Z notatnika dziejopisa

Nietuzinkowego dziennikarza sportowego Pawła Zarzecznego poznałem na przełomie wieków. Zapoznał mnie z nim Janusz Atlas, inna sława dziennikarska, kiedy przyjechali na Podkarpacie poznawać miejsca młodości Atlasowej rodziny. Byłem dla nich lokalnym cicerone. Z Januszem współpracowałem później w PZPN i rozwijałem medialnie futsal. Z Pawłem odnowiłem kontakt po przeprowadzce do warszawskiej metropolii, kiedy mieszkaliśmy niedaleko od siebie. Nie raz nie dwa spotykaliśmy się. Nasze rozmowy były intelektualną ucztą. I wcale nie sport był tematem wiodącym. Pawła szerokie horyzonty wymagały sporej koncentracji od interlokutora. Najczęściej były to gawędy o Jego felietonach w Polska The Times. Albo rozmawialiśmy o Jego komentowaniu wydarzeń w TV Republika.

Paweł, bywało, dopytywał o futsal, o którym co nieco słyszał z czasów eskapad sportowo-dziennikarskich z Atlasem. Jego sportowe miłości, to piłka nożna, Legia i Deyna. Niejednokrotnie wyczulał w rozmowie na niezawieranie tak zwanych „zgniłych kompromisów”. Już lepiej iść pod wiatr – przekonywał. Było, minęło. Odszedł nietuzinkowy dziennikarz oraz człowiek. Już w stołecznej kawiarence, czy wagonie podmiejskiej kolejki nie zapyta przygodnej osoby ile to jest 2+2 x 2. Nie zapyta konduktora, dlaczego w wagonie Kolei Mazowieckich nie można legalnie wypić piwa, gdy w Intercity można, a przecież obydwa składy jeżdżą po tych samych torach. To był człowiek nie do podrobienia. Dwóch takich znałem niepokornych dziennikarzy w sporcie – Jego oraz Atlasa. I to było moje dziennikarskie oraz prywatne szczęście. Janusza nie ma od lat. Pawła od kilku dni. Cest la vie – mówią Francuzi. I niech tak pozostanie w pamięci.



W życiu funkcjonuje powiedzenie – nie budź licha kiedy śpi, ale z jest też takie, które twierdzi - lepiej żałować, że coś się zrobiło, niż później żałować, że nic się nie zrobiło. Jeszcze niecały miesiąc i zakończy się runda zasadnicza Futsal Ekstraklasy. Pozostanie podział na grupy i pięć arcyważnych meczów decydujących o mistrzostwie oraz degradacji. Jeszcze miesiąc i reprezentacja Polski w piłce plażowej wyleci na Bahamy na finały mistrzostw świata. Trenerem jej jest drugi trener i zarazem zawodnik Gatty Zduńska Wola, Marcin Stanisławski. A być może – i w tym momencie zabawię się we wróża – w kadrze tej znajdzie się jeszcze inny futsalista ze Zduńskiej Woli.

Nie znam terminów owych pięciu meczów ekstraklasy, ale mogą pokryć się z turniejem na Bahamach. Zapytam więc teraz - jest „zagwozdka”, czy jej nie ma. Dwóch, trzech piłkarzy w kadrze, co prawda nie futsalowej, ale na ważnym dla polskiej piłki turnieju może upoważniać do przełożenia meczu. Co prawda, w regulaminie ekstraklasy jest zapis, że dotyczy to tylko kadry futsalowej, ale nie takie cuda już widziałem. Pozwolę więc sobie pospekulować. Po pierwsze, do akcji wkracza PZPN i nakazuje przełożyć mecze Gatty. Po drugie, Gatta sama dogaduje się z rywalami i mecze przekłada. Po trzecie, Gatta gra bez swoich zawodników. Po czwarte, Komisja Ligi FE szuka rozwiązania polubownego. Po piąte, jedzie tylko jeden zawodnik na Bahamy i nie ma problemu. Pewnie są i inne opcje, ale nie będę ich omawiał. Temat wrzucony, reszta nie moja broszka. Dopiszę tylko, że przed laty był już taki problem i PZPN skutecznie interweniował.  

Jak już licho wywołałem, to samo zadbało, by jeszcze nie schodzić ze szpalty felietonowej. To miała być telewizyjna uczta dla sympatyków futsalu w Polsce. Mecz na szczycie ekstraklasy Gatta Zduńska Wola - Rekord Bielsko-Biała. Nie tylko ja, ale pewnie i wielu kibiców małej piłki rozsiadło się przed telewizorami w piątkowy wieczór mając pod ręką przysłowiowe paluszki i pieniący się, złocisty napój. Zaczęło się dobrze. Był obraz, fachowy komentarz, piękne obustronne akcje. Niestety, tuż przed pierwszym golem zepsuła się wizja i pozostał tylko komentarz. Ekran stał się poniekąd impresjonistycznym obrazem Claude Moneta z ulotnymi, niedającymi się uchwycić obrazami. Tylko kolory, kolory, zamazane kolory. Za chwilę SportKlub, którego nie należy obwiniać za zaistniałe perturbacje, przerwał nadawanie i zaserwował powtórkę meczu z Torunia.



Nie piszę o tym, by nawoływać do polowania na czarownice (to i tak już w Internecie dzieje się). Nie moja to bowiem sprawa, tylko udziałowców oraz kierownictwa ekstraklasowej spółki. Niemniej zauważyć muszę, że trafiła się nam, kibicom ta impresjonistyczna wstawka w najbardziej nieciekawym momencie, bo w meczu dwóch najlepszych zespołów futsalowej ekstraklasy. Pewnie lepiej już byłoby, gdyby transmisja została odwołana ze względu niewykonalne dla gospodarzy warunki techniczne. Obiektywnie rzecz biorąc, takie przypadki jak w Zduńskiej Woli zdarzają się w transmisjach TV. Jak mówią - nie myli się tylko ten, który nic nie robi. Niemniej, zaapeluję do Spółki o większą czujność w zakresie sygnału oraz jakości przekazu.   

Opisywana sytuacja zwróciła moją baczniejszą uwagę na bratanie się futsalu z telewizją. Futsalowa Spółka jest o kilka długości przed PZPN w liczbie telewizyjnych transmisji. Gdyby nie działania Spółki FE, jej kolejnych prezesów - Kaczyńskiego, Czeczko, Szymury, Karczyńskiego, to od lat obchodzilibyśmy się przysłowiowym smakiem w telewizyjnym oglądaniu futsalu. A tak w miarę regularnie transmitowane są mecze ekstraklasy. Jak wieść gminna niesie, turniej eliminacyjny ME w Elblągu będzie relacjonowany przez Polsat. Tym sposobem raz na rok telewizyjną, futsalową ucztę kadry funduje nam PZPN. I to w nieinternetowej, czy niszowej TV. Poprzednią była polsatowska relacja sprzed roku ze Szczecina meczu z Kazachstanem. To mało, o wiele za mało. Z każdego granego w Polsce meczu futsalowej reprezentacja powinien być profesjonalny przekaz. Nie znam racjonalnych powodów, aby tak nie było. Dla PZPN to raczej żaden koszt, a dla kibiców futsalu w Polsce wielka uczta. Niemal Lukullusowa. I nie ma w moich słowach krzty (prze)sadyzmu. Tylko objawia się nakaz przyzwoitości.

Przeglądnąłem swoją listę wyróżnień zawodników tego sezonu i postanowiłem dopisać przed meczem z Białorusią jedno nazwisko. Kolejnego bramkarza. Tym razem Dariusza Słowińskiego. Za niebotyczne wyczyny w meczu Gatty z Rekordem. Martwi mnie ciągłe wyróżnianie głównie bramkarzy, chociaż wobec kontuzji Maćka Foltyna kolejny może być przydatny. Turniej w Elblągu zbliża się szybkimi krokami. Liczę, że forma kadrowiczów – tych spoza bramki - eksploduje w kwietniu. Słowińskiego darzę dużym sentymentem i szkoda, iż jest poza kadrą. Były czasy, gdy ówcześni „hurtapowcy” nie zawsze byli gotowi z różnych względów reprezentować biało-czerwone barwy. Darek był zawsze do dyspozycji. I zawsze w formie. A może trener Stanisławski zabierze go na turniej finałowy Beach Soccera na Bahamy. To Darkowi należy się. 

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Po poprzednim felietonie, w którym opisywałem początki futsalowej ligi otrzymałem  telefony z podziękowaniem za przywracanie historii futsalu. Dziękuję za wskazanie, iż historia jest ważna dla czytających. Obiecuję kolejne opowiastki historyczne. W obecnym felietonie, świętując „srebrny jubileusz”, chciałbym przemycić nieco nie stricte futsalowej, ale życiowej refleksji. Niby działanie w futsalu przy innych życiowych sprawach wydaje się banalne, ale jednak uczy wiele. Szczególnie o stosunkach międzyludzkich. Są okresy, kiedy jest się działaczem wysoko w hierarchii sportowej, ale są także momenty gdy się jest poza lub na dole hierarchii. Dopiero wówczas widać, czy można  umocnić, czy zresetować przyjaźnie.

I w tym miejscu zapiszę zdania jednego z telefonicznych rozmówców, działacza pionierskich czasów. Powiedział – Jeżeli osoby, które przez lata zapewniały o wsparciu naraz z dnia na dzień zapominają, a nawet bezczelnie krytykują co wcześniej akceptowały, to nazywać ich trzeba po imieniu – karierowicze. Karierowicze, którzy sprzymierzą się nawet z czartem, byle tylko utrzymać się na stanowiskach i to w różnych układach. Owo międzyludzkie zacietrzewienie jest największą bolączką polskiego futsalu. Dlatego trudno o pozytywne rokowania na znaczący postęp w przewidywalnej perspektywie - powiedział. Zapewne jest w tych słowach sporo racji. Ale też goryczy. Jest tajemnicą poliszynela, że wielu działaczy, w tym i członków władz komisji, czy FE nawzajem nie znosi się. A nawet używając pomówień, obłudy często deprecjonują oponentów. Odnosząc się ad hoc do telefonicznych fraz powiem - nie poszukujmy przyjaciół, czy wrogów, bo oni sami objawiają się w zależności od sytuacji. Niemniej pamiętać należy, iż są ludzie dobrzy i ludzie źli. I w tym jest sztuka, aby dobre ziarno w codziennym postępowaniu oddzielić od plew.



Futsalowy teren, ba całe środowisko, oczekuje od KFiPP PZPN nakreślenia kierunków działania w kadencji. Pojawiają się pewne symptomy zaniepokojenia ich brakiem. Osobiście odradzałbym, przynajmniej do maja, niepokoje. Pół roku działania to będzie dobry moment, by przedstawić wizje obecnych rządców polskiego futsalu. Zarząd związku przed powołaniem na stanowisko przewodniczącego, inaczej niż Spółka FE, raczej nie pyta o plany, tylko mianuje z tak zwanego wyborczego układu. Tak jest od wielu, wielu lat.

Z tego co orientuję się przewodniczący Kaźmierczak spotyka się z różnymi grupami futsalu, związkami regionalnymi, kobiecym futsalem, ekstraklasą, odbywa rozmowy przy okazji rozgrywek młodzieżowych mistrzostw. Mówią, iż zeszyt pęcznieje mu od notatek. Pewnie jeszcze spotkanie z pierwszoligowcami, ocena eliminacji elbląskich ME i usłyszymy o wizji. Dobrze, że przewodniczący sam poznaje dobre oraz złe strony polskiego futsalu. I nie polega tylko na tym, co mu – mówiąc pospolicie - do jednego ucha przekaże jedna opcja, a do drugiego inna. Albo zasugeruje z tak zwanego „tylnego fotela” wiceprezes Bednarek. Jako osoba dotychczas z futsalem za wiele nieobyta, musi ostrożnie stawiać kroki po rozżarzonym futsalowym terenie, aby już na starcie nie poparzyć się. I w tej materii Go rozumiem. Nawet bardzo rozumiem. Ostatecznie w razie niepowodzenia, to na nim skupi się odpowiedzialność, a reszta – być może – będzie tylko zacierać dłonie. Trawestując powiedzenie - „kto szybko daje dwa razy daje” zasugeruję, że warto poczekać, aby otrzymać plan raz, ale dobry.



Jaki wpływ trener ma na drużynę - nie mnie opisywać. Robią to za grube pieniądze psychologowie sportu, wykładowcy szkół trenerskich, nauczyciele akademiccy. Nie wiem, czy dobrze myślę podając jako przykład dobrej zmiany (bez cudzysłowu i partyjnego odniesienia) chorzowski Clearex. Jest trener Miozga, są punkty. Zastanawiałem się dlaczego zespół, który ma trzech kadrowiczów, dobrego innostranca, wypłacalnego prezesa, tak niestabilnie gra. A widziałem chorzowian w całkiem dobrych meczach w Szczecinie oraz Zduńskiej Woli. Znając pana Mirosława jako zawodnika czy szkoleniowca spodziewałem się, że nie będzie kompromisów oraz bon-tonów i zapoznanie z jego filozofią może odbyć się tylko  prostych żołnierskich słowach. Niech się panu wiedzie, panie Mirku. Jeżeli powiedzie się będzie pan jak „półtora gościa”. Bycie „monumentem”, a Clearex niewątpliwie takim jest w FE, zobowiązuję oraz nakłada obowiązek bycia w czołowej szóstce.

Do Torunia na telewizyjny mecz ekstraklasy, zobaczyć jego organizację, jechałem nieco z duszą na ramieniu. Toruń pamiętam, z mojej kilkuletniej przygody dziennikarskiej z „Tygodnikiem Żużlowym”, jako miasto rozkochane w czarnym sporcie. Na dodatek obecnie niemal jak z rękawa „sypie” ekstraklasowymi teamami – oprócz żużla oraz futsalu jeszcze między innymi koszykówka kobiet i mężczyzn, siatkówka, hokej na trawie. Siedem ekstraklasowych zespołów daje Toruniowi trzecie miejsce w krajowym rankingu, po Gdańsku oraz Szczecinie. Po przyjeździe spotkała mnie miła niespodzianka. Pełna hala, donośny doping, godna polecenia organizacja, niezły mecz. Nikomu nie przeszkadzało że czas meczu FC stykał się z czasem meczu play off koszykarek.

Trenera Hirscha znam od lat i nie będzie przesadą powiedzieć, iż daje on klubowi wartość dodaną, mogącą sfinalizować się pierwszym w historii klubu medalem mistrzostw Polski. Kolejną wartością dodaną jest będący jak wino, im starszy tym lepszy, Marcin Mikołąjewicz, kapitan zespołu. Ale pewnie nie spięłoby się to wszystko, gdyby nie grupa prężnych działaczy z prezesem Stasiukiem na czele, potrafiąca przyciągnąć do klubu sponsorów. I im też chwała za toruński futsal. W Toruniu jak w soczewce widać ów trójpodział klubowych obowiązków. Każda z grup – działacz, trener, zawodnik – robi swoje. I dlatego jest dobrze. Czegóż chcieć więcej.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Profesor zawsze mówił nam studentom, Jego seminarzystom – „Jak nie ma się wyobraźni, to później można tylko płakać nad własną głupotą”. Z czasem jednak wpoił w nas młodych zasadę zabezpieczającą poniekąd przed ową głupotą mówiąc – „Zawsze rozwiązanie alternatywne musi znajdować się w bocznej szufladzie biurka, by była możliwość uchronienia od krokodylich łez”. Nie bez kozery piszę dzisiaj o tym, na niecały miesiąc przed arcyważnym dla polskiego futsalu turniejem eliminacyjnym ME w Elblągu. Aż nie chcę myśleć, co stanie się jak nie uda się awansować, choć z drugiej strony w ten awans wierzę. Niemniej zapytam,  czy istnieje jakieś zaszufladowane rozwiązanie alternatywne.

Sam przeżywałem niejednokrotnie, jako przewodniczący też, gorycze futsalowych porażek i wiem, że wtedy wszyscy szukają winnych i bez litości wyżywają się na decydentach, szkoleniowcach, zawodnikach. Tak to jest w naszym futsalu. Szykuje się nowych bohaterów, nowe rozdania. Tylko szaleństwa pozostają stare. I futsalowe koło młyńskie kręci się od nowa. Do następnych turniejów. Ale – póki co – wierzmy, że od połowy kwietnia będzie inaczej. Lepiej, rozsądniej, z sukcesem.

Prezes Boniek – jak zauważyłem – o wyniku z zasady dyskutuje dopiero po gwizdku sędziego kończącego zawody. Nie spotkałem się z jego wypowiedziami - jako prezesa - o zaksięgowaniu punktów już przed meczem. Chociaż pamiętam pierwsze rozmowy z prezesem, wówczas jeszcze zawodnikiem, sprzed grubo 30 lat, gdy biła z niego wyrazista przedmeczowa pewność zwycięstwa. Ale co innego, gdy jest się młodym żądnym sławy piłkarzem, a co innego, gdy ukształtowanym w miarę postępujących lat prezesem. Zresztą, nie ja jeden pewnie uważam, że żadnego przeciwnika nie należy lekceważyć i do każdego podchodzić, co najmniej, jak do mistrza.



Chojnice, to takie przyzwoite pomorskie miasto, do którego – jako historyk - mam spory sentyment dziejowy. Ale też jest to miejsce, gdzie przed laty byłem mimowolnym świadkiem spektakularnego wydarzenia, jakie – podejrzewam – nie miało więcej miejsca podczas międzypaństwowego meczu futsalowego w Polsce. Otóż, gdzieś dekadę temu ówczesny reprezentant Polski, Mariusz Kaźmierczak na środku chojnickiej hali przy pełnej i szalejącej ze szczęścia publiczności oświadczył się pięknej damie. I oświadczyny zostały przyjęte przy aplauzie braw widowni. A wszystko leciało na żywo w telewizji. Dzisiaj ów szczęśliwy „Kazek” nadal po pewnej przerwie strzela gole i przyczynia się do pierwszego w sezonie 2016/2017 ekstraklasowego zwycięstwa Red Devilsów. I to nie nad byle kim, tylko Piastem Gliwice.

Piękne jest przywiązanie zawodnika do klubu. Piękna jest heroiczna walka Chojniczan o pozostanie w ekstraklasie. To należy się tamtejszym kibicom rozkochanym w futsalu. A, i też miejscowemu burmistrzowi, który piłkę, i małą, i dużą bardzo kocha. Widzę to i wiem, gdyż miałem sposobność z nim rozmawiania. Tak trzymać, panie burmistrzu. Tak grać, panie „Kazek”. W sporcie nigdy nie można tracić wiary w korzystny wynik. Liczę, że Chojnice - mimo wcześniejszych różnych personalno-organizacyjnych perturbacji - jeszcze pokażą swoją siłę.

Gdy już jestem przy historycznych momentach, mając na uwadze naczelny tytuł felietonów, odniosę się do początków ligi polskiego futsalu. A czynię to z trzech powodów. Po pierwsze, aby pokazać z nazwiska ludzi, którzy tę ligę zakładali. Po drugie, by zmusić do rzetelniejszej pracy różnych opisujących w monografiach, książkach historię polskiego futsalu. Po trzecie, by wytrącić z ręki oręż kłamstwa wielu działaczom futsalowym, którzy uważają się za protoplastów polskiego futsalu i przypisują sobie obecnie na różne sposoby reprezentatywność w polskim futsalu. Ach ta młodzież i nie tylko. Niesforna oraz zadufana, często mająca za nic ojców założycieli.

Przechodząc do meritum podaję - Polską Ligę Futsalu, która zapoczątkowała gry w sezonie 1994/1995 zakładali Roman Sowiński - P.A. Nova Gliwice,  Jarosław Ambicki - Jard Gliwice, Józef Gołębiowski - Suw-Tor Łódź, Piotr Piechówka - Lipnik Bielsko Biała,  Lesław Rozbaczyło - Team Legnica, Leszek Płaska - Team Bielsko Biała, Krzysztof Lehnort - Energetyk Jaworzno, Tomasz Porwet - Promont Kielce. A pierwszym historycznym po wygraniu tamtej ośmiozespołowej ligi mistrzem Polski została P.A. Nova Gliwice, która później triumfowała jeszcze cztery razy w ramach mistrzowskich ligowych rozgrywek. Podobnie pięć trofeów mistrzowskich ma na swoim koncie Clearex Chorzów. Jest więc do kogo równać. I życzę powodzenia.



Otrzymałem w tygodniu po moim felietonie kilka telefonów, że sędziowie wcale nie są tacy łasi na kasę tylko koszty, choćby dojazdowe, wzrastają. A w ogóle to podwyżka jest raptem symboliczna. Nie wnikam w to głębiej. Niech wyjaśniają sytuację klubom ludzie z  PZPN, prezesi Nowak, czy Bednarek. Ze swojej strony chciałbym odnieść się do pracy arbitrów w innej kwestii. Nie oceniać jakości sędziowania (chociaż akurat w tym temacie mam o tym arbitrze dobre zdanie), ale wyróżnić sędziego Andrzeja Witkowskiego za jakość przedmeczowej odprawy. 

Jest to równie ważne jak bieganie z gwizdkiem po parkiecie. Kto wie, czy już wówczas sędzia nie pokazuje niezwykle ważnej cechy swojego autorytetu – stanowczości. Drodzy arbitrzy futsalu, zwróćcie więc i na to uwagę w swojej co-kolejkowej pracy. A będzie łatwiej wszystkim. I nie stosujcie taryfy ulgowej w kontekście organizacyjnym dla pierwszoligowców. Czym prędzej przystosują się do obowiązujących zasad tym lepiej dla całego futsalu. A o to chodzi felietoniście i chyba wszystkim pasjonującym się małą piłkę.
 
Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Frank Zappa, znany amerykański muzyk, a także aktor, scenarzysta, reżyser, szydził wielokrotnie z różnych wieszczów, polityków, pozerów. Ironicznie ukazywał życie. Odnosząc się do polityki powiedział nawet, że jest jedną z gałęzi przemysłu rozrywkowego. I tylko szkoda, że nie odniósł się takimi słowami też do sportu. Byłoby to jak najbardziej uprawnione, gdyż na naszych oczach sport przemienia się w niezwykle lukratywny biznes. Co prawda, jeszcze futsal ma się nijak do biznesowego spojrzenia, ale jego starszy brat, czy też siostra – piłka trawiasta jak najbardziej jest biznesem. I zauważalne jest to także coraz bardziej w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Szczególnie od początków prezesury pana Bońka, który często mówi o związku jako korporacji.

Aż marzy mi się, patrząc na to, taki nieco mniejszy „Boniek” od futsalu. Niestety, jak na razie, mimo wielu roszad personalnych w komisji związkowej oraz spółce futsalowej, muszę obchodzić się smakiem. No bo jak inaczej podchodzić choćby do zdarzeń powiązanych z mającym odbyć się 30 marca towarzyskim meczem z Białorusią w Koszalinie. Ten jakże ważny ostatni sprawdzian naszej kadry przed elbląskimi futsalowymi eliminacjami ME odbędzie się w sporej mierze dzięki wstępnym prywatnym rozmowom osób spoza oficjalnych struktur. Chwała też trenerom reprezentacji, którzy uparcie walczyli o sparingpartnera, gdy kilka nacji nam odmówiło. Już o tym pisałem, ale jeszcze raz powtórzę – nie tak powinna wyglądać futsalowa dyplomacja.

A jak już jestem przy biznesowym podejściu do futsalu, to zwrócić muszę uwagę na zapobiegliwość arbitrów. Zawsze byłem pod wrażeniem ich dbałości o apanaże. Otóż i tym razem udało im się przekonać związkowe władze i od sezonu 2017/2018 otrzymają całkiem ciekawe podwyżki. Zapewne czytający te słowa prezesi oraz skarbnicy klubów z wrażenia pootwierają usta. I nie będzie im wcale do śmiechu. No cóż, tak to jest w przyrodzie przyjęte, ktoś musi stracić, aby ktoś inny zarobić mógł. I szkoda tylko, że pan Zappa już nie tworzy, bo miałby niezły tekstowy motyw.



Komisja Futsalu i Piłki Plażowej może oficjalnie odfajkować zakończenie finałów młodzieżowych mistrzostw Polski w futsalu sezonu 2016/2017. W siedmiu kategoriach wiekowych mężczyzn oraz kobiet wystąpiło niemal 200 zespołów. Przybywa ich rokrocznie i liczba może zadowalać, ale chciałbym aby jakiś sensowny szkoleniowiec od młodzieży wypowiedział się o poziomie sportowym. Medalowo zakasowały wszystkich kluby ze Śląska, zdobywając dwa tytuły mistrzowskie, trzy wicemistrzowskie oraz cztery brązowe medale. Kolejna pozycja przypadła Warmii i Mazurom. Kluby tego regiony mogą poszczycić się największa ilością tytułów mistrzowskich, bo aż trzema. W czołowej trójce plasuje się Małopolska z czterema medalami (1 złoty, 2 srebrne, 1 brązowy). Jeden złoty medal oraz jeden brązowy stał się udziałem klubów Mazowsza. Jedno srebro i jeden brąz przypadł Kujawsko-Pomorskiemu, a jedno srebro Lubelszczyźnie. Raptem medalami obdzieliło się 6 związków wojewódzkich na 16 działających.

Dlaczego tylko sześć  - chciałoby się zapytać. Oczywiście brały udział w mistrzowskich grach drużyny z 16 regionów, tylko nie trafiły im się zdobycze medalowe. Jako felietonistę najbardziej niepokoi mnie posucha w zachodniopomorskim, gdzie szefuje odpowiedzialny za polski futsal z ramienia kierownictwa PZPN wiceprezes Bednarek i skąd pochodzi trener reprezentacji do lat 19 Łukasz Żebrowski. Nieciekawie jest także w gronie klubów ekstraklasy oraz I ligi. Wiele z nich nie posiada własnych zespołów młodzieżowych i opiera się dla zaspokojenia wymogów licencyjnych na zaprzyjaźnionych klubach szkolących młodzież. Nie jest to dobry prognostyk dla polskiego futsalu i rzuca spory cień na całość systemu rozgrywek mistrzostw młodzieżowych.

Z klubów chciałbym wyróżnić i postawić za wzór godny naśladowania, Rekord Bielsko Biała. Rekordziści przywieźli do klubu dwa tytuły mistrzowskie i trzy trzecie miejsca. Dwa tytuły, to zdobycz OKS Stomil Olsztyn. Jeden tytuł przypadł BSF Bochnia, do którego należy dopisać dwie czwarte lokaty. Złotym blaskiem świecą jeszcze AZS UW Warszawa oraz Constract Lubawa. Dobrze byłoby, gdyby Komisja FiPP PZPN w kolejnych latach przysposobiła się  do załatania czarnych, młodzieżowych dziur futsalu, takich jak wspomniane wyżej zachodniopomorskie. Sposobów na to jest kilka. Pokibicujemy, by wybrano najlepszy.



Bywając w Zamościu, spaceruję po przepięknej starówce i przypominam sobie słowa Jana Zamoyskiego -  kanclerza oraz hetmana wielkiego koronnego Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Zapisane w akcie fundacyjnym Akademii Zamojskiej (taki ówczesny uniwersytet) brzmią następująco – „Takie będą Rzeczypospolite jakie ich młodzieży chowanie”. Po ponad 400 latach ta sentencja nie straciła na aktualności i jest przytaczana na różne sposoby przez rozmaitej maści felietonistów. Posłużę się więc nią i ja dla dobra polskiego futsalu. Aby szkolić młodzież, a nawet całość zawodników futsalowych należy najpierw samemu zdobyć umiejętności.

Dobrze dzieje się, że od dwóch – trzech lat PZPN poprzez Komisję FiPP organizuje kursy UEFA uprawniające do otrzymania licencji szkoleniowca futsalowego. Taki kurs uefowski możliwy jest tylko jeden rocznie. Był już w Krośnie, następnie bodajże w Toruniu, teraz będzie w Katowicach. I dobrze. A może byłoby nawet bardzo dobrze, gdyby nie sygnał jaki niedawno przyszedł z futsalowego terenu. Sygnalizowano mianowicie, iż jakoś dziwnie szablonowo podchodzi się do lokowania kursantów w zakresie przyjęcia. Jako felietonista zauważam jedynie temat, bo nie tkwi on w moich kompetencjach dziennikarskich. Jest to domena tak zwanych dziennikarzy śledczych - a takich przy futsalu nie brakuje - i im pozostawiam zgłębianie problemu w odniesieniu do prawdy całkowitej. 

Ze swojej strony chciałbym zaznaczyć twórczo, że kursy mają służyć całej Polsce, a nie jakiemuś wyimaginowanemu ośrodkowi wiodącemu. Myślę, że zrozumiany zostanę przez kolejnych organizatorów i przyszli kursanci nie będą się niepokoić. Najlepiej byłoby, gdyby PZPN zajmował się kwalifikacją personalną i nie zawracał tym głowy regionalnym związkom. Zawsze to z centrali widzi się lepiej potrzeby. Patrząc na tytuły Wielkiego Hetmana Zamojskiego dobitnie widać, że głosząc swoją wiekopomną sentencję myślał o całej Rzeczypospolitej.      

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Chciałbym kiedyś napisać, że w naszym futsalu wszystko jest normalne. Że wszystko jest przewidywalne. Że nie trzeba użerać się o drobiazgi. Że każdy robi swoje, a nie podgryza innego. Że obietnice oraz umowy są dotrzymywane. Że merytoryczna wiedza, a nie układy i znajomości osobiste decydują. Że wszyscy ludzie futsalu mówią jednym głosem. Że sędziowie nie mylą się. Że każdy działacz czy trener robi swoje najlepiej jak potrafi. I nie jest w tym nic dziwnego, że takie mam marzenia. Przecież żyjemy rzekomo w kraju cywilizowanym, gdzie już nie wyciąga się topora, aby rywala uwalić. Przecież nasz futsal ma aspiracje bycia w dziesiątce Europy.

Tymczasem obserwuję jak pewne regiony futsalowe Polski nie mogą się pogodzić, że nie dano im w ręce większej władzy. Jak wycina się z różnych zadań, szkoleń, opcji ludzi spoza pewnych układów. Jak stara się zdobywać pozycje niemal według hasła marszałka Rydza-Śmigłego, czyli „Nie oddamy ani guzika”. Nikt nie odbiera, powiedzmy przykładowo Śląskowi historycznego pierwszeństwa w tworzeniu futsalu, chociaż nie jest to aż tak klarowne w zapisach. Ale nie ma możliwości przyznawania działaczom jakiegokolwiek regionu Polski patentu na futsalową nieomylność. I to z prostego powodu – nie ma ludzi nieomylnych. Nawet szef partii rządzącej przyznał to niedawno w aspekcie ustawy sejmowej o wycince drzew.



Prezes Boniek w wywiadzie dla Przeglądu Sportowego rzucił takie zdanie – „Dzisiaj największym problemem polskiej piłki są zasoby ludzkie. Im niżej się idzie, tym są one słabsze. O to musimy zadbać. Bo to da jakość naszej piłce”. Święte słowa, panie prezesie. Nie inaczej i ja myślę, pisząc felietony. Ale pozwolę sobie nieco pobronić owych zasobów z niskich szczebli – w domyśle terenu.

Warto czasami rozglądnąć się, panie prezesie, czujniej i może okazać się, że niemal na wyciągnięcie ręki okazjonalnie znajdziemy słabe zasoby. To tak tytułem dygresji. Niemniej będąc już przy owych mitycznych zasobach ludzkich zapytam nieśmiało, czy nie dałoby się losować Halowego Pucharu Polski na wizji, przynajmniej internetowej. Być może tak jest, lecz jakoś nie zauważyłem i dlatego wywołuję temat. Raz na zawsze ucięłoby się wszelkie „pogaduszki” o dziwnych zestawach par. Osobiście nie mam wątpliwości, że tylko i wyłącznie ślepy los paruje kluby. Ale – jak mówią – strzeżonego Pan Bóg strzeże. Po co więc dawać pożywki różnej maści konspiratorom, gdy korzystając z techniki każdy z zainteresowanych będzie mógł sobie wszystko obejrzeć naocznie. A przy okazji zobaczy ładne wnętrza odnowionych pomieszczeń siedziby PZPN, a i trochę ładnych twarzyczek pań pracujących w biurowcu przy Bitwy Warszawskiej.

Kiedyś byłem wzywany jako delegat ds. bezpieczeństwa ekstraklasy trawiastej do wyjaśnienia pewnego zdarzenia z udziałem sędziego zawodów. Okazało się bowiem, że obserwator, do którego należy ocenianie zachowań arbitrów w momencie zdarzenia miał odwróconą uwagę, ponieważ jego sąsiad na trybunie głośno kichnął. Tak oto kichnięcie, czy raptowne otwarcie parasola przed obserwatorem może przeszkodzić w wydaniu rzetelnej oceny arbitrowi. W futsalu przynajmniej numer z parasolem nie przechodzi. Niemniej, dyskusji o sędziowaniu jest wiele. Chociaż na pewno mniej niż kiedyś, bo i poziom wzrósł. Ale, aby nie było nudno, od czasu do czasu jakieś kwiatuszki zdarzają się.

Błędy są rzeczą ludzką i nawet starożytni to uwzględniali filozoficznie mówiąc – „Errare humanum Est” (mylić się jest rzeczą ludzką). Rzeczywiście błędy można od czasu do czasu wybaczać, o ile nie są wynikiem umyślnego działania. Gdy jest inaczej mamy do czynienia z dalszą częścią tej łacińskiej sentencji brzmiącą następująco – „Sed in errare perseverare diabolicum” - czyli „Jednak pozostawać przy błędzie jest rzeczą diabelską”. To prawda i wtedy takie „diablątko sędziowskie” powinno być wykluczone. Często w rozmowach z arbitrami, czy obserwatorami spotykam się z takim oto uzasadnieniem błędnego zachowania sędziego - „Stał dobrze, ale widział źle”. Nie przemawia do mnie ta stricte teoretyczna sztuka ustawiania się. Wolę, aby był nawet źle ustawiony, byle widział dobrze. Jeszcze gorzej jest, gdy błąd sędziego kończony jest golem. Na Boga, to jest niemal jak cięcie katowskim mieczem. Bywa też, że jest to gol decydujący. I co dzieje się. Zawodnicy nie otrzymują premii za wygrany mecz, ale sędzia ryczałtową związkową gażę pobiera. Nie widzę w tym sprawiedliwości. Może spektakularnie przydałoby się coś zmienić. Wyrównać straty. Nic bowiem bardziej nie boli jak brak widoku żywej gotówki.



Finalizując jeszcze słowo w ramach motywu powracającego (leitmotivu) o zasobach ludzkich tytułem niewielkiego resume na przykładzie trenerów. Już trzy kluby ekstraklasy zmieniły w tym roku szkoleniowców. I to wszystkie z dołu tabeli. Widać, prezesom puszczają nerwy. Zapowiada to tylko coraz bardziej pasjonującą walkę po podziale punktów. Czy zmiany pomogą? Nie wiem ani ja, ani owi prezesi. Klasyk mówi – i pewnie ma rację – drużyny nie zmienimy, bo transfery zamknięte, a trenera jakoś się znajdzie. Praktyk dodaje – łatwiej zmienić jednego szkoleniowca niż czternastu kopiących. Życzę, aby w rozrachunku sezonowym zmieniający osiągnęli korzystny bilans. Inaczej będzie to tylko sztuka dla sztuki z cyklu pobożnych życzeń. Bo z próżnego, drodzy prezesi, i Salomon nie naleje.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie tak dawno wiceprezes organizacyjno-finansowy PZPN Nowak rzucił w dyskusji myśl w rodzaju – może należy zastanowić się, czy nie zakazać w rozgrywkach kobiet piłkarkom z klubów trawiastych grać w drużynach futsalowych. Oczywiście, można to zrobić. Tylko zapytam – po co? Nie zbawi to kobiecej piłki na trawie, która jest europejskim średniakiem. A już na pewno nie pomoże futsalowi kobiecemu, który w Polsce dopiero raczkuje. Panie prezesie, pana słowa ważą wiele i proszę na przyszłość raczej mówić o pomocy finansowej dla polskiego futsalu. Akurat polski futsal kobiecy potrzebuje ze strony PZPN poważnego wsparcia, lecz nie takimi słowy. Może pan wiceprezes rozsupła nieco sakiewkę z kasą, której – jak wykazuje często w wywiadach prezes Boniek – związkowi nie brakuje. I to byłoby na ten moment najlepsze wsparcie kobiecego futsalu.



Ekstraliga kobieca oraz ligi niższe mają wiele problemów, ale akurat  do najważniejszych nie należy łączenie gry z trawą. Na pewno problemem jest granie nieraz na halach, gdzie sędziowie muszą przeciskać się przy drabinkach do gimnastyki, czy halach wyglądających jak zaułki jakoweś. Czy też problemy z uzbieraniem kasy na wysokie jak na te rozgrywki opłaty sędziowskie. Nie chcę nikogo ze środowiska kobiecego futsalu obrazić, niemniej realnie proszę zastanowić się, czy nie buduje się w futsalu kobiecym czegoś na kształt góry lodowej, gdzie na powierzchni jest nadużywane słowo „reprezentacja”, a pod nią w wodzie topi się „podstawa lodowa”. Gdzie istnieje szarość, by nie powiedzieć siermiężność, codziennego futsalowego dnia rzeszy zespołów, klubików oraz piłkarek chcących pokopać w piłkę na hali. Wiem, że futsal kobiecy po jakichś tam zawirowaniach personalnych miał przerwę reprezentacyjną w poprzedniej kadencji władz PZPN. Jak wszyscy sympatycy „halówki” cieszę się, że decyzją prezesa Bońka wrócił do łask. Może więc teraz czas na krok grających klubów. Czas na wypracowanie jedności oraz wspólnego stanowiska wobec związku. Czas, by wspólnie zagrać na jego rozwój, siłę. Pomyślcie o tym działacze, sympatycy kobiecej piłki halowej. Wtedy, i wiceprezes PZPN nie rzuci już pewnie takiej niezobowiązującej myśli.

Zobacz też: Nie będzie meczu z Niemcami   Wyczytałem, że Niemcy odmówili nam towarzyskiego meczu w Koszalinie. I nie jestem tym zbytnio zdziwiony. Większość reprezentacji kalendarze meczowe ma ustalone o wiele, wiele wcześniej. Jak mi opowiadał kiedyś szef hiszpańskiego futsalu oni kalendarz dopinają już nawet na dwa lata do przodu. Nie inaczej jest w Rosji. Ale, żeby Niemcy - jeszcze póki co - kopciuszek futsalowy, nam odmawiali, to świadczy tylko o niewydolności negocjacyjnej. Tym bardziej, że mają wobec nas dług meczowy z dawnych lat. Oj, nieciekawie jest. Oj, nieciekawie z futsalową polityką zagraniczną. Abstrahując nawet od Niemców. Wywiedziałem się w Europie, że odmówiło nam jeszcze wiele innych nacji. Gdzie te czasy, gdy mailowałem do szefa brazylijskiego futsalu i ten zapraszał nas na mecze reprezentacji bez większych problemów. I jeden z wiceprezesów PZPN miał piękną wycieczkę. Podobnie bezproblemowo można było umówić mecze z Tajlandią, Rosją, Francją, Serbią, Włochami, czy Ukrainą. A nawet z Azerbejdżanem.

Inna rzecz, że o potrzebie sparingu przed elbląskimi eliminacjami ME wiadomo było nie od wczoraj. UEFA zaplanowała turnieje w poprzednim roku. Nasi trenerzy rozpisali dla związku grafik przygotowań w roku 2016. Co więc stanęło na przeszkodzie, by wcześniej zapewnić sparingpartnera, który nie odmówi. Aż ciśnie się na usta hamletowskie pytanie - o być albo nie być naszej futsalowej dyplomacji. Miejmy nadzieję, że zastępstwo jakieś znajdzie się i nie zepsuje to misternego planu szkoleniowców, w których musimy teraz wierzyć jeszcze bardziej, niż w związkowych działaczy.

Zawsze przysłowiowa łyżka dziegciu przydaje się. Nawet po to, by bardziej uwypuklić jakieś dodatnie strony. Niewątpliwie pozytywem było niedawne spotkanie przewodniczącego Kaźmierczaka z szefami wojewódzkich struktur futsalowych. Nie pamiętam, kiedy w PZPN była tak otwarta rozmowa pomiędzy futsalowym terenem a związkową centralą. Przez lata teren był pozostawiany sobie. Nawet w zmaganiu z własnymi szefami - prezesami wojewódzkich ZPN. Teraz ma to się zmienić. Jest nadzieja, że pan przewodniczący po wysłuchaniu bolączek terenu w rozmowach z kolegami z zarządu PZPN wyczuli ich także na sprawy futsalu w zarządzanych przez nich związkach. Przewodniczący Kaźmierczak duży nacisk w dyskusji położył na sprawy usystematyzowania rozgrywek II ligi. I bardzo słusznie.



Co to bowiem za zaplecze, gdy raptem liczba tych II lig - posługując się metaforą cyfrową tytułu arcydzieła filmowego Felliniego - „8 ½” - wynosi dwa i pół. Ewentualnie ciut więcej. A zapowiedź opracowania nowego, spójnego regulaminu dla tych gier jest wprost rewolucyjna. Gdyby jeszcze komisja pochyliła się pozytywnie nad przekazaniem eliminacji do MMP pod kuratelę związków wojewódzkich, co ściślej związałoby z futsalem prezesów wojewódzkich ZPN, byłoby można  klaskać w dłonie za pozytywny start.

Podróżując początkiem roku po Europie wykorzystałem okazję i spotkałem się z kilkoma znajomymi z okresu działalności futsalowej. Rozmawialiśmy wiele o polskich zawodnikach. Aby nie pozostało to bez echa, postanowiłem sporządzić krótką listę zawodników, którzy mieliby szansę na zagraniczne transfery. Po powrocie do kraju postanowiłem dopisać jeszcze kilka nazwisk i stworzyć felietonową, krajową - w miarę topową - listę transferową. Proszę nie posądzać mnie o jakieś zapędy menadżerskie, ale lubię czemuś nowemu dać impuls. Lubię coś inaugurować. Nie spotkałem się do tej pory z taką listą na portalach futsalowych, więc czas zacząć. Do międzynarodowych transferów jawią mi się na chwilę obecną – Maciej Foltyn, Michał Kubik, Mikołaj Zastawnik. Nie wiem, czy Paweł Budniak jest gotowy do kolejnej próby, ale opinie poza krajem ma dobre i mógłby próbować. Krajowy top transferowy otwierają na mojej liście – poza wymienionymi wcześniej – Tomasz Kriezel, Dominik Solecki, Michał Widuch oraz Daniel Krawczyk. Dalej klasyfikuję Krzysztofa Elsnera – ale tylko dlatego poza pierwszą grupą, że nie jestem pewien, czy zdecydował się już całkiem postawić na futsal. Wreszcie na topowej liście umieszczę też w ramach zachęty Adriana Skrzypka, Michała Marka oraz – czym pewnie zaskoczę – Sebastiana Grubalskiego. W sumie daje to tuzin. Piękną liczbę, symbol  zupełności i zorganizowania. I niech tak pozostanie do kolejnego notowania.  

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Poprzez lata działalności sportowej poznałem wielu ludzi. Bardziej i mniej ciekawych. Poznałem też takich, co przychodząc do futsalu oznajmiali - o, to teraz będzie na długo moje hobby. I... po 3-4 latach odchodzili. Niedawno czytałem wywiad z panią Beatą Tyszkiewicz. Zapytana, czy widzi jakieś różnice pomiędzy hobby, kolekcjonerstwem, a zbieractwem odpowiedziała - "Kolekcjonerstwo - wydaje mi się - zakłada pewną wiedzę, selekcjonowanie tego co mogłoby znaleźć się w zbiorach. Zbieractwo zaś - wręcz przeciwnie." Po przeczytaniu wywiadu ze szczególnym naciskiem na powyższe słowa stwierdziłem, że futsal polski ma wielu hobbystów, ale niewielu jest w nim - używając jako przenośni wyrażeń wziętych z przytaczanego wywiadu - kolekcjonerów. Patrząc na ćwierćwiecze futsalowe w Polsce i odnosząc historię do dnia dzisiejszego, raptem na myśl przyszło mi 7-8 osób. I - żeby była jasność - nie wpisuję w to grono siebie. Mało, prawda. Nawet jak dodałbym jeszcze kilku, to nadal będzie niewielu. Pozostała spora większość - jak na razie - to tylko osobniki mocne w gadaniu. A gębą wyniku nie zrobi się. Ciągle prawdziwych kolekcjonerów jest zbyt mało dla budowania siły dyscypliny. Chyba nie mylę się - tym bardziej, że optymizmu nie wlewają we mnie systematyczne personalne roszady związkowe na kierowniczych stanowiskach futsalu oraz regularne w miarę "padnięcia" futsalowych teamów.



No, i stało się. Stało się to co prędzej czy później stać musiało. Niezrozumiałe dla ogółu różnice w zapisach regulaminowych - zafundowane przez PZPN (czytaj - poprzednia komisja futsalu, departament rozgrywek oraz departament prawny), a dotyczące wpisywania do protokołu meczowego liczby cudzoziemców spoza Unii Europejskiej - zaowocowały wreszcie walkowerem. Nie będę pisał, że ja, czy pan Jakub Mikulski w swoich "pisadełkach" na łamach futsal-polska przewidywaliśmy to dawno. Nie trzeba było wielkiego wysiłku intelektualnego, aby to przewidzieć. Dziwne, że nie wpadli na to zatwierdzający zapisy w regulaminach ekstraklasy, I ligi, Halowego Pucharu Polski. Oczywiście nie usprawiedliwiam, pisząc o walkowerze w gliwickich pucharowych derbach HPP, w żadnej mierze kierownictwa Piasta Gliwice. W klubie powinno się dokładnie oraz ze zrozumieniem przeczytać regulamin, który w tym punkcie brzmi nieco inaczej, niż regulamin ekstraklasy. To kierownik Piasta jest winien najbardziej. Tak jak kiedyś kierowniczka Legii Warszawa okazała się winna przy walkowerze z Celticiem Glasgow. Drogi PEZETPEENIE, nie czyń na przyszłość okazji do pomyłek. Niech w jednej dyscyplinie będzie spójny zapis regulaminowy dotyczący takich kwestii.

Proszę popatrzeć. W tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zagrała dwudziesty piąty, czyli jubileuszowy finał. Można rzec, że jest rówieśnikiem polskiego futsalu. A rozwinęła się niepomiernie bardziej. Pan Jerzy Owsiak ma wytyczony cel i zmierza do niego. Polski futsal kręci się wokół własnego ogona i co chwilę go podgryza w najmniej spodziewanych momentach. Niestety, nie jest Uroborosem (staroegipskie wyobrażenie węża symbolizujące pożeranie samego siebie i odradzanie się z siebie) i kiedyś może już nie podnieść się po kolejnym "oczyszczającym" pożarciu.  Najnowszy przykład, o którym dowiedziałem się dopiero przy okazji analizowania HPP, to zlikwidowanie final four. Zastąpiono je dwumeczami półfinałowymi oraz dwumeczem finałowym. Rodowicz śpiewa w jednej z piosenek "Ale to już było, i nie wróci więcej". Pani Marylo, nie w futsalu. Lat temu pewnie z osiem w środowisku futsalowym na wniosek klubów uznano, iż finałowe dwumecze są passe i nieciekawe. Po pierwsze, gdy pierwszy mecz zakończy się wysokim zwycięstwem jednej z drużyn rewanż będzie spotkaniem o przysłowiową pietruszkę. Po drugie, rywali przerażały odległości. Przykładowo jazda na trasie Szczecin - Kraków, czy Chorzów. Koszty, czas, zmęczenie. Ogólny bezsens dwumeczowy - i to jeszcze w ciągu tygodnia, czy nawet 3-4 dni. Tajemnicą poliszynela jest, że obecnie za zmianą powrotną optowały te same kluby, którym wówczas dwumecze nie odpowiadały. Żenada po dwakroć. Nie znam w miarę poważnej dyscypliny zespołowej w RP, która w ten sposób rozgrywałaby pucharowy finał. Ale najbardziej - przynajmniej dla mnie - dziwne jest, że zmiany PZPN uchwalił tak zwanym rzutem na taśmę, czyli 27 października 2016, gdy zjazd wyborczy wybierał prezesa Bońka na drugą kadencje 28 października. Dlaczego tak późno - zapytam. A, jak już tak późno, to czy nie należało tego pozostawić nowemu rozdaniu. Daję tutaj mocną czerwoną kartkę w tej materii członkom komisji futsalu z kadencji 2012-2016. Jako zwykły zjadacz chleba mam prawo nawet domniemywać, że nie radzono sobie organizacyjnie z final four. I tak, zamiast do przodu - jak WOŚP, zakręcił się futsal wkoło i powrócił do punktu wyjścia z roku 2009.



Cholernie pesymistycznie pisze mi się dzisiaj. Ale tak bywa czasami. To już dwudziesty felieton, więc trzeba nieco więcej żółci wylać, aby samemu też zresetować się. Inaczej byłoby się mało wiarygodnym. Na finał daję jednak coś optymistycznego. Bardzo zapadły mi w pamięć słowa trenera Piasta Gliwice, Sebastiana Wiewióry, wypowiedziane w HAT-TRICKU Jakuba Mikulskiego. Nie będę ich przytaczał in extenso, ale muszę wspomnieć o akapicie, w którym szkoleniowiec mówi o głodzie sukcesu ich młodzieży futsalowej, ciężkiej pracy, zaangażowaniu tak zwanych "weteranów" oraz zaufaniu i atmosferze. Reasumuje fantastycznym zdaniem, które zacytuję - "Trener jest po to, żeby nie przeszkadzał, a potrafił chłodnym okiem spojrzeć na grupę, którą ma w szatni". Tak, tak, święte słowa. Należy chodzić po ziemi, a nie bujać w futsalowych obłokach. Stąpać twardo po ziemi i szanować wzajemnie się. Dlatego chciałbym, aby działacze w tym względzie brali przykład ze szkoleniowców. Brać trenerska - moim zdaniem - jest w stanie prędzej porozumieć się futsalowo niż prezesi. A, i na futsalu zna się lepiej.      

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Oj, dzieje się. Oj, dzieje. Znajomy, czytający regularnie moje felietony, zwrócił uwagę, iż jest w nich za mało krytyki, a czytelnicy bardzo taką formę narracji lubią. Wysłuchałem, przemyślałem i odpowiedziałem - o ile coś czytelnicy rzeczywiście bardzo lubią, to raczej chodzi o tak zwane krytykanctwo. Krytyka w swojej materii winna być sensowna merytorycznie, a krytykanctwo niekoniecznie. Zresztą notorycznie krytykując utonąłbym w powodzi wszelakiego krytycyzmu futsalowego, które z wielu stron wylewa się z Internetu. Niemal od każdego na wszystko i na każdego. Już mi czytanie tego spowszedniało. Ochrzanić kogoś, obśmiać, bywa że i donieść jest najprościej i ta forma dla wielu pasjonatów klawiatury, czy pióra jest najłatwiej przyswajalna. Wracając po latach do futsalu nie przytuliłem się do żadnej z istniejących futsalowych grup wpływu - co próbują mi sugerować niektórzy - ale działam na własny, niezależny rachunek. I mam się z tym dobrze. I niech tak zostanie.

Ilekroć udaję się do centralnego EMPIKU w stolicy, to jadąc ruchomymi schodami widzę słowa jednego z braci Marx - słynnych aktorów. Myśl Julio Marxa brzmi - "kiedy ktoś włącza telewizor, ja wychodzę do innego pokoju i czytam dobrą książkę".  Internet, prasa, radio, telewizja, telefon - to dominujące obecnie formy masowego przekazu, które z różnym skutkiem zawładnęły naszą codziennością. Patrząc głębiej widzimy, że internet wysforował się na czoło. Jego kreatywność jest przeogromna. Natomiast prasa staje się passe. Telewizja jeszcze jakoś trzyma się, ale - co z przykrością stwierdzam - przekazuje coraz częściej tak zwane postprawdy. Nie dziwi mnie więc postawienie wielu moich znajomych na przekaz radiowy. Przynajmniej nie oglądają twarzy gości studyjnych i pozwalają pohulać wyobraźni. Niemniej cieszę się, że spółka ekstraklasowa po zakończeniu przygody z TVP Sport zdecydowała się pozostać przy telewizji i zaangażowała się we współpracę z nadawcą telewizyjnym o nazwie SportKlub. Wszystkie liczące się rozgrywki sportowe, nie tylko w Polsce, pojawiają się w telewizji. To o przekaz telewizyjny pytają w pierwszej kolejności ewentualni przyszli sponsorzy wszelkich dziedzin.



Współczesny sport to połączenie rozrywki, rywalizacji oraz biznesu. Z tych trzech przymiotów futsal na razie najlepiej znajduje się w kategorii rywalizacja. No, może daje jeszcze nieco rozrywki. Ale nie jest biznesowy. I co gorsze, perspektywy ma w tej dziedzinie niezbyt ciekawe. Dziwi mnie bardzo inercja - chyba, że o czymś nie wiem - pośród klubów w okresie współpracy z TVP Sport w temacie pozyskiwania sponsorów. Śmiem twierdzić, że kluby nie wykorzystały wystarczająco marketingowo, ani pojedynczo, ani in gremio czteromiesięcznego gratisowego flirtu z telewizją publiczną. Kolejnej takiej szansy już nie będzie. Za kolejne promocje trzeba będzie płacić. Oby nie za słono. Obserwując działania klubów polskiego futsalu różnych szczebli rozgrywek zauważam, że ciągle liczą one na jakiegoś "białego konia", który przywiezie darczyńcę z baśniowej Alladynowej krainy. O ile w ekstraklasie takim powinna być spółka FE, to w innych ligowych rozdaniach należałoby liczyć raczej tylko na siebie. A I liga, najprościej ujmując rzecz, jest za liczna, by tak ad hoc znalazł się darczyńca systemowy dla 23-24 zespołów. Co prawda, dzisiejszy sport niemal samoistnie garnie do siebie różne podmioty. Ale - jak okazuje się - nie do futsalu. Telewizja, a publiczna szczególnie, pokazała zapóźnienie organizacyjne futsalu w starciu z mediami. Jakby takie dziwne niezrozumienie, że to otoczka, organizacja imprezy, czy wiarygodność personalna bardziej niż te "grające" 40 minut decydują o przyciągnięciu sponsorów.

Nie ukrywam, że mam w gronie zawodników futsalu swoich faworytów. Ale szacunkiem darzę także tych, którzy nie widnieją w kadrze narodowej. I tutaj na pierwsze miejsce wybija się dla mnie Przemek Dewucki. Nie powiem, że to zmarnowana kariera futsalowa, bo znakomicie w barwach gliwickiego Piasta daje sobie radę na parkiecie, ciągnąc zespół ku najwyższym ligowym celom. Niemniej napiszę, że mógłby dzisiaj być o wiele dalej, gdyby nie kontuzje i pewnie inne przypadłości różne, o których wie sam najlepiej. W każdym razie, Przemku, trzymam kciuki za Ciebie oraz drużynę. Takim samym niespełnionym w gronie trenerów może czuć się Klaudiusz Hirsch. Czasu nie wróci się, ale nie jestem jedynym, który twierdzi, że gdyby pozwolono Klaudiuszowi dłużej popracować z reprezentacją, już wcześniej bylibyśmy na wyższym miejscu rankingowym. Tymczasem po nieudanych eliminacjach ME w Serbii w 2013 roku, po niecałym pół roku pracy, musiał zwolnić posadę. Na szczęście w jego umiejętności z pożytkiem dla klubu, a także polskiego futsalu zainwestował FC Toruń.



Estymacja - jak wbijał nam profesor na wykładzie, a później egzekwował na egzaminie, jest to dział badawczy, mówiąc ogólnie, pozwalający na podstawie badanego wycinka szacować pewne wartości ogólne. Dla każdego prezesa organizacyjnego jest to niemal katechizm działania. Sądzę, że nie obca jest estymacja w nawiązaniu do statystyki oraz demografii i kierownictwu futsalowemu PZPN. Pozwoliłem więc sobie dostosowując naukę do polskiego futsalu zaprezentować jego siłę w rozbiciu na regiony na podstawie kwalifikacji do 1/16 Halowego Pucharu Polski. Jako założenie terytorialne przyjąłem Wojewódzkie ZPN oraz tak zwane Makroregiony w działaniu na poziomie III ligi trawiastej. Dlatego III ligi, gdyż – jak zauważyłem – jest to z różnych względów najwyższy poziom rozgrywek trawiastych odpowiadający ekstraklasie futsalowej. I co wyszło? Najliczniej reprezentowany w gronie 32 drużyn HPP jest region śląski - 8 zespołów. Następnie wielkopolski - 4, pomorski i małopolski - po 3. Po dwa teamy posiadły Mazowiecki, Łódzki, Warmińsko-Mazurski oraz Kujawsko-Pomorski ZPN-y. Po jednym zespole mają związki - Podkarpacki, Zachodniopomorski, Lubuski, Lubelski, Opolski, Dolnośląski. Tylko dwa związki - Podlaski oraz Świętokrzyski - nie mają drużyny na tym szczeblu pucharowych gier. Jeżeli rozpatrywać pod kątem makroregionalnym, to bryluje umownie nazwana grupa III (Śląskie, Opolskie, Lubuskie, Dolnośląskie) - 11 zespołów, wyprzedzając o jeden zespół makroregion II (Pomorskie, Zachodnio-Pomorskie, Kujawsko-Pomorskie, Wielkopolskie). Mazowieckie, Łódzkie, Warmińsko-Mazurskie, Podlaskie jako makroregion I zaliczają 6 drużyn, a stan posiadania makroregionu IV (Podkarpackie, Małopolskie, Lubelskie, Świętokrzyskie) - to 5 zespołów. Czy taka statystyka potwierdza naturalne rozmieszczenie sił polskiego futsalu? Myślę, że tak. Tym bardziej, że lidera podpiera niezwykle silna pozycja południowo-zachodniej części Polski w wykazach młodzieżowej rywalizacji. I choć mówią "statystyka kłamie", to na pewno nie w felietonie.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Na Turniej Czterech Państw jechałem podładować futsalowe akumulatory. Piszę podładować, gdyż całkowite ich doładowanie zostawiam, tak jak pewnie cała futsalowa Polska, na Elbląg w kwietniu. Czułem, że zjedzie do Tychów wiele osób znaczących dla polskiego futsalu. I nie pomyliłem się. VIP-ROOM był pełny. Ale dla mnie ważniejsza była postać słynnego Chorwata, Mico Marticia prowadzącego obecnie narodowy team fiński. Dzisiaj z perspektywy kilku dni można tylko żałować, że nikt nie wpadł na pomysł, by zorganizować jakiś nawet nieoficjalny panel z udziałem JEGO oraz naszych działaczy futsalowych. Mieć pod ręką twórcę i właściciela profesjonalnego portalu FUTSALPLANET i nie skorzystać z tego jest rzeczą co najmniej niezrozumiałą. Właśnie Chorwat oraz trener Słoweńców Andrej Dobowicnik, to obecne w Tychach europejskie nazwiska futsalowe.

Życzę, aby kiedyś jakiś Polak też mógł być za takiego uznawany. Jednak patrząc na rotacje działaczy w polskim futsalu nie jestem w stanie w to uwierzyć. Na pozycję w UEFA pracuje się latami i nie są ważne typowania tego czy owego działacza przez PZPN. Futsalowe środowisko europejskie jest poniekąd hermetyczne i nikogo nie obchodzą za wiele krajowe nominacje. Tam trzeba zaaklimatyzować się poprzez osobowość. A piszę o tym w kontekście działań PZPN zmierzających do wyznaczenia do UEFA futsalowego obserwatora oraz delegata meczowego. Nie wnikam, kto to będzie, ale proszę - władzo związkowa - nie popełnij błędów i nie wyznacz osób nieznanych lub nijakich w wyrazie europejskiego futsalu. Kiedy tak patrzyłem w Tychach jak pan Sowiński konwersuje o futsalu z Martićem pomyślałem - daj Boże, by kiedyś nowe młode pokolenie naszych działaczy futsalowych poruszało się tak swobodnie po europejskich salonach futsalu, jak pan Roman.



Z natury nie jestem aż takim perfekcjonistą, aby bezczelnie pouczać innych. Niemniej są rzeczy, na które trzeba zwracać uwagę. Oczywiście istnieją sytuacje czarne albo białe, złe albo dobre. Ocena takich wydarzeń zależy przede wszystkim od uznanych punktów widzenia względnie moralnych aspektów akceptowanych przez opiniującego. Osobiście nie lubię poruszać się w sferze osądów wyznaczających zasadę "wszystko albo nic". Dlatego nieraz jak nie mogę z całą odpowiedzialnością potwierdzić czegoś, że jest dobre, czy złe, wolę sprawę przemilczeć, co nie znaczy jednak, że toleruję wieloznaczność. O organizacji tyskiego turnieju w aspekcie kwietniowych eliminacji futsalowych ME w Elblągu napiszę jedynie - oczekuję solidniejszego merytorycznie zaangażowania organizatorów związkowych za dwa miesiące. A przedmiotowo zwrócę uwagę tylko na jeden fakt, na który dwukrotnie podczas niedzielnego meczu Polska - Słowenia wskazywał mi jeden z działaczy klubowych polskiego futsalu. Nawet dosłownie zacytuję jego słowa - "Niech pan popatrzy, panie Andrzeju - mówił - od nas związek wymaga, aby byli oznakowani noszowi na meczu. A tutaj, aby znieść na noszach Mikołajewicza po kontuzji musiał podbiegać jeden członek polskiej ekipy, bo oznaczonych noszowych nie było. I jeszcze oznakowanie punktu medycznego - niebieski krzyż. Co to za kolory. Jakieś pokojowe z ONZ. Niech pan to napisze, na pewno napisze" - dodawał. Co obiecałem wykonuję bez komentarza.

Na pewno są to niedociągnięcia łatwe do wyeliminowania przed Elblągiem. Tam delegat UEFA tego nie przepuści. A wiem coś w tym temacie, bo raz byłem dyrektorem turnieju UEFA, a raz przewodniczącym komitetu organizacyjnego turnieju rozgrywanego pod egidą UEFA. Delegaci są zawsze bardzo rygorystyczni w sprawach organizacyjnych i trzymają się zapisów centrali z Nyonu.



Miałem przyjemność oglądać tyski turniej w towarzystwie mecenasa jednego z klubów wschodniej Europy. Dobrego klubu - zaznaczam. Przebywa on w Wiśle z rodziną na nartach, więc gdy mu powiedziałem o turnieju, wsiadł do samochodu i w niedzielne popołudnie zameldował się w tyskiej hali. Chciał zobaczyć w akcji jednego z bośniackich futsalistów, o którym mówi się w jego klubie. Wieczorem podczas kolacji w Domu Bawarskim nad jeziorem Paprocany opowiadał, że już dawno nie oglądał tak radosnego futsalu, jak pierwsza połowa meczu Polska - Słowenia. W 20 minut gry 10 goli - to rarytas dla licznej widowni, lecz dla trenerów pewnie nie - mówił. Wiele mówił też o Finach. "Co to znaczy mieć za trenera tak wytrawnego fachowca jak Martić" - wskazywał. "W niecałe trzy lata ze słabego zespołu europejskiego zrobił on pewnego średniaka, który potrafi mieszać szyki najlepszym. Finowie grają z naciskiem na defensywę. Coś tam dodają w taktyce rozegrania i są przygotowani świetnie fizycznie. Po prostu Martić nie filozofował i mając takich, a nie innych zawodników, dostosował do nich taktykę" - podsumowywał.

Odjeżdżając zdradził mi, że najchętniej to zaproponowałby swojemu klubowi Mikołaja Zastawnika, którego gra wywarła tego wieczoru na nim olbrzymie wrażenie. Jak widać nasza młodzież może być niedługo w cenie w Europie i oby wreszcie jakieś zagraniczne transfery wypaliły, bo to - przynajmniej dla mnie - świadczyłoby, że w rodzimym futsalu coś drgnęło sportowo na lepsze. Takie transfery są bowiem niepodważalnym wyznacznikiem jakości ligi, czy reprezentacji.

Polacy w Tychach wygrali, zremisowali oraz przegrali. Wielu odczuje pewnie pewien niedosyt, szczególnie po nieudanej potyczce z Finami. Pozostało dwa miesiące do eliminacji, a to wystarczający czas dla wyeliminowania niedociągnięć. Bardziej martwi mnie, że raczej nie jest planowany żaden poważniejszy mecz w elbląskiej hali dla jej zapoznania. A przede wszystkim do zapoznania kibiców z polskim teamem oraz reprezentacyjnym futsalem. Kibice muszą wspomagać kadrę, a w Tychach było z tym różnie. Mimo starań wodzireja, nie było euforii. Nawet w vipowskim sektorze. A przecież prezes Boniek na Narodowym w Warszawie tak pięknie cieszy się. Nic, tylko brać przykład, panowie. Finalizując niejako turniej indywidualnie wyróżnię - Zastawnika z Polski, Fina - jednego z braci Kytola, Totośkovića ze Słowenii oraz Bośniaka Bevandę. W regionie, z którym byłem przez lat wiele związany mówi się - "pierwsze śliwki robaczywki". Oby kolejne zbiory były już okazałe.

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Woody Allen - jeden z najznamienitszych reżyserów filmowych współczesności powiedział - "Prognozy są bardzo trudne jeżeli chodzi o przyszłość". Jestem zdania, że słowa te dotyczą każdej dziedziny życia. Dlatego bardzo śmieszy mnie - odbiegając nawet na chwilę od sportu - wszelka kakofonia prognozowa. W piłce nożnej podoba  mi się wyważone podejście prezesa Bońka do osiągnięć oraz planów i ewentualnych sukcesów. Jeżeli dobrze wczytuję się w myśli prezesa, to nic nie dzieje się tak ad hoc, na pstryknięcie palcami. A o sukcesie sportowym mówimy dopiero, gdy już go osiągniemy. Pamiętam, kiedy w sierpniu Anno Domini 2016, tydzień przed wyjazdem do włoskiego Jesolo na eliminacje do mundialu w beachsoccerze Bahama 2017, rozmawiałem z trenerem naszej reprezentacyjnej plażówki Marcinem Stanisławskim, to w sposób bardzo wyważony odpowiedział na pytanie o szanse awansowe polskiego plażowego teamu. Jego zdaniem zespół jest dobrze przygotowany, ale są czynniki - mówił - które mogą zaważyć całkiem nieoczekiwanie na wyniku. Jak widać - był realistą i wcale nie hurraoptymistą. Niemniej, zapowiadał nieustępliwą walkę w każdym meczu o zwycięstwo, a oceniając zawodników liczył na dobry wynik. Dzisiaj wiemy, powiodło się i biało-czerwoni w kwietniu pojadą światowy czempionat na Bahamy.



Odnosząc się nadal do zdania Woody Allena powiem - prognozować, to prawie jak grać w ruletkę. A nawet gorzej. Tam zdarza się jakiś układ, bywa nierzetelny czasami. W prognozowaniu i to jest trudno przewidzieć, czy wkomponować w daną sytuacje. Trenerowi Stanisławskiemu ułożyło się wszystko znakomicie. Zebrał zgrany zespół, miał w nim niekwestionowanego lidera, drużyna zespoliła się dla osiągnięciu celu, zawodnicy zawierzyli szkoleniowcowi, dopisało niewątpliwie szczęście, w odpowiednim czasie umiejętności sportowe zgrały się z aktualną formą. Wszystko razem niby nic szczególnego, ale bywa nie raz, nie dwa, trudne do zebrania w jednym czasie oraz miejscu. Życzę zbiegu tych wszystkich okoliczności reprezentacji futsalu podczas kwietniowego elbląskiego turnieju eliminacyjnego mistrzostw Europy i jednocześnie wnoszę o nieco ponad dwa miesiące przedturniejowego spokoju dla naszej kadry. Po Wielkanocy oceniajmy.

Połówka stycznia była obfita w futsalowe narady. Najpierw władze spółki FE z prezesem Karczyńskim oraz przedstawiciele klubów ekstraklasowych spotkali się z kierownictwem PZPN (prezesi Nowak, Bednarek, przewodniczący Kaźmierczak), by następnie we własnym gronie podsumować mijające pół roku oraz radzić nad przyszłością. W spotkaniu uczestniczył też prezes Ekstraklasy SA, Dariusz Marzec. W kolejnym dniu na pierwszym posiedzeniu z udziałem prezesów Nowaka oraz Bednarka obradowała nowa Komisja Futsalu i Piłki Plażowej PZPN. Liczę, że zarówno SFE oraz PZPN poinformują, przynajmniej tezowo, o ich przebiegu. Z felietonowego obowiązku odnotuję jedynie, że wreszcie emocje ustąpiły miejsca rozumowi. I oby tak było zawsze.

Zresztą znając ze związkowej działalności przewodniczącego Kaźmierczaka od roku co najmniej 2008 wiem, że jest purystą regulaminowo-prawnym i nie ma u niego możliwości zrobienia ruchu niepożądanego. Tym bardziej powstawania różnych nieformalnych "towarzystw wzajemnej futsalowej adoracji". Dlatego sądzę, że od sezonu 2017/2018 będzie coraz mniej nieporozumień regulaminowych, o których na łamach futsal-polska pisze często Jakub Mikulski. I dobrze, że pisze. Ze swojej strony dodam jeszcze tylko zapytanie - na jakich zasadach regulaminowych w barażach o ekstraklasę wezmą udział ewentualni obcokrajowcy spoza UE, ponieważ PZPN zatwierdził w tej kwestii dwa różne zapisy regulaminowe, dla I ligi oraz ekstraklasy. Z całym szacunkiem, drogi związku - jednak interpretacja pewnych zapisów powinna być jednakowa, a nie według mniemania - kto wcześniej rano gdzieś tam w Polsce, czy w jakimś biurze wstanie, ten ma rację.



My tak gadu gadu o przepisach, a trwają rozgrywki. Ligowo grała tylko ekstraklasa. Nic powalającego nie wydarzyło się. No może oprócz nadszarpnięcia nerwów  kibiców Euromastera oraz Piasta, którym TVP Sport, zafundował nocną transmisję według zasady telewizyjnego poślizgu zamiast zapowiadanej live. Przebiły ich live relacje mistrzostw świata w piłce ręcznej. Drużyny lig niższych oraz regionalni triumfatorzy Halowego Pucharu Polski potykali się w 1/32 tych rozgrywek. W Pucharze na chwilę, kiedy piszę te słowa, wiem o 10 zespołach I ligi, które odpadły z pucharowej rywalizacji. Pierwszoligowcy przegrywali przeważnie z amatorskimi drużynami. Jakby chcieli potwierdzić moją tezę z poprzedniego felietonu o miałkości zaplecza futsalowego.

Gdy już jestem przy pierwszoligowcach odniosę się do trochę dziwnej - moim zdaniem - sytuacji w grupie północnej. Tam z początkiem roku miał odbyć się mecz Mieszko Gniezno - Słoneczny Stok Białystok. Nie odbył się. Został przełożony na - uwaga - 15 kwietnia (termin podaję według futsalowych portali). Dla  jasności - rozgrywki I ligi kończą się 22 kwietnia. Nie wiem kto zadysponował nowy termin. Ale obojętnie kto nim był, jest rzeczą karygodną wskazywać dla być może decydującego o miejscach w tabeli meczu aż tak odległy czas w stosunku do  planowanego terminarzem. Brak wyobraźni, dobra, albo zła wola, a może wszystko razem wzięte. Tak nie powinno być. Jest to już bodajże trzeci mecz białostocczan, który nie odbywa się w regulaminowym terminie. Dziwna przypadłość.
 
Przepraszam, że tak mało napisałem dzisiaj o futsalowej stronie sportowej, lecz organizacyjne sprawy są równie ważne. Liczę na odrobienie zaległości za tydzień, po tyskim turnieju z udziałem reprezentacji Polski, Słowenii, Bośni i Hercegowiny oraz Finlandii. Tym bardziej, że mam nadzieję, iż organizatorzy zadbają o jakiś przekaz medialny, ogólnopolski telewizyjno-internetowy. Wcale nie przesadzę, jak napiszę, że liczę na sportowy oraz ORGANIZACYJNY sukces. Turniej tyski odbieram bowiem też w kategoriach sprawdzianu organizacyjnego PZPN przed uefowską imprezą w Elblągu. 

Andrzej Hendrzak
Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS