na miejscu jest jak najbardziej.



Będąc w Bieszczadach śledziłem na bieżąco wyniki mistrzostw Europy szóstek piłkarskich, które odbywają się czeskim Brnie. Podczas konferencji prasowej przed wyjazdem do Brna trener naszej kadry Klaudiusz Hirsch mówił wiele pomysłach na grę zaczerpniętych dla szóstek z futsalu. Pomysłach, które w wykonaniu Polaków sprawdziły się i które „podkupiła” Europa. Tylko pogratulować. Podczas rzeczonej konferencji w Warszawie spoglądając na polską kadrę zauważyłem w niej  futsalistów, jak choćby Elsner, Och, Citko. W Brnie Polacy dotarli do ćwierćfinału, gdzie po heroicznej walce ulegli Węgrom dopiero w rzutach karnych. Całkiem dobrze. Być w najlepszej ósemce Europy – marzenie polskiego futsalu. Oby taki wynik zrobiła reprezentacja trenerów Biangi oraz Korczyńskiego – pomyślałem sobie, wzdychając.

Patrząc z arłamowskich wyżyn na polski futsal zastanawiałem się dlaczego w jest w nim mało kobiet – działaczek. Dlaczego mężczyźni zdominowali ten atrakcyjny sport. Co prawda, istnieje futsal kobiecy i reprezentacje Polski kobiet, ale też główne role grają w nim mężczyźni. Najbardziej pewnie reprezentatywną część mają kobiety w sędziowskim futsalu. Osobiście na szybko przypominam sobie w gronie działaczek futsalowych panią Irenę z Chorzowa, panią Ewę z Gliwic oraz panią Anię z Bielska Białej. Sądzę, że jest pań więcej, ale niejednokrotnie pozostają w cieniu. A więc do boju, futsalowego boju – Drogie Panie. Czas upiększyć futsal.



Okres wakacyjny żywi się w futsalowym świecie głównie transferami. Felieton nie jest oczywiście miejscem do opisywania zmian barw klubowych, ale czasami warto zatrzymać się nad wypowiedziami zawodników o transferach. O ich filozofii transferowej, która zapewne jest bliska też tej życiowej. Podejrzewam, że każdy futsalista ma swoje Kilimandżaro, na które chciałby się wspiąć. I chwała za to, bo rywalizacja jest nieodłącznym motorem sukcesu. Jeden z reprezentacyjnych futsalistów zdecydował się na przejście z ekstraklasy do I ligi. Przy okazji stwierdził, że dla niego, jako człowieka z ambicjami, będzie to krok naprzód, bo nowy klub powalczy o Futsal Ekstraklasę.

Zawsze wydawało mi się, iż ambicje najlepiej rywalizować w  gronie najlepszych. Być może myliłem się. W każdym razie życzę powodzenia. Na kanwie tej wypowiedzi zastanowiłem się, co może oznaczać tak często używane określenie-klucz „krok naprzód”. Naukowo może to być między innymi ewolucja, postęp, rozwój, wzrost, zmiana na lepsze, wyższy stopień. I wcale nie musi to być powiązane stricte sportowo. W grę mogą wchodzić choćby finanse, byt, lepszy trener, lepsza atmosfera, zaplecze, etcetera, etcetera. Dlatego ocenność wartości sportowej takich kroków następuje dopiero po sezonie. I tego trzymajmy się.

Jakby niezauważona przeszła przez środowisko decyzja władz związkowych o statusie zawodników futsalu. Zarząd PZPN podczas swojego majowego posiedzenia poprawił chromą swoją uchwałę z czerwca 2013 rok. Była ona nieco jednostronna ze wskazaniem na futsal. Teraz jest sprawiedliwie, równo dla trawiastej oraz futsalu. Prawnie oraz regulaminowo czytelna. Widać rękę przewodniczącego Kaźmierczaka jako specjalisty od regulaminów związkowych. Oby tak dalej.

Zasady powinny być bowiem jasne, czytelne, równe. Obrany kierunek na zawsze odsuwa jednak profesjonalizację futsalu na zasadzie jako takiej odrębności zawodniczej. Ale pozwoli być może nieco klubom odetchnąć finansowo, co w dzisiejszych czasach – trudnych dla tej dyscypliny pod względem zdobywanie środków – jest chyba ważniejsze. Niestety, tak krawiec kraje jak materiału staje. I z tym nawet ekstraklasa musi się pogodzić.
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Pewnie już mało kto pamięta największy hit polskiej telewizorni lat 8-90 XX stulecia, jakim był australijski serial „Powrót do Edenu”, a w nim fascynująca przemiana naiwnej Stephanie w opanowaną Tarę. W tle coś brzydkiego przemienia się w rzeczy piękne. Takie szybkie skojarzenie nasunęło mi się po wtorkowym spotkaniu władz futsalu PZPN z przedstawicielami klubów I ligi futsalowej. Widząc dobrą wolę związku, snute plany, zapytam jednak pierwszoligowców, dlaczego na spotkanie przybyła niecała dziesiątka ich przedstawicieli. Przypomnę, że 24 kluby występują w rozgrywkach. To jest kompromitacja, panowie prezesi. W trakcie sezonu utyskujecie, że związek nie spotyka się z Wami, oczekujecie wsparcia, a tymczasem taka klapa wizualna. A clou propozycji klubowej jest powiększenie liczby drużyn w I lidze (!). Takie dictum klubowe utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że niegdysiejsze plany Wydziału Futsalu, iż I liga, aby stawać się profesjonalną powinna liczyć najwyżej 14 zespołów w jednej grupie są ciągle aktualne. Inaczej zawsze będziemy mieli pierwszoligowe, futsalowe kopanie się po czole. I nie zobaczymy przemiany brzydkiej Stephanie w piękną Tarę.



Kiedy początkiem 2013 roku władze PZPN pod kierownictwem prezesa Bońka oddawały futsal w pacht przewodniczącemu Kazimierzowi, niewątpliwie jako nagrodę za udzielone wyborcze wsparcie, gdzieś w całym tym rytuale zapomniano i odrzucono w przysłowiowy kąt projekt poprzedników o medialnym wsparciu I ligi futsalu. Zapewne byłby to spory wysiłek klubów, związku, chętnych sponsorów, ale na pewno wizerunkowo dla pierwszoligowców opłacalny. Niestety, w Polsce nie tylko w piłkarskim związku, ale całym państwie jest ukierunkowanie, że poprzednicy byli „be”, a nowa opcja jest jedynie „cacy”. I tak projekty, które powinny być realizowane, kontynuowane i osiągać cele, po latach ponownie odżywają jako pomysł nowy. Pomysł nowej władzy. I tak to trwa, straconych lat nikt nie liczy.  A mówi się obiegowo – „czas to pieniądz”. Okazuje się jednak, że nie zawsze i nie dla wszystkich.

Nie spełniło się lubawianom marzenia o awansie do ekstraklasy. Gdański team akademicki, być może dzięki doświadczeniu z rocznej gry w ekstraklasie, okazał się lepszy w dwumeczu barażowym. Na kanwie tego pozwolę sobie postawić odważną tezę, że w kolejnych sezonach też beniaminkowie ekstraklasy będą albo degradowani w wyniku słabej postawie w sezonie rozgrywkowym, albo pozostaną w grze po barażach.  Ewentualnie liczyć mogą na jakieś pozasportowe perturbacje klubów ekstraklasy, jakie w minionym sezonie stały się udziałem choćby chojniczan. Innej opcji nie widzę, gdyż słabość pierwszej ligi pod każdym względem w porównaniu z ekstraklasą jest aż nadto widoczna. Czyli polski futsal zaplecza z prawdziwego zdarzenia raczej nie posiada. Czas więc, by PZPN wziął sprawy w swoje ręce mając na uwadze poziom polskiego futsalu, a nie regionalno-środowiskowe interesy, interesiki. I tym związek powinien wykazać się za rok przy okazji połowy kadencji Komisji. Z rozliczenia takowego wykluczyłbym pierwszą reprezentację, bo to inne personalia (prezes Bednarek) oraz inne „zabawki”.  W tej materii sama kadra rozliczy się wynikiem meczów barażowych. Nie wspominam o ekstraklasie, która przez lata działania Spółki spoważniała, nabyła rozsądku i sama potrafi oczyszczać się i stawiać rzetelne cele.



Rzadko w felietonach popełniam osobiste wynurzenia. Wbrew temu, co niektórzy sugerują, na futsalu nadal mi bardzo zależy, a wszelkie uwagi  są jedynie poszukiwaniem coraz lepszych rozwiązań futsalowych problemów.  Futsal poznałem od tak zwanej podszewki jak mało kto z obecnej jego rządzącej ekipy, też ekstraklasowej. Zapewne popełniałem też błędy nim kierując, ale dlatego widzę coś po latach analitycznie, z dystansem i mogę sugerować, aby niedoróbek z lat minionych nie powielać. Wracając ad rem napiszę - wreszcie doczekałem się ruchu kadrowego, który powinien nastąpić wcześniej. Jeden z najzdolniejszych futsalowców, Michał Kubik zdecydował się na przenosiny do Bielska-Białej. Brawo. Michale i tak byłeś w Szczecinie przynajmniej o rok za długo. Rok, który nie wniósł do Twojej gry za wiele nowego. Powinna na tym transferze skorzystać reprezentacja, a także Rekord. Rekord przed którym boje w futsalowej Lidze Mistrzów. Nie patrząc na inne oceny naszej ekstraklasy podkreślę raz jeszcze – wynik Rekordu w tych rozgrywkach będzie dopiero prawdziwym wyznacznikiem siły sportowej naszej futsalowej ekstraklasy

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Obiegowo funkcjonuje powiedzenie, które spopularyzował kiedyś ekspremier Miller, mówiące, iż prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, a nie jak zaczyna. Drużyna męskiego futsalu Rekordu Bielsko Biała zadała poniekąd kłam temu stwierdzeniu, gdyż rozpoczęła rozgrywki ekstraklasy futsalu sezonu 2016/2017 tak samo dobrze, jak je zakończyła. Początkiem marszu po mistrzowski tytuł był mecz w Toruniu wygrany 6:0. Sfinalizowali rekordziści ligowy bój wygraną z Gattą 9:5. Bodajże od drugiej kolejki przez resztą sezonu przewodzili ekstraklasie.

Nie może być więc wątpliwości, że tytuł mistrzowski jak najbardziej zasłużenie trafił w ich ręce. Do klubu prowadzącego jak najbardziej prawidłowy proces szkoleniowy futsalu – od dzieci poprzez młodzież do seniorów. Pisząc o tym, przy okazji odpowiem niektórym moim interlokutorom, że nigdzie nie jest napisane, iż w klubach mają grać sami Polacy. Gratuluję prezesowi Szymurze, trenerowi Szłapie, zawodnikom oraz całemu zestawowi osób, które ich wspomagały. Ale tak naprawdę siłę polskiego mistrza jak i rozgrywek polskiej ligi zweryfikują dopiero boje w ramach futsalowej, europejskiej Ligi Mistrzów. Życzę powodzenia.



Finałowy mecz Rekordu z Gattą Zduńska Wola, decydujący o futsalowym mistrzostwie Polski, był niezwykle emocjonujący. Pełen niespodziewanych zwrotów akcji, obfitujący w błędy, ale także we wspaniałe zagrania. Osobiście zapamiętam na długo niesamowitego gola Daniela Krawczyka zdobytego po precyzyjnym wykopie Darka Słowińskiego przez długość parkietu. I jeszcze zapamiętam ciekawą oprawę podsumowującą finał, którą nieco zepsuli mi oficjele, gremialnie stawiając  się do rozdawnictwa medali oraz wręczania pucharów. W tym rozgardiaszu nawet nie pokazała telewizja albo ja nie widziałem (co jednak jest wątpliwe), kto wręczył kapitanowi Janovskiemu najważniejszy mistrzowski puchar. Skupiono się bowiem na bielskim samorządowcu, którego puchar akurat nie był tutaj najważniejszy. Jako felietonista życzyłbym sobie, aby medale, czy puchary wręczały osoby z związane futsalem na co dzień i organizujące rozgrywki, czyli prezes Karczyński oraz przewodniczący Kaźmierczak. Byłoby przejrzyście i bez następowania sobie na przysłowiowe odciski.

Zadałem sobie nieco trudu i sprawdziłem, jak Rekord wypadł w tym coraz popularniejszym, dzięki słownictwu trenera Probierza, „Pucharze Maja” - czyli rundzie dodatkowej gier po podziale punktów.  W grupie mistrzowskiej Rekord też był najlepszy, co tylko potwierdza jego klasę. Ale w całości „majowego pucharu” musiał ustąpić pola Euromasterowi Głogów. Panie trenerze  Trznadel – chapeau bas za całokształt sezonu. Nie byłbym sprawiedliwy, gdybym nie wymienił jeszcze jednego ekstraklasowego szkoleniowca. Trener Hirsch sięgnął po kolejny medal. Tym razem brązowy z FC Toruń. Pan Klaudiusz ma już na swoim koncie kilka złotych mistrzowskich medali, ale sądzę, że brązem nie pogardził. Tym bardziej, że Toruń – jak widać – po latach nijakich wstaje z kolan. Tylko szkoda, że dalej to podnoszenie będziemy obserwować bez trenera Hirscha, który na nowy sezon wybrał kierunek śląski i zakotwiczyć zamierza w Gliwicach.  Mimo wszystko też życzę powodzenia.



Czytając poprzednie akapity proszę nie myśleć, że czynię jakieś podsumowanie sezonu. Wcale do tego nie zmierzam i nie czuję się godny. Zostawiam to bardziej uczonym (!) w mowie oraz piśmie futsalowym. Niemniej felietony pozwalają  w swojej konwencji zajmować się wszystkim i nie myślę z tego przywileju rezygnować. Dlatego kilka słów o zawodniku, który był motorem napędowym brązowego medalisty sezonu.

Marcin Mikołajewicz, bo o nim mowa, obok trenera Hirscha był główną siłą toruńskiego teamu. Ustawiony pod jego „strzeleckość” zespół wykonał dobrze swoją robotę. Marcin strzelił ponad 30 goli, a mógł jeszcze więcej. Dlatego zadam sobie, a może i prezesom toruńskim pytanie: czy podobny sezon są w stanie powtórzyć. Czy jak Mikołajewicz będzie miał słabszy czas, będą przygotowani na zmiany. Są to, niewątpliwie, pytania czysto retoryczne, ale w felietonie warto nieraz i takie stawiać.

I jeszcze jedna rzecz, o której całe środowisko futsalowe powinno pamiętać przy okazji zakończenia sezonu 2016/2017 - to jest przygoda z TVP. Nie tylko dla Spółki FE, ale i dla całego środowiska był to swoisty papierek lakmusowy popularności oraz możliwości futsalu. Nie wypadł on dobrze. TVP przez pół roku była darmowa. Niestety, nie przełożyło to się na oglądalność oraz wysyp sponsorów. Proponuję więc środowisku posypanie głowy popiołem i zejście z obłoków na ziemię. Realne uzmysłowienie sobie miejsca, w którym polski futsal znajduje się. Nie epatowanie propagandowymi sygnałami z różnych stron Polski, jak to można szybko załatwić sponsorów. Nie epatowanie remisowym wynikiem Polska – Hiszpania uzyskanym raczej na zasadzie teorii gry „na udo”. Ignacy Paderewski – wybitny polski pianista – mawiał, że przepisem na sukces jest jeden procent talentu, dziewięć procent szczęścia oraz dziewięćdziesiąt procent pracy. Więc do roboty.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie każdy kojarzy schody jako bardzo ważny rekwizyt, a nawet symbol kinowy. Tymczasem są one często filmowym miejscem wzlotów, upadków, czy kombinacji. Te porównania przyszły mi do głowy, kiedy stałem na szczycie słynnych odeskich schodów, które niecałe 100 lat temu uwiecznił w arcyważnym dla historii kina dziele „Pancernik Potiomkin” Sergiusz Eisenstein. Schody były też ważnymi sekwencjami filmowymi u Stanley’a Kubricka w „Lśnieniu” oraz u Alfreda Hitchcocka w „Zawrocie Głowy”.  Schodząc po 192 stopniach odeskich schodów ma się czas na rozmyślania. Akurat znając już wyniki przedostatniej kolejki polskiej ekstraklasy futsalu myślałem o beniaminkach ekstraklasy sezonu 2016/2017. Po tej kolejce wiem jedno - Solne Miasto Wieliczka nie dało rady utrzymać się w ekstraklasie. Drugi beniaminek, AZS Uniwersytet Gdański jeszcze walczy o „wykręcenie się” od  udziału w barażach.



Nie będę rozwodził się nad przyczynami tego stanu rzeczy, ale wspomnę o jednym z powodów tak niskiej pozycji nowicjuszy w ekstraklasowym gronie. Widać wyraźnie brak solidnej rywalizacji na poziomie I ligi. Rywalizacji o zarysie profesjonalnym. Przeważnie 3-4 drużyny w każdej grupie tworzą czołówkę z aspiracjami, a reszta gra by grać. To co jest widoczne w tych rozgrywkach, począwszy od strony organizacyjnej zarządzanej przez związek piłkarski, poprzez sprawy szkoleniowe oraz w większości przypadków organizację klubową meczów, to przeważnie amatorszczyzna. A kiedyś w założeniach I liga miała być profesjonalnym zapleczem ekstraklasy, z liczbą zespołów nie przekraczającą 14 teamów. Ze sponsorami, telewizją internetową. Niestety, w czasach panowanie przewodniczącego Kazimierza i jego współpracowników, obecnych teraz też w nowej KFiPP, postawiono na ilość wraz z populizmem. Niestety, profesjonalizm z populizmem nie idą w parze. I to należy wiedzieć. Nic nie wynika z popularnych dla futsalowego teatrum sloganów wyborczych, gdy chodzi o profesjonalny rozwój. Tym sposobem, co rok beniaminkowie mogą grać o życie.

Inną odeską ciekawostką jest tak zwana „Kładka Miłości”. Jakoś bardzo przypasowało mi to określanie do meczu Euromastera z Gdańskiem. Broń Boże, nie podejrzewam o żadne nieuczciwości, gdyż team z Głogowa sam jeszcze nie jest pewien bez-barażowej pozycji, ale jedynie pragnę podkreślić, że czasami spokojniejsze podejście do gry zespołu, mającego dobrą passę wynikową, odbija się ujemnie na grze. Jest to nie pierwszy i zapewne nie ostatni przypadek dekoncentracji w sporcie. Po prostu grają tylko ludzie, a nie roboty, czy komputery. Gdańszczanie po ową przenośną w wyrazie „kładkę miłości” ochoczo sięgnęli. Niemniej – mnie osobiście – jest szkoda, iż głogowianom nie udało się  utrzymać pięknej serii zdobyczy punktowych. Niestety, c’est la vie (takie jest życie) – powiedzieliby Francuzi.



W ekstraklasie futsalu do rozwiązania pozostały dwie zagadki. Kto mistrzem i kto zagra w barażach o ekstraklasę ze zwycięzcą dwumeczu pierwszoligowców Constractem Lubawa. Do tytułu mistrzowskiego pretendują Rekord Bielsko Biała oraz Gatta Zduńska Wola. I tutaj los okazał się najlepszym reżyserem, gdyż terminarz tak zestawił pary, iż w ostatnim meczu obie drużyny zagrają w Bielsku o tytuł. Przeciwnikiem lubawian może być natomiast albo Euromaster Chrobry Głogów albo AZS Uniwersytet Gdański. Jako felietonista mogę mieć swoje wizje. Dwóch beniaminków już mamy w przyszłorocznym sezonie ekstraklasy. Gdyby było ich trzech, nikomu z ekstraklasowców korona z głowy nie spadłaby. A zachęta do coraz lepszej pracy na zapleczu byłaby – być może – podwojona. Osobiście nie mam nic przeciwko takiemu rozwiązaniu.

Pławiąc się w morskim słońcu, delektując się owocami nabytymi od popularnych babuszek prosto z kosza - nie przystoi poruszać trudnych tematów. Niemniej nawiązując do filmu Eisensteina i owych odległych dni powiem, iż czasem żałuję, że kino nie pozostało nieme. Czytając różne facebookowe wpisy, twitterowe zdania, czy inne internetowe objawienia nie mam pewności, czy zabawiający się klawiaturą wiedzą co piszą. Pal licho, gdy to dotyczy polityki, która sama w sobie jest krętactwem. Ale futsal - póki co - jest prostym wyborem nie zmuszającym do ekstremalnych wyzwań. Czy nie można więc w tak niedużym środowisku szanować się. Czy nie można całkiem ładnie spierać się. Czy nie można z szacunkiem do rywala przyjmować porażek. Czy warto wzajemnie obrażać się rzucając kalumnie. Przecież to zło kiedyś wróci do rzucających. Czy tego chcą.

Dla wszystkich gorących głów proponuję na okres posezonowy do poczytania tanią książkę dolnośląskiego dziennikarza, Maurycego Nowakowskiego pod tytułem „Okrągły Przekręt”. George Orwell w pozycji „Rok 1984” pisze, że jego bohater Winston doszedł do wniosku, iż najlepsze książki to te, które nam mówią, co już sami wiemy. Być może coś z treści Orwella jest u Nowakowskiego. Radzę spojrzeć.    

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Trener Jagiellonii Białystok, Michał Probierz po zakończeniu rundy zasadniczej ekstraklasy powiedział, że  w normalnych warunkach powinien gratulować swojej drużynie mistrzostwa Polski, ale przed jego zespołem jeszcze tak zwany „Puchar Maja”. Podobnie w ekstraklasie futsalu mógłby powiedzieć trener Rekordu Bielsko-Biała, Andrzej Szłapa. Osobiście mam tak samo jak trener Probierz ambiwalentny stosunek do systemu rozgrywek z dzieleniem punktów po rundzie zasadniczej. Ale też nie ukrywam, iż ten tak zwany „Puchar Maja” jest zarówno w ekstraklasie trawiastej jak i ekstraklasie futsalu niezwykle ciekawy.

Nie powiem, że fascynujący, bowiem jeszcze byłoby to na chwilę obecną nadużyciem. Bardzo jestem ciekaw, czy grany na tak zwane „udo” (albo się udo albo nie) „Puchar Maja” przyniesie korzyść liderom po sezonie zasadniczym, czyli Jagiellonii oraz Rekordowi. Może bowiem być tak, że niektóre drużyny „wystrzelały się” w sezonie podstawowym, a inne dopiero teraz błysną formą. Najlepszym przykładem finiszowej formy jest Euromaster Głogów. Aż korci, by zapytać trenera Trznadla o tajniki jego kuchni szkoleniowej. Dobrze też zrobiła przerwa treningowa związana z wyjazdem trenera Stanisławskiego na beach soccerowe mistrzostwa świata na Bahamy Gattowcom, którzy wyglądają o wiele świeżej, niż w bywało to nieraz w sezonie głównym. Wracając jeszcze na chwilę do tego umownego pucharu majowego proszę prywatnie szefa komisji ligi, by obliczył, kto rzeczywiście po to trofeum nieoficjalnie sięgnął.



Obserwujac sezon futsalowy byłem niezmiernie zdziwiony niewielką jak na te rozgrywki ilością narzekań na postawę arbitrów. Nawet mnie to niepokoiło, czy nie jest za dobrze. A wiadomo, jak coś jest za dobre, to jest też złe, bo usypia czujność. Na szczęśćcie  w „Pucharze Maja” wszystko wróciło do normy. Są wpisy internetowe, protesty, zarzuty, odwołania, mnogie dyskusje. I tak trzymać. Sędziowie niech się nadal doskonalą, czujne oko działaczy zawodników, kibiców niech nadal spełnia rolę kontrolną. Nigdy bowiem nie jest tak dobrze, by nie mogło być lepiej. To ostatnie zdanie dedykuję też KFIPP PZPN. Szczególnie chodzi mi o jawność działania. Marzę, by po każdym posiedzeniu futsalowa Polska otrzymała jakiś przekaz medialny od rzecznika PZPN, czy wytypowanego przedstawiciela Komisji. Może być nawet pan przewodniczący.

Słyszę, że pracuje się w pocie przysłowiowego czoła, więc proszę o informację przed wakacjami o stanie prac w kierunku nadania nowego impulsu naszej małej piłce. Mniemam bowiem, iż tak dzieje się, a – niestety – dyskutując w Polsce, niewiele o tym wiemy. Nie czepiam się tutaj Spółki, gdyż jest to organizacja klubów ekstraklasy i niech one same się upominają, jeżeli czują taką potrzebę. Natomiast KFiPP jest dobrem ogólnonarodowym i mam prawo zarówno ja, jak i rzesze miłośników polskiego futsalu, oczekiwać informacji.



Portal futsal-polska tradycyjnie wykazał się czujnością i poinformował o karze jaką Komisja Licencyjna PZPN nałożyła na klub Gatta Zduńska Wola za niedopełnienie pewnych warunków licencyjnych związanych z drużynami młodzieżowymi. Kara finansowa jest do przyjęcia, niemniej ciekawy jestem, czy klub odwoła się. Taka możliwość istnieje i wtedy może być utrzymanie, zmniejszenie, podwyższenie kary. Po to jest dwuinstancyjność karania, aby ją wykorzystywać. A nuż uda się coś ugrać.

Na kanwie tego przykładu muszę stwierdzić, że jestem, poniekąd, zaskoczony czujnością karzących, gdyż przez lata bywało wiele niedociągnięć, a z karceniem było różnie. Bywały nawet przypadki, gdy wiceprezesi związkowi interweniowali dla dobra sportu kopanego, by niektórych klubów komisja licencyjna dosłownie „nie skopała”.  Zresztą, o czym wyczytałem także w portalu futsal-polska – są rzekomo jeszcze inne kluby, które też nie dopełniły warunków. Pożiwiom, uwidim – jak mawiają na Wschodzie – w którym kierunku rzecz cała rozwinie się. W każdym razie jeszcze daleko jest do drastycznych kar, jakim było przed laty choćby wydalenie z rozgrywek słynnej drużyny futsalowej Jango. Ale po coś te zasady ustala się i należy je spełniać. I to bez zbędnego filozofowania.

Krążąc po korytarzach biurowca Żywca na Bitwy Warszawskiej usłyszałem, iż barażowy mecz ME futsalu ma być rozegrany w Koszalinie. Podobnie Koszalin ma być miejscem krótkiego zgrupowania oraz ewentualnego meczu kontrolnego w czerwcu (zgrupowanie będzie, meczu - ostatecznie nie - przyp. red.). Jeżeli tak będzie, to pozostaje tylko pozazdrościć wiceprezesowi Bednarkowi operatywności działania. I to nie tylko w przyciąganiu do swojego związku regionalnego futsalu, ale także dbania o elektorat w pobliżu miejsca zamieszkania. A niejako przy okazji trafiają się i ciekawe wyjazdy zagraniczne z kadrą. Wszystko to nie stanowi nic zdrożnego, tylko proszę robić z umiarem. Kiedyś, dekadę temu i ciut, były przewodniczący Kazimierz tak sobie upatrzył Podkarpacie. Wówczas futsal rozwijał się, więc może i teraz jest to jakąś receptą na sukces.

Dawno nie wpisywałem do swojego felietonowego notesu wyróżnienia dla futsalisty. Sezon na finiszu, czas co nieco uzupełnić. Wpiszę jednego zawodnika. Obserwowałem go od dłuższego czasu.  Mateusz Jakubiak, bo o nim mowa, wart jest zainteresowania. Nie będę uzasadniał, ale sparafrazuję powiedzenie Blaise Pascala (francuski matematyk, filozof) pisząc, iż ocenność czegoś ma też swoje racje, których rozum nie zna. I o tym należy pamiętać nie tylko w takich przypadkach.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy zaczynałem dziennikarską przygodę na początku lat dziewięćdziesiątych XX stulecia, zapoznałem się ze słowami Tomasza z Akwinu, które pozwolę sobie z pamięci przekazać. Wyrażają one sens następujący - Boże, uchroń mnie od tego zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Dlatego jako wektor przyjąłem niewypowiadanie się na tematy, o których moja znajomość jest symboliczna.

W sferze sportowej wyznaczyłem sobie dwa działy, które będą marginalne przy pisaniu. Są to sprawy szkoleniowe oraz sędziowskie. Nie znaczy oczywiście, że nie zabierałem, czy nie zabieram głosu w tych tematach. No, bo jak nie odnosić się do poziomu gry, czy sędziowania, będąc przedstawicielem nacji (a przy okazji pismakiem), która z zasady zna się na wszystkim. Ale pisząc, ograniczam się w tej materii tylko do stwierdzeń, że coś było dobre albo zostało zawalone. Bez zbędnego teoretyzowania o szkoleniu, gwizdaniu, czy taktyce. Po latach, kiedy mówiłem o swojej zasadzie jednemu z polskich hierarchów, dopowiedział mi do użytku jeszcze jedno Tomaszowie zdanie, które wskazuje, by nie mieć ochoty prostowania każdemu jego ścieżek. Stąd w felietonach miast walić cepem (jak czyni to wielu, w tym też w futsalu), wybieram nakłuwanie szpilką.



Clearex Chorzów po dekadzie posuchy wywalczył krajowe trofeum. I pomyśleć, że potrzeba było aż zmiany zasad rozgrywania finału Halowego Pucharu Polski. Gdzie ten dawny Clearex – chciałoby się zapytać. Klub, który na zawołanie odnosił triumfy krajowe i najgodniej z całego ligowego towarzystwa reprezentował nas na międzynarodowej arenie. Po pucharowym triumfie można dodatkowo gratulować kierownictwu chorzowskiego klubu skuteczności lobbowania za zmianami regulaminowymi w rozgrywkach HPP.

Nie twierdzę, że to było głównym powodem sukcesu, gdyż końcówka sezonu zasadniczego FE też była dla chorzowian całkiem udana. Jednak w kontekście majstrowania przy regulaminach warto spojrzeć całościowo na nasz futsal. Przede wszystkim nie do pojęcia jest, jak niewiele potrzeba, by ad hoc zmieniać zasady. W rozgrywkach futsalu ciągle czegoś poszukuje się. Rzekomo atrakcyjności. A to ma się nijak do stabilności. Stabilności niosącej spokój szkolenia, perspektywę pracy. Co rok czy dwa przychodzi nowe. Apeluję do KFiPP oraz Spółki FE o ustabilizowanie zasad rozgrywek przynajmniej na jedną czteroletnią kadencję. Może to da impuls do zaciągu nowych drużyn do rozgrywek. Przy zmienności, niepewności zasad, szczególnie drugoligowcy mocno się zastanawiają, nim podejmą decyzję startu.

Komentator rewanżowego meczu HPP, wtrącając w trakcie transmisji kilka zdań o kadrze futsalu, wplótł passus o możliwych zmianach organizacyjnych przy kadrze, czy też w systemie funkcjonowania kadry. Jak zwał tak zwał, ale zabrzmiało arcyciekawie. Nie jestem aż tak blisko środowiska kadrowego, by znać kulisy. Niemniej wiem, że szkoleniowcy po dwóch pierwszych meczach elbląskich eliminacji mieli jakiś podskórny przekaz, że mogą już dłużej z reprezentacją nie pracować. Akurat temu nie dziwię się. Zapewne awans do barażów był celem wiodącym, a w tamtej chwili nie był on w zasięgu. Remis z wielkim teamem hiszpańskim zmienił diametralnie sytuację. I reprezentacji, i szkoleniowców. Są baraże. Jest szansa na słoweński finał. Stare przysłowie, lecz ciągle na czasie mówi – nie zmienia się zaprzęgu (czytaj koni) podczas przeprawy (czytaj przez rzekę). Wierzę, że w PZPN słyszeli o nim i nie zatopią dziwnymi decyzjami futsalowej bryczki.



Ze sporym zainteresowaniem obserwuję dodatkowe pięć meczów FE, mających wyłonić mistrza kraju oraz spadkowiczów. Szczególnie śledzę losy bielskiego projektu. Jest to jedyny w swoim rodzaju zintegrowany szkoleniowy system w klubach polskiego futsalu. Niemniej to od wyniku Rekordu w ekstraklasie może zależeć jego dalszy los, jak i los ekstraklasowego teamu. Nie obawiam się, że Rekord zniknie. Pan prezes Szymura jest zbyt poważnym człowiekiem, szanowanym biznesmenem oraz pasjonatem małej piłki, by mógł mieć aż tak nieciekawe plany. Ale  cierpliwość do projektu, który jest dla mnie wzorcowy, może - bez mistrzowskiego wsparcia - wyczerpywać się. Oby tak nie stało się, panie Januszu.

To, jakie trofeum wywalczy Rekord (przypomnę, w HPP nie powiodło się) będzie na kilka lat do przodu rzutować na rozwój polskiego futsalu. Przynajmniej ja nie chciałbym nawrotu do wizji zawodników jeżdżących autostradami do klubów i nie związanych z nimi emocjonalnie, tylko finansowo. Albo powrotu wizerunku działacza z nieodłączną teczuszką z „argumentami” dla zawodników. To brzydkie wizje. Zdecydowanie bliższy powinien być dla rozwoju futsalu szkoleniowy model bielsko-bialski, pniewski, czy toruński, od choćby wielce zaciągowego zduńskowolskiego. I tego trzymajmy się.

Wicemistrzowie I ligi zagrali pierwsze mecze barażowe. Na razie bliżej celu jest team z Lubawy. Transmitowany przez regionalną telewizję mecz w Jelczu-Laskowicach zgromadził przy telewizorach niemal 30 tysięcy (!) telewidzów, a na trybunach ponad 1000 kibiców i w tym gronie wiceprezesa PZPN Andrzeja Padewskiego. Jest to rewelacyjna, jak na I ligę, oglądalność. Ciągle będę powtarzał, że pierwszoligowcy nie korzystają w rozgrywkach umiejętnie z tej możliwości przekazu. A to potężna siła promocyjno-marketingowa. Te lokalne, regionalne telewizje. W tej materii nie liczyłbym na związek piłkarski. Tylko w gestii klubów pozostaje, czy chcą, czy dadzą radę, czy nauczą się wychodzić poza lokalne opłotki. A może nadchodzi czas podjęcia próby wspólnego zorganizowania się.

Jak mówią – w jedności siła. Na podorędziu mam nawet powiedzenie dla zdopingowania działań - mimo, iż młodość jest czasem uczenia, to jednak żaden czas nie jest na to za późny. Więc do roboty. Jeszcze w lutym mówiono, że władza  KFiPP do dwóch tygodni spotka się z przedstawicielami pierwszoligowców. Później przełożono (?) je na posezonowy czas. Miałem okazję rozmawiać z kilkoma działaczami pierwszoligowego futsalu i wyczułem, iż mają co nieco do powiedzenia panu przewodniczącemu. Sporo dyskutują o kosztach, regulaminie, sędziowaniu, rozstrzeleniu wyjazdów północ – południe oraz wschód – zachód. I ciągle czekają na obiecaną „audiencję”. Oby to nie był odległy czas – z goryczą podsumowywał jeden z nich. Oby nie było - jak w rzymskim powiedzeniu Ad calendas Graecas, czyli w czasie nieokreślonym – dodawał. Aż nie wypada ich nie rozumieć.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS