Z notatnika dziejopisa

Kiedy zaczynałem dziennikarską przygodę na początku lat dziewięćdziesiątych XX stulecia, zapoznałem się ze słowami Tomasza z Akwinu, które pozwolę sobie z pamięci przekazać. Wyrażają one sens następujący - Boże, uchroń mnie od tego zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Dlatego jako wektor przyjąłem niewypowiadanie się na tematy, o których moja znajomość jest symboliczna.

W sferze sportowej wyznaczyłem sobie dwa działy, które będą marginalne przy pisaniu. Są to sprawy szkoleniowe oraz sędziowskie. Nie znaczy oczywiście, że nie zabierałem, czy nie zabieram głosu w tych tematach. No, bo jak nie odnosić się do poziomu gry, czy sędziowania, będąc przedstawicielem nacji (a przy okazji pismakiem), która z zasady zna się na wszystkim. Ale pisząc, ograniczam się w tej materii tylko do stwierdzeń, że coś było dobre albo zostało zawalone. Bez zbędnego teoretyzowania o szkoleniu, gwizdaniu, czy taktyce. Po latach, kiedy mówiłem o swojej zasadzie jednemu z polskich hierarchów, dopowiedział mi do użytku jeszcze jedno Tomaszowie zdanie, które wskazuje, by nie mieć ochoty prostowania każdemu jego ścieżek. Stąd w felietonach miast walić cepem (jak czyni to wielu, w tym też w futsalu), wybieram nakłuwanie szpilką.



Clearex Chorzów po dekadzie posuchy wywalczył krajowe trofeum. I pomyśleć, że potrzeba było aż zmiany zasad rozgrywania finału Halowego Pucharu Polski. Gdzie ten dawny Clearex – chciałoby się zapytać. Klub, który na zawołanie odnosił triumfy krajowe i najgodniej z całego ligowego towarzystwa reprezentował nas na międzynarodowej arenie. Po pucharowym triumfie można dodatkowo gratulować kierownictwu chorzowskiego klubu skuteczności lobbowania za zmianami regulaminowymi w rozgrywkach HPP.

Nie twierdzę, że to było głównym powodem sukcesu, gdyż końcówka sezonu zasadniczego FE też była dla chorzowian całkiem udana. Jednak w kontekście majstrowania przy regulaminach warto spojrzeć całościowo na nasz futsal. Przede wszystkim nie do pojęcia jest, jak niewiele potrzeba, by ad hoc zmieniać zasady. W rozgrywkach futsalu ciągle czegoś poszukuje się. Rzekomo atrakcyjności. A to ma się nijak do stabilności. Stabilności niosącej spokój szkolenia, perspektywę pracy. Co rok czy dwa przychodzi nowe. Apeluję do KFiPP oraz Spółki FE o ustabilizowanie zasad rozgrywek przynajmniej na jedną czteroletnią kadencję. Może to da impuls do zaciągu nowych drużyn do rozgrywek. Przy zmienności, niepewności zasad, szczególnie drugoligowcy mocno się zastanawiają, nim podejmą decyzję startu.

Komentator rewanżowego meczu HPP, wtrącając w trakcie transmisji kilka zdań o kadrze futsalu, wplótł passus o możliwych zmianach organizacyjnych przy kadrze, czy też w systemie funkcjonowania kadry. Jak zwał tak zwał, ale zabrzmiało arcyciekawie. Nie jestem aż tak blisko środowiska kadrowego, by znać kulisy. Niemniej wiem, że szkoleniowcy po dwóch pierwszych meczach elbląskich eliminacji mieli jakiś podskórny przekaz, że mogą już dłużej z reprezentacją nie pracować. Akurat temu nie dziwię się. Zapewne awans do barażów był celem wiodącym, a w tamtej chwili nie był on w zasięgu. Remis z wielkim teamem hiszpańskim zmienił diametralnie sytuację. I reprezentacji, i szkoleniowców. Są baraże. Jest szansa na słoweński finał. Stare przysłowie, lecz ciągle na czasie mówi – nie zmienia się zaprzęgu (czytaj koni) podczas przeprawy (czytaj przez rzekę). Wierzę, że w PZPN słyszeli o nim i nie zatopią dziwnymi decyzjami futsalowej bryczki.



Ze sporym zainteresowaniem obserwuję dodatkowe pięć meczów FE, mających wyłonić mistrza kraju oraz spadkowiczów. Szczególnie śledzę losy bielskiego projektu. Jest to jedyny w swoim rodzaju zintegrowany szkoleniowy system w klubach polskiego futsalu. Niemniej to od wyniku Rekordu w ekstraklasie może zależeć jego dalszy los, jak i los ekstraklasowego teamu. Nie obawiam się, że Rekord zniknie. Pan prezes Szymura jest zbyt poważnym człowiekiem, szanowanym biznesmenem oraz pasjonatem małej piłki, by mógł mieć aż tak nieciekawe plany. Ale  cierpliwość do projektu, który jest dla mnie wzorcowy, może - bez mistrzowskiego wsparcia - wyczerpywać się. Oby tak nie stało się, panie Januszu.

To, jakie trofeum wywalczy Rekord (przypomnę, w HPP nie powiodło się) będzie na kilka lat do przodu rzutować na rozwój polskiego futsalu. Przynajmniej ja nie chciałbym nawrotu do wizji zawodników jeżdżących autostradami do klubów i nie związanych z nimi emocjonalnie, tylko finansowo. Albo powrotu wizerunku działacza z nieodłączną teczuszką z „argumentami” dla zawodników. To brzydkie wizje. Zdecydowanie bliższy powinien być dla rozwoju futsalu szkoleniowy model bielsko-bialski, pniewski, czy toruński, od choćby wielce zaciągowego zduńskowolskiego. I tego trzymajmy się.

Wicemistrzowie I ligi zagrali pierwsze mecze barażowe. Na razie bliżej celu jest team z Lubawy. Transmitowany przez regionalną telewizję mecz w Jelczu-Laskowicach zgromadził przy telewizorach niemal 30 tysięcy (!) telewidzów, a na trybunach ponad 1000 kibiców i w tym gronie wiceprezesa PZPN Andrzeja Padewskiego. Jest to rewelacyjna, jak na I ligę, oglądalność. Ciągle będę powtarzał, że pierwszoligowcy nie korzystają w rozgrywkach umiejętnie z tej możliwości przekazu. A to potężna siła promocyjno-marketingowa. Te lokalne, regionalne telewizje. W tej materii nie liczyłbym na związek piłkarski. Tylko w gestii klubów pozostaje, czy chcą, czy dadzą radę, czy nauczą się wychodzić poza lokalne opłotki. A może nadchodzi czas podjęcia próby wspólnego zorganizowania się.

Jak mówią – w jedności siła. Na podorędziu mam nawet powiedzenie dla zdopingowania działań - mimo, iż młodość jest czasem uczenia, to jednak żaden czas nie jest na to za późny. Więc do roboty. Jeszcze w lutym mówiono, że władza  KFiPP do dwóch tygodni spotka się z przedstawicielami pierwszoligowców. Później przełożono (?) je na posezonowy czas. Miałem okazję rozmawiać z kilkoma działaczami pierwszoligowego futsalu i wyczułem, iż mają co nieco do powiedzenia panu przewodniczącemu. Sporo dyskutują o kosztach, regulaminie, sędziowaniu, rozstrzeleniu wyjazdów północ – południe oraz wschód – zachód. I ciągle czekają na obiecaną „audiencję”. Oby to nie był odległy czas – z goryczą podsumowywał jeden z nich. Oby nie było - jak w rzymskim powiedzeniu Ad calendas Graecas, czyli w czasie nieokreślonym – dodawał. Aż nie wypada ich nie rozumieć.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Długi kwietniowo-majowy weekend zaowocował wieloma wydarzeniami piłkarskimi. Był pucharowy futsal, była piłka trawiasta mężczyzn oraz kobiet, był wielki ogólnopolski turniej dziecięcy o Puchar Tymbarku, była piłka nożna plażowa. I właśnie od tej ostatniej dyscypliny rozpocznę felietonowe wynurzenia. Nasi nie jechali na Bahamy w roli faworytów, ale by zobaczyć jak daleko od poprzedniego udziału w czempionacie globu w roku 2006 uciekł nam beachsoccerowy świat. W ekipie znalazło się aż dwóch (!) wiceprezesów PZPN, panowie Nowak oraz Bednarek. Zapewne chcieli zobaczyć co piszczy w piaskowej piłce oraz wspomóc organizacyjnie. Wiadomo - „pańskie oko konia tuczy”. Przecież nie po to kilka lat wstecz pod prezesowskim nadzorem pana Bednarka PZPN przejmował udanym desantem piłkę plażową pod swoje skrzydła od stowarzyszenia Beach Soccer Polska, by teraz nie mieć możliwości poznawania jej tajników. I w każdym miejscu dopingować zawodników do dobrej gry. Kiedyś, za czasów prezesury pana Lato aktywnie czynił to pan Lach – członek zarządu związku, który rzadko opuszczał plażowe turnieje, a nawet – o czym mało kto pamięta – był przez 3 lub 4 miesiące w roku 2012  przewodniczącym Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN.  Ekspert w TV Sport mówił, że od czasu owego przejęcia liczba klubów grających piłkę plażową zmniejszyła się Polsce o jedną czwartą. Liczba opiekunów wcale jednak z tego powodu nie zmalała. Niestety, tym razem nie pomogło nawet czworo prezesowskich oczu. Po trzech grupowych porażkach reprezentacja wraca do domu. Ale wstydu nie przyniosła. Tym bardziej, że w grupie trafiła na światowych mocarzy – Brazylię oraz Thaiti. Bycie jednym z czterech europejskich teamów w finałach światowych jest już samym w sobie sukcesem.



Prezes Boniek musi zadowolić się tym razem drugim akapitem, ale będzie w miarę pozytywnie. Jakoś dziwnie złożyło się, że od soboty do wtorku kilkakrotnie - raz z bliska, raz z daleka, czasami na wyciągnięcie ręki, czasami nawet w sposobności odbycia rozmowy miałem okazję stykać się z prezesem na różnych piłkarskich imprezach w stolicy. I słowo daję, ani razu nie było mowy o futsalu – co może jednych ucieszyć, a innych zasmucić pewnie. Za to było o historii. Piłkarskiej oraz związkowej oczywiście. Nie da się ukryć i pewnie prezes zdaje sobie z tego sprawę, że ma zarówno rzesze fanów jak i sporo zaciekłych przeciwników. Jako historyk zawsze będę mówił, że obecną prezesurę oceni dopiero historia, jak wszystko zresztą, co dzieje się na bieżąco. Natomiast wiem jedno, że umocowanie na lata finału Pucharu Polski na warszawskim Stadionie Narodowym to jeden z najprzedniejszych pomysłów prezesa. Celowo nie piszę obecnej ekipy kierującej PZPN, gdyż muszę stwierdzić, że wiceprezesi, czy różni przewodniczący komisji, wydziałów związkowych, świecą tylko odbiciem światła prezesa. I niech tak pozostanie. Niech ogrzewają się póki mogą przy prezesie oraz znakomitych wynikach reprezentacji trenera Nawałki. Aby potwierdzić popularność prezesa dopiszę jeszcze tylko sytuację z meczu III ligi, na którym był pan Boniek. Spiker go przedstawia i cały stadion spontanicznie bije brawo. Słowo daję, byłem wiele razy na meczach, podczas których na trybunach byli inni ważni działacze PZPN i takiej żywiołowej pozytywnej reakcji wobec nich nie spotkałem. Rozwodząc się o związku, nawiążę do mądrości ludowego powiedzenia – „Chcesz iść szybko, idź sam. Natomiast, gdy chcesz iść daleko, idź wspólnie”. Pozwolę sobie dedykować je w tym świątecznym „3-Majowym Dniu” władzom Komisji Futsalu, a także Spółki FE.

Krakowski team Lex Kancelaria Słomniki jest drugim po MOKS Białystok pierwszoligowym zespołem, który zagra w przyszłym sezonie w ekstraklasie futsalu. Bardzo dobrze, że kolejny reprezentant z okolic Krakowa będzie występował w najwyższej klasie rozgrywkowej. Stolica Małopolski z nieodległą Wieliczką i innymi podkrakowskimi miejscowościami stanowi od lat silny ośrodek futsalowy. Dziwnym nawet jest, że w PZPN na czele z wiceprezesem Nowakiem, nie dostrzegli jego siły i nie umieścili w składzie KFiPP przedstawiciela Małopolskiego ZPN, gdy z innych marniejszych futsalowo związków jest godniej. Ale cóż – sportowe działania nie zawsze idą w parze zgodności z polityką personalną. Wracając do sportowych osiągnięć krakowskiego futsalu, nie można zapominać o znakomitych czasach klubów Baustal, Gaszyński, Kupczyk, Wisła. Czasach gry w europejskich pucharach. Czasach mistrzów Polski oraz zdobywców Halowego Pucharu, Superpucharu, Pucharu Ligi. Czasach znakomitych  zawodników, z których wymienię choćby panów – Filipczaka, Marca, Kusię, Jasińskiego, Nazarewicza, Dąbrowskiego, Korczyńskiego, czy też trenerów – Gerarda Juszczaka, Błażeja Korczyńskiego. To w Wiśle na poważnie rozpoczynał swoją futsalową karierę najlepszy obecnie polski futsalista, Mikołaj Zastawnik. Jeżeli mogę jako felietonista o coś prosić Lex Kancelarię, klub powstały dopiero w roku 2016, to będzie apel – oby nie być kolejną krakowską futsalową efemeryd, jak wcześniej wymienione kluby. I na poważnie, na dobre oraz na złe związać się z futsalem.



Halowy Puchar Polski otrzymał z Bielska Białej oraz Chorzowa pozytywny sygnał. Po rocznej przerwie władze futsalowe zamierzają powrócić do formuły finałowej Final Four. W imieniu grona sympatyków halówki dziękuję. Rozumiem, że będzie on grany w różnych regionach Polski. I wierzę, że będzie znakomitą promocją futsalu. Takim świętem oraz spełnieniem marketingowym jak trawiasty finał Pucharu Polski na Narodowym w Warszawie.

Futsalowy epizod zamknę Tymbarkiem. W gronie pasjonatów dziecięcej piłki skupionych wokół drużyn turnieju „Z podwórka na stadion” o Pucharu Tymbarku dyskutowaliśmy w stolicy o ich stosunku do piłki halowej. Większość odpowiadała krótko. Gdyby był taki masowy turniej halowy pod egidą związku oraz ze wsparciem poważnego, możnego mecenasa, zapewne postaraliby się w nim uczestniczyć. Może więc warto rozpocząć wydeptywanie ścieżek do otwarcia takiego turnieju. Nikt nie twierdzi, że musi on odbyć się już za rok. Ale popróbować warto. Nawet w myśl łacińskiej sentencji znanej prawnikom – Praevenire melius est quam praeveniri. Czyli lepiej jest wyprzedzać niż być wyprzedzanym.
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Jest takie powiedzenie, które mówi, że książek jest pełno, a raczej półek na nie brakuje. I to jest prawdą nad wyraz obecnie oczywistą. W moich młodych latach niewielu książki pisało, a wielu je czytało. Obecnie niemal wszyscy je piszą, a niewielu czyta. Zresztą dotyczy owo pisanie oraz czytanie nie tylko książek. Ale ja nie o książkach dzisiaj napiszę. Tym wstępem chciałem najprościej przejść do multi-transmisji finalizującej rundę zasadniczą ekstraklasy futsalowej. Pomysł relacji wspólnej z kilku hal autorstwa władz Spółki wydaje się niezwykle godny uwagi. Realizacja wypadła całkiem, całkiem, co jednak nie oznacza, iż nie może być lepiej. Najważniejsze, że jest pomysł.

Teraz oczekiwać należy analizy przedsięwzięcia i kolejnych prób już po usunięciu niedoróbek. I za tym optuję jak najbardziej. Ze swojej strony przedstawię jeden wniosek. Nie należy nakładać terminów takiej transmitowanej kolejki z terminami kolejki ekstraklasy trawiastej. Tym sposobem już na starcie przegrywa się. A chyba nie chodzi o rywalizację z mocarzem. W każdym razie kolejne pomysły są w cenie i nawet niech będzie ich wiele jak tych wspomnianych na wstępie książek, byle tylko wysegregować półki, na których z pożytkiem dla widowni zostaną ustawione.



W piłce trawiastej na zakończenie sezonu zasadniczego obiegowo mówi się, że podział na dwie grupy powoduje oddzielnie mężczyzn od młodzieży. Umownymi mężczyznami są kluby z górnej połówki tabeli. Niech i tak też będzie w przypadku inauguracyjnego sezonu nowych zasad walki o mistrzostwo Polski w futsalu. Grono owych symbolicznych „klubowych mężczyzn” w pozycji 1-5 od dłuższego było raczej wiadome. Znakomitym finiszem na szóstą, premiowaną pozycję wskoczył nasz futsalowy „monument”, Clearex Chorzów. I tym sposobem – przynajmniej dla mnie – największym przegranym okazał się ambitny team z Pniew. Konia z rzędem temu, kto jeszcze miesiąc wcześniej przypuszczałby, że tak się stanie. I dlatego sport jest piękny. Nic nie jest pewne do ostatniego gwizdka sędziego, czy przekroczenia mety albo ostatniego rzutu.

Jako felietonista nie odczuwam tak mocno ciężaru gatunkowego wyniku sportowego, jaki niewątpliwie spoczywa na zawodniku, działaczu, czy trenerze. Nie odczuwam, że brak mistrzostwa, awansu, degradacja może zniweczyć cały sezon ciężkiej pracy. Wstrzymać dotacje, a nawet doprowadzić do upadku klubu. Rozumiem widowiskowość, potrzebę trzymania w napięciu do ostatnich meczowych sekund, co funduje nam obecny regulamin ekstraklasy futsalu. Podobnie ekstraklasy trawiastej. Jest to zapewne dobre dla widzów, ale nie musi dla klubów.

Nie byłem, nie jestem i nie będę zwolennikiem tak skonstruowanej reformy, w której dzieli się po rundzie zasadniczej punkty na pół i to jeszcze z handicapem w górę przy liczbie nieparzystej. Jeżeli chcemy mieć więcej meczów, to można ligę podzielić na połowę, ale zachować zdobyte punkty w całości i rozegrać jeszcze te dodatkowe pięć spotkań. Wtedy będzie fair dla wszystkich, a nie gra na zasadzie – jak to mówi znajomy trener o międzynarodowej pozycji – że będzie to  granie „na udo”. Czyli odbierając rzecz całą sarkastycznie udo się albo nie udo.



Wydawało mi się, że Halowy Puchar Polski jest jak najbardziej sztandarową imprezą futsalową PZPN jeżeli chodzi o rozgrywki klubowe w Rzeczypospolitej. Rozgrywki ekstraklasy prowadzi bowiem Spółka Futsal Ekstraklasa, więc związek powinien szczycić się HPP. Tymczasem - i to bez konsultacji ze środowiskiem - rozdrobniono finał dwumeczem. Decyzyjność przy okazji rozmyła się i teraz inicjatorów, czy ojców pomysłu w gronie członków poprzedniej Komisji Futsalu trudno znaleźć. Niedawno na dodatek przesunięto jeden z meczów o dzień wcześniej, niż było regulaminowo planowane, bowiem kolidował z terminem szkolenia trenerskiego, które zaplanowano w Bielsku-Białej. Szkolenia, za którym jak najbardziej optuję. Ogólnie jednak można pomyśleć, że finał HPP - jako mniej ważny - musiał ustąpić miejsca.

No cóż, można myśleć tak, można i inaczej. Niemniej dla mnie, podwojenie meczów finałowych jest kunktatorstwem organizacyjnym, by nie powiedzieć oszczędnościowym. Decyzją mającą się nijak do popularyzacji futsalu. A nawet pójściem przez organizatorów Halowego Pucharu na najzwyczajniejszą łatwiznę, cedującą sprawy organizacyjne na kluby. Nie sądzę, aby prezesowi Bońkowi taki pomysł z piłką trawiastą w ogóle kiedykolwiek przemknął przez myśl. Halowy Puchar powinien być najszacowniejszym wydarzeniem dla promowania futsalu w całej rzeszy miast, miasteczek, środowisk, a finał winien pokazywać telewizyjnie całej Polsce – nie tylko futsalowej –atrakcyjność dyscypliny. Bertrand Russel, twórca logiki matematycznej pisał – „Historia świata jest sumą tego, czego można było uniknąć”. Warto pamiętać o tym podejmując mało rozsądne decyzje. Też w futsalu.
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kraszewski Józef Ignacy – niezwykle płodny polski pisarz, autor wielu powieści historycznych, napisał kiedyś, że ludzie boją się zmian. Nawet tych na lepsze. Obserwując zmiany w piłce nożnej muszę stwierdzić, iż słowa dziewiętnastowiecznego pisarza pasują jak ulał do władz międzynarodowej piłki. Gdy brak zmian systemowych na szczeblach światowych czy europejskich, to i w krajowych związkach nie palą się do nich zbytnio. I nie odnoszę tego w żadnym przypadku do personaliów tylko do przepisów, organizacji, etc.  Osobiście nie dziwię się, że działania FIFA, UEFA, PZPN są nierewolucyjne, bo komu chciałoby się wywracać utrwalony przez lata porządek, w którym uwiło się sobie całkiem komfortowe gniazdko.

Ale niedawno w futsalu coś drgnęło i to  za sprawą owej osławionej UEFY. Będziemy mieli europejski mistrzowski turniej kobiecy, finały ME do lat 19 oraz 16 teamów narodowych w seniorskich finałach ME. Brawo, brawo, brawo. Zawsze będę powtarzał, to co już powiedziałem w gronie kilku prezesów krajowych związków futsalu podczas finałów mistrzostw Europy w Debreczynie w 2010 roku – odejdzie Platini nastaną lepsze czasy dla futsalu. I tak dzieje się.

W roku 2008 w Krośnie odbyły się eliminacje do finałów ME do lat 21. Petersburski finał tej imprezy, który miałem możliwość oglądać z bliska, był łabędzim śpiewem tego rocznika w europejskim czempionacie. Władze UEFA powiedziały basta. I nie pomogły zbiorowe petycje europejskich krajowych związków futsalowych, które też podpisywałem. Kierowane przez Platiniego władze UEFA pozostawały nieugięte. Podobnie było z próbami powiększenia liczby finalistów futsalowego EURO do 16 zespołów. Pamiętam jak wspólnie z panem Sowińskim w Debreczynie uczestniczyliśmy w dyskusji panelowej w tym temacie grupy Państw Wyszehradzkich i opracowaliśmy stosowny dokument. Nawet w prywatnej rozmowie poruszaliśmy temat z panem Platinim. Później dodatkowo z państwami półwyspu Bałkańskiego podczas kolejnych finałów ME w Zagrzebiu, czy wizyt w siedzibie UEFA w Nyon wrzucałem wraz z innymi owe zagadnienie do dyskusji. Optowały mocno za tym państwa byłego Związku Sowieckiego. W Komitecie Wykonawczym za futsal odpowiadał wówczas Bułgar, który taką opcję wspierał. Jednak nic nie wskóraliśmy. Dlatego jeszcze raz dziękuję władzom UEFA za niedawne decyzje. I mam nadzieję, że nasz – od niedawna - człowiek w Komitecie Wykonawczym, czyli prezes Boniek, nie był im przeciwny.



Kiedy już cytuję Kraszewskiego, to odniosę się z jego słowami także do krajowego podwórka. Chodzi o młodzieżowe mistrzostwa Polski. Kolejny raz zaapeluję, aby eliminacje powierzyć wojewódzkim związkom. Droga futsalowa centralo, proszę nie bać się zmian. W żadnym przypadku nie posądzam działaczy centrali o obawy przed zmianami, czy konformizm. Na pewno nikt Wam nie zabroni jeździć i doradzać organizacyjnie po województwach. Nawet tak zwany teren będzie z tego zadowolony.

Z masowością jest jak z budową domu. Zawsze lepiej budować od podstawy niż narzucać z góry. A w futsalu młodzieżowym w perspektywie nowego europejskiego, młodzieżowego czempionatu najważniejsze jest w tej chwili umocnić go u podstaw. A tego bez zainteresowania futsalem młodzieży prezesów związków wojewódzkich nie da rady zrobić sensownie. Będąc przy młodzieżowych mistrzostwach wspomnę jeszcze tylko, że trafnie przewidziałem w jednym z felietonów, iż UEFA zdecyduje się raczej na U-19. Dlatego proponowałem przeniesienie krajowego środka ciężkości na U-18 kosztem U-20. Warto to ponownie przemyśleć.

Niedługo zarząd PZPN zatwierdzi regulaminy rozgrywek na przyszły sezon futsalowy. Nie jest rolą felietonisty odnoszenie się zapisów wypracowanych przez prawników, praktyków, działaczy Komisji oraz klubów. Niemniej pozwolę sobie odnieść się do jednej kwestii. Co prawda, jest to problem sztucznie rozdmuchiwany niejako, lecz warty opisania. Na Boga, panowie stwórzcie jeden spójny zapis odnośnie wpisywania do protokołu zawodników obcokrajowców spoza ogólnie mówiąc Unii Europejskiej. Jeden dla wszystkich lig centralnych rozgrywek futsalu.



W rozgrywkach ligowych z obcokrajowcami nie przelewa się. I dobrze. Mamy polskich zawodników i ich szkolmy, wystawiajmy do gry. Zresztą konia z rzędem temu, kto obudzony w nocy w mig wymieni więcej niż dwa nazwiska obcokrajowców futsalowych, którzy zapadli mu w pamięć w rozgrywkach polskiego futsalu lat minionych. Ja na pewno wymieniłbym dwóch – Janowskiego oraz Neagu. Trzeciego pewnie po chwili. A nad kolejnymi musiałbym dłużej pomyśleć niż te regulaminowe trzy sekundy. Puentując ten akapit chciałbym tylko przypomnieć, iż Ukraina jest państwem stowarzyszonym z UE i nie za bardzo widzę powód, by jej obywateli traktować inaczej niż choćby też nie będących w Unii Islandczyków. Ponadto należy pamiętać o prawach UE, ale również nie zapominać o przyzwoitości i nie traktować nie-unijnych obywateli jako gorszego sortu zawodników, ograniczając mocno ich liczbę wpisywanych do protokołu zawodów.

Niektórzy w ekstraklasie wielkanocny „lany poniedziałek” mieli już w sobotę. Nie spodziewałem się, że tak doświadczony zespół jak Gatta poniesie taką klęskę w Szczecinie. Porażka 3-11 wyglądała poprzez mnogość goli pięknie w telewizji, ale pewnie długo odbijała się czkawką przy świątecznym stole zduńskowolskim zawodnikom, działaczom, trenerom. Z drugiej strony rozumiem trenera Stanisławskiego, że nie zamknął się na swojej połowie tylko odważnie szukał bramek grając z wycofanym bramkarzem.  Niemniej tak wysoka porażka mistrzom nie przystoi.

Kilka lat temu w Halowym Pucharze Polski prezes Wolny widząc po początku rewanżowego meczu z poznańską Akademią Futsal Club, że przeciwnik Cleareksowi odjeżdża, też grał w „otwarte karty” kolejne minuty. I też sporo przegrał. Futsal lubi takie odważne gry. Gole stanowią clou futsalowego i telewizyjnego widowiska. W nadchodzący weekend finalizuje się nam zasadniczy sezon ekstraklasy. Przed podziałem punktów winien dać odpowiedź kto zamelduje się w „wygranej” pierwszej szóstce - Red Dragons, Clearex, czy AZS UŚ. Oby nie było kunktatorstwa tylko zaowocowało golami oraz spektakularnymi wynikami. Zaprawdę widowiskowość jest w stanie obronić ligowy futsal. I to nie tylko w coraz lepszych przekazach telewizyjnych w SportKlubie.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Jeżeli człowiek wie czego chce, to raczej nie pobłądzi. Nawet, gdyby miał przebyć drogę przez przysłowiowa mękę. Nie znam aż tak dobrze sportowej drogi trenerów Biangi oraz Korczyńskiego, by autorytatywnie oceniać ich postawy jako szkoleniowców, ale po turnieju w Elblągu wiem, że warto było połączyć wodę z ogniem. Andrzej Bianga - raczej emanuje spokojem. Błażej Korczyński, to wulkan energii. Obecnie już pewnie nikt nie wątpi, że powołanie ich na opiekunów szkoleniowych reprezentacyjnej kadry polskiego futsalu było dobrym pociągnięciem. Dlatego całkiem rozsądnie będzie podziękować za to zespolenie trenerskiego duetu poprzedniemu szefowi Komisji Futsalu, panu Durajowi oraz wiceprezesowi PZPN, panu Bednarkowi. Nieskromnie powiem, że i media miały swój udział w kształtowaniu tej opcji.



W poprzednim felietonie pisałem, iż nasz reprezentacyjny futsal czeka w Elblągu egzamin maturalny. Teraz napiszę, że został on pozytywnie zaliczony. Awans Polski do meczów barażowych mających wyłonić finalistów Futsal EURO Słowenia 2018 zrobił wrażenie. Jednak jeszcze większym echem w futsalowej Europie – i nie tylko – odbił się nasz remis z wielkim teamem hiszpańskim. I to nie szczęśliwy remis, ale całkiem zasłużony, wywalczony po emocjonującym pojedynku w walce jak równy z równym z wielokrotnymi mistrzami Europy oraz czempionami globu. O ile elbląski turniej eliminacyjny ME stanowił o maturze, to baraże będą takim swoistym egzaminem na wyższe studia futsalowe. Co prawda, ktoś powie – już jest dobrze, ale ja będę twierdził, że sukces należy utrwalić. Coś co wydarzy się raz czasami traktuje się jako szczęście. Powtórzone jest pokazaniem swojej siły, stabilizacji. Kiedy rok temu wygraliśmy w Portugalii z Rumunami i były baraże z Kazachstanem o finały MŚ, wielu opowiadało o tym właśnie w kategorii szczęścia. W Elblągu podopieczni trenerów Biangi oraz Korczyńskiego potwierdzili, że nie myślą odpuszczać i kroczą coraz śmielej do coraz wyższych lokat rankingowych. Dlatego wierzę, że mogą zdać i kolejny egzamin. Ten na symboliczne futsalowe studia i po 17 latach ponownie zagramy w finałach futsalowych mistrzostw Starego Kontynentu. I niech tak stanie się. Trener Korczyński pamięta, jako zawodnik, to uczucie uczestniczenia w najważniejszej futsalowej grze Europy. Niech więc i jego podopiecznym będzie dane poznać jakie to niecodzienne jest doznanie.

Zawody w Elblągu były trzecim w minionych sześciu latach turniejem eliminacji mistrzostw Europy organizowanym w Polsce, ale pierwszym zakończonym dubletowym sukcesem. Po Bielsku Białej oraz Krośnie delegaci UEFA wystawiali nam najwyższe oceny – excellent –   za organizację. Teraz do wysokiego poziomu organizacyjnego doszedł jeszcze ten najważniejszy sukces, czyli sportowy. Miałem możliwość rozmawiać o tym w Elblągu z przedstawicielami UEFA, a także przedstawicielami krajów uczestniczących w turnieju. Trener Serbów podkreślał sprawiedliwe sędziowanie. Szef Mołdawian, nieco rozgoryczony wynikami swojej reprezentacji, wysoko oceniał organizację. Hiszpanie wiele mówili o kulturze kibicowania. Delegat był zadowolony, że wszystkie mecze były transmitowane w ogólnopolskiej telewizji. Może kiedyś PZPN wystąpi do UEFA o powierzenie nam turnieju finałowego ME w futsalu. Myślę, że należy się to wiernej, coraz liczniejszej widowni futsalowej w Polsce.



Szczerze muszę przyznać, że gdy dowiedziałem się o powierzeniu przez PZPN organizacji turnieju Warmińsko-Mazurskiemu ZPN miałem obiekcje, czy sprosta on zadaniu. To co zobaczyłem pokazało, że każdy biorąc się za przysłowiowe „bary” z organizację futsalowej imprezy w Polsce powinien brać przykład organizacyjny z turnieju elbląskiego. Ze swojej strony chciałem podziękować Markowi Łukiewskiemu, prezesowi Warmińsko-Mazurskiego ZPN za umożliwienie mi godnego obejrzenia turnieju. Szkoda tylko, że wielu innych byłych czy obecnych działaczy, szkoleniowców futsalu z Polski nie miało tego szczęścia. Ale to już nie zależało od organizatorów z W-MZPN. Po prostu gdzieś tam w centrali związku nie pomyślano (pewnie w nawale zajęć) o ludziach, którzy dla futsalu kiedyś coś zrobili, czy jeszcze robią. A w piłce trawiastej takiego problemu na meczach kadry nie ma. Proszę więc brać dobre przykłady i korzystać.

Marko Perić – serbski internacjonał futsalowy, którego pierwszy raz zobaczyłem w akcji jako młodziaka na turnieju futsalowym w Rzeszowie ponad dekadę temu, teraz kapitan serbskiego teamu mówił mi w Elblągu: Idziecie dobrą drogą organizacyjną oraz sportową. Kiedy wasi zawodnicy zagrają w reprezentacji, czy klubach więcej meczów o stawkę na stałe zagospodarujecie się w drugim europejskim koszyku. I będziecie wygrywać z najlepszymi nie od czasu do czasu tylko bardziej regularnie. Na pewno wiele pozytywów dałoby waszej kadrze pojawienie się polskich zawodników w klubach zagranicznych. Myślę, że nic dodać, nic ująć w ocenie zawodnika, który ma w swoim CV grę w klubach z najwyższej europejskiej futsalowej półki. W tej przyszłej konstelacji przyszłych polskich futsalowych ”stranieri” większość na turnieju w Elblągu wymieniała Mikołaja Zastawnika. Osobiście jednak chciałem zwrócić uwagę na Michała Kałużę. Spokój oraz pewność golkipera zachwyciły mnie nie mniej, niż odwaga trenerskiego duetu na wstawienie między słupki w tak ważnym turnieju osiemnastolatka. Franz Kafka mawiał – ile szczęśliwych myśli zostaje zaduszonych pod kołdrą, kiedy się samotnie śpi w łóżku. Czytając to zastanawiam się, iż – być może - nie wiemy jak wiele talentów futsalowych kryje się jeszcze w Polsce. I, oby tak było.      

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Rozpocznę od gratulacji dla prezesa Bońka w związku z jego wyborem do Komitetu Wykonawczego UEFA. Jest to wielka chwila dla polskiej piłki. Taka wisienka na torcie ciągu dobrych zdarzeń polskiej piłki kilku ostatnich lat. Początek dały wysokie oceny za organizację  EURO 2012, które odbyło się jeszcze za prezesury Grzegorza Lato, ale prezes Boniek był tego EURO ambasadorem. Tamto polsko-ukraińskie EURO  zaowocowało sporym sukcesem dyplomatycznym. Zorganizowane zostało na tak dobrym poziomie, że zaczęto spoglądać na polską piłkę, jej działaczy jako poważnego partnera.

Kolejne punkty dla związku w skali europejskiej przyniosły znakomite występy kadry Adama Nawałki. Nie od rzeczy będzie wspomnieć też o fantastycznej atmosferze na meczach reprezentacji i pełnych trybunach. To wszystko plus i szczególne osiągnięcia sportowe prezesa jako byłego piłkarza zaowocowało wyborem. Jeszcze raz gratuluję, panie prezesie. I mam nadzieje, że nie zapomni pan o polskim futsalu w nawale europejskich zajęć piłkarskich. Prezes Boniek prawdopodobnie będzie kierował w Komitecie pracą dwóch komisji. Nie jestem jednak aż takim optymistą, by stawiać na futsalowo-plażową.



W szkolnictwie funkcjonuje takie coś jak próbna matura. Niczego jeszcze wówczas nie musi się udowadniać, ale można sprawdzić się i zobaczyć swoją formę przed egzaminem życia. Można zobaczyć swoje słabości i mieć czas je wyeliminować, a nawet zrobić rekonesans jak taktycznie podejść do pewnych rozwiązań, choćby w zakresie rozkładu ściągawek. Taką próbną maturą był - w mojej ocenie - rozegrany w Koszalinie mecz Polski z Białorusią. Wynik 6:0 pokazuje, iż sporą część materiału odrobiła nasz futsalowa kadra sumiennie. Co nieco pewnie pozostało do poprawki i po to jest właśnie przedturniejowe zgrupowanie w Elblągu. Na elbląskim turnieju wszystko musi zagrać na tip-top i nie może być błędów, niedoróbek. Ta matura musi być zaliczona. Powtórki egzaminu nie będzie. Może nas satysfakcjonować tylko ewentualny baraż.

Koszalin – miasto niegdyś wojewódzkie – nie ma zbyt wielu reprezentacyjnych imprez sportowych. Na mecz z Białorusią przybyło ponad dwa i pół tysiąca widzów spragnionych dobrego widowiska sportowego oraz sukcesu biało-czerwonych. Nie zawiedli się. Organizacja meczu i sportowy wynik mogły zadowolić najwybredniejszych. I można byłoby organizatorom wystawić niekwestionowaną szóstkę szkolną, gdyby nie uwagi odnośnie telewizyjnego przekazu.

Reprezentacja Polski zasługuje na topowe promocje telewizyjne. Transmisje, które bez problemu odbierze w całej Polsce każdy sympatyk małej piłki bez szperania po internetowych adresach. Nie wiem i już nawet nie chcę wiedzieć - gdyż znudziło mi się ciągłe dopytywanie - dlaczego nadal futsal przez związkowych organizatorów imprez jest traktowany w zakresie reprezentacyjnych transmisji meczów po macoszemu. Liczę, że w Elblągu będzie wreszcie inaczej.



Jak już jestem przy koszalińskim meczu, to muszę poruszyć dwie sprawy. Po pierwsze, primo – nie byłoby meczu, gdyby nie działania pana Romana Sowińskiego, który własnymi kanałami „dyplomatycznymi” przekonał Białorusinów, że warto przyjechać na sparing do Koszalina. W imieniu futsalowej Polski dziękuję. I po drugie, primo – myślę, że cała futsalowa, i nie tylko, Polska powinna trzymać kciuki, aby nasi golkiperzy, a szczególnie Michał Widuch w zdrowiu oraz formie dotrwali do turnieju. Widziałem w Krośnie na poprzednim turnieju eliminacji Mistrzostw Europy, co dzieje się, gdy bramkarz jest w słabszej dyspozycji dnia. I powiem tak – dla mnie dzisiaj nasi bramkarze wyrabiają w meczu 60-70 procent normy. Aż boję się myśleć, co może być, gdy tej normy nie wykonają.

Maria Janion – polska historyk idei pisała – „naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać”. To prawda pani profesor. Niestety, my Polacy do takiego narodu należymy. I wcale nie inny jest nasz futsal. Jak bowiem inaczej podchodzić do różnych kombinacji  w rozgrywkach. Wyczytałem, że gdzieś w zachodniej Polsce w klubie wystawiono do gry za jednego obcokrajowca innego obcokrajowca, który nie był zgłoszony do rozgrywek. I co najdziwniejsze, nie dopatrzono się potrzeby weryfikacji walkowerem. Do kitu, by nie powiedzieć mocniej z taką organizacją. Dlatego nie dziwią mnie wcale treści kilku rozmów z ludźmi futsalu z tak zwanego terenu, którzy jasno deklarują – dopóki PZPN, Komisja Futsalu nie uporządkują rozgrywek II ligi, szkoda sobie zawracać głowy tworzeniem w naszych regionach rozgrywek tego szczebla. Poniekąd im nie dziwię się, bo każdy chciałby wiedzieć, czy białe zawsze będzie tylko białe, czy jednak czasami jest czarne.

Dobrze, że takich problemów nie ma w ekstraklasie, gdzie rozgrywki są prowadzone merytorycznie oraz sprawnie przez Komisję Ligi. Dlatego tylko pozazdrościć MOKS Słoneczny Stok Białystok, który trzy mecze przed zakończeniem rozgrywek zapewnił sobie awans do ekstraklasy. Cierpliwość, wola walki białostoczan została nagrodzona. Rok temu przegrali po barażach awans ekstraklasowy. Teraz bezproblemowo awansowali z pierwszego miejsca. Gratuluję. Białostocczyźnie należy się ekstraklasowy futsal. Całe podlaskie to prężny ośrodek. Jest to, poniekąd, też zasługa pracy organicznej nad tamtejszym futsalem, pana Leszka Łuckiewicza – od lat propagatora futsalu w Białymstoku i okolicach, byłego działacza Wydziału Futsalu PZPN. Także swoją cegiełkę dorzucił i nadal dorzuca pan Przemysław Sarosiek, który jest też nietuzinkową postacią podlaskiego oraz polskiego światka futsalowego. Niemniej, ojcami sukcesu są działacze, szkoleniowcy, zawodnicy MOKS. Być może sukces MOKS poruszy futsalowo „polską ścianę wschodnią” i wreszcie Śląsk i zachodnio-północne regiony kraju będą miały okazję poznać piękno całej naszej futsalowej ojczyzny.
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nietuzinkowego dziennikarza sportowego Pawła Zarzecznego poznałem na przełomie wieków. Zapoznał mnie z nim Janusz Atlas, inna sława dziennikarska, kiedy przyjechali na Podkarpacie poznawać miejsca młodości Atlasowej rodziny. Byłem dla nich lokalnym cicerone. Z Januszem współpracowałem później w PZPN i rozwijałem medialnie futsal. Z Pawłem odnowiłem kontakt po przeprowadzce do warszawskiej metropolii, kiedy mieszkaliśmy niedaleko od siebie. Nie raz nie dwa spotykaliśmy się. Nasze rozmowy były intelektualną ucztą. I wcale nie sport był tematem wiodącym. Pawła szerokie horyzonty wymagały sporej koncentracji od interlokutora. Najczęściej były to gawędy o Jego felietonach w Polska The Times. Albo rozmawialiśmy o Jego komentowaniu wydarzeń w TV Republika.

Paweł, bywało, dopytywał o futsal, o którym co nieco słyszał z czasów eskapad sportowo-dziennikarskich z Atlasem. Jego sportowe miłości, to piłka nożna, Legia i Deyna. Niejednokrotnie wyczulał w rozmowie na niezawieranie tak zwanych „zgniłych kompromisów”. Już lepiej iść pod wiatr – przekonywał. Było, minęło. Odszedł nietuzinkowy dziennikarz oraz człowiek. Już w stołecznej kawiarence, czy wagonie podmiejskiej kolejki nie zapyta przygodnej osoby ile to jest 2+2 x 2. Nie zapyta konduktora, dlaczego w wagonie Kolei Mazowieckich nie można legalnie wypić piwa, gdy w Intercity można, a przecież obydwa składy jeżdżą po tych samych torach. To był człowiek nie do podrobienia. Dwóch takich znałem niepokornych dziennikarzy w sporcie – Jego oraz Atlasa. I to było moje dziennikarskie oraz prywatne szczęście. Janusza nie ma od lat. Pawła od kilku dni. Cest la vie – mówią Francuzi. I niech tak pozostanie w pamięci.



W życiu funkcjonuje powiedzenie – nie budź licha kiedy śpi, ale z jest też takie, które twierdzi - lepiej żałować, że coś się zrobiło, niż później żałować, że nic się nie zrobiło. Jeszcze niecały miesiąc i zakończy się runda zasadnicza Futsal Ekstraklasy. Pozostanie podział na grupy i pięć arcyważnych meczów decydujących o mistrzostwie oraz degradacji. Jeszcze miesiąc i reprezentacja Polski w piłce plażowej wyleci na Bahamy na finały mistrzostw świata. Trenerem jej jest drugi trener i zarazem zawodnik Gatty Zduńska Wola, Marcin Stanisławski. A być może – i w tym momencie zabawię się we wróża – w kadrze tej znajdzie się jeszcze inny futsalista ze Zduńskiej Woli.

Nie znam terminów owych pięciu meczów ekstraklasy, ale mogą pokryć się z turniejem na Bahamach. Zapytam więc teraz - jest „zagwozdka”, czy jej nie ma. Dwóch, trzech piłkarzy w kadrze, co prawda nie futsalowej, ale na ważnym dla polskiej piłki turnieju może upoważniać do przełożenia meczu. Co prawda, w regulaminie ekstraklasy jest zapis, że dotyczy to tylko kadry futsalowej, ale nie takie cuda już widziałem. Pozwolę więc sobie pospekulować. Po pierwsze, do akcji wkracza PZPN i nakazuje przełożyć mecze Gatty. Po drugie, Gatta sama dogaduje się z rywalami i mecze przekłada. Po trzecie, Gatta gra bez swoich zawodników. Po czwarte, Komisja Ligi FE szuka rozwiązania polubownego. Po piąte, jedzie tylko jeden zawodnik na Bahamy i nie ma problemu. Pewnie są i inne opcje, ale nie będę ich omawiał. Temat wrzucony, reszta nie moja broszka. Dopiszę tylko, że przed laty był już taki problem i PZPN skutecznie interweniował.  

Jak już licho wywołałem, to samo zadbało, by jeszcze nie schodzić ze szpalty felietonowej. To miała być telewizyjna uczta dla sympatyków futsalu w Polsce. Mecz na szczycie ekstraklasy Gatta Zduńska Wola - Rekord Bielsko-Biała. Nie tylko ja, ale pewnie i wielu kibiców małej piłki rozsiadło się przed telewizorami w piątkowy wieczór mając pod ręką przysłowiowe paluszki i pieniący się, złocisty napój. Zaczęło się dobrze. Był obraz, fachowy komentarz, piękne obustronne akcje. Niestety, tuż przed pierwszym golem zepsuła się wizja i pozostał tylko komentarz. Ekran stał się poniekąd impresjonistycznym obrazem Claude Moneta z ulotnymi, niedającymi się uchwycić obrazami. Tylko kolory, kolory, zamazane kolory. Za chwilę SportKlub, którego nie należy obwiniać za zaistniałe perturbacje, przerwał nadawanie i zaserwował powtórkę meczu z Torunia.



Nie piszę o tym, by nawoływać do polowania na czarownice (to i tak już w Internecie dzieje się). Nie moja to bowiem sprawa, tylko udziałowców oraz kierownictwa ekstraklasowej spółki. Niemniej zauważyć muszę, że trafiła się nam, kibicom ta impresjonistyczna wstawka w najbardziej nieciekawym momencie, bo w meczu dwóch najlepszych zespołów futsalowej ekstraklasy. Pewnie lepiej już byłoby, gdyby transmisja została odwołana ze względu niewykonalne dla gospodarzy warunki techniczne. Obiektywnie rzecz biorąc, takie przypadki jak w Zduńskiej Woli zdarzają się w transmisjach TV. Jak mówią - nie myli się tylko ten, który nic nie robi. Niemniej, zaapeluję do Spółki o większą czujność w zakresie sygnału oraz jakości przekazu.   

Opisywana sytuacja zwróciła moją baczniejszą uwagę na bratanie się futsalu z telewizją. Futsalowa Spółka jest o kilka długości przed PZPN w liczbie telewizyjnych transmisji. Gdyby nie działania Spółki FE, jej kolejnych prezesów - Kaczyńskiego, Czeczko, Szymury, Karczyńskiego, to od lat obchodzilibyśmy się przysłowiowym smakiem w telewizyjnym oglądaniu futsalu. A tak w miarę regularnie transmitowane są mecze ekstraklasy. Jak wieść gminna niesie, turniej eliminacyjny ME w Elblągu będzie relacjonowany przez Polsat. Tym sposobem raz na rok telewizyjną, futsalową ucztę kadry funduje nam PZPN. I to w nieinternetowej, czy niszowej TV. Poprzednią była polsatowska relacja sprzed roku ze Szczecina meczu z Kazachstanem. To mało, o wiele za mało. Z każdego granego w Polsce meczu futsalowej reprezentacja powinien być profesjonalny przekaz. Nie znam racjonalnych powodów, aby tak nie było. Dla PZPN to raczej żaden koszt, a dla kibiców futsalu w Polsce wielka uczta. Niemal Lukullusowa. I nie ma w moich słowach krzty (prze)sadyzmu. Tylko objawia się nakaz przyzwoitości.

Przeglądnąłem swoją listę wyróżnień zawodników tego sezonu i postanowiłem dopisać przed meczem z Białorusią jedno nazwisko. Kolejnego bramkarza. Tym razem Dariusza Słowińskiego. Za niebotyczne wyczyny w meczu Gatty z Rekordem. Martwi mnie ciągłe wyróżnianie głównie bramkarzy, chociaż wobec kontuzji Maćka Foltyna kolejny może być przydatny. Turniej w Elblągu zbliża się szybkimi krokami. Liczę, że forma kadrowiczów – tych spoza bramki - eksploduje w kwietniu. Słowińskiego darzę dużym sentymentem i szkoda, iż jest poza kadrą. Były czasy, gdy ówcześni „hurtapowcy” nie zawsze byli gotowi z różnych względów reprezentować biało-czerwone barwy. Darek był zawsze do dyspozycji. I zawsze w formie. A może trener Stanisławski zabierze go na turniej finałowy Beach Soccera na Bahamy. To Darkowi należy się. 

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Po poprzednim felietonie, w którym opisywałem początki futsalowej ligi otrzymałem  telefony z podziękowaniem za przywracanie historii futsalu. Dziękuję za wskazanie, iż historia jest ważna dla czytających. Obiecuję kolejne opowiastki historyczne. W obecnym felietonie, świętując „srebrny jubileusz”, chciałbym przemycić nieco nie stricte futsalowej, ale życiowej refleksji. Niby działanie w futsalu przy innych życiowych sprawach wydaje się banalne, ale jednak uczy wiele. Szczególnie o stosunkach międzyludzkich. Są okresy, kiedy jest się działaczem wysoko w hierarchii sportowej, ale są także momenty gdy się jest poza lub na dole hierarchii. Dopiero wówczas widać, czy można  umocnić, czy zresetować przyjaźnie.

I w tym miejscu zapiszę zdania jednego z telefonicznych rozmówców, działacza pionierskich czasów. Powiedział – Jeżeli osoby, które przez lata zapewniały o wsparciu naraz z dnia na dzień zapominają, a nawet bezczelnie krytykują co wcześniej akceptowały, to nazywać ich trzeba po imieniu – karierowicze. Karierowicze, którzy sprzymierzą się nawet z czartem, byle tylko utrzymać się na stanowiskach i to w różnych układach. Owo międzyludzkie zacietrzewienie jest największą bolączką polskiego futsalu. Dlatego trudno o pozytywne rokowania na znaczący postęp w przewidywalnej perspektywie - powiedział. Zapewne jest w tych słowach sporo racji. Ale też goryczy. Jest tajemnicą poliszynela, że wielu działaczy, w tym i członków władz komisji, czy FE nawzajem nie znosi się. A nawet używając pomówień, obłudy często deprecjonują oponentów. Odnosząc się ad hoc do telefonicznych fraz powiem - nie poszukujmy przyjaciół, czy wrogów, bo oni sami objawiają się w zależności od sytuacji. Niemniej pamiętać należy, iż są ludzie dobrzy i ludzie źli. I w tym jest sztuka, aby dobre ziarno w codziennym postępowaniu oddzielić od plew.



Futsalowy teren, ba całe środowisko, oczekuje od KFiPP PZPN nakreślenia kierunków działania w kadencji. Pojawiają się pewne symptomy zaniepokojenia ich brakiem. Osobiście odradzałbym, przynajmniej do maja, niepokoje. Pół roku działania to będzie dobry moment, by przedstawić wizje obecnych rządców polskiego futsalu. Zarząd związku przed powołaniem na stanowisko przewodniczącego, inaczej niż Spółka FE, raczej nie pyta o plany, tylko mianuje z tak zwanego wyborczego układu. Tak jest od wielu, wielu lat.

Z tego co orientuję się przewodniczący Kaźmierczak spotyka się z różnymi grupami futsalu, związkami regionalnymi, kobiecym futsalem, ekstraklasą, odbywa rozmowy przy okazji rozgrywek młodzieżowych mistrzostw. Mówią, iż zeszyt pęcznieje mu od notatek. Pewnie jeszcze spotkanie z pierwszoligowcami, ocena eliminacji elbląskich ME i usłyszymy o wizji. Dobrze, że przewodniczący sam poznaje dobre oraz złe strony polskiego futsalu. I nie polega tylko na tym, co mu – mówiąc pospolicie - do jednego ucha przekaże jedna opcja, a do drugiego inna. Albo zasugeruje z tak zwanego „tylnego fotela” wiceprezes Bednarek. Jako osoba dotychczas z futsalem za wiele nieobyta, musi ostrożnie stawiać kroki po rozżarzonym futsalowym terenie, aby już na starcie nie poparzyć się. I w tej materii Go rozumiem. Nawet bardzo rozumiem. Ostatecznie w razie niepowodzenia, to na nim skupi się odpowiedzialność, a reszta – być może – będzie tylko zacierać dłonie. Trawestując powiedzenie - „kto szybko daje dwa razy daje” zasugeruję, że warto poczekać, aby otrzymać plan raz, ale dobry.



Jaki wpływ trener ma na drużynę - nie mnie opisywać. Robią to za grube pieniądze psychologowie sportu, wykładowcy szkół trenerskich, nauczyciele akademiccy. Nie wiem, czy dobrze myślę podając jako przykład dobrej zmiany (bez cudzysłowu i partyjnego odniesienia) chorzowski Clearex. Jest trener Miozga, są punkty. Zastanawiałem się dlaczego zespół, który ma trzech kadrowiczów, dobrego innostranca, wypłacalnego prezesa, tak niestabilnie gra. A widziałem chorzowian w całkiem dobrych meczach w Szczecinie oraz Zduńskiej Woli. Znając pana Mirosława jako zawodnika czy szkoleniowca spodziewałem się, że nie będzie kompromisów oraz bon-tonów i zapoznanie z jego filozofią może odbyć się tylko  prostych żołnierskich słowach. Niech się panu wiedzie, panie Mirku. Jeżeli powiedzie się będzie pan jak „półtora gościa”. Bycie „monumentem”, a Clearex niewątpliwie takim jest w FE, zobowiązuję oraz nakłada obowiązek bycia w czołowej szóstce.

Do Torunia na telewizyjny mecz ekstraklasy, zobaczyć jego organizację, jechałem nieco z duszą na ramieniu. Toruń pamiętam, z mojej kilkuletniej przygody dziennikarskiej z „Tygodnikiem Żużlowym”, jako miasto rozkochane w czarnym sporcie. Na dodatek obecnie niemal jak z rękawa „sypie” ekstraklasowymi teamami – oprócz żużla oraz futsalu jeszcze między innymi koszykówka kobiet i mężczyzn, siatkówka, hokej na trawie. Siedem ekstraklasowych zespołów daje Toruniowi trzecie miejsce w krajowym rankingu, po Gdańsku oraz Szczecinie. Po przyjeździe spotkała mnie miła niespodzianka. Pełna hala, donośny doping, godna polecenia organizacja, niezły mecz. Nikomu nie przeszkadzało że czas meczu FC stykał się z czasem meczu play off koszykarek.

Trenera Hirscha znam od lat i nie będzie przesadą powiedzieć, iż daje on klubowi wartość dodaną, mogącą sfinalizować się pierwszym w historii klubu medalem mistrzostw Polski. Kolejną wartością dodaną jest będący jak wino, im starszy tym lepszy, Marcin Mikołąjewicz, kapitan zespołu. Ale pewnie nie spięłoby się to wszystko, gdyby nie grupa prężnych działaczy z prezesem Stasiukiem na czele, potrafiąca przyciągnąć do klubu sponsorów. I im też chwała za toruński futsal. W Toruniu jak w soczewce widać ów trójpodział klubowych obowiązków. Każda z grup – działacz, trener, zawodnik – robi swoje. I dlatego jest dobrze. Czegóż chcieć więcej.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Profesor zawsze mówił nam studentom, Jego seminarzystom – „Jak nie ma się wyobraźni, to później można tylko płakać nad własną głupotą”. Z czasem jednak wpoił w nas młodych zasadę zabezpieczającą poniekąd przed ową głupotą mówiąc – „Zawsze rozwiązanie alternatywne musi znajdować się w bocznej szufladzie biurka, by była możliwość uchronienia od krokodylich łez”. Nie bez kozery piszę dzisiaj o tym, na niecały miesiąc przed arcyważnym dla polskiego futsalu turniejem eliminacyjnym ME w Elblągu. Aż nie chcę myśleć, co stanie się jak nie uda się awansować, choć z drugiej strony w ten awans wierzę. Niemniej zapytam,  czy istnieje jakieś zaszufladowane rozwiązanie alternatywne.

Sam przeżywałem niejednokrotnie, jako przewodniczący też, gorycze futsalowych porażek i wiem, że wtedy wszyscy szukają winnych i bez litości wyżywają się na decydentach, szkoleniowcach, zawodnikach. Tak to jest w naszym futsalu. Szykuje się nowych bohaterów, nowe rozdania. Tylko szaleństwa pozostają stare. I futsalowe koło młyńskie kręci się od nowa. Do następnych turniejów. Ale – póki co – wierzmy, że od połowy kwietnia będzie inaczej. Lepiej, rozsądniej, z sukcesem.

Prezes Boniek – jak zauważyłem – o wyniku z zasady dyskutuje dopiero po gwizdku sędziego kończącego zawody. Nie spotkałem się z jego wypowiedziami - jako prezesa - o zaksięgowaniu punktów już przed meczem. Chociaż pamiętam pierwsze rozmowy z prezesem, wówczas jeszcze zawodnikiem, sprzed grubo 30 lat, gdy biła z niego wyrazista przedmeczowa pewność zwycięstwa. Ale co innego, gdy jest się młodym żądnym sławy piłkarzem, a co innego, gdy ukształtowanym w miarę postępujących lat prezesem. Zresztą, nie ja jeden pewnie uważam, że żadnego przeciwnika nie należy lekceważyć i do każdego podchodzić, co najmniej, jak do mistrza.



Chojnice, to takie przyzwoite pomorskie miasto, do którego – jako historyk - mam spory sentyment dziejowy. Ale też jest to miejsce, gdzie przed laty byłem mimowolnym świadkiem spektakularnego wydarzenia, jakie – podejrzewam – nie miało więcej miejsca podczas międzypaństwowego meczu futsalowego w Polsce. Otóż, gdzieś dekadę temu ówczesny reprezentant Polski, Mariusz Kaźmierczak na środku chojnickiej hali przy pełnej i szalejącej ze szczęścia publiczności oświadczył się pięknej damie. I oświadczyny zostały przyjęte przy aplauzie braw widowni. A wszystko leciało na żywo w telewizji. Dzisiaj ów szczęśliwy „Kazek” nadal po pewnej przerwie strzela gole i przyczynia się do pierwszego w sezonie 2016/2017 ekstraklasowego zwycięstwa Red Devilsów. I to nie nad byle kim, tylko Piastem Gliwice.

Piękne jest przywiązanie zawodnika do klubu. Piękna jest heroiczna walka Chojniczan o pozostanie w ekstraklasie. To należy się tamtejszym kibicom rozkochanym w futsalu. A, i też miejscowemu burmistrzowi, który piłkę, i małą, i dużą bardzo kocha. Widzę to i wiem, gdyż miałem sposobność z nim rozmawiania. Tak trzymać, panie burmistrzu. Tak grać, panie „Kazek”. W sporcie nigdy nie można tracić wiary w korzystny wynik. Liczę, że Chojnice - mimo wcześniejszych różnych personalno-organizacyjnych perturbacji - jeszcze pokażą swoją siłę.

Gdy już jestem przy historycznych momentach, mając na uwadze naczelny tytuł felietonów, odniosę się do początków ligi polskiego futsalu. A czynię to z trzech powodów. Po pierwsze, aby pokazać z nazwiska ludzi, którzy tę ligę zakładali. Po drugie, by zmusić do rzetelniejszej pracy różnych opisujących w monografiach, książkach historię polskiego futsalu. Po trzecie, by wytrącić z ręki oręż kłamstwa wielu działaczom futsalowym, którzy uważają się za protoplastów polskiego futsalu i przypisują sobie obecnie na różne sposoby reprezentatywność w polskim futsalu. Ach ta młodzież i nie tylko. Niesforna oraz zadufana, często mająca za nic ojców założycieli.

Przechodząc do meritum podaję - Polską Ligę Futsalu, która zapoczątkowała gry w sezonie 1994/1995 zakładali Roman Sowiński - P.A. Nova Gliwice,  Jarosław Ambicki - Jard Gliwice, Józef Gołębiowski - Suw-Tor Łódź, Piotr Piechówka - Lipnik Bielsko Biała,  Lesław Rozbaczyło - Team Legnica, Leszek Płaska - Team Bielsko Biała, Krzysztof Lehnort - Energetyk Jaworzno, Tomasz Porwet - Promont Kielce. A pierwszym historycznym po wygraniu tamtej ośmiozespołowej ligi mistrzem Polski została P.A. Nova Gliwice, która później triumfowała jeszcze cztery razy w ramach mistrzowskich ligowych rozgrywek. Podobnie pięć trofeów mistrzowskich ma na swoim koncie Clearex Chorzów. Jest więc do kogo równać. I życzę powodzenia.



Otrzymałem w tygodniu po moim felietonie kilka telefonów, że sędziowie wcale nie są tacy łasi na kasę tylko koszty, choćby dojazdowe, wzrastają. A w ogóle to podwyżka jest raptem symboliczna. Nie wnikam w to głębiej. Niech wyjaśniają sytuację klubom ludzie z  PZPN, prezesi Nowak, czy Bednarek. Ze swojej strony chciałbym odnieść się do pracy arbitrów w innej kwestii. Nie oceniać jakości sędziowania (chociaż akurat w tym temacie mam o tym arbitrze dobre zdanie), ale wyróżnić sędziego Andrzeja Witkowskiego za jakość przedmeczowej odprawy. 

Jest to równie ważne jak bieganie z gwizdkiem po parkiecie. Kto wie, czy już wówczas sędzia nie pokazuje niezwykle ważnej cechy swojego autorytetu – stanowczości. Drodzy arbitrzy futsalu, zwróćcie więc i na to uwagę w swojej co-kolejkowej pracy. A będzie łatwiej wszystkim. I nie stosujcie taryfy ulgowej w kontekście organizacyjnym dla pierwszoligowców. Czym prędzej przystosują się do obowiązujących zasad tym lepiej dla całego futsalu. A o to chodzi felietoniście i chyba wszystkim pasjonującym się małą piłkę.
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Frank Zappa, znany amerykański muzyk, a także aktor, scenarzysta, reżyser, szydził wielokrotnie z różnych wieszczów, polityków, pozerów. Ironicznie ukazywał życie. Odnosząc się do polityki powiedział nawet, że jest jedną z gałęzi przemysłu rozrywkowego. I tylko szkoda, że nie odniósł się takimi słowami też do sportu. Byłoby to jak najbardziej uprawnione, gdyż na naszych oczach sport przemienia się w niezwykle lukratywny biznes. Co prawda, jeszcze futsal ma się nijak do biznesowego spojrzenia, ale jego starszy brat, czy też siostra – piłka trawiasta jak najbardziej jest biznesem. I zauważalne jest to także coraz bardziej w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Szczególnie od początków prezesury pana Bońka, który często mówi o związku jako korporacji.

Aż marzy mi się, patrząc na to, taki nieco mniejszy „Boniek” od futsalu. Niestety, jak na razie, mimo wielu roszad personalnych w komisji związkowej oraz spółce futsalowej, muszę obchodzić się smakiem. No bo jak inaczej podchodzić choćby do zdarzeń powiązanych z mającym odbyć się 30 marca towarzyskim meczem z Białorusią w Koszalinie. Ten jakże ważny ostatni sprawdzian naszej kadry przed elbląskimi futsalowymi eliminacjami ME odbędzie się w sporej mierze dzięki wstępnym prywatnym rozmowom osób spoza oficjalnych struktur. Chwała też trenerom reprezentacji, którzy uparcie walczyli o sparingpartnera, gdy kilka nacji nam odmówiło. Już o tym pisałem, ale jeszcze raz powtórzę – nie tak powinna wyglądać futsalowa dyplomacja.

A jak już jestem przy biznesowym podejściu do futsalu, to zwrócić muszę uwagę na zapobiegliwość arbitrów. Zawsze byłem pod wrażeniem ich dbałości o apanaże. Otóż i tym razem udało im się przekonać związkowe władze i od sezonu 2017/2018 otrzymają całkiem ciekawe podwyżki. Zapewne czytający te słowa prezesi oraz skarbnicy klubów z wrażenia pootwierają usta. I nie będzie im wcale do śmiechu. No cóż, tak to jest w przyrodzie przyjęte, ktoś musi stracić, aby ktoś inny zarobić mógł. I szkoda tylko, że pan Zappa już nie tworzy, bo miałby niezły tekstowy motyw.



Komisja Futsalu i Piłki Plażowej może oficjalnie odfajkować zakończenie finałów młodzieżowych mistrzostw Polski w futsalu sezonu 2016/2017. W siedmiu kategoriach wiekowych mężczyzn oraz kobiet wystąpiło niemal 200 zespołów. Przybywa ich rokrocznie i liczba może zadowalać, ale chciałbym aby jakiś sensowny szkoleniowiec od młodzieży wypowiedział się o poziomie sportowym. Medalowo zakasowały wszystkich kluby ze Śląska, zdobywając dwa tytuły mistrzowskie, trzy wicemistrzowskie oraz cztery brązowe medale. Kolejna pozycja przypadła Warmii i Mazurom. Kluby tego regiony mogą poszczycić się największa ilością tytułów mistrzowskich, bo aż trzema. W czołowej trójce plasuje się Małopolska z czterema medalami (1 złoty, 2 srebrne, 1 brązowy). Jeden złoty medal oraz jeden brązowy stał się udziałem klubów Mazowsza. Jedno srebro i jeden brąz przypadł Kujawsko-Pomorskiemu, a jedno srebro Lubelszczyźnie. Raptem medalami obdzieliło się 6 związków wojewódzkich na 16 działających.

Dlaczego tylko sześć  - chciałoby się zapytać. Oczywiście brały udział w mistrzowskich grach drużyny z 16 regionów, tylko nie trafiły im się zdobycze medalowe. Jako felietonistę najbardziej niepokoi mnie posucha w zachodniopomorskim, gdzie szefuje odpowiedzialny za polski futsal z ramienia kierownictwa PZPN wiceprezes Bednarek i skąd pochodzi trener reprezentacji do lat 19 Łukasz Żebrowski. Nieciekawie jest także w gronie klubów ekstraklasy oraz I ligi. Wiele z nich nie posiada własnych zespołów młodzieżowych i opiera się dla zaspokojenia wymogów licencyjnych na zaprzyjaźnionych klubach szkolących młodzież. Nie jest to dobry prognostyk dla polskiego futsalu i rzuca spory cień na całość systemu rozgrywek mistrzostw młodzieżowych.

Z klubów chciałbym wyróżnić i postawić za wzór godny naśladowania, Rekord Bielsko Biała. Rekordziści przywieźli do klubu dwa tytuły mistrzowskie i trzy trzecie miejsca. Dwa tytuły, to zdobycz OKS Stomil Olsztyn. Jeden tytuł przypadł BSF Bochnia, do którego należy dopisać dwie czwarte lokaty. Złotym blaskiem świecą jeszcze AZS UW Warszawa oraz Constract Lubawa. Dobrze byłoby, gdyby Komisja FiPP PZPN w kolejnych latach przysposobiła się  do załatania czarnych, młodzieżowych dziur futsalu, takich jak wspomniane wyżej zachodniopomorskie. Sposobów na to jest kilka. Pokibicujemy, by wybrano najlepszy.



Bywając w Zamościu, spaceruję po przepięknej starówce i przypominam sobie słowa Jana Zamoyskiego -  kanclerza oraz hetmana wielkiego koronnego Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Zapisane w akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej (taki ówczesny uniwersytet) brzmią następująco – „Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie”. Po ponad 400 latach ta sentencja nie straciła na aktualności i jest przytaczana na różne sposoby przez rozmaitej maści felietonistów. Posłużę się więc nią i ja dla dobra polskiego futsalu. Aby szkolić młodzież, a nawet całość zawodników futsalowych należy najpierw samemu zdobyć umiejętności.

Dobrze dzieje się, że od dwóch – trzech lat PZPN poprzez Komisję FiPP organizuje kursy UEFA uprawniające do otrzymania licencji szkoleniowca futsalowego. Taki kurs uefowski możliwy jest tylko jeden rocznie. Był już w Krośnie, następnie bodajże w Toruniu, teraz będzie w Katowicach. I dobrze. A może byłoby nawet bardzo dobrze, gdyby nie sygnał jaki niedawno przyszedł z futsalowego terenu. Sygnalizowano mianowicie, iż jakoś dziwnie szablonowo podchodzi się do lokowania kursantów w zakresie przyjęcia. Jako felietonista zauważam jedynie temat, bo nie tkwi on w moich kompetencjach dziennikarskich. Jest to domena tak zwanych dziennikarzy śledczych - a takich przy futsalu nie brakuje - i im pozostawiam zgłębianie problemu w odniesieniu do prawdy całkowitej. 

Ze swojej strony chciałbym zaznaczyć twórczo, że kursy mają służyć całej Polsce, a nie jakiemuś wyimaginowanemu ośrodkowi wiodącemu. Myślę, że zrozumiany zostanę przez kolejnych organizatorów i przyszli kursanci nie będą się niepokoić. Najlepiej byłoby, gdyby PZPN zajmował się kwalifikacją personalną i nie zawracał tym głowy regionalnym związkom. Zawsze to z centrali widzi się lepiej potrzeby. Patrząc na tytuły Wielkiego Hetmana Zamojskiego dobitnie widać, że głosząc swoją wiekopomną sentencję myślał o całej Rzeczypospolitej.      

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS