Z notatnika dziejopisa

Chciałbym kiedyś napisać, że w naszym futsalu wszystko jest normalne. Że wszystko jest przewidywalne. Że nie trzeba użerać się o drobiazgi. Że każdy robi swoje, a nie podgryza innego. Że obietnice oraz umowy są dotrzymywane. Że merytoryczna wiedza, a nie układy i znajomości osobiste decydują. Że wszyscy ludzie futsalu mówią jednym głosem. Że sędziowie nie mylą się. Że każdy działacz czy trener robi swoje najlepiej jak potrafi. I nie jest w tym nic dziwnego, że takie mam marzenia. Przecież żyjemy rzekomo w kraju cywilizowanym, gdzie już nie wyciąga się topora, aby rywala uwalić. Przecież nasz futsal ma aspiracje bycia w dziesiątce Europy.

Tymczasem obserwuję jak pewne regiony futsalowe Polski nie mogą się pogodzić, że nie dano im w ręce większej władzy. Jak wycina się z różnych zadań, szkoleń, opcji ludzi spoza pewnych układów. Jak stara się zdobywać pozycje niemal według hasła marszałka Rydza-Śmigłego, czyli „Nie oddamy ani guzika”. Nikt nie odbiera, powiedzmy przykładowo Śląskowi historycznego pierwszeństwa w tworzeniu futsalu, chociaż nie jest to aż tak klarowne w zapisach. Ale nie ma możliwości przyznawania działaczom jakiegokolwiek regionu Polski patentu na futsalową nieomylność. I to z prostego powodu – nie ma ludzi nieomylnych. Nawet szef partii rządzącej przyznał to niedawno w aspekcie ustawy sejmowej o wycince drzew.



Prezes Boniek w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego rzucił takie zdanie – „Dzisiaj największym problemem polskiej piłki są zasoby ludzkie. Im niżej się idzie, tym są one słabsze. O to musimy zadbać. Bo to da jakość naszej piłce”. Święte słowa, panie prezesie. Nie inaczej i ja myślę, pisząc felietony. Ale pozwolę sobie nieco pobronić owych zasobów z niskich szczebli – w domyśle terenu.

Warto czasami rozglądnąć się, panie prezesie, czujniej i może okazać się, że niemal na wyciągnięcie ręki okazjonalnie znajdziemy słabe zasoby. To tak tytułem dygresji. Niemniej będąc już przy owych mitycznych zasobach ludzkich zapytam nieśmiało, czy nie dałoby się losować Halowego Pucharu Polski na wizji, przynajmniej internetowej. Być może tak jest, lecz jakoś nie zauważyłem i dlatego wywołuję temat. Raz na zawsze ucięłoby się wszelkie „pogaduszki” o dziwnych zestawach par. Osobiście nie mam wątpliwości, że tylko i wyłącznie ślepy los paruje kluby. Ale – jak mówią – strzeżonego Pan Bóg strzeże. Po co więc dawać pożywki różnej maści konspiratorom, gdy korzystając z techniki każdy z zainteresowanych będzie mógł sobie wszystko obejrzeć naocznie. A przy okazji zobaczy ładne wnętrza odnowionych pomieszczeń siedziby PZPN, a i trochę ładnych twarzyczek pań pracujących w biurowcu przy Bitwy Warszawskiej.

Kiedyś byłem wzywany jako delegat ds. bezpieczeństwa ekstraklasy trawiastej do wyjaśnienia pewnego zdarzenia z udziałem sędziego zawodów. Okazało się bowiem, że obserwator, do którego należy ocenianie zachowań arbitrów w momencie zdarzenia miał odwróconą uwagę, ponieważ jego sąsiad na trybunie głośno kichnął. Tak oto kichnięcie, czy raptowne otwarcie parasola przed obserwatorem może przeszkodzić w wydaniu rzetelnej oceny arbitrowi. W futsalu przynajmniej numer z parasolem nie przechodzi. Niemniej, dyskusji o sędziowaniu jest wiele. Chociaż na pewno mniej niż kiedyś, bo i poziom wzrósł. Ale, aby nie było nudno, od czasu do czasu jakieś kwiatuszki zdarzają się.

Błędy są rzeczą ludzką i nawet starożytni to uwzględniali filozoficznie mówiąc – „Errare humanum Est” (mylić się jest rzeczą ludzką). Rzeczywiście błędy można od czasu do czasu wybaczać, o ile nie są wynikiem umyślnego działania. Gdy jest inaczej mamy do czynienia z dalszą częścią tej łacińskiej sentencji brzmiącą następująco – „Sed in errare perseverare diabolicum” - czyli „Jednak pozostawać przy błędzie jest rzeczą diabelską”. To prawda i wtedy takie „diablątko sędziowskie” powinno być wykluczone. Często w rozmowach z arbitrami, czy obserwatorami spotykam się z takim oto uzasadnieniem błędnego zachowania sędziego - „Stał dobrze, ale widział źle”. Nie przemawia do mnie ta stricte teoretyczna sztuka ustawiania się. Wolę, aby był nawet źle ustawiony, byle widział dobrze. Jeszcze gorzej jest, gdy błąd sędziego kończony jest golem. Na Boga, to jest niemal jak cięcie katowskim mieczem. Bywa też, że jest to gol decydujący. I co dzieje się. Zawodnicy nie otrzymują premii za wygrany mecz, ale sędzia ryczałtową związkową gażę pobiera. Nie widzę w tym sprawiedliwości. Może spektakularnie przydałoby się coś zmienić. Wyrównać straty. Nic bowiem bardziej nie boli jak brak widoku żywej gotówki.



Finalizując jeszcze słowo w ramach motywu powracającego (leitmotivu) o zasobach ludzkich tytułem niewielkiego resume na przykładzie trenerów. Już trzy kluby ekstraklasy zmieniły w tym roku szkoleniowców. I to wszystkie z dołu tabeli. Widać, prezesom puszczają nerwy. Zapowiada to tylko coraz bardziej pasjonującą walkę po podziale punktów. Czy zmiany pomogą? Nie wiem ani ja, ani owi prezesi. Klasyk mówi – i pewnie ma rację – drużyny nie zmienimy, bo transfery zamknięte, a trenera jakoś się znajdzie. Praktyk dodaje – łatwiej zmienić jednego szkoleniowca niż czternastu kopiących. Życzę, aby w rozrachunku sezonowym zmieniający osiągnęli korzystny bilans. Inaczej będzie to tylko sztuka dla sztuki z cyklu pobożnych życzeń. Bo z próżnego, drodzy prezesi, i Salomon nie naleje.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie tak dawno wiceprezes organizacyjno-finansowy PZPN Nowak rzucił w dyskusji myśl w rodzaju – może należy zastanowić się, czy nie zakazać w rozgrywkach kobiet piłkarkom z klubów trawiastych grać w drużynach futsalowych. Oczywiście, można to zrobić. Tylko zapytam – po co? Nie zbawi to kobiecej piłki na trawie, która jest europejskim średniakiem. A już na pewno nie pomoże futsalowi kobiecemu, który w Polsce dopiero raczkuje. Panie prezesie, pana słowa ważą wiele i proszę na przyszłość raczej mówić o pomocy finansowej dla polskiego futsalu. Akurat polski futsal kobiecy potrzebuje ze strony PZPN poważnego wsparcia, lecz nie takimi słowy. Może pan wiceprezes rozsupła nieco sakiewkę z kasą, której – jak wykazuje często w wywiadach prezes Boniek – związkowi nie brakuje. I to byłoby na ten moment najlepsze wsparcie kobiecego futsalu.



Ekstraliga kobieca oraz ligi niższe mają wiele problemów, ale akurat  do najważniejszych nie należy łączenie gry z trawą. Na pewno problemem jest granie nieraz na halach, gdzie sędziowie muszą przeciskać się przy drabinkach do gimnastyki, czy halach wyglądających jak zaułki jakoweś. Czy też problemy z uzbieraniem kasy na wysokie jak na te rozgrywki opłaty sędziowskie. Nie chcę nikogo ze środowiska kobiecego futsalu obrazić, niemniej realnie proszę zastanowić się, czy nie buduje się w futsalu kobiecym czegoś na kształt góry lodowej, gdzie na powierzchni jest nadużywane słowo „reprezentacja”, a pod nią w wodzie topi się „podstawa lodowa”. Gdzie istnieje szarość, by nie powiedzieć siermiężność, codziennego futsalowego dnia rzeszy zespołów, klubików oraz piłkarek chcących pokopać w piłkę na hali. Wiem, że futsal kobiecy po jakichś tam zawirowaniach personalnych miał przerwę reprezentacyjną w poprzedniej kadencji władz PZPN. Jak wszyscy sympatycy „halówki” cieszę się, że decyzją prezesa Bońka wrócił do łask. Może więc teraz czas na krok grających klubów. Czas na wypracowanie jedności oraz wspólnego stanowiska wobec związku. Czas, by wspólnie zagrać na jego rozwój, siłę. Pomyślcie o tym działacze, sympatycy kobiecej piłki halowej. Wtedy, i wiceprezes PZPN nie rzuci już pewnie takiej niezobowiązującej myśli.

Zobacz też: Nie będzie meczu z Niemcami   Wyczytałem, że Niemcy odmówili nam towarzyskiego meczu w Koszalinie. I nie jestem tym zbytnio zdziwiony. Większość reprezentacji kalendarze meczowe ma ustalone o wiele, wiele wcześniej. Jak mi opowiadał kiedyś szef hiszpańskiego futsalu oni kalendarz dopinają już nawet na dwa lata do przodu. Nie inaczej jest w Rosji. Ale, żeby Niemcy - jeszcze póki co - kopciuszek futsalowy, nam odmawiali, to świadczy tylko o niewydolności negocjacyjnej. Tym bardziej, że mają wobec nas dług meczowy z dawnych lat. Oj, nieciekawie jest. Oj, nieciekawie z futsalową polityką zagraniczną. Abstrahując nawet od Niemców. Wywiedziałem się w Europie, że odmówiło nam jeszcze wiele innych nacji. Gdzie te czasy, gdy mailowałem do szefa brazylijskiego futsalu i ten zapraszał nas na mecze reprezentacji bez większych problemów. I jeden z wiceprezesów PZPN miał piękną wycieczkę. Podobnie bezproblemowo można było umówić mecze z Tajlandią, Rosją, Francją, Serbią, Włochami, czy Ukrainą. A nawet z Azerbejdżanem.

Inna rzecz, że o potrzebie sparingu przed elbląskimi eliminacjami ME wiadomo było nie od wczoraj. UEFA zaplanowała turnieje w poprzednim roku. Nasi trenerzy rozpisali dla związku grafik przygotowań w roku 2016. Co więc stanęło na przeszkodzie, by wcześniej zapewnić sparingpartnera, który nie odmówi. Aż ciśnie się na usta hamletowskie pytanie - o być albo nie być naszej futsalowej dyplomacji. Miejmy nadzieję, że zastępstwo jakieś znajdzie się i nie zepsuje to misternego planu szkoleniowców, w których musimy teraz wierzyć jeszcze bardziej, niż w związkowych działaczy.

Zawsze przysłowiowa łyżka dziegciu przydaje się. Nawet po to, by bardziej uwypuklić jakieś dodatnie strony. Niewątpliwie pozytywem było niedawne spotkanie przewodniczącego Kaźmierczaka z szefami wojewódzkich struktur futsalowych. Nie pamiętam, kiedy w PZPN była tak otwarta rozmowa pomiędzy futsalowym terenem a związkową centralą. Przez lata teren był pozostawiany sobie. Nawet w zmaganiu z własnymi szefami - prezesami wojewódzkich ZPN. Teraz ma to się zmienić. Jest nadzieja, że pan przewodniczący po wysłuchaniu bolączek terenu w rozmowach z kolegami z zarządu PZPN wyczuli ich także na sprawy futsalu w zarządzanych przez nich związkach. Przewodniczący Kaźmierczak duży nacisk w dyskusji położył na sprawy usystematyzowania rozgrywek II ligi. I bardzo słusznie.



Co to bowiem za zaplecze, gdy raptem liczba tych II lig - posługując się metaforą cyfrową tytułu arcydzieła filmowego Felliniego - „8 ½” - wynosi dwa i pół. Ewentualnie ciut więcej. A zapowiedź opracowania nowego, spójnego regulaminu dla tych gier jest wprost rewolucyjna. Gdyby jeszcze komisja pochyliła się pozytywnie nad przekazaniem eliminacji do MMP pod kuratelę związków wojewódzkich, co ściślej związałoby z futsalem prezesów wojewódzkich ZPN, byłoby można  klaskać w dłonie za pozytywny start.

Podróżując początkiem roku po Europie wykorzystałem okazję i spotkałem się z kilkoma znajomymi z okresu działalności futsalowej. Rozmawialiśmy wiele o polskich zawodnikach. Aby nie pozostało to bez echa, postanowiłem sporządzić krótką listę zawodników, którzy mieliby szansę na zagraniczne transfery. Po powrocie do kraju postanowiłem dopisać jeszcze kilka nazwisk i stworzyć felietonową, krajową - w miarę topową - listę transferową. Proszę nie posądzać mnie o jakieś zapędy menadżerskie, ale lubię czemuś nowemu dać impuls. Lubię coś inaugurować. Nie spotkałem się do tej pory z taką listą na portalach futsalowych, więc czas zacząć. Do międzynarodowych transferów jawią mi się na chwilę obecną – Maciej Foltyn, Michał Kubik, Mikołaj Zastawnik. Nie wiem, czy Paweł Budniak jest gotowy do kolejnej próby, ale opinie poza krajem ma dobre i mógłby próbować. Krajowy top transferowy otwierają na mojej liście – poza wymienionymi wcześniej – Tomasz Kriezel, Dominik Solecki, Michał Widuch oraz Daniel Krawczyk. Dalej klasyfikuję Krzysztofa Elsnera – ale tylko dlatego poza pierwszą grupą, że nie jestem pewien, czy zdecydował się już całkiem postawić na futsal. Wreszcie na topowej liście umieszczę też w ramach zachęty Adriana Skrzypka, Michała Marka oraz – czym pewnie zaskoczę – Sebastiana Grubalskiego. W sumie daje to tuzin. Piękną liczbę, symbol  zupełności i zorganizowania. I niech tak pozostanie do kolejnego notowania.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Poprzez lata działalności sportowej poznałem wielu ludzi. Bardziej i mniej ciekawych. Poznałem też takich, co przychodząc do futsalu oznajmiali - o, to teraz będzie na długo moje hobby. I... po 3-4 latach odchodzili. Niedawno czytałem wywiad z panią Beatą Tyszkiewicz. Zapytana, czy widzi jakieś różnice pomiędzy hobby, kolekcjonerstwem, a zbieractwem odpowiedziała - "Kolekcjonerstwo - wydaje mi się - zakłada pewną wiedzę, selekcjonowanie tego co mogłoby znaleźć się w zbiorach. Zbieractwo zaś - wręcz przeciwnie." Po przeczytaniu wywiadu ze szczególnym naciskiem na powyższe słowa stwierdziłem, że futsal polski ma wielu hobbystów, ale niewielu jest w nim - używając jako przenośni wyrażeń wziętych z przytaczanego wywiadu - kolekcjonerów. Patrząc na ćwierćwiecze futsalowe w Polsce i odnosząc historię do dnia dzisiejszego, raptem na myśl przyszło mi 7-8 osób. I - żeby była jasność - nie wpisuję w to grono siebie. Mało, prawda. Nawet jak dodałbym jeszcze kilku, to nadal będzie niewielu. Pozostała spora większość - jak na razie - to tylko osobniki mocne w gadaniu. A gębą wyniku nie zrobi się. Ciągle prawdziwych kolekcjonerów jest zbyt mało dla budowania siły dyscypliny. Chyba nie mylę się - tym bardziej, że optymizmu nie wlewają we mnie systematyczne personalne roszady związkowe na kierowniczych stanowiskach futsalu oraz regularne w miarę "padnięcia" futsalowych teamów.



No, i stało się. Stało się to co prędzej czy później stać musiało. Niezrozumiałe dla ogółu różnice w zapisach regulaminowych - zafundowane przez PZPN (czytaj - poprzednia komisja futsalu, departament rozgrywek oraz departament prawny), a dotyczące wpisywania do protokołu meczowego liczby cudzoziemców spoza Unii Europejskiej - zaowocowały wreszcie walkowerem. Nie będę pisał, że ja, czy pan Jakub Mikulski w swoich "pisadełkach" na łamach futsal-polska przewidywaliśmy to dawno. Nie trzeba było wielkiego wysiłku intelektualnego, aby to przewidzieć. Dziwne, że nie wpadli na to zatwierdzający zapisy w regulaminach ekstraklasy, I ligi, Halowego Pucharu Polski. Oczywiście nie usprawiedliwiam, pisząc o walkowerze w gliwickich pucharowych derbach HPP, w żadnej mierze kierownictwa Piasta Gliwice. W klubie powinno się dokładnie oraz ze zrozumieniem przeczytać regulamin, który w tym punkcie brzmi nieco inaczej, niż regulamin ekstraklasy. To kierownik Piasta jest winien najbardziej. Tak jak kiedyś kierowniczka Legii Warszawa okazała się winna przy walkowerze z Celticiem Glasgow. Drogi PEZETPEENIE, nie czyń na przyszłość okazji do pomyłek. Niech w jednej dyscyplinie będzie spójny zapis regulaminowy dotyczący takich kwestii.

Proszę popatrzeć. W tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała dwudziesty piąty, czyli jubileuszowy finał. Można rzec, że jest rówieśnikiem polskiego futsalu. A rozwinęła się niepomiernie bardziej. Pan Jerzy Owsiak ma wytyczony cel i zmierza do niego. Polski futsal kręci się wokół własnego ogona i co chwilę go podgryza w najmniej spodziewanych momentach. Niestety, nie jest Uroborosem (staroegipskie wyobrażenie węża symbolizujące pożeranie samego siebie i odradzanie się z siebie) i kiedyś może już nie podnieść się po kolejnym "oczyszczającym" pożarciu.  Najnowszy przykład, o którym dowiedziałem się dopiero przy okazji analizowania HPP, to zlikwidowanie final four. Zastąpiono je dwumeczami półfinałowymi oraz dwumeczem finałowym. Rodowicz śpiewa w jednej z piosenek "Ale to już było, i nie wróci więcej". Pani Marylo, nie w futsalu. Lat temu pewnie z osiem w środowisku futsalowym na wniosek klubów uznano, iż finałowe dwumecze są passe i nieciekawe. Po pierwsze, gdy pierwszy mecz zakończy się wysokim zwycięstwem jednej z drużyn rewanż będzie spotkaniem o przysłowiową pietruszkę. Po drugie, rywali przerażały odległości. Przykładowo jazda na trasie Szczecin - Kraków, czy Chorzów. Koszty, czas, zmęczenie. Ogólny bezsens dwumeczowy - i to jeszcze w ciągu tygodnia, czy nawet 3-4 dni. Tajemnicą poliszynela jest, że obecnie za zmianą powrotną optowały te same kluby, którym wówczas dwumecze nie odpowiadały. Żenada po dwakroć. Nie znam w miarę poważnej dyscypliny zespołowej w RP, która w ten sposób rozgrywałaby pucharowy finał. Ale najbardziej - przynajmniej dla mnie - dziwne jest, że zmiany PZPN uchwalił tak zwanym rzutem na taśmę, czyli 27 października 2016, gdy zjazd wyborczy wybierał prezesa Bońka na drugą kadencje 28 października. Dlaczego tak późno - zapytam. A, jak już tak późno, to czy nie należało tego pozostawić nowemu rozdaniu. Daję tutaj mocną czerwoną kartkę w tej materii członkom komisji futsalu z kadencji 2012-2016. Jako zwykły zjadacz chleba mam prawo nawet domniemywać, że nie radzono sobie organizacyjnie z final four. I tak, zamiast do przodu - jak WOŚP, zakręcił się futsal wkoło i powrócił do punktu wyjścia z roku 2009.



Cholernie pesymistycznie pisze mi się dzisiaj. Ale tak bywa czasami. To już dwudziesty felieton, więc trzeba nieco więcej żółci wylać, aby samemu też zresetować się. Inaczej byłoby się mało wiarygodnym. Na finał daję jednak coś optymistycznego. Bardzo zapadły mi w pamięć słowa trenera Piasta Gliwice, Sebastiana Wiewióry, wypowiedziane w HAT-TRICKU Jakuba Mikulskiego. Nie będę ich przytaczał in extenso, ale muszę wspomnieć o akapicie, w którym szkoleniowiec mówi o głodzie sukcesu ich młodzieży futsalowej, ciężkiej pracy, zaangażowaniu tak zwanych "weteranów" oraz zaufaniu i atmosferze. Reasumuje fantastycznym zdaniem, które zacytuję - "Trener jest po to, żeby nie przeszkadzał, a potrafił chłodnym okiem spojrzeć na grupę, którą ma w szatni". Tak, tak, święte słowa. Należy chodzić po ziemi, a nie bujać w futsalowych obłokach. Stąpać twardo po ziemi i szanować wzajemnie się. Dlatego chciałbym, aby działacze w tym względzie brali przykład ze szkoleniowców. Brać trenerska - moim zdaniem - jest w stanie prędzej porozumieć się futsalowo niż prezesi. A, i na futsalu zna się lepiej.      

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Oj, dzieje się. Oj, dzieje. Znajomy, czytający regularnie moje felietony, zwrócił uwagę, iż jest w nich za mało krytyki, a czytelnicy bardzo taką formę narracji lubią. Wysłuchałem, przemyślałem i odpowiedziałem - o ile coś czytelnicy rzeczywiście bardzo lubią, to raczej chodzi o tak zwane krytykanctwo. Krytyka w swojej materii winna być sensowna merytorycznie, a krytykanctwo niekoniecznie. Zresztą notorycznie krytykując utonąłbym w powodzi wszelakiego krytycyzmu futsalowego, które z wielu stron wylewa się z Internetu. Niemal od każdego na wszystko i na każdego. Już mi czytanie tego spowszedniało. Ochrzanić kogoś, obśmiać, bywa że i donieść jest najprościej i ta forma dla wielu pasjonatów klawiatury, czy pióra jest najłatwiej przyswajalna. Wracając po latach do futsalu nie przytuliłem się do żadnej z istniejących futsalowych grup wpływu - co próbują mi sugerować niektórzy - ale działam na własny, niezależny rachunek. I mam się z tym dobrze. I niech tak zostanie.

Ilekroć udaję się do centralnego EMPIKU w stolicy, to jadąc ruchomymi schodami widzę słowa jednego z braci Marx - słynnych aktorów. Myśl Julio Marxa brzmi - "kiedy ktoś włącza telewizor, ja wychodzę do innego pokoju i czytam dobrą książkę".  Internet, prasa, radio, telewizja, telefon - to dominujące obecnie formy masowego przekazu, które z różnym skutkiem zawładnęły naszą codziennością. Patrząc głębiej widzimy, że internet wysforował się na czoło. Jego kreatywność jest przeogromna. Natomiast prasa staje się passe. Telewizja jeszcze jakoś trzyma się, ale - co z przykrością stwierdzam - przekazuje coraz częściej tak zwane postprawdy. Nie dziwi mnie więc postawienie wielu moich znajomych na przekaz radiowy. Przynajmniej nie oglądają twarzy gości studyjnych i pozwalają pohulać wyobraźni. Niemniej cieszę się, że spółka ekstraklasowa po zakończeniu przygody z TVP Sport zdecydowała się pozostać przy telewizji i zaangażowała się we współpracę z nadawcą telewizyjnym o nazwie SportKlub. Wszystkie liczące się rozgrywki sportowe, nie tylko w Polsce, pojawiają się w telewizji. To o przekaz telewizyjny pytają w pierwszej kolejności ewentualni przyszli sponsorzy wszelkich dziedzin.



Współczesny sport to połączenie rozrywki, rywalizacji oraz biznesu. Z tych trzech przymiotów futsal na razie najlepiej znajduje się w kategorii rywalizacja. No, może daje jeszcze nieco rozrywki. Ale nie jest biznesowy. I co gorsze, perspektywy ma w tej dziedzinie niezbyt ciekawe. Dziwi mnie bardzo inercja - chyba, że o czymś nie wiem - pośród klubów w okresie współpracy z TVP Sport w temacie pozyskiwania sponsorów. Śmiem twierdzić, że kluby nie wykorzystały wystarczająco marketingowo, ani pojedynczo, ani in gremio czteromiesięcznego gratisowego flirtu z telewizją publiczną. Kolejnej takiej szansy już nie będzie. Za kolejne promocje trzeba będzie płacić. Oby nie za słono. Obserwując działania klubów polskiego futsalu różnych szczebli rozgrywek zauważam, że ciągle liczą one na jakiegoś "białego konia", który przywiezie darczyńcę z baśniowej Alladynowej krainy. O ile w ekstraklasie takim powinna być spółka FE, to w innych ligowych rozdaniach należałoby liczyć raczej tylko na siebie. A I liga, najprościej ujmując rzecz, jest za liczna, by tak ad hoc znalazł się darczyńca systemowy dla 23-24 zespołów. Co prawda, dzisiejszy sport niemal samoistnie garnie do siebie różne podmioty. Ale - jak okazuje się - nie do futsalu. Telewizja, a publiczna szczególnie, pokazała zapóźnienie organizacyjne futsalu w starciu z mediami. Jakby takie dziwne niezrozumienie, że to otoczka, organizacja imprezy, czy wiarygodność personalna bardziej niż te "grające" 40 minut decydują o przyciągnięciu sponsorów.

Nie ukrywam, że mam w gronie zawodników futsalu swoich faworytów. Ale szacunkiem darzę także tych, którzy nie widnieją w kadrze narodowej. I tutaj na pierwsze miejsce wybija się dla mnie Przemek Dewucki. Nie powiem, że to zmarnowana kariera futsalowa, bo znakomicie w barwach gliwickiego Piasta daje sobie radę na parkiecie, ciągnąc zespół ku najwyższym ligowym celom. Niemniej napiszę, że mógłby dzisiaj być o wiele dalej, gdyby nie kontuzje i pewnie inne przypadłości różne, o których wie sam najlepiej. W każdym razie, Przemku, trzymam kciuki za Ciebie oraz drużynę. Takim samym niespełnionym w gronie trenerów może czuć się Klaudiusz Hirsch. Czasu nie wróci się, ale nie jestem jedynym, który twierdzi, że gdyby pozwolono Klaudiuszowi dłużej popracować z reprezentacją, już wcześniej bylibyśmy na wyższym miejscu rankingowym. Tymczasem po nieudanych eliminacjach ME w Serbii w 2013 roku, po niecałym pół roku pracy, musiał zwolnić posadę. Na szczęście w jego umiejętności z pożytkiem dla klubu, a także polskiego futsalu zainwestował FC Toruń.



Estymacja - jak wbijał nam profesor na wykładzie, a później egzekwował na egzaminie, jest to dział badawczy, mówiąc ogólnie, pozwalający na podstawie badanego wycinka szacować pewne wartości ogólne. Dla każdego prezesa organizacyjnego jest to niemal katechizm działania. Sądzę, że nie obca jest estymacja w nawiązaniu do statystyki oraz demografii i kierownictwu futsalowemu PZPN. Pozwoliłem więc sobie dostosowując naukę do polskiego futsalu zaprezentować jego siłę w rozbiciu na regiony na podstawie kwalifikacji do 1/16 Halowego Pucharu Polski. Jako założenie terytorialne przyjąłem Wojewódzkie ZPN oraz tak zwane Makroregiony w działaniu na poziomie III ligi trawiastej. Dlatego III ligi, gdyż – jak zauważyłem – jest to z różnych względów najwyższy poziom rozgrywek trawiastych odpowiadający ekstraklasie futsalowej. I co wyszło? Najliczniej reprezentowany w gronie 32 drużyn HPP jest region śląski - 8 zespołów. Następnie wielkopolski - 4, pomorski i małopolski - po 3. Po dwa teamy posiadły Mazowiecki, Łódzki, Warmińsko-Mazurski oraz Kujawsko-Pomorski ZPN-y. Po jednym zespole mają związki - Podkarpacki, Zachodniopomorski, Lubuski, Lubelski, Opolski, Dolnośląski. Tylko dwa związki - Podlaski oraz Świętokrzyski - nie mają drużyny na tym szczeblu pucharowych gier. Jeżeli rozpatrywać pod kątem makroregionalnym, to bryluje umownie nazwana grupa III (Śląskie, Opolskie, Lubuskie, Dolnośląskie) - 11 zespołów, wyprzedzając o jeden zespół makroregion II (Pomorskie, Zachodnio-Pomorskie, Kujawsko-Pomorskie, Wielkopolskie). Mazowieckie, Łódzkie, Warmińsko-Mazurskie, Podlaskie jako makroregion I zaliczają 6 drużyn, a stan posiadania makroregionu IV (Podkarpackie, Małopolskie, Lubelskie, Świętokrzyskie) - to 5 zespołów. Czy taka statystyka potwierdza naturalne rozmieszczenie sił polskiego futsalu? Myślę, że tak. Tym bardziej, że lidera podpiera niezwykle silna pozycja południowo-zachodniej części Polski w wykazach młodzieżowej rywalizacji. I choć mówią "statystyka kłamie", to na pewno nie w felietonie.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Na Turniej Czterech Państw jechałem podładować futsalowe akumulatory. Piszę podładować, gdyż całkowite ich doładowanie zostawiam, tak jak pewnie cała futsalowa Polska, na Elbląg w kwietniu. Czułem, że zjedzie do Tychów wiele osób znaczących dla polskiego futsalu. I nie pomyliłem się. VIP-ROOM był pełny. Ale dla mnie ważniejsza była postać słynnego Chorwata, Mico Marticia prowadzącego obecnie narodowy team fiński. Dzisiaj z perspektywy kilku dni można tylko żałować, że nikt nie wpadł na pomysł, by zorganizować jakiś nawet nieoficjalny panel z udziałem JEGO oraz naszych działaczy futsalowych. Mieć pod ręką twórcę i właściciela profesjonalnego portalu FUTSALPLANET i nie skorzystać z tego jest rzeczą co najmniej niezrozumiałą. Właśnie Chorwat oraz trener Słoweńców Andrej Dobowicnik, to obecne w Tychach europejskie nazwiska futsalowe.

Życzę, aby kiedyś jakiś Polak też mógł być za takiego uznawany. Jednak patrząc na rotacje działaczy w polskim futsalu nie jestem w stanie w to uwierzyć. Na pozycję w UEFA pracuje się latami i nie są ważne typowania tego czy owego działacza przez PZPN. Futsalowe środowisko europejskie jest poniekąd hermetyczne i nikogo nie obchodzą za wiele krajowe nominacje. Tam trzeba zaaklimatyzować się poprzez osobowość. A piszę o tym w kontekście działań PZPN zmierzających do wyznaczenia do UEFA futsalowego obserwatora oraz delegata meczowego. Nie wnikam, kto to będzie, ale proszę - władzo związkowa - nie popełnij błędów i nie wyznacz osób nieznanych lub nijakich w wyrazie europejskiego futsalu. Kiedy tak patrzyłem w Tychach jak pan Sowiński konwersuje o futsalu z Martićem pomyślałem - daj Boże, by kiedyś nowe młode pokolenie naszych działaczy futsalowych poruszało się tak swobodnie po europejskich salonach futsalu, jak pan Roman.



Z natury nie jestem aż takim perfekcjonistą, aby bezczelnie pouczać innych. Niemniej są rzeczy, na które trzeba zwracać uwagę. Oczywiście istnieją sytuacje czarne albo białe, złe albo dobre. Ocena takich wydarzeń zależy przede wszystkim od uznanych punktów widzenia względnie moralnych aspektów akceptowanych przez opiniującego. Osobiście nie lubię poruszać się w sferze osądów wyznaczających zasadę "wszystko albo nic". Dlatego nieraz jak nie mogę z całą odpowiedzialnością potwierdzić czegoś, że jest dobre, czy złe, wolę sprawę przemilczeć, co nie znaczy jednak, że toleruję wieloznaczność. O organizacji tyskiego turnieju w aspekcie kwietniowych eliminacji futsalowych ME w Elblągu napiszę jedynie - oczekuję solidniejszego merytorycznie zaangażowania organizatorów związkowych za dwa miesiące. A przedmiotowo zwrócę uwagę tylko na jeden fakt, na który dwukrotnie podczas niedzielnego meczu Polska - Słowenia wskazywał mi jeden z działaczy klubowych polskiego futsalu. Nawet dosłownie zacytuję jego słowa - "Niech pan popatrzy, panie Andrzeju - mówił - od nas związek wymaga, aby byli oznakowani noszowi na meczu. A tutaj, aby znieść na noszach Mikołajewicza po kontuzji musiał podbiegać jeden członek polskiej ekipy, bo oznaczonych noszowych nie było. I jeszcze oznakowanie punktu medycznego - niebieski krzyż. Co to za kolory. Jakieś pokojowe z ONZ. Niech pan to napisze, na pewno napisze" - dodawał. Co obiecałem wykonuję bez komentarza.

Na pewno są to niedociągnięcia łatwe do wyeliminowania przed Elblągiem. Tam delegat UEFA tego nie przepuści. A wiem coś w tym temacie, bo raz byłem dyrektorem turnieju UEFA, a raz przewodniczącym komitetu organizacyjnego turnieju rozgrywanego pod egidą UEFA. Delegaci są zawsze bardzo rygorystyczni w sprawach organizacyjnych i trzymają się zapisów centrali z Nyonu.



Miałem przyjemność oglądać tyski turniej w towarzystwie mecenasa jednego z klubów wschodniej Europy. Dobrego klubu - zaznaczam. Przebywa on w Wiśle z rodziną na nartach, więc gdy mu powiedziałem o turnieju, wsiadł do samochodu i w niedzielne popołudnie zameldował się w tyskiej hali. Chciał zobaczyć w akcji jednego z bośniackich futsalistów, o którym mówi się w jego klubie. Wieczorem podczas kolacji w Domu Bawarskim nad jeziorem Paprocany opowiadał, że już dawno nie oglądał tak radosnego futsalu, jak pierwsza połowa meczu Polska - Słowenia. W 20 minut gry 10 goli - to rarytas dla licznej widowni, lecz dla trenerów pewnie nie - mówił. Wiele mówił też o Finach. "Co to znaczy mieć za trenera tak wytrawnego fachowca jak Martić" - wskazywał. "W niecałe trzy lata ze słabego zespołu europejskiego zrobił on pewnego średniaka, który potrafi mieszać szyki najlepszym. Finowie grają z naciskiem na defensywę. Coś tam dodają w taktyce rozegrania i są przygotowani świetnie fizycznie. Po prostu Martić nie filozofował i mając takich, a nie innych zawodników, dostosował do nich taktykę" - podsumowywał.

Odjeżdżając zdradził mi, że najchętniej to zaproponowałby swojemu klubowi Mikołaja Zastawnika, którego gra wywarła tego wieczoru na nim olbrzymie wrażenie. Jak widać nasza młodzież może być niedługo w cenie w Europie i oby wreszcie jakieś zagraniczne transfery wypaliły, bo to - przynajmniej dla mnie - świadczyłoby, że w rodzimym futsalu coś drgnęło sportowo na lepsze. Takie transfery są bowiem niepodważalnym wyznacznikiem jakości ligi, czy reprezentacji.

Polacy w Tychach wygrali, zremisowali oraz przegrali. Wielu odczuje pewnie pewien niedosyt, szczególnie po nieudanej potyczce z Finami. Pozostało dwa miesiące do eliminacji, a to wystarczający czas dla wyeliminowania niedociągnięć. Bardziej martwi mnie, że raczej nie jest planowany żaden poważniejszy mecz w elbląskiej hali dla jej zapoznania. A przede wszystkim do zapoznania kibiców z polskim teamem oraz reprezentacyjnym futsalem. Kibice muszą wspomagać kadrę, a w Tychach było z tym różnie. Mimo starań wodzireja, nie było euforii. Nawet w vipowskim sektorze. A przecież prezes Boniek na Narodowym w Warszawie tak pięknie cieszy się. Nic, tylko brać przykład, panowie. Finalizując niejako turniej indywidualnie wyróżnię - Zastawnika z Polski, Fina - jednego z braci Kytola, Totośkovića ze Słowenii oraz Bośniaka Bevandę. W regionie, z którym byłem przez lat wiele związany mówi się - "pierwsze śliwki robaczywki". Oby kolejne zbiory były już okazałe.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Woody Allen - jeden z najznamienitszych reżyserów filmowych współczesności powiedział - "Prognozy są bardzo trudne jeżeli chodzi o przyszłość". Jestem zdania, że słowa te dotyczą każdej dziedziny życia. Dlatego bardzo śmieszy mnie - odbiegając nawet na chwilę od sportu - wszelka kakofonia prognozowa. W piłce nożnej podoba  mi się wyważone podejście prezesa Bońka do osiągnięć oraz planów i ewentualnych sukcesów. Jeżeli dobrze wczytuję się w myśli prezesa, to nic nie dzieje się tak ad hoc, na pstryknięcie palcami. A o sukcesie sportowym mówimy dopiero, gdy już go osiągniemy. Pamiętam, kiedy w sierpniu Anno Domini 2016, tydzień przed wyjazdem do włoskiego Jesolo na eliminacje do mundialu w beachsoccerze Bahama 2017, rozmawiałem z trenerem naszej reprezentacyjnej plażówki Marcinem Stanisławskim, to w sposób bardzo wyważony odpowiedział na pytanie o szanse awansowe polskiego plażowego teamu. Jego zdaniem zespół jest dobrze przygotowany, ale są czynniki - mówił - które mogą zaważyć całkiem nieoczekiwanie na wyniku. Jak widać - był realistą i wcale nie hurraoptymistą. Niemniej, zapowiadał nieustępliwą walkę w każdym meczu o zwycięstwo, a oceniając zawodników liczył na dobry wynik. Dzisiaj wiemy, powiodło się i biało-czerwoni w kwietniu pojadą światowy czempionat na Bahamy.



Odnosząc się nadal do zdania Woody Allena powiem - prognozować, to prawie jak grać w ruletkę. A nawet gorzej. Tam zdarza się jakiś układ, bywa nierzetelny czasami. W prognozowaniu i to jest trudno przewidzieć, czy wkomponować w daną sytuacje. Trenerowi Stanisławskiemu ułożyło się wszystko znakomicie. Zebrał zgrany zespół, miał w nim niekwestionowanego lidera, drużyna zespoliła się dla osiągnięciu celu, zawodnicy zawierzyli szkoleniowcowi, dopisało niewątpliwie szczęście, w odpowiednim czasie umiejętności sportowe zgrały się z aktualną formą. Wszystko razem niby nic szczególnego, ale bywa nie raz, nie dwa, trudne do zebrania w jednym czasie oraz miejscu. Życzę zbiegu tych wszystkich okoliczności reprezentacji futsalu podczas kwietniowego elbląskiego turnieju eliminacyjnego mistrzostw Europy i jednocześnie wnoszę o nieco ponad dwa miesiące przedturniejowego spokoju dla naszej kadry. Po Wielkanocy oceniajmy.

Połówka stycznia była obfita w futsalowe narady. Najpierw władze spółki FE z prezesem Karczyńskim oraz przedstawiciele klubów ekstraklasowych spotkali się z kierownictwem PZPN (prezesi Nowak, Bednarek, przewodniczący Kaźmierczak), by następnie we własnym gronie podsumować mijające pół roku oraz radzić nad przyszłością. W spotkaniu uczestniczył też prezes Ekstraklasy SA, Dariusz Marzec. W kolejnym dniu na pierwszym posiedzeniu z udziałem prezesów Nowaka oraz Bednarka obradowała nowa Komisja Futsalu i Piłki Plażowej PZPN. Liczę, że zarówno SFE oraz PZPN poinformują, przynajmniej tezowo, o ich przebiegu. Z felietonowego obowiązku odnotuję jedynie, że wreszcie emocje ustąpiły miejsca rozumowi. I oby tak było zawsze.

Zresztą znając ze związkowej działalności przewodniczącego Kaźmierczaka od roku co najmniej 2008 wiem, że jest purystą regulaminowo-prawnym i nie ma u niego możliwości zrobienia ruchu niepożądanego. Tym bardziej powstawania różnych nieformalnych "towarzystw wzajemnej futsalowej adoracji". Dlatego sądzę, że od sezonu 2017/2018 będzie coraz mniej nieporozumień regulaminowych, o których na łamach futsal-polska pisze często Jakub Mikulski. I dobrze, że pisze. Ze swojej strony dodam jeszcze tylko zapytanie - na jakich zasadach regulaminowych w barażach o ekstraklasę wezmą udział ewentualni obcokrajowcy spoza UE, ponieważ PZPN zatwierdził w tej kwestii dwa różne zapisy regulaminowe, dla I ligi oraz ekstraklasy. Z całym szacunkiem, drogi związku - jednak interpretacja pewnych zapisów powinna być jednakowa, a nie według mniemania - kto wcześniej rano gdzieś tam w Polsce, czy w jakimś biurze wstanie, ten ma rację.



My tak gadu gadu o przepisach, a trwają rozgrywki. Ligowo grała tylko ekstraklasa. Nic powalającego nie wydarzyło się. No może oprócz nadszarpnięcia nerwów  kibiców Euromastera oraz Piasta, którym TVP Sport, zafundował nocną transmisję według zasady telewizyjnego poślizgu zamiast zapowiadanej live. Przebiły ich live relacje mistrzostw świata w piłce ręcznej. Drużyny lig niższych oraz regionalni triumfatorzy Halowego Pucharu Polski potykali się w 1/32 tych rozgrywek. W Pucharze na chwilę, kiedy piszę te słowa, wiem o 10 zespołach I ligi, które odpadły z pucharowej rywalizacji. Pierwszoligowcy przegrywali przeważnie z amatorskimi drużynami. Jakby chcieli potwierdzić moją tezę z poprzedniego felietonu o miałkości zaplecza futsalowego.

Gdy już jestem przy pierwszoligowcach odniosę się do trochę dziwnej - moim zdaniem - sytuacji w grupie północnej. Tam z początkiem roku miał odbyć się mecz Mieszko Gniezno - Słoneczny Stok Białystok. Nie odbył się. Został przełożony na - uwaga - 15 kwietnia (termin podaję według futsalowych portali). Dla  jasności - rozgrywki I ligi kończą się 22 kwietnia. Nie wiem kto zadysponował nowy termin. Ale obojętnie kto nim był, jest rzeczą karygodną wskazywać dla być może decydującego o miejscach w tabeli meczu aż tak odległy czas w stosunku do  planowanego terminarzem. Brak wyobraźni, dobra, albo zła wola, a może wszystko razem wzięte. Tak nie powinno być. Jest to już bodajże trzeci mecz białostocczan, który nie odbywa się w regulaminowym terminie. Dziwna przypadłość.
 
Przepraszam, że tak mało napisałem dzisiaj o futsalowej stronie sportowej, lecz organizacyjne sprawy są równie ważne. Liczę na odrobienie zaległości za tydzień, po tyskim turnieju z udziałem reprezentacji Polski, Słowenii, Bośni i Hercegowiny oraz Finlandii. Tym bardziej, że mam nadzieję, iż organizatorzy zadbają o jakiś przekaz medialny, ogólnopolski telewizyjno-internetowy. Wcale nie przesadzę, jak napiszę, że liczę na sportowy oraz ORGANIZACYJNY sukces. Turniej tyski odbieram bowiem też w kategoriach sprawdzianu organizacyjnego PZPN przed uefowską imprezą w Elblągu. 

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Jadąc na mecz do Gdańska w miniony poniedziałek otrzymałem informację, która jako mieszkańca aglomeracji warszawskiej mnie zadowoliła. Otóż, AZS Uniwersytet Warszawski został mistrzem Polski w futsalu w kategorii dziewcząt do lat 18. Brawo. Gratulacje. Cieszę się, że w przeciągu dwóch lat kolejna żeńska drużyna futsalowa z Warszawy szczyci się tytułem mistrzowskim. Rok wcześniej były to dziewczęta z Pragi Warszawa. Już nie mogę doczekać się mistrzostw za rok. Może kolejny warszawski, czy też mazowiecki team wygra - marzyłem sobie w Polskim Busie gdzieś za Ostródą pośród iście angielskiej mgły. Ale - okazuje się - nie wszystko jest takie proste. Za rok może dziewczęcych mistrzostw w pewnych kategoriach nie być albo będą w zmienionej formule. Takie głosy padają w środowisku.

Z młodzieżowymi mistrzostwami futsalu od zawsze były różne problemy. Kiedyś grało się według kategorii U-21, U-19, a dziewczęta tylko amatorsko, spontanicznie i dopiero w kadencji 2008-2012 przyjęliśmy je pod związkowe skrzydła. Później za tej samej kadencji ówczesnego Wydziału Futsalu poszerzono optykę mistrzostw i nazewnictwo kategoriach na U-20, U-18 i tak w dół co dwa lata do U-14. Powstała kadra chłopców U-19. Taki system młodzieżowych mistrzostw, którego kreacji znaczącymi osobami byli panowie Szymura oraz Czeczko, trwa od moich czasów kierowanie polskim futsalem do dzisiaj. Jednak jak wywiedziałem się - od osób bliskich futsalowi młodzieżowemu - pewne korekty są planowane. Kwestia tylko zakresu i terminu. Jako współautor poprzednich zmian pozwolę więc sobie zasugerować felietonowo pewne rozwiązania. PRIMO - rozpatrzyć należy zasadność utrzymywania reprezentacji do lat 19. Wygospodarowane środki można przekazać dla reprezentacji seniorskiej kobiet. U-19 i tak gra sporadycznie, a UEFA nie ma nawet w najodleglejszym zamyśle powołania takich rozgrywek. SECUNDO - należy powrócić do nazewnictwa nieparzystego i stworzyć obowiązek dla klubów ekstraklasy oraz I ligi futsalu uczestnictwa w rozgrywkach MMP U-19. Nie wypowiadam się o U-21, bo jak w tym wieku są zawodnicy stricte futsalowi to i tak powinni występować w ligowych zespołach. Wszelkie kategorie poniżej U-19 pozostawiam do rozgrywek eliminacyjnych na szczeblu związków wojewódzkich, później makroregionów i tylko finał (cztero-drużynowy) byłby ogólnopolski. TERTIO - Nie należy ograniczać występowania w rozgrywkach młodzieżowych zawodnikom oraz zawodniczkom z klubów piłki trawiastej.



Odkąd pamiętam, zawsze istniał problem "wypożyczania" zawodników, czy zawodniczek na futsalowe młodzieżowe mistrzostwa od klubów piłki trawiastej. Nie rozumiałem przed dziesięciu laty i nie rozumiem nadal awersji trenerów piłki trawiastej do dania możliwości podopiecznym spróbowania sił w mistrzowskich meczach na hali. Nie poruszałbym tematu, gdyż każdy ze szkoleniowców może mieć w tej sprawie takie swoje dictum, ale nie mogę pozostać bierny, kiedy opcja trenerska z trawy próbuje wpływać na usankcjonowanie tego stosownymi związkowymi zakazami. Czy ci panowie nadal nie pojmują, że futsal jest doskonałą grą uzupełniającą. Jeżeli nie chcą wypożyczać zawodników, czy zawodniczek, niech sami wystawiają swoje zespoły do mistrzowskich zmagań w futsalu. Czyżby bratanie się z futsalem przerastało ego ludzi z przedrostkami PRO i innymi literowymi przed trenerską nazwą? Tak na marginesie gubię się w tej nomenklaturze i w tym, kogo oraz kto w Polsce może trenować. Finalizując akapit trenerski napiszę jeszcze tylko w apelu do władz PZPN. Szanowni panowie - łatwo jest wylać dziecko futsalowe z kąpielą, wprowadzając zmiany. Liczę jednak, że rozsądek oraz perspektywiczne patrzenie na polski futsal przeważy. Przy okazji dodam, że w sztabie analitycznym trenera Nawałki jest dwóch szkoleniowców nad wyraz blisko związanych kiedyś z futsalem. Nawet prowadzący kadry narodowe futsalu. To panowie Góralczyk oraz Juszczak. I panu Nawałce to nie przeszkadza. Niech więc inni trenerzy podrapią się co nieco po głowie i dadzą futsalowi spokój. Jak nie chcą pomagać, to niech nie przeszkadzają.

Poważną wtopę - według opisu niektórych mediów - zaliczył ktoś na mistrzostwach U-18 dziewcząt, zgłaszając do gry dziewczynę w finałach, która już wcześniej grała w innej drużynie. Mam nadzieję, że to tylko niedopatrzenie, a uprawnienie przez stosowny organ nadzorujący te rozgrywki mieści się w granicach prostego błędu ludzkiego, a nie "lekkiego" podejścia do sprawy. Zresztą jak mówili starożytni - "errare humanum est" - błądzić jest rzeczą ludzką. Ważniejsze natomiast jest - moim zdaniem - by w tym błędzie o nieomylności nie trwać, bo to jest już rzecz diabelska. Niemniej, na kanwie tego zdarzenia poproszę do PZPN jako organ prowadzącego rozgrywki I ligi futsalowej o zaapelowanie do klubów o dołożenie większej staranności w sferę organizacyjną meczów pierwszoligowych rozgrywek. Jest spora różnica poziomu sportowego pomiędzy I ligą a ekstraklasą - co przyznają zgodnie beniaminkowie. O ile strona sportowa nie zależy od organu prowadzącego rozgrywki, to strona organizacyjna tak. Dlatego należy czynić starania, aby te różnice niwelować. Tego wymaga ogólnie pojęty wizerunek futsalowy.



O meczu ekstraklasowym w Gdańsku mogę powiedzieć - jak się chce, to zrobi się. I nie chodzi mi o wynik, ani o grę. To zainteresowani zobaczyli na ekranie TVP Sport. Piszę o stronie organizacyjnej. Ta hala aż prosi się o międzynarodowe mecze futsalowe. Ktoś mówił, że w Gdańsku mecze ogląda 40-80 kibiców. Było o wiele, wiele więcej. Były reklamy ledowe. Był czysty parkiet bez dodatkowych linii (dlatego obyło się bez legendarnej futsalowej maty). Były oznaczone pomieszczenia dla drużyn, osób funkcyjnych. Były przestronne miejsca dla mediów z łączami elektronicznymi. Były właściwie zorganizowane służby wymagane regulaminami do zabezpieczenia. Był z dobrym tembrem głosu i znający futsal spiker. I co najważniejsze - prezes miał czas dla siebie, gdyż do każdego działu organizacyjnego miał kompetentną osobę do kierowania. I nie było zdziwienia, że przedstawiciel Spółki FE coś od organizatora wymaga w kwestii realizacyjnej na linii klub - telewizja - przepisy. W Gdańsku doskonale zdają sobie sprawę, że organizacja oraz wizerunek to ważące elementy budowania produktu. Nie mniej ważne, niż sportowy wynik. Nietrudno w tym kontekście zauważyć, iż trwający gratisowy flirt z TVP Sport powoduje poprawienie świadomości organizacyjnej klubów. Lekcję tworzenia produktu kluby - jedne sprawniej, inne mozolniej - jednak odrabiają. Funkcjonuje w przestrzeni takie powiedzenie, którego prekursorem jest niemiecki filozof Nietzsche - "Co nas nie zabije, to nas wzmocni". I myśląc w tym kontekście o uporze, wytrzymałości, rozwoju - tak należy działać.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Felieton jest doskonałym miejscem dla pokazywania ludzi. Ich możliwości, porażek, zwycięstw, marzeń. Czyli wszystkiego tego, czym pasjonuje nas sport. Pomyślałem więc, że należy z tego skorzystać i - po zmianie ekipy zarządzającej w związku polskim futsalem oraz wcześniejszej zmianie we władzach ekstraklasowej Spółki, a także wymianach w komisjach futsalu związków wojewódzkich - napisać w wersji przymiotnikowej o ludziach polskiego futsalu. I tak powstała w ujęciu felietonowym autorska lista pod nazwą - "KTO KRĘCI FUTSALOWE KOŁO”.



Futsalowy rok 2016 nie był nudny. Końcem roku personalia rozpaliły do czerwoności środowisko. Wojenki regionalnych baronów, dążących do ulokowania "swoich ludzi" w fotelach futsalowo-plażowej komisji, trwały przez wiele dni oraz nocy. Dlatego, między innymi, już na początku segregowania kandydatów do listy 10 osób ważących dla polskiego futsalu znalazłem się w sporej kropce. Czy brać pod uwagę osiągnięcia minione, co wyjdzie jak najzwyklejsze podsumowanie, a tego chciałbym uniknąć. Czy też ocenić stan aktualny, a to wyjdzie ze szkodą na nowo-powołane władze komisji, bo zbyt krótko panują i nie dały się jeszcze ocenić w sposób wystarczający. Ale po co są tak zwane "złote środki". Nie będzie więc kryterium osiągnięć, tylko felietonowy ogląd "twarzy futsalu".

Na pierwszy miejscu bezapelacyjnie umieszczę duet wiceprezesów PZPN. Eugeniusz Nowak oraz Jan Bednarek nie dość, że rozdali karty powołań do nowej komisji, namaścili przewodniczącego, wybrali miejsce eliminacji ME, to jeszcze dzierżą w swoich rękach (Nowak) kasę, jaką dotuje związek futsal oraz nadzorują merytorycznie z ramienia kierownictwa PZPN działania futsalu (Bednarek). Mówiąc wprost - niewiele bez ich zgody w polskim futsalu może zaistnieć.

Miejsce drugie przypiszę duetowi trenerskiemu Andrzej Bianga - Błażej Korczyński. To w ich głowach, posiadanej wiedzy, wizji reprezentacji, taktyce meczowej, powołaniach personalnych leży na chwilę obecną przyszłość polskiego futsalu. Uda się w kwietniu na eliminacjach ME - będą wielcy. Oni i polski futsal. Nie powiedzie się. Lepiej nie mówić.

Trzecią lokatę dedykuję Maciejowi Karczyńskiemu - prezesowi zarządu Spółki Futsal Ekstraklasa. Jak "Ostatni Mohikanin" podjął się arcytrudnego zadania ożywienia medialnego oraz sponsorskiego Spółki. Jak powiedzie się, skorzysta na tym nie tylko Spółka, ale cały polski futsal. Przegra - ręce będą zacierać w związku przeciwnicy samodzielności ekstraklasy futsalowej. Trwa więc wielka gra. Niemal o honor.

Czwarty będzie u mnie przewodniczącego Komisji Futsalu, Adam Kaźmierczak. Wiem, że powinien być pierwszy i tego życzę mu na przyszły rok. Ale obecnie zaledwie studniowe urzędowanie nie pozwala tam go umieścić. Dla przewodniczącego rok 2017 będzie wielką szansą. Wykorzysta ją, skorzysta futsal oraz ON. Nie powiedzie się - odejdzie w tło razem z futsalem. Na razie należy dać przewodniczącemu jeszcze trochę oddechu. Ale kierować już musi.

Piątą pozycję zarezerwowałem dla Janusza Szymury - prezesa klubu Rekord Bielsko Biała. Dla polskiego futsalu jest on takim elementarnym, moralnym przewodnikiem. Przykładem organizacyjnym. Jest szanowany za działalność przez wrogów oraz przyjaciół. Jest orędownikiem niezależności futsalowej i współpracy z PZPN na zasadzie partnerstwa, a nie podległości.  

Na szóstej plasuję Szymona Czeczko - przewodniczącego Komisji Ligi Futsal Ekstraklasy. Jest jednym z dwóch ludzi polskiego futsalu, a jedynym na tej liście, sprawnie poruszających się gąszczu futsalowych i nie tylko przepisów. Pan Szymon posiada też niewątpliwie przydatny dla działacza dar rozmawiania z ludźmi. Potrafi zaadaptować się w trudnych sytuacjach z pożytkiem dla futsalu.  

Siódmy jest Zdzisław Wolny - prezes Cleareksu Chorzów. Człowiek - instytucja, niemal legenda polskiego futsalu. Mimo, iż na co dzień już nie jest tak aktywny jak kiedyś, jego zdanie w ważnych, przełomowych kwestiach dla futsalu jest brane pod uwagę. Jest to takie, niezwykle skuteczne, podpowiadanie z tylnego fotela.

Anna Straszewska będzie ósma. Ale tylko dlatego, że jest szefową łódzkich struktur futsalu, czyli związku, z którego wywodzi się przewodniczący Kaźmierczak. Pani Anna jest w futsalu dłużej niż pan przewodniczący, więc nasuwa się nieodparcie myśl, iż pan Adam, przynajmniej na początku kadencji, będzie wiele korzystał z jej ocen, czy też podpowiedzi. Za rok może pani Anny nie być już w tej klasyfikacji.



Dziewiątą pozycję rezerwuję dla szefa polskich sędziów futsalowych. Na chwilę obecną jest nim Przemysław Sarosiek. Ta organizacja jest bardzo dynamiczna w zmianach. Pan Przemysław wiele zrobił dla poprawienia image arbitrów, ale błędy zdarzają się jeszcze. Pracę należy kontynuować i dążyć, aby sędziowie na parkiecie byli jak najmniej widoczni.

Dziesiątkę zamyka Grzegorz Morkis - wiceprzewodniczący Komisji Futsalu. Taki człowiek cienia. Znany z działalności w młodzieżowych środowiskach futsalowych. Trzyma mocno te imprezy, tak potrzebne naszemu futsalowi. Jestem ciekaw jak odnajdzie się w nowej komisyjnej sytuacji

Nie darowałbym sobie jako felietonista, gdybym nie popełnił jeszcze małego resume dotyczącego osób, faktów, zdarzeń najbardziej rozczarowanych minionym rokiem oraz rokujących nadzieję na przyszłość. Na liście rozczarowanych minionym rokiem, bez urazy, można umieścić - Bogdana Duraja, Romana Sowińskiego, sympatyków Red Devils Chojnice. Niewątpliwie, całe trio liczyło w roku 2016 na więcej lub choćby utrzymanie status quo. Francuzi w takich przypadkach mawiają - C`est la vie (takie jest życie). Natomiast w wykazie rokujących na przyszłość chętnie zobaczyłbym prezesa Jarosława Jenczmionkę z Piasta Gliwice, Wojciecha Weissa - trenera reprezentacji kobiet oraz media - Łączy nas Piłka i Futsal-Polska.pl. Wyznaczają kierunki - biznes, kobieca "mała piłka", media - bez których koło futsalowe nie przyspieszy.
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Z okazji Nowego Roku otrzymałem między innymi takie życzenia - "Niech Nowy Rok przyniesie Ci zdrowie, radość, miłość, pomyślność i spełnienie wszystkich marzeń. A gdy marzenia już się spełnią, niech dorzuci nowe, bo to one nadają życiu sens". I były to życzenia od człowieka znającego się na futsalu, jak mało kto w Polsce. Dziękuję. Moje marzenie spełniło się, gdyż uczestniczyłem w koncercie noworocznym wiedeńskich filharmoników. To była uczta. Należę do grona ludzi, którzy nie składają zbyt wielu obietnic, nie rozliczają się obowiązkowo z poprzedniego roku oraz nie przyrzekają sobie szczególnej poprawy na rok kolejny. Najzwyczajniej nie chcę uzależniać się od zobowiązań. W felietonie żyję okresami sezonu futsalowego, który nie jest równoległy z rokiem kalendarzowym, więc i czas cezury jest inny. Poza tym futsal jest dyscypliną zbiorową i nawet najlepsze starania jednostki nie będące koherentne z całością nie spełnią się. Mając to na względzie postanowiłem początkiem roku napisać co nieco o działaczach. Jako zjawisku, bez zbytnich nazwisk, nieco mentorsko, wtrącając czasem merytoryczne pytanie.

Anno Domini 2017 jest, przynajmniej dla mnie, rokiem ćwierćwiecza polskiego futsalu. Srebrne Gody zobowiązują. Mija szesnaście lat od udziału w finałach wielkiej imprezy futsalowej. Gdzieś tam pod maską spokoju, środowisko czeka na powtórkę. Na różne sposoby objawiają się kolejne pokłady populizmu oraz presji, jakie na reprezentację in gremio oraz indywidualnie na działaczy, na zawodników, na trenerów są nakładane. Od presji udziałowców nie są też wolne władze ekstraklasowej Spółki. Od presji środowiska nie jest, a jakże, wolny PZPN z komisją futsalową włącznie. Pytania na przemian z oczekiwaniami informacji mnożą się. Zobligowany przez wielu, zadam pezetpeenowcom - w osobach prezesów Nowaka, Bednarka oraz przewodniczącego Kaźmierczaka - jedno pytanie. Mamy początek stycznia. Dlaczego jeszcze nic nie wiemy o kalendarzu reprezentacji na rok 2017? Czy jest to tajemnica, czy brak dogrania (oprócz turnieju kwietniowego ME) terminarza, co nie powinno zdarzyć się w poważnym związku?



Futsal nie jest dyscypliną popularną, gdy oceniamy w kontekście profesjonalnego uprawiania. Jednak, kiedy weźmiemy pod uwagę masowość grania w "małą piłkę" na hali, to jest o wiele korzystniej. Niewątpliwie wiąże się to z panującą obecnie modą na masowe uprawianie sportu. Dzięki tej modzie jesteśmy sprawniejsi, rosną nam endorfiny szczęścia. Przy okazji handlowcom rosną sprzedaże. Niemniej, mimo iż o wiele więcej ruszamy się, nie stajemy się z dnia na dzień zawodowcami. Nadal jesteśmy tylko amatorami, gdyż różnica pomiędzy profesjonalistą a amatorem nie zaciera się przy okazji zakupienia super sportowych butów, czy sportowego trybu życia. Amatorska przygoda ze sportem, to nie to samo, co harówka wyczynowego sportowca. Tak samo nie można stać się z dnia na dzień działaczem sportowym nie przechodząc wielu etapów wtajemniczenia tego specyficznego rodzaju pracy. Wielu sponsorów, czy działaczy futsalu - mówiąc slangowo - przewiozło się już na swoich sportowych zamiłowaniach. Szlag mnie trafia, kiedy widzę biznesmenów "przytulających się" do futsalu, ale jeszcze większy mnie trafia, gdy widzę działaczy obiecujących zawodnikom oraz kibicom przysłowiowe "złote góry", z których braku nie potrafią się później wytłumaczyć. Wielu w takich przypadkach lubi się poskarżyć na nieokreślone czynniki obiektywne, względnie osobowe, rzucające na klub uroki. Pisząc to mam w głowie informację o jednym ważnym działaczu związkowym tłumaczącym, iż niedawne mecze futsalowe z Belgią, to tylko sparingi i nie ma co się rozbijać za transmisjami. Daj mu Boże mądrości.  

Oprócz działaczy jest w futsalu nacja, bez której dyscypliny najzwyczajniej nie byłoby. To zawodnicy. Wielu z nich wydaje się, że grając w futsal na szczeblu centralnym rozgrywek krajowych są już prawdziwymi wyczynowcami. Nic bardzie błędnego. Tak myśląc robią sobie krzywdę. Kolejny błąd, to żądanie sporych jak na futsal apanaży. Co prawda, struktura sportowa pozwala żądać sowitej zapłaty za wykonywaną pracę, ale rozum nakazuje też mieć na względzie zdrowy rozsądek. Nie będę czarował i pisał - oto z trawy do futsalu przeniósł się fantastyczny piłkarz, któremu ciepła hala bardziej spodobała się niż mokra trawa. Wszyscy wiemy, jaki to byłby surrealizm. Z zawodnikami jest prawie tak jak z działaczami. Do futsalu w dużej mierze wędrują ci, którzy nie spełnili się w piłce trawiastej. Mnie to nie przeszkadza, byle tylko jedni i drudzy zachowywali się odpowiedzialnie.



A wracając do relacji na linii zawodnik - działacz, zawsze będę twierdził, iż działacz powinien dbać o zawodników, bo to dzięki nim ma pracę, gratyfikacje. Wspólnie - zawodnik, działacz, trener - winni na pierwszym miejscu stawiać  futsal jako dyscyplinę, a dopiero na drugim promocję swojej osoby. Niestety, nierzadko bywa odwrotnie i nawet mocno niekonwencjonalnie. Jako przykład podam pewien przekaz, który otrzymałem działacza futsalu oceniającego kolegę, starającego się o futsalowe stanowisko w centrali (otrzymał je). Sens wypowiedzi owego kolegi był następujący - "Wiesz, futsal jest mi potrzebny do aklimatyzacji w PZPN. Do zdobycia tam kontaktów. Do wyjechania z reprezentacją za granicę".

Przypomniałem sobie te słowa wracając z Wiednia i czytając w pociągu Goethego. Niemiecki poeta mawiał - "Ludzkość kroczy stale naprzód, jednak człowiek pozostaje ten sam". Co prawda, to prawda.   
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Minęły święta. Sportowcy, działacze, sędziowie, trenerzy rozjechali się z klubów, związków do domów. Odpoczywali przy świątecznych stołach z najbliższymi. Snuli plany na zbliżający się Nowy 2017 Rok. Dobrze jest po świątecznym odpoczynku przystąpić do nowych wyzwań ze zresetowanymi głowami. Z nowym futsalowym spojrzeniem. Dobrze, że w futsalu tak układa się terminarze, iż jest czas świąteczny dla siebie i rodzin. Kibiców także to zadowala. Tradycja to rzecz ważna, szczególnie dla Polaka, i niech tak pozostanie na kolejne święta. Święta Bożonarodzeniowe są blisko Nowego Roku. Są czasem podsumowania mijającego roku. Nie silę się na żadne podsumowania, ale patrząc poprzez pryzmat kadry, tej najważniejszej reprezentacji seniorskiej, powiem krótko - znowu nie udało się. Podobnie powiem o futsalowej klubowej Lidze Mistrzów. Jednak tym razem reprezentacja była blisko sukcesu, jak nigdy w minionej dekadzie. Wywalczone zostały baraże o finał mistrzostw świata. I to jest ten optymistyczny akcent, z którym idźmy wspólnie z futsalem w Nowy Rok.



Jeżdżąc po Polsce futsalowej zewsząd słyszę - internet obroni futsal, internet do przyszłość futsalowa. Rozumiem to zachłyśnięcie internetowe, bo nie dotyczy ono tylko futsalu. Jest to potężne medium i każdy chcący liczyć się w społeczności współczesnej powinien internet szanować. Ale niestety, a może "stety", nie jest on remedium na wszystko. Nie jest także prostym panaceum na sukces. Największe światowe media pisane, czyli gazetowe, zdają sobie sprawę, że postępuje powolne ich marginalizowanie. Podobnie jest z telewizjami znanymi dotychczas z przekazu satelitarnego, naziemnego, czy kablowego. Ale żadna z wielkich korporacji medialnych nie rezygnuje z gazety, czy telewizji. Natomiast coraz bardziej podpiera się internetem. I tak będzie przynajmniej jeszcze do 2020 roku. Dlatego i futsalowi potrzebne jest nadal zróżnicowanie medialne. Tymczasem na chwilę obecną dzieje się to wedle przysłowiowej bajkowej zasady - każdy sobie rzepkę skrobie. Brylują portale klubowe oraz portal spółkowy ekstraklasy. Pewnie na palcach jednej ręki zliczyłbym tak zwane  portale niezależne, jak chociażby futsal-polska, nie powiązane z jakąś opcją. Starające się być jak najbardziej obiektywne merytorycznie i programowo. Jak przysłowiowa jedna jaskółka wiosny nie czyni tak i te kilka portali siłą opiniotwórczą jeszcze nie są.

Pan Kaźmierczak od dwóch miesięcy przewodniczy w PZPN polskiemu futsalowi. Pierwszy, po powołaniu, wywiad z nim o futsalu, ukazał się na stronie jego macierzystego Łódzkiego ZPN, którego jest prezesem. Może nie dopatrzyłem i były jeszcze inne futsalowe wywiady przewodniczącego, ale nie sadzę, aby przedstawił swój program na najbliższe cztery lata na typowym dla futsalu portalu internetowym. I nie winię za to przewodniczącego, tylko redaktorów. Widocznie bliżej im do prostego klikania niż fachowych pytań oraz odpowiedzi. A ja naprawdę chciałbym dowiedzieć się, jaki polski futsal ma program, bo personalia komisji tak na poważnie nic mi nie mówią. W piłce trawiastej trenerzy reprezentacji wypowiadają się czy trzeba, czy nie. A futsalowi tylko od czasu do czasu coś mrukną. I to też nie jest wina trenerów. Nie jest ich obowiązkiem zabiegać o wypowiedź, ale obowiązkiem redaktorów wszelkich portali futsalu jest pytać, by ludowi futsalowemu to przekazywać. Niedawno futsalem - i to w miarę cyklicznie - zajął się oficjalny portal PZPN w wydaniu "Łączy nas piłka". Brawo i dziękuję. Niemniej, to tylko kropla w morzu potrzeb kibiców. Były rozmowy z szefem spółki ekstraklasowej, trenerem reprezentacji, zawodnikiem klubu ekstraklasy. Proszę o jeszcze i wyrażam nadzieję, że nie będzie to związkowy panegiryk.  Liczę, że zdopinguje inne futsalowe media do rozszerzenia swojej oferty.



Quo vadis, Domine - czyli dokąd idziesz, panie - to proste łacińskie, starorzymskie pytanie. Transponowane na współczesność łączy się z odpowiedzią - do kina. Kiedy dopytujemy co grają, pada odpowiedź - "Quo Vadis". I tak można bawić się w nieskończoność pytając - dokąd idziesz i co grają. I zawsze będzie padać odpowiedź "quo vadis". W końcu takimi pytaniami oraz odpowiedziami zapętlimy się myślowo i zagubimy. Tak jest też z naszym futsalem. Jak przysłowiowy karp wigilijny rusza pyskiem, prosząc przed egzekucją o łyk powietrza. Nasz futsal na początku roku 2017 zdaje się też ruszać pyskiem błagalnie prosząc o łyk tlenu. A tym tlenem niewątpliwie będą eliminacje ME rozgrywane w kwietniu Anno Domini 2017 w Polsce. Wyjdziemy z grupy do dalszych gier - tlen futsalowi zostanie odkręcony. Nie uda się - będzie trzeba łapać powietrze. Tym tlenem dla Spółki FE może być znalezienie sponsora rozgrywek. Tym tlenem może być dla futsalu zakotwiczenie przy sobie poważnej telewizji. Ot, taka "triada tlenowa", która jak poniesie klęskę, to nawet najbardziej zagorzały sympatyk "małej piłki" powinien zrozumieć, że nie poszliśmy z futsalem w przód, tylko nadal w kółko pytamy - quo vadis, futsalu. Tym sposobem wyraziłem swoje oczekiwania dla polskiego futsalu na rok 2017. Może jeszcze dodam obowiązek awansu mistrza Polski do kolejnej rundy futsalowej LM. A wszystkim z okazji nadchodzącego Nowego Roku 2017 życzę lepszego życia i świata, w którym jest jak najmniej hipokryzji.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS