Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

Jak masz w nazwie "RED" to masz patent na czerwoną Wisełkę... Coś w tym jest, bo tylko Red Dragons i Red Devils potrafiły wygrać z liderem. Teraz mogę to otwarcie napisać: po serii trzech słabych spotkań na otwarcie sezonu zarząd naszego klubu zamroził 25% wypłat i nałożył na jednego zawodnika surową karę finansową. Dwóch innych zostało skreślonych z listy stypendialnej i już nie trenuje z drużyną, choć tu powody rozstania były różne, przede wszystkim podjęcie pracy zawodowej poza Chojnicami. Podjęliśmy surowe decyzje, ale zespół na krytykę odpowiedział w możliwie najlepszy sposób - dwoma zwycięstwami z rzędu nad GAF Jasna i Wisłą Krakbet. Trzeba było pierdolnąć pięścią w stół, aby zespół zaczął grać na miarę swoich możliwości. Ruszyliśmy z miejsca, musimy teraz wygrać z Gwiazdą, aby zapewnić sobie utrzymanie, a potem gramy puchar. Nie ukrywamy, iż HPP to cel numer jeden w bieżącym sezonie, chcemy awansować do Final Four i tam powalczyć o pierwsze miejsce.

W tym tygodniu ponownie doby były za krótkie, to ten felieton nie będzie czytadłem na długie godziny. Nie mam konkurencji, inni felietoniści zapadli się pod ziemię - taka sytuacja rozleniwia. Putin też robi co chce, to dlaczego ja mam mieć gorzej? Dobra to to jedziemy, teraz o lidze:

Clearex wreszcie odpalił. Długo im to zajęło, no ale wagoniki ruszyły jakoś pod górę. Stuletni Miro Miozga napoczął gliwiczan. Nie piszę tego złośliwie, a raczej z podziwem, bo raz już go odpalono z fanfarami. A jednak wrócił jak bumerang do Chorzowa i ciągnie ten wózek jako grający trener. I ciągle świeci przykładem, to także jedna z ikon polskiego futsalu. A w spotkaniu trwała wymiana ciosów, tylko Clearex ciągle zachowywał bezpieczną przewagę. GAF gra nadal w kratkę, ale tak samo liczna grupa w środku tabeli. Tu się będzie mielić do końca sezonu i nikt nie zgadnie właściwej kolejności. Do bramki Clearexu powrócił Pstrusiński, co było na pewno dużym wzmocnieniem, z drugiej strony parkietu Widuch zagrał nieco słabiej niż można było się spodziewać. Jak się okazało postawy golkiperów zadecydowały o wyniku spotkania.

Euromaster u siebie uległ Gatcie 2:3. W Głogowie nikt nie ma lekko, gospodarze zaczęli dobrze po golu Darka Pieczyńskiego, który swoją nienaganną techniką pokonał Darka Słowińskiego. A potem poszło już planowo. Zostawić niekrytego Michała Marciniaka w polu karnym - to czyste samobójstwo. Potem do tej pory dobrze broniący Długosz zrobił klopsa przy bramce z wolnego Szymczaka. Do tej pory jego żona (znaczy się Długosza) w tym się specjalizowała, ale postanowił ją zastąpić. Potem już było trochę lepiej, wrócił z kuchni na parkiet. Wkrótce "Mały" podwyższył na 3:1 i sytuacja stawała się trudna. Gospodarzy stać było na kontaktową Kaczmara.

Gospodarze to typowy zespół środka tabeli, ani nie zdobędą mistrzostwa, ani nie spadną. Dużo się gada o różnych bramkarzach, a mi się wydaje, że mocno niedoceniany jest Darek Słowiński. Mówiło się, iż Gatta ma zawsze problem z golkiperem, a tu znaleźli wreszcie rozwiązanie i mają spokój w tyłach. A jak jest pewny punkt między słupkami to też od razu lepiej się gra. Jedynym mankamentem jest mała kadra, która mocno ogranicza ich szanse na złoty medal.

A teraz "Pniewska Masakra Piłą Mechaniczną". Rozpędzony zwycięstwami Express z Katowic zatrzymał się w tej mieścinie i nagle okazało się, iż przedział jest cały pusty. Nikt nie przyjechał, pojawiła się za to gromada przebierańców, która wesoło wtargnęła na parkiet, podając się za piłkarzy. Na konferencji pojawił się tylko trener Korczyński, który potwierdził w.w. fakty. Z kolei trener Frajtag całkiem słusznie zauważył, że Maciej Foltyn jest w genialnej formie i obecnie jest najlepszym bramkarzem ligowym. Na dodatek młodym i perspektywicznym, ale sztab szkoleniowy reprezentacji nie zauważa tego. Ja noszę okulary, ale niektórym to przydałby się teleskop. No cóż, Foltyn ma teraz zajęcie - oprócz strzelania bramek serwuje niezłe podobno kebaby. Przynajmniej nie musi tracić czasu na publikacje durnych oświadczeń. Aha, Maciek - po golach pokazujesz uda jak Cristiano Ronaldo, ale musisz zeżreć jeszcze tysiąc kebsów żeby mieć takie jak on ;)

Gwiazda kontra Uniwersytet Gdański - to był najważniejszy mecz dla obu drużyn, a dla gdańszczan praktycznie ostatnia szansa na nawiązanie bezpośredniej walki o utrzymanie. Co tu dużo pisać, Michał Kartuszyński nie popisał się przy dwóch pierwszych bramkach, wkrótce Gwiazda dodała trzecią i miała już spory komfort gry. Akademicy nie mając nic do stracenia zerwali się do walki i dwukrotnie trafili do siatki. Potem jednak Gwiazda miała serię doskonałych okazji, ten mecz dużo wcześniej powinni zakończyć Szachnitowski i Piasecki, ale obaj trafili w poprzeczkę, mając niemal pustą bramkę, potem Bańczyk szedł sam na sam od własnej połowy i zagubił się we własnych zwodach. A to co zrobił Działach, to już artyzm z wysokiej półki. Mając kompletnie pustą bramkę strzelił z kilku metrów nad poprzeczką. To trzeba po prostu umieć. No i jak to bywa w futsalu, niewykorzystane sytuacje mszczą się podwójnie, tak więc szybka kontra, podcinka Pawickiego - i oto mamy remisik. Obserwowałem to spotkanie na lajfach i widząc, iż gospodarze mają 5 fauli na koncie, dawałem w końcówce więcej szans gdańszczanom, którzy nie dość, że wyszli z dużego impasu, to mają kilka indywidualności, które mogą same przeważyć o wyniku. Ale tu nastąpiła historia z cyklu "od zera do bohatera i z powrotem". Wojtek Pawicki najpierw doprowadził do remisu, ale w końcówce dał się w prosty sposób ograć Hewlikowi, który po świetnych zwodach celnie uderzył za trzy punkty. No i Gdańsk jedną nogą w pierwszej lidze, a czekają ich teraz mecze z Rekordem (D), Pogonią (W) i Gattą (W). Jak nie zrobią jakiegoś cudu i nie wygrają któregoś z tych meczów, to reszta im odjedzie na dobre. A Gwiazda ma kolejny mecz o życie - u nas w Chojnicach.

Rekord - Pogoń. W Szczecinie Mistrz Polski wbił rywalom "ósemkę", u siebie nie chciał być gorszy i powtórzył ten wynik. Jak ktoś chce sobie potrenować strzelanie, porobić zakłady, czy trafi czy nie, czy też potrenować cieszynki - to musi się umówić z Portowcami. Biją absolutne rekordy, defensywa nie istnieje. O bramkarzach trudno cokolwiek napisać, bo ich po prostu nie ma. Tam się coś mocno posypało, wszyscy mają ich za chłopców do bicia, Łukasz Żebrowski widocznie przybity tym wszystkim. Powiększyli halę i od razu powiększyli swoje bramki, do których trafia nawet niewidomy. Jak tak dalej pójdzie, to będą walczyć o utrzymanie, 18 punktów to nie jest aż tak dużo. A Rekord ostatnio się rozpędza, cztery mecze z rzędu wygrane. Gonią czołówkę, ja ich już skreśliłem, ale przy obecnej formie Wisły to jeszcze nie jest koniec. Rafał Franz wali gole jak na zawołanie, 16 na koncie, lider tabeli i idzie na "Strzelca Królców". Ale w kadrze nie gra, bo wyraził swoje zdanie na kilka kontrowersyjnych tematów, co się niezbyt spodobało. A do Franka najlepiej pasuje powiedzonko Sławka Suchomskiego, który kiedyś grał w Holidayu - "Wiecie ile ta noga już strzeliła bramek? Więcej niż Hitler zabił Żydów".

No i na koniec wisienka na torcie. Pisałem tydzień temu, że Wisła będzie miała trudny mecz, bo u nas to każdy się spina podwójnie. Po spotkaniu to się śmiałem, że będziemy co mecz wystawiać atrapy kamer Orange Sport, bo jak jest telewizja, to chłopaki wypruwają sobie żyły. Grający trener wprowadził bardzo dużo spokoju z tyłu, gra jak profesor. 41 lat na karku, a w ogóle tego nie widać na parkiecie. No i ta psychologiczna - jak się potem okazało - zagrywka: w 7. minucie wycofać bramkarza przeciwko Wiśle? To jeszcze nikomu nie przyszło do głowy. A my pokazaliśmy, iż nie boimy się lidera. Fakt, straciliśmy bramkę po rykoszecie po strzale Charczenki, ale wcześniej mieliśmy dwie dobre okazje do objęcia prowadzenia. Pomimo przegrywania nikt nie panikował, graliśmy spokojnie swoje. Tak naprawdę to nawet nie pozwoliliśmy rozwinąć skrzydeł rywalom, Wiślacy nie mieli praktycznie żadnych dobrych sytuacji. A my z minuty na minutę graliśmy coraz lepiej. Tomek Kriezel doznał kontuzji już w pierwszych sekundach spotkania, kiedy zblokowano mu stopę przy strzale. Nasi lekarze szybko go opatrzyli, tejpy plus blokada i wrócił na parkiet. I zagrał fajny mecz, dwie bramki i kilka naprawdę dobrych akcji. Trener Andrea Bucciol powołał go na konsultację, zasłużył sobie nasz "Karuzel". Co tu dużo opisywać, wszyscy to widzieli. To były Czerwone Diabły w wielkiej formie. Szkoda, że nie mają jej co tydzień. Ale myślę, że kryzys mamy już za sobą, zespół został poukładany i to nas zaczną się bać, a nie my przeciwników. Teraz Gwiazda - konieczna wygrana aby mieć spokój w lidze, a potem Pogoń w pucharze. Dwa mega ważne spotkania, dwa mecze w Chojnicach. Wygrywamy, mamy przerwę na regenerację sił i ruszamy do finiszu. "Highway to Hell" zabrzmi jeszcze nieraz w naszej hali, na której mieliśmy praktycznie komplet publiczności. "Klaskacze" zrobiły wielki hałas, w telewizji były wygłuszone, ale na hali było naprawdę głośno. Wszystkim w klubie wrócił dobry humor, zwłaszcza sponsorom. To idziemy za ciosem!!!

Kącik bibliotekarski - pozycja już od dłuższego czasu dostępna na rynku, czyli "Ja, Ibra". Bardzo ciekawa lektura, bardzo interesujący człowiek, bardzo dobry piłkarz. "Możesz wyciągnąć człowieka z getta, ale nigdy getto z człowieka". Taki napis widnieje w przejściu podziemnym w Malmoe, którym Zlatan Ibrahimović codziennie przechadzał z sercem w gardle. Na przedmieściach, w nie cieszącej się dobrą opinią dzielnicy Rosengaerd będącą "sypialnią" dużego miasta - tam Zlatan zaczynał swoją karierę w tanich butach z supermarketu.

"Wszędzie gdzie trafiał, pałał żądzą zemsty wobec tych, którzy wydawali mu się źli. Rodzice jego kolegów zbierali podpisy, by wyrzucić go z drużyny, trenerzy zawsze byli bardziej chętni do krytyki niż do pochwał. Pragnienie, by być lepszym od pozostałych prowadzi go z Malmoe do Ajaksu, gdzie przejmuje spadek po wielkim Van Bastenie później do Juventusu, gdzie Capello piłkarsko lepi go na nowo; następnie do Interu, skąd zabiera kolejne tytuły mistrzowskie. W Barcelonie zostaje tylko rok, wystarczająco dużo czasu, by wykrzyczeć w twarz Guardioli: "Nie masz jaj!", przed powrotem do Włoch, z nowymi magicznymi zagraniami. Historia Zlatana toczy się dalej w Milanie i, jak sam mówi, "to jest bajka, podróż z getta do marzeń". W "Ja, Ibra" Zlatan Ibrahimović po raz pierwszy opowiada o swoich przeżyciach na boisku i poza nim, o radościach i szaleństwach w życiu nie zawsze w pełni kontrolowanym" – to cytaty z jednej z recenzji książki.

Gorąco polecam, bo ta lektura wciąga od samego początku. Do tego mamy kulisy jego wielkich transferów, a także opowiastki jak znajomemu z internetowej gry na playstation podarował zegarek. Dużo ciekawostek zza kulis wielkiej piłki. Ekscentryk i egocentryk, takich piłkarzy którzy znając swoją wartość nie umieją być skromni jest niewielu. Czytamy :)


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

FUT5AL HEA7EN

I znowu spóźnienie... Trzeci raz mi się to przydarzyło, a jest to FUT5AL HEA7EN numer 28. Tym razem miałem bardzo mało czasu, to ten felieton nie będzie z cyklu "rewelacyjne i odkrywcze". Kiedyś musicie przecież przestać mi klaskać, no nie?

Wybaczycie? Musicie, bo przecież mnie lubicie. No, może oprócz dwóch panów: z Białegostoku (dedykacja muzyczna) oraz z Rzeszowa (a z tych rejonów to polecam stary czeski, kultowy film Tajemnica Zamku w Karpatach - fragment oraz cały film).  

Zacznę od pomyślnych wiadomości, kadra U-21 zagrała dwumecz z Portugalią. Najpierw poniosła porażkę 1:3, ale ten wynik na pewno hańby nie przynosi. Ja osobiście z tym zespołem wiążę duże nadzieje na przyszłość, kadra seniorska pewnego poziomu już nie przeskoczy, ale ci młodzi zawodnicy mają szansę zrobić coś wielkiego. No i w rewanżu spięli się, zagrała sportowa złość i wygraliśmy 2:0 po golach Szypczyńskiego i Zastawnika.

I właśnie o to chodzi, o zagranie na maksimum swoich możliwości. Faktem jest, iż Portugalczycy zagrali kadrą U-19, ale także w naszej zagrali 19 i 20-latkowie. Kamil Lasik w bramce ma wielki talent, dodajmy to tego Macieja Foltyna i mamy bramkarzy na długie lata w kadrze narodowej. Większość zawodników z pola gra już regularnie w ligach i mogą być tylko lepsi z sezonu na sezon. Ta kadra naprawdę daje nadzieję na to, iż za kilka lat Polska będzie się liczyć w futsalowej Europie.

W 1/8 Halowego Pucharu Polski sekundy dzieliły nas od dwóch sporych niespodzianek. Tylko skuteczność w serii rzutów karnych dała awans dwóm czołowym ligowcom, czyli Wiśle Krakbet i Gatta Active.
W Gdańsku było o krok od sensacji... (zobacz skrót). Gdańszczanie objęli prowadzenie, ale profeiro "Mały" indywidualnie pokręcił i szybko odrobił straty. Stanisławski w tym sezonie dyryguje ekipą ze Zduńskiej Woli i tylko szkoda, iż mają tak krótką ławkę i będzie im ciężko zagrozić Wiśle w drodze do tytułu. No ale wracamy na halę AZS-u, a tam Cirkowski podwyższył na 2:1 w 38 minucie gry. "Cira" nestor, stary wyjadacz parkietów tylko dostawił nogę, a chwilę później mógł zabić Gattę, ale nie trafił do pustej bramki z połowy boiska w całkiem komfortowej sytuacji. Rywale grali cały czas z wycofanym i na 5 sekund przed końcem Sobalczyk dał na remis. Pierwszy raz zwycięstwo ucieka gospodarzom, ale to jeszcze nie koniec. Dogrywka - super akcja Osłowski, Poźniak, Kostuch i UG znowu na prowadzeniu. Sobalczyk nie strzela krótkiego karnego, szybko grę wznawia Gonda, Kostuch świetnie się obraca i gra klepkę z Poźniakiem - 4:2. Gatta na kolanach, tylko dobić, zakopać, nerki sprzedać.

Ale... "Ale były dwie, jedna się dymała a druga nie". No i UG dało się wydymać. Sobalczyk Show, najpierw gol, a potem asysta do Szymczaka, który przytrzymał się słupka. Karne i tu Gatta nie zawiodła. Gonda mocno statyczny, wiadomo, że krótkiego ciężko obronić, ale stał i nie reagował, czekając aż go trafią. Nie trafili i awansowali dalej.

A Wisła popłynęła przez Pyrlandię do Pniew. Tam w lidze straciła punkty, teraz zabrakło naprawdę niewiele, aby odpadła z HPP. Red Dragons nie przestaje zadziwiać, z najlepszymi grają na równym poziomie. Zwłaszcza u siebie, gdzie naprawdę przy gorącej publiczności wspinają się na Himalaje. Dwukrotnie obejmowali prowadzenie, potem Wisła wyrównała a po czerwonej dla Hołego wyszła na 3:2. Frajtag wycofał bramkarza i tym razem Dragonsi wyszli na 4:3, ale Wisła także grając z wycofanym dała na 4:4 na kilkanaście sekund przed końcem normalnego czasu. W dogrywce było spokojnie, a więc karne. Najpier Jończyk gol, potem nie trafiali pewniacy Solecki i Frajtag, w międzyczasie "Lucek" Błaszczyk wybronił Budniaka, a Bondar przycelował na 2:0 i finito. Prezes Wawro poluzował krawat, krew znowu zaczęła krążyć w organizmie. Uff, udało się. Aha, video z tego meczu nie ma, bo gospodarze wymyślali cuda na kiju jakich świat nie widział, to trzeba było utajnić. Top Secret i do sejfu.

Zawbud Iława - AZS UŚ Katowice 3:5. Tysiąc ludzi na trybunach, kiedyś tam był zespół ligowy ITR, potem w pucharze też grała mocna ekipa. Jest tam zapotrzebowanie na futsal, może ktoś wreszcie ogarnie to i zrobi ligę? Rafał Krzyśka był zachwycony, nie dziwię się w ogóle. Gra przy pustych trybunach w Katowicach, a pełnej hali w Iławie mocno się różni. Radość kibiców pomaga przy zwycięstwach, echo raczej nie.

O innych meczach pokrótce, Pogoń zagrała w Bojanie pod Gdańskiem znowu radosny futsal. Przynajmniej kibice się cieszyli z dużej ilości goli. Na początku poszli na wymianę ciosów, było 2:2 ale potem już z górki i cały czas zachowywali bezpieczną różnicę bramek. KGHM Euromaster poradził sobie z pierwszoligowcami z Komprachcic wygrywając 7:3. Przed meczem chodziły plotki, że głogowianie chcą odpuścić puchar, no ale plotki to najczęściej bzdury i awansowali dalej. Clearex pod wodzą nowego duetu trenerów nie dał rady Rekordowi, a w meczu padła tylko jedna bramka. Jak wynika z krótkiego raportu na stronie chorzowian, mieli jak zwykle przewagę i jak zwykle zabrakło szczęścia. Cóż, szczęście podobno sprzyja lepszym. W każdym bądź razie Ulfik - Miozga mają naprawdę wielki problem, aby wydobyć zespół z impasu. W Tryńczy rekord publiczności, na pół godziny przed rozpoczęciem spotkania z Gwiazdą Ruda Śląska na hali nie było już miejsca!!! Potem nie było już tak wesoło, ekstraklasowcy do przerwy prowadzili trzema bramkami, a ostatecznie wygrali 6:2. Ale to już kolejny mecz, gdzie zespół FE wypełnia trybuny. Cieszy fakt, iż właśnie w takich miejscowościach futsal daje emocje, a kibice chcą oglądać piłkę halową. Dodatkowo przy okazji tego spotkania zebrali ponad 6 tysięcy złotych na akcję charytatywną - wielkie brawa!!! Futsal is better!!!

A na koniec my, czyli "Czerwone Diabły". Nastawiamy się na puchar, bo w lidze już niczego nie zwojujemy. Za final four jest premia, a za zdobycie trofeum już naprawdę konkretne pieniądze. Gruba kasa do wzięcia, jest więc o co grać. Do tej pory z różnych powodów odpuszczaliśmy te rozgrywki wystawiając rezerwowych bądź drużynę juniorów ale teraz idziemy na całość.

Wreszcie się chłopaki zagrali tak jak "umną", choć trzeba szczerze przyznać, iż tempo meczu z GAF-em nie było oszałamiające (zobacz skrót). W obu zespołach zabrakło po kilku czołowych piłkarzy (Koleśnik, Mączkowski, Mizgajski, Diemiszew, Kiełpiński), ale zmiennikom nie brakło chęci gry. Decydującym momentem gry była czerwona kartka dla Widucha. Jego zmiennik debiutował w rozgrywkach, ale grał zbyt krótko, żeby go oceniać. To nie był jedyny debiut, w miejsce chorego Witalija zagrał trener Andrij Łuciw, którego certyfikat dotarł wreszcie do Chojnic. 41 lat, a grał jakby miał dużo mniej. Dwie piękne asysty, "patrzta" ludziska jak to się robi!!! Tylko się uczyć od niego. Spokoju i dokładnych pasów. Ukraińska szkoła jazdy. Będzie dobrze. Teraz przygotowujemy się do poniedziałkowego telewizyjnego spotkania z Wisełką. Wstrząsnęliśmy mocno zespołem, który zareagował w najlepszy możliwy sposób, czyli obudził się z zimowego snu i wreszcie wygrał. Chłopaki dostali premie za to spotkanie, za Wisłę także mają obiecaną i to rosnącą w zależności od efektowności i efektywności gry.

Krakowianie tylko raz wygrali u nas, w sezonie 2011/12 kiedy ponieśliśmy porażkę 1:6 (zobacz skrót). Zespół przez 2 miesiące nie miał trenera, Oleg Zozula przyleciał wówczas samolotem zaledwie na dzień przed meczem. Potem już nie mieli tak łatwo. W następnym sezonie wygraliśmy z nimi 3:1 (przewrotka Ivanova!!!), potem w finale play off zremisowaliśmy 1:1, ale ulegliśmy po rzutach karnych (zobacz skrót) co dało Wiślakom Mistrzostwo Polski. W ostatnim sezonie zremisowaliśmy 5:5 po fantastycznym spotkaniu (zobacz skrót), kiedy na kilkadziesiąt sekund przed końcem prowadziliśmy dwoma bramkami, ale zryw krakowian dał im remis i brązowy medal. Jak widać, ostatnie trzy spotkania były pasjonującymi widowiskami, mam nadzieję iż takie samo będzie już za kilka dni. Chcecie dobrego futsalu to wiecie co robić, włączać telewizory a żony/dziewczyny/kochanki wysłać najlepiej do kina na "50 Twarzy Grenia" ;)

Kącik bibliotekarski - "Alex Ferguson. Autobiografia". Absolutnie fascynująca lektura (nie mylić z "Sir Alex Ferguson. Futbol cholera jasna!" Patricka Barclaya), w którą można zapaść na kilka długich wieczorów.

Niektórzy w tej chwili powiedzą: "łeee, znowu o Man United”. Ale ta książka to nie tylko opis managerskiej, 26-letniej ery władcy Królestwa Old Trafford. To opowieść o chłopaku z Glasgow, który przeszedł przez wszystkie szczeble piłki nożnej, od piłkarza Rangers do managera największego klubu na świecie. To także opowieść, jak się zmieniał świat futbolu. Od piłkarzy-pracowników huty po zawodników - celebrytów, o ego większym niż stadion, na którym występują. O tym, jak radzić sobie we wszystkich sytuacjach i o tym, że jest jedna zasada "always keep control of the club".

Mało kto wie, że przed Man United Ferguson prowadził Aberdeen i osiągnął z nimi wprost niewyobrażalne w dzisiejszych czasach sukcesy. Trzy mistrzostwa Szkocji, przełamując odwieczną hegemonię Rangers/Celtic, cztery puchary Szkocji oraz Puchar Zdobywców Pucharów, czyli dzisiejszą Europa League. A wiecie kogo Aberdeen pokonał w finale? Real Madryt. 2:1 po dogrywce. Wyobrażacie to sobie? Real potęgą był zawsze, a o drużynie szkockiej mało kto słyszał.

Nic dziwnego, że Martin Edwards, prezes United, po rządach Big Rona Atkinsona to właśnie Alexa wytypował na następnego managera Manchesteru. SAF zastał na Old Trafford pogorzelisko, drużynę z piłkarzami mającym problemy alkoholowe, bez skautingu, z fatalnym szkoleniem młodzieży. Czekał go ogrom pracy nad stworzeniem klubu od samych podstaw, od ośrodka treningowego po zatrudnienie trenerów, skautów, lekarzy, psychologów - absolutnie wszystkiego od zera. A potem stworzenie kilku generacji wspaniałych piłkarzy - wychowanków klubu i zbudowanie kilku genialnych drużyn, które rządziły w Anglii i w Europie (’94 z Schmeichelem, Cantoną, Keane’m i Giggsem, potem ’99 i Potrójna Korona z Beckhamem, Scholesem, braćmi Neville, Solskjaerem, Yorke’m i Cole’m, a potem ostatniej generacji z 2008 roku, która pobiła rekord Liverpool w ilości Mistrzostw Anglii i wygrała Ligę Mistrzów).

Nie można oderwać się od tej książki. Ferguson to United. Ferguson to piłka. Powtórzę wam anegdotę, którą opowiedział Neil Warnock, były manager Sheffield United - "Każdy szkoleniowiec, każdy piłkarz, wszyscy mający coś wspólnego z piłką nożną, mogą do niego zadzwonić o każdej porze dnia i nocy. Pewnego dnia zadzwoniłem do niego, rozmawialiśmy 10 minut o piłkarzach. Znał dobre i złe strony każdego, o którego zapytałem. Gdy odłożyłem słuchawkę powiedziałem do siebie: zakładam się, że on wie nawet, kto jest ogrodnikiem (groundsman) w Dunfermline. Dzwonię, więc drugi raz. Hej, Alex. Zapomniałem się zapytać, kto jest nadzorcą stadionu, w Dunfermline. I wiecie co? Znał jego imię i skąd pochodził".

Co tu dużo pisać, absolutne "must have" w biblioteczce każdego fana futbolu.


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

I co tu mogę więcej napisać po wstępniaku z ostatniego felietonu? Nie pojechałem do Katowic, mecz śledziłem na lajfach jednocześnie, oglądając w Orange Sport Gattę z Rekordem. Tak się wkurwiłem, że wyłączyłem telewizor w przerwie, potem telefon i już nawet nie pamiętam co wówczas robiłem. W każdym bądź razie nie myślałem o futsalu.

Nic więcej nie napiszę, ale w czwartek spotkamy się z drużyną i poinformujemy o pewnych krokach, jakie podjęliśmy, aby wstrząsnąć zespołem. Tak dalej być nie może. Warunki w klubie komfortowe, a zespół nie gra, tylko stoi na parkiecie i to od kilku meczów.

Najpierw o kadrze, mecz Polska - Rosja w Szczecinie. Imponująca frekwencja, świetna robota działaczy Pogoni ’04 i Zachodniopomorskiego ZPN. Ponad 5 tysięcy ludzi - to robi wrażenie. Pod tym względem Szczecin jest absolutnie najlepszy, po nim długo długo nic. Mecz - pierwsza połowa całkiem niezła, stworzyliśmy kilka akcji z których mogły paść bramki. Ciut więcej koncentracji, precyzji i byśmy się cieszyli z prowadzenia. Ale Rosjanie spokojnie przetrzymali te ataki, a po prosto rozegranym aucie zdobywają prowadzenie. Wydaje mi się, iż Nawrat mógł to obronić, nie był zasłonięty i widział dokładnie jak uderza Kutuzow. Druga połowa to znowu Nawrat się nie popisał, zbyt dalekie wejście i został przelobowany przez Cziszkałę. Prosty błąd. Potem poszło już z górki, Rosjanie z dużą łatwością wchodzili w naszą defensywę. Dworzecki biegał daleko od bramki jak Żyd po pustym sklepie, ruskie cwaniaki umiejętnie wyciągali go spomiędzy słupków i walili do pustej. W tym meczu bramkarze po prostu nie pomogli.

Na koniec "wisienka na torcie" całego meczu, czyli ostatnia bramka. A raczej komediobramka po zderzeniu się naszych zawodników, którzy nawzajem przeszkadzali sobie w wybiciu piłki. Cóż, pierwsza połowa na 5 (skala 1-10), ale druga to już na 1. Zabrakło woli walki, zaangażowania, zbyt dużo prostych błędów. Zapomnieć jak najszybciej.

Ale nie ma co krytykować za dużo, bo graliśmy z absolutną światową czołówką. Franz Smuda kiedyś zagrał otwarty mecz z Hiszpanią, skończyło się 0:6. A 0:6 na trawie to jak 0:12 w futsalu.

Drugi mecz miał podobny przebieg, tylko Rosjanie szybciej zaczęli strzelanie. A walili jak w Donbasie, piękne gole. Zwłaszcza rozegranie rzutu wolnego do szatni, majstersztyk. No i potem Eder Lima w indywidualnej akcji na 4:0. "Ruleta", "dziura" i gol w okienko. Co tu więcej wymagać od futsalu? Klaskać, klaskać, klaskać.

Komentator Kuba Lempski z KP Sport wspomniał kilkukrotnie, iż należała nam się bramka honorowa. Trudno wymagać, aby rywale się położyli, trzeba samemu coś wymyślić. Parę razy się udało przedrzeć pod pole karne rywali, ale my do pustej nawet nie trafiamy, jak Solecki. Albo nie potrafimy wykorzystać sytuacji 2 na 1 z bramkarzem jak Wojciechowski. Nogi jakieś związane, trema przed renomowanym rywalem, presja działaczy? Nie wiem, pewnie wszystko po trochu. Rosjanie grali "cool", zimna krew, nikt nie panikował, co mieli to wykorzystali. Luz, swoboda, pewność siebie. Krótko mówiąc absolutnie poza zasięgiem.

Zawodnicy tacy spięci, trenerzy mają duży problem. A może być tak rozluźnić atmosferę? Przypomniał mi się stary dowcip opowiadany przez Andrzeja Biangę za czasów naszej współpracy w Chojniczance:

Program wystawy rolniczej:
15.00 wprowadzenie zaproszonych gości
15.15 wprowadzenie trzody chlewnej i bydła rogatego
15.30 wspólny posiłek.


Na twitterze toczyła się dyskusja, jaki był sens gry z tak silnym zespołem. Ja uważam, iż warto było sprawdzić się z absolutną czołówką światową. Nieczęsto nadarza się okazja, aby zespół z topu chciał rozegrać dwumecz z Polską, tak więc jak nadarzyła się taka możliwość, to grzech byłoby nie zagrać takich spotkań. Niezależnie od wyniku. Ze średniakami możemy grać co tydzień. Teraz trzeba zapomnieć o tym dwumeczu, spuścić ciśnienie i spokojnie się przygotować do turnieju eliminacyjnego w Krośnie. Mecze mają być transmitowane w telewizji - to super wiadomość. Pełna hala, Mazurek Dąbrowskiego niech natchnie naszych zawodników.

Zabłądziłem ostatnio na mecz siatkówki Lotos Trefl Gdańsk - Skra Bełchatów w Ergo Arenie na pograniczu Sopotu i Gdańska. Ponad 10 tysięcy ludzi, wszystko doskonale zorganizowane. Marzą mi się takie spotkania w Futsal Ekstraklasie, Pogoń robi już pierwsze kroki. Duży nacisk na marketing, kreowanie gwiazd i można zapełnić nawet największe hale. Ale to ogrom roboty, tym bardziej szacun dla szczecinian. Tak wygląda przyszłość futsalu.

A tak przy okazji muszę się pochwalić nową pasją – crossfit (video 1 oraz video 2). Chodzę z kolegą na indywidualne treningi do chojnickiego klubu Falanga Macieja Doktorowicza. Crossfit obejmuje ogromną ilość ćwiczeń i dyscyplin - klasyczne treningi siłowe (m.in. ćwiczenia takie jak przysiady, martwy ciąg, podrzut, rwanie, podciąganie na drążku, wspinanie się po linie), treningi biegowe (wybieganie, rytmy, tempówki, interwały, podbiegi), elementy plyometryki (np. skoki, wieloskoki), pływanie, jazdę na rowerze, wiosłowanie.

Zajebisty wysiłek - krew, pot i łzy ale satysfakcja z przełamywania własnych barier - olbrzymia. Po pierwszych treningach człowiek umiera, zresztą to jest normalka po workoutach na czas. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do treningów bokserskich dodałem crossfit i teraz już codziennie trenuję, tak - na starość zwariowałem. Do tego dieta, odżywki, zmiana nawyków żywieniowych. Ale postanowiłem sobie, że najbliższy rok poświęcę całkowicie na budowę nowego człowieka. Czy wytrwam? Jestem tego absolutnie pewien. Jestem ambitny, mam bardzo dobrych trenerów, mam wielkie chęci. Do tej pory tylko grałem w piłkę kilka razy w tygodniu, od czasu do czasu ćwiczyłem, bo mam kompletną siłownię w domu, ale u siebie nie ma takiej motywacji, poza tym ciągle coś odrywa od ćwiczeń, a to telefon, a to maile, wiecie jak to jest. Filmy też lepiej ogląda się w kinie, kiedy nic nie przeszkadza, prawda?

Teraz o lidze.

Clearex zmienia trenera... Który raz to już słyszymy? Fakt, iż jeden punkt w sześciu meczach i coraz słabsze wyniki nie bronią Adama Lichoty, ale czy pomysł na grający duet Miozga - Ulfik jest tą właściwą deską ratunku? A co z Tadkiem Wolnym, a co z Gothardem Kokottem? Ten duet kiedyś wymieniał się 654 razy. Ale to melodia przeszłości. Dwójka doświadczonych piłkarzy wie najlepiej, co tam w zespole piszczy. Z drugiej strony to są kumple, a jak widać po przykładzie Żebrowskiego w Pogoni, to nie zawsze udany eksperyment. Ale o tym więcej napiszę w innym miejscu. Głogowianie grają w kratkę - tu wygrać, tam przegrać, czasem zremisować, ale punkty robią. KGHM Euromaster w pierwszej minucie dwa razy ukłuł po golach Urbaniaka i potem spokojnie wiózł wynik do końca. Profesor Dariusz P. kreuje grę swojego zespołu jak inny "dziadek" - Andrea Pirlo w Juventusie. Przyjadę za 10 lat na halę do Głogowa, a tam Dareczek najpierw opierdoli siwą brodę maszynką, a potem rywali lewitką.

AZS UŚ - Red Devils. Same przekleństwa cisną się na usta. Paweł Barański w miniwywiadzie kulturalnie skomentował moją wypowiedź z poprzedniego felietonu. Zawsze mówiłem, że najlepszą odpowiedzią na krytykę jest postawa na parkiecie. W przedostatniej kolejce Katowice zagrały w Gdańsku na pierwszoligowym poziomie, teraz AZS UŚ zagrał z nami na dużo wyższym i zasłużenie wygrał. A to my zagraliśmy w drugiej połowie na drugoligowym poziomie. Do tego Rafał Krzyśka super mecz, rzadko się zdarza, aby bramkarz miał gola i asystę, na dodatek w kluczowych momentach gry. To był ten "piąty element", który przeważył szalę spotkania. My z kolei tragicznie, podsumowaniem tego występu była piąta bramka, kiedy sami podaliśmy Gładczakowi piłkę, aby trafił do bramki. Rozkojarzenie, zlekceważenie przeciwnika, brak zaangażowania - karygodne. Wyciągniemy konsekwencje, bo tak dalej być nie może i nie będzie. A tak przy okazji, Paweł - trafiamy do pustaka ;)

Pogoń u siebie przegrywa z Gwiazdą - początek przespali, ale jeszcze przed przerwą w półtorej minuty wyrównali. Kiedy wydawało się, że w drugiej połowie zmiażdżą gości, to rudzianie niespodziewanie zdobyli trzy bramki i trzy punkty. Ale te gole poprzedził festiwal pudłowania w wykonaniu Gwiazdy, bo powinny być co najmniej trzy trafienia więcej. Szczecin dwa mecze i 15 goli w bagażniku, ewidentnie mają z tym problem. Już 55 straconych bramek - tu są niechlubnym liderem całej ligi. Łukasz Żebrowski w każdym innym klubie byłby świetnym trenerem, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Ale tam miejscowi grają już razem ponad sto lat, tańczyli na stołach i pod stołami a "Żebro" to dla nich jest kumpel, a nie autorytet. Tak wnioskuję z daleka, ale nie wydaje mi się, żebym się dużo mylił.

GAF Jasna - Red Dragons. Tutaj "Smoki" poległy, gospodarze od początku mieli sporą przewagę. Opierdol od zarządu podziałał jak zimny prysznic i gliwiczanie wygrywają drugi mecz z rzędu. Pniewy po serii dobrych wyników wreszcie zgubiły punkty. Teraz mamy GAF u siebie w pucharze, czas odbić się od dna, tak jak oni na nas dwa tygodnie temu.

AZS UG - Wisła Krakbet. Gdańsk załamany, liczyli na nas w meczu z Katowicami - no bo na kogo innego mają liczyć? Ślązoki będą sobie nawzajem pomagać, a my wbijamy gwóźdź do trumny Akademikom znad morza. Początek wyrównany, ale jeszcze przed przerwą Wisła objęła prowadzenie dwoma bramkami i nie wypuściła tego z wawelskiego pyska. Choć to prowadzenie mogą zawdzięczać Kamilowi Dworzeckiemu, który wybronił dwie niemal beznadziejne sytuacje. Potem już niewiele się działo, Wisła bardziej broniła wyniku niż atakowała, a UG marnował dogodne sytuacje.

Gatta Active - Rekord. Przed meczem dużo podtekstów związanych z anulowaniem żółtej kartki Krawczyka, ale potem to spotkanie pokazało, czym się różnią mężczyźni od chłopców. Bielskobiałopolaniści (czy jak to się tam pisze ;) ) łapali kartki jak głodny murzyn worki z ryżem w Afryce. Pierwsza połowa bez goli, ale potem rozpętało się piekło. Czerwo dla Kamyko - "Krawiec" na dwa tempa na 1:0. Potem wolny, Brzenk łapał muchy koło ucha i 2:0 dla gospodarzy. Następnie "Szłapka" bawi się w zapaśnika, czerwo dla Legendy. I od razu następne dla Adama Krygera, który powędrował na trybuny. Inaczej mówiąc zrobił krok do tyłu.

Zegar tyka "tik tak, tik tak", Rekord na kolanach krwawi jak zarzynana świnia. W hangarze atmosfera jak w rzymskim "Koloseum", w amfiteatrze Flawiuszów publika pokazuje kciuki w dół. "Faceci w rajtuzach" mają rywali na talerzu, wystarczy poderżnąć gardło brzytwą do końca i otwieramy szampany... Nagle cisza, a na salę wjeżdża projektor i puszczają film "Jak przejebać wygrany mecz w 5 minut". Co tu napisać? Popławski Król, Kryger Król, Szymura Król. A dla gospodarzy gimbusowe "dupa w rajtach, kisiel w majtach".

No i tyle o naszej kopaninie. Ale i tak dużo lepsza niż ta trawiasta - śmiechu warta.

Kącik bibliotekarski - tym razem o wyspiarskim futbolu, czyli "Futbol obnażony. Szpieg w szatni Premier League". Jak pewnie wiecie, jestem od prawie 30 lat ogromnym fanem reprezentacji Anglii i Manchesteru United. Zaczęło się to w 1986 roku podczas FIFA World Cup ’86 w Meksyku. Zakochałem się w dumnej ekipie "Trzech Lwów", potem doszły "Czerwone Diabły" z Manchesteru. Zawodnikiem, który mnie zafascynował, był Bryan "Captain Marvel" Robson. Absolutny geniusz środka pola, niestety szereg kontuzji nie pozwolił mu na rozwinięcie skrzydeł na arenach świata. Ale jak był zdrowy, to rządził niepodzielnie w pomocy. To dzięki niemu zacząłem się interesować klubem, w którym wówczas grał. A potem poszło z górki. Premier League, prenumerata "Shoot", "Match", "90 Minutes", "Red Issue", książki, biografie (mam tego całe tony), dekoder Sky Sports, 500 kaset video, mecze na żywo na wielu stadionach Wielkiej Brytanii, 150 oryginalnych koszulek reprezentacji wyspiarskich i drużyn klubowych (samych Man Utd mam ponad 40, praktycznie wszystkie wyprodukowane od 1991 roku). Do tego nienawiść do Liverpool, Leeds & Man City i absolutna adoracja oraz miłość do Erica Cantony a co za tym idzie do cyfry "7" ;)

Rozpędziłem się z tym opisem, ale tyle o mnie. A teraz do rzeczy. Zacytuję fragment recenzji: "Ryk tłumu w tunelu na Anfield (FU!!! Mój dopisek), niepowtarzalne uczucie, gdy uderzona przez ciebie piłka wpada do bramki Manchesteru United, John Terry uderzający cię łokciem w twarz, przegrana licytacja z graczami Barcelony o dziewczynę na jedną noc... Wejdź w sam środek świata wielkiej piłki - wzajemnie nienawidzących się partnerów z drużyny, bezwzględnych menedżerów, chciwych agentów, agresywnych fanów i kobiet, dla których wakacje w Dubaju są ważniejsze od twojej wierności. Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney, Gareth Bale, Robin van Persie, Thierry Henry, Xabi Alonso, Didier Drogba - z nimi wszystkimi wybiegał na boisko. Nie wiemy, kim jest.  Ale wiemy, że napisał książkę, po której nic nie będzie już takie samo".

Dla fana Premier League lektura obowiązkowa. Tu zresztą macie bardzo fajną recenzję, to nie będę się powtarzał.

W dzisiejszym felietonie sporo pisałem o sobie, ale nie żeby się pochwalić, tylko zachęcić was do wstania z fotela i aktywności fizycznej, w jakimkolwiek wieku jesteście. A jak już chcecie w nim siedzieć, to czytać, czytać, czytać a telewizor włączać tylko na Premier League. A najlepiej robić jedno i drugie. Ja w życiu przeczytałem kilka tysięcy książek, obejrzałem tyle samo meczów. Czytanie kreuje wyobraźnię, a liga angielska dostarcza niesamowitych emocji. Czego od życia chcieć więcej? A dodajmy do tego futsal i wtedy żyć, nie umierać :)


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

To tylko sport". A g... prawda. Wyświechtany slogan i tyle. Tak mówią ci, którym jest to obojętne. Każdy, kto w tym siedzi, kto daje z siebie wszystko, zaprzedał duszę swojej pasji to wie, że każda porażka męczy prawie jak śmierć bliskiej osoby. No trochę przesadziłem, ale człowiek doznaje pełnego spektrum negatywnych odczuć. Przygnębienie, samotność, wkurw. Wszystko się miesza razem. Zawiedzione nadzieje, bo przecież miało być lepiej, a wszystko się wali na głowę. Starasz się jak możesz, żeby wszystko od strony organizacyjnej było dopięte na ostatni guzik, piłkarze mają wszystko na tacy przygotowane - tylko grać, a tu nagle jeb w łeb młotkiem.

Jak dostaniesz lanie od kogoś, kto był trzy razy lepszy, to można przełknąć gorycz porażki. Ale jak wiesz, że co najmniej dorównywałeś rywalowi, ale potem na własną prośbę przegrałeś mecz, to wtedy masz przejebane wewnątrz samego siebie. Jako działacz to chyba bardziej niż zawodnicy. W końcu ciebie nie oczekuje regularna wypłata 10-tego.  Wprost przeciwnie, ty jeszcze dokładasz do tego, jak nie pieniądze, to zaangażowanie, wolny czas i milion innych spraw, które poświęciłeś, aby zarządzać klubem. A mógłbyś w tym czasie leżeć przed telewizorem z żoną/dziewczyną/kochanką/kotem czy psem. Zamiast tego musisz zapijać smutki albo bić się na trzeźwo ze swoimi myślami. I zadajesz sobie nieodmiennie jedno ważne pytanie - czy warto to wszystko robić?

Rozpocząłem bardzo emocjonalnie, ale jestem pewien, że każdy działacz przeżywa takie chwile. Na szczęście/nieszczęście są także chwile pełne radości, kiedy zapomina się o tych wcześniejszych, pełnych goryczy. I znowu wskakujemy w kółka piekielnej maszyny, która kręci tobą na wszystkie strony. Jak koń w kieracie, to nie ma końca. Chyba że rzucisz to w cholerę, ale co człowiek ma wtedy robić w weekendy?

Poświęciłem Red Devils 20 lat mojego życia. 9 lat to już zupełnie na serio, bo tyle gramy w rozgrywkach Polskiej Ligi Futsalu. Oczywiście przez te wszystkie lata pomagali mi przyjaciele, sam nie dałbym rady tego ogarnąć. I ciągniemy ten wózek razem, bo to nasza życiowa pasja. Już kiedyś wspominałem o tym, że mam ogromną satysfakcję, iż z drużyny osiedlowej stworzyliśmy zespół, który liczy się w Polsce. Mamy z kolegami z zarządu ambicję stworzyć zespół, który znowu powalczy o medal, ale profesjonalizacja organizacyjna nie idzie w parze z profesjonalizmem zawodników. A to właśnie w głowach piłkarzy powinien być początek. Kto nie będzie nadążać za zmianami w klubie, ten latem wysiądzie z czerwonej karawany.

Orange Sport się sypie, zwalniają dziennikarzy, kanał na sprzedaż. Niby jest gorzej, ale my wreszcie mamy magazyn ze skrótami. Fajnie, wszystko super, ale przydałoby się wrzucić gościa z naszego światka do programu, parę podsumowań, garść przemyśleń tudzież refleksji. Nie każdy ma taki ładny garnitur i lakierki jak ja, ale w gustownym dresie z kreszu też pewnie wpuszczą do studia. Byleby gość miał pełną klawiaturę w pysku, bo szczerbatych to pełno w niższych ligach na trawie. Ale nie ma co narzekać, kolejny skowronek zaćwierkał, wschodzi słońce dla futsalu.

A co do ćwierkania, to twitter zaczyna żyć futsalowo. Jest paręnaście aktywnych osób, a najbardziej nasza ligowa pani fotograf, czyli @zmijkats. No i @Jakub_Mikulski, gorzowsko-warszawski pasjonat z podwójnym profilem (@futsalpl). Znana szydera, @slo7nik często daje dobre teksty, polecam, także @rafał_futsal czyli Krzyśka. Kiedyś szczecinianie byli aktywni, teraz coś siedzą cicho. Ale dołączają kolejni piłkarze, ostatnio @danleb19 z Euromastera. Muszę się też pochwalić, zostałem już zbanowany. Nietrudno się domyślić przez kogo. Zazwyczaj blokuje się kogoś, kto pisze nieprzyjemne komenty, ale ja nie zdążyłem napisać ani jednego a już dostałem bana. Profilaktyka musi być ;)

Za ostatni felieton otrzymałem sporo pochwał, co sprawia mi pewną satysfakcję i łechce moje ego. Napisanie tekstu zazwyczaj zajmuje mi około 6 godzin, jak sami widzicie sporo czasu poświęcam, abyście nie nudzili się przy lekturze. @rkędzior, były już redaktor Orange Sport napisał, iż przekaże Pawłowi (Zarzecznemu), że ma godnych następców. Dużo mi jeszcze do niego brakuje, zwłaszcza tych wanien wódki i wagonów koleżanek, agentur też nie zwiedzam. No i jak to powiedział Mickey Knox w kultowym już filmie "Urodzeni Mordercy" ("Natural Born Killers") - "It’s pretty hard thing to beat the King". Kto oglądał ten wie o co chodzi ;)

Wiele słychać ostatnio o pomyśle "Wielka Pogoń" - czy jest to właściwa inicjatywa? Postanowiłem zgłębić temat, bo jak dobrze wiecie, generalnie jestem przeciwny podłączaniu futsalu do trawy. Do tej pory nie było z tego wielkich korzyści dla piłki halowej, no może jedynie Krakbet zyskał kibiców, bo Euromaster to już niezbyt.

Przeprowadziłem rozmowę z vice prezesem Pogoni ’04 Mirkiem Grycmacherem, który przekazał mi kilka ciekawych spostrzeżeń. Pomimo zbieżnej nazwy, "zeroczwórka" jest samodzielnym tworem, który powstał ponad 10 lat temu. To dlaczego ma teraz w pewien sposób połączyć z trawiastą Pogonią?

Tutaj oddaję głos Mirkowi:

"Zacznijmy od podstaw. Nazwa Pogoń jak i herb jest własnością Pogoni Szczecin. W Polsce miasto Szczecin w kategoriach sport to "Pogoń Szczecin" i chyba w większości nikt nie ma co do tego wątpliwości. Skoro Prezes Pogoni Pan Jarosław Mroczek przedstawił klubom propozycję sportowej promocji miasta przez promocję pod hasłem "Wspólna Pogoń", to naszym obowiązkiem, dla dobra futsalu należało się nad tym pochylić.
Nasz klub Pogoń ‘04 ma już wypracowaną markę w polskim środowisku futsalowym i to jest nasza marka, która daje nam wiele satysfakcji, posiada swoją tradycję i jest już rozpoznawalna. Chyba każdy wie, jakie jest przełożenie i popularność futsalu w odniesieniu do piłki trawiastej, męskiej i żeńskiej piłki ręcznej czy też koszykówki. Połączenie sił i wzajemna promocja, ustalanie terminarzy, aby szczeciński kibic mógł zobaczyć jak najwięcej wydarzeń sportowych, a nie był zmuszany do wyboru "lepszej dyscypliny", zapowiedzi meczowe, czy też w efekcie końcowym nowi kibice, którzy dzięki tej promocji będą mogli się z nami identyfikować, to kolejny aspekt przemawiający za słusznością decyzji. Mamy już tego pierwsze przykłady. Hale w Polsce to w porywach 500-1000 kibiców na meczach futsalu. Wiem, że zdecydowanie zawyżam średnią :)
Na dzisiaj tysiąc kibiców na naszych meczach to jest minimum, a już w meczu z Red Devils Chojnice (1600) czy też z AZS UŚ Katowice (2000) widzimy, że następuje znaczny postęp. Posiadamy duży zapas miejsce (do 5 tysięcy), więc mamy dużo do zrobienia.  Dlatego drogi Marcinie Twoje pytanie "To dlaczego ma teraz w pewien sposób połączyć z trawiastą Pogonią" jest tylko w części prawdziwe. Połączyć w promowaniu sportu przy zachowaniu integralności klubów, ich tradycji i osiągnięć dla dobra sportu. Oczywiście, jak ktoś mawia - duży może więcej, ale skoro mamy "Starszego Brata", co prawda z różnych ojców (Maciej, Krzysztof i Kaziu bez urazy), to dlaczego nie mamy z tego skorzystać? A jeśli przy tym okaże się, że klub będzie mógł skorzystać finansowo to - powiem kolokwialnie - łączy nas piłka i daj Boże kasa”.Mirosław Grycmacher

Tyle od Mirka, a ja swoimi kanałami dowiedziałem się, iż być może duży, ogromny sponsor zainwestuje w markę "Wielka Pogoń". "Azoty" objęły już sponsoringiem tytularnym halę Arena Szczecin i podobno nie jest to ich ostatnie słowo, jeśli chodzi o inwestycje w sport. Oby wszystko poszło w dobrą stronę, to powstanie mocny klub futsalowy z rekordową widownią w Polsce.

Kolejka rozpoczęła się w piątek dwoma spotkaniami. Najpierw Clearex przegrał trzeci mecz z rzędu. W pięciu ostatnich meczach aspirujący do medali chorzowianie zdobyli tylko jeden punkt!!! Straszny hamulec po udanym początku sezonu. Nie wiem, co tam się dzieje w zespole, ale potykają się już o wszystko. Wyjdą na zakupy, jebut w krawężnik, pomarańcze rozsypane po chorzowskich hałdach. Nie ma prezesa, nie ma bata, nie ma gry.

Gatta punktuje rywali i po cichutku skrada się tuż za Wisłą. Kwartet Marciniak, Milewski, Krawczyk, Sobalczyk nie zawodzi. "Kulfon" wrócił po kontuzji, przypozował w autokarze w stylówie a'la Żewłakow po powrocie z kadrą z USA. Amerykański luz, "West Coast" edition - trochę fantazji nikomu jeszcze nie zaszkodziło, zarówno przed, jak i w trakcie meczu. A Igor umie zagrać tak, że niemal każdy by chciał być "Kulfonem".

W "Derbach Desperatów" górą Katowice. Dominował radosny futsal, poziom sportowy obu drużyn bardziej pierwszoligowy niż ekstraklasowy. Rafał Krzyśka okazał się "piątym elementem", który zadecydował o punktach. To spotkanie może okazać się bardzo istotne dla końcowego układu tabeli. W Gdańsku wrócił Pawicki, pojawił się "domowy" Widzicki, ale to było zbyt mało na odrodzony zespół ze Śląska. "Korek" ustawia klocki od nowa, szykuje się "Wielka Ucieczka część druga"?

Gwiazda - Rekord. Planowe zwycięstwo Mistrza Polski, planowa porażka Gwiazdy. Nie radzą sobie ostatnio. Trzy wysokie porażki z rzędu, teraz do Pogoni na Arenę Szczecin, powrót z tego meczu nie zapowiada się wesoło. A oba Azetesy zaczęły ostro gonić, początkowa przewaga zmalała i Gwiazda znalazła się na miejscu spadkowym. I ciężko będzie im z tego wyjść. Do 11. minuty jeszcze się trzymali, a potem już tylko Rekord walił jak w bęben. Grali zespołowo, sześciu zawodników trafiło do siatki. Teraz jadą do Zduńskiej Woli i jest to ostatnia szansa na jakąkolwiek pogoń za srebrnym medalem, bo na złoty to już nie mają szans.

Wisła - Pogoń, włączyłem drugą połowę, patrzę przez chwilę - obie drużyny wyszły na parkiet bez bramkarzy? Patrzę dalej - 23. minuta, rozkręca się karuzela, walka jak na korcie tenisowym - punkt za punkt. Na twitterze napisałem, że przewiduję wynik końcowy 98:98 i niedużo się pomyliłem. W końcówce już tylko liczyłem "sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy..." Gole padały szybciej, niż bezdomny wpierdala zupę.

Ostatnie takie tango było w sezonie 2007/08, kiedy Akademia Słowa Poznań przegrała u siebie z GKS Jachym Tychy 10:11. Daniel Lebiedziński, jeden uczestników tego epokowego wydarzenia napisał na twitterze, że skończyli strzelać, bo ktoś po nich wchodził na halę.

Wtedy 21 goli, to dzisiejsze 16 sztuk to jest "małe miki". Ale 10 goli w jednej połowie Wisły, to na pewno rekord dwudziestu minut. Szokująca wprost gra Pogoni w defensywie, Kośmider zaliczył "kośmarny" mecz, co najmniej kilka bramek obciąża jego konto. Mieli przewagę w polu po czerwo dla Patera, ale nie wykorzystali tego, a w końcówce grając nerwowo i chaotycznie pogubili się zupełnie.

Chciałbym zwrócić uwagę na sytuację z 35:07 min, kiedy sędzia Jakub Orliński nakazał powtórzyć rzut wolny Bondara. Jest to super decyzja, bo bardzo często arbitrzy dopuszczają wcześniejsze wyjście bramkarza, co znacznie utrudnia prawidłowe wykonanie rzutu wolnego. Co z tego, że zespół ma SFG, jak nie ma z tego korzyści, gdyż bramkarz interweniuje niezgodnie z przepisami? Prosiłbym o zwracanie baczniejszej uwagi na takie sytuacje, bo często wychodzi na to że opłaca się faulować, bo i tak potem można przeszkodzić w jego skutecznym wykonaniu.

Red Devils kontra GAF Jasna Gliwice. Jeden zero w ryj. Co tu dużo pisać, zagraliśmy bardzo słabo w ofensywie. I to po raz kolejny. Bo do defensywy nie można mieć zarzutów, od pięciu meczów tracimy bardzo mało bramek. Zaledwie pięć!!! (Gatta 2, Red Dragons 0, Clearex 1, Euromaster 1, GAF 1).  Nikt tak dobrze nie broni dostępu do bramki jak "Czerwone Diabły". Ale co z tego? Punktów z tego tylko sześć. Dramatycznie mało, choć wszystkie spotkania graliśmy z zespołami z czuba i środka tabeli. Tylko z Chorzowem pokazaliśmy na co nas stać, w pozostałych meczach przeżywamy męczarnie po przekroczeniu linii środkowej. Mamy kilku napadziorów - Iwanow, Charczenko, Sobański, Mączkowski - ci zawodnicy regularnie strzelali po ponad 10 goli w sezonie. A teraz indolencja strzelecka, jak mają podać to strzelają, jak mają strzelać to podają. Wszystko odwrotnie. Teraz czeka nas wyjazd do Katowic, jedziemy dzień wcześniej, nocleg w hotelu i na świeżości idziemy na parkiet. Tutaj nie będzie już wymówek - trzy punkty muszą być.

A gliwiczanie grali konsekwentnie, skutecznie bronili dostępu do bramki i liczyli na jeden błąd naszej drużyny. Sobański dał się minąć Luteckiemu przy linii autowej, no i tak padł jedyny gol meczu. "Betao" czyli Kiełpiński miał wywieźć z Chojnic tylko schabowego, ale dodał to tego trzy punkty i to uprzyjemniło mu posiłek. Nam pozostał tylko ogromny wkurw do konsumpcji.

Mecz telewizyjny - dobre tempo, sporo bramek i dużo zaciętości. Pierwotnie nasze spotkanie z Gliwicami miało być pokazywane w Orange Sport, ale hala została wynajęta na trzydniowe rekolekcje ojca Bashobory i musieliśmy zrezygnować z przeprowadzenia transmisji. A tak przy okazji, chętnie wysłałbym niektórych swoich zawodników na wizytę do tego charyzmatyka, bo podobno na seansach kulawi odrzucają kule, kalecy wstają z wózków, a ślepi odzyskują wzrok - idealne rozwiązanie na nasze bolączki.

Wracając do meczu Red Dragons - KGHM Euromaster, było to naprawdę fajne spotkanie. Czy jeszcze ktoś powie, że ten wynik był sensacją? Bo według mnie wygrał faworyt. Czas najwyższy skończyć z lekceważeniem bandy "Young Guns" Frajtaga, bo zwłaszcza u siebie są bardzo mocni. Doświadczeni zawodnicy Euromastera zawiedli, notując wiele strat w kluczowych momentach. Tylko w pierwszej połowie dotrzymywali kroku młodym, w drugiej już się kompletnie rozkraczyli. Bohater meczu - "Domino" Solecki, który przed sezonem miał problem ze znalezieniem zespołu dla siebie. Teoretycznie zrobił krok w tył dochodząc w ostatniej chwili do zespołu beniaminka, ale jak widać było to dobre posunięcie. Aha, jakby ktoś nie wiedział - to Red Dragons utrzymali się w ekstraklasie. Tak naprawdę zrobili to już po pierwszej rundzie. Nauczcie się patrzeć na nich w kontekście gry o czołową czwórkę, a nie o utrzymanie.

Kontrowersje - tym razem nie było tego wiele. Czerwone kartki, ale wszystkie zasłużone. Nerwowo było w Krakowie, Pater dał się sprowokować Kubikowi, który później także wyleciał z parkietu za drugą żółtą kartkę. O ciekawej sytuacji z tego meczu pisałem już wcześniej. No to by było tego na tyle. Jak sędziowie nie przeszkadzają, to wszyscy mogą być zadowoleni.

Kącik bibliotekarski - tym razem Igor „zaSYPAny” Sypniewski na tapecie. Wzorcowa książka o piłkarskim upadku. Absolutnym Mistrzem był jeden z moich ulubieńców George Best, ale Igor spadł dużo głębiej, na same dno. "Belfast Boy" zapił się na śmierć, druga wątroba nie wytrzymała, ale pił do końca, bo miał za co pić. "Sypek" miał świetne pokrętło w lewitce, krawaty nią wiązał, ale też butelki otwierał i fajki odpalał. A potem z Ligi Mistrzów do pudła, niezła podróż w jedną stronę. Nie udało się uciec od kolegów z bałuckiej żulerni, wracał do nich w każdej wolnej chwili. Ale też była wielka wojna z depresją, najbardziej lekceważoną chorobą cywilizacyjną. Robert Enke, bramkarz reprezentacji Niemiec skoczył pod pociąg nie radząc sobie z nią. Igor próbował także skończyć, ale na szczęście jego odratowano. Polecam tę książkę, bo były zawodnik Panathinaikosu nie ukrywa niczego ze swojego życia. To podobna spowiedź jak Andrzeja Iwana "Spalony", tylko bardziej współczesna.

W tym miejscu napiszę o podobnym przypadku, który nie skończył się aż tak drastycznie jak u "Sypka", ale chłopak zmarnował świetnie zapowiadającą się karierę futsalową. Nie będę przytaczał nazwiska, bo niektórzy jeszcze go pamiętają, zresztą to nie jest najważniejsze w tej historii. Na trawie zaliczył wszystkie kadry wojewódzkie, a także narodową, grywał regularnie w starej III lidze w barwach Chojniczanki. W futsalu debiutował w wieku 16 lat grając w drugiej czwórce Holiday’u, strzelał bramki, asystował. To naprawdę był wielki talent, pokroju Tomka Kriezel 9 lat później. Nad jego rozwojem czuwał przede wszystkim jego ojciec, były świetny piłkarz Chojniczanki. Niestety, po ostrym zawale serca zmarł w domu na oczach młodego zawodnika. Po tym traumatycznym zdarzeniu chłopak grał dalej w piłkę, po rozwiązaniu Holiday’u przeszedł do Red Devils, ale z każdym sezonem grał coraz słabiej. Organizm regularnie osłabiany alkoholem nie radził sobie z profesjonalnym graniem. Niestety, popularne "piwko" w coraz większych ilościach było na początku lekiem, a potem już tylko wymówką i ucieczką od życia. Próbowaliśmy wielokrotnie pomóc zawodnikowi, terapie itp., ale jak z alkoholem jest tak, że jak sam nie chcesz się z tego wyrwać, to nie wyjdziesz z tego. Naprawdę szkoda chłopaka, bo dzisiaj by miał kilkadziesiąt występów w kadrze, albo i więcej...


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

Arnie Schwarzenegger mawiał "I’ll be back", więc ja także wracam do mojej pisaniny. Stęskniliście się pewnie, ciekawe jak wam mijały te długie, samotne środowe wieczory kiedy nie mieliście co ze sobą zrobić?

No to jedziemy, ostro i soczyście. Nowy rok, nowe rozdanie kart. Na razie mamy dwa asy, kier z Krakowa i pik ze Zduńskiej Woli, ale jest kilka jokerów, które czają się na pudło. I te głodne wilki będą gryźć po nogach Wisłę i Gattę. I mam nadzieję, że to "Czerwone Diabły" będą mieć najtwardsze kły, ale to okaże się na koniec.

W środku tabeli wszystko się zmieliło, zespoły z miejsc 3 do 8 dzielą zaledwie trzy punkty różnicy. Jeden mecz i można wskoczyć na pudło, albo gryźć palce z nerwów, grając o utrzymanie. To najciekawszy sezon pod tym względem od wielu, wielu lat. Wszystkie kluby funkcjonują normalnie, może nie jest za bogato, ale jest mniej więcej stabilnie. I to cieszy. Jak na razie wszyscy płacą w normalnych pieniądzach, bo bywało już wcześniej, iż prezesi wypłacali pensje pieniędzmi z gry "Monopoly", jak pewien oszust w Jango.

Pokrótce o transferach, wielkich zmian nie było. Do rekordu doszedł Ukrainiec Dmytro Kameko, do Gatty trzech młodych piłkarzy, a odpalili Mikę i Budkę. Pierwszy to kiedyś coś tam pogrywał w Akademii, był specjalistą od zadań siłowych, a teraz pozostał tylko cień tamtego zawodnika. Budka z kolei był maskotką prezesa i jest to kolejny przykład iż ściąganie "nazwiska" z trawy nie jest odpowiednią promocją futsalu, co ktoś kiedyś bzdurnie wymyślił. W ich miejsce przyszli młodzi i to jest właściwe posunięcie działaczy ze Zduńskiej Woli.

W ogóle to jest chore myślenie, żeby ktoś z zupełnie innej dyscypliny miał promować nasz futsal. Dzieciak z Pniew lepiej gra na hali od tego Budki, bo od małego trenuje futsal. Może wtedy namówimy Gołotę albo Małysza? W sumie Adam może by sobie poradził, bo gabaryty ma futsalowe. Michael Schumacher umiał grać, pogrywał w niższych ligach niemieckich, podobnie Robbie Williams w Anglii. Ale to było na trawie, do futsalu to szukajmy artystów techników a nie kopaczy. A najlepiej ich sobie wychowujmy, jak właśnie w Pniewach. Na przykład taki Patryk Hoły. Miał 15 lat, piłki nie umiał kopnąć, coś tam trenował na trawie w lokalnym klubiku. Ale wtedy postawił na futsal i świetnie się rozwinął pod okiem Łukasza Frajtaga. A teraz grał już w kadrze U-21, strzela gole w ekstraklasie. A zwłaszcza ten ostatni w meczu z Clearexem. Paluchy tylko oblizywać. To modelowy przykład szlifowania zawodnika. A już wcześniej potrafił strzelać efektowne gole. Tak to się robi, a nie budki srutki jakieś.

Nie kryję, iż często podaję przykłady klubów czy też zawodników z którymi mam niemal codzienne kontakty i wiem co tam/co z nim się dzieje. Z racji odległości trudno mi jest śledzić na bieżąco, co tam słychać na południu Polski. Tam na pewno jest wielu świetnych zawodników, przecież Śląsk to kopalnia futsalowych talentów. No ale mnie tam nie ma, więc posiłkuję się przykładami z górnej części Polski.

Z GAF Jasna Szczurek i Krzyśka wypożyczeni do AZS UŚ Katowice, na pewno im się przydadzą. Jeśli "Vifon" nie pomoże, to zaliczy raczej niechlubnego hat-tricka, czyli trzy spadki z rzędu z trzema różnymi zespołami. Oczywiście Rafałowi tego nie życzę, ale życie pisze różne historie.

W Gdańsku odkopano Marka Cirkowskiego, ale to doświadczony zawodnik który na pewno im się przyda, bo świetnie gra na hali. Wiem co mówię, bo występował kiedyś w Red Devils. Z Gwiazdy ubył Piotr Bubec, z którym rozwiązano kontrakt. A jeszcze niedawno świętował mistrzostwo Polski z Rekordem. Swoją drogą ciekawe, kto jest najstarszym zawodnikiem, który występował w Futsal Ekstraklasie? Ja jestem zgłoszony, ale jeszcze nie miałem okazji zadebiutować, może kiedyś wejdę przy 15:0 dla nas i strzelę samobója. A tak to jest chyba jak w tym starym dowcipie. W Egipcie odkryto nową piramidę i wykopano mumię faraona. Naukowcy ostrożnie otwierają, a mumia się budzi i do nich zagaduje: "A Zbynek Modrzik jeszcze gra?"

Oczywiście to żart, bo Zbynek to legenda polskiego futsalu. I szczerze go podziwiam, bo dalej grywa w Tychach w I lidze. A tu jeden z jego świetnych meczów, jakie rozegrał w FE. Modrzik karierę rozpoczynał od piłki ręcznej, kiedyś jak rodził się futsal, to wielu bramkarzy trafiało właśnie z ręcznej do halówki. A teraz świetnie radzi sobie za mikrofonem, regularnie komentując mecze w Orange Sport.

W innych drużynach kosmetyczne zmiany, jak już dochodzili to raczej anonimowi zawodnicy. Dwie zmiany trenerskie, jedna w Katowicach, ale to już wiadomo od dawna, plus u nas w Red Devils. Mamy Andrija Łuciwa, który kilka lat temu grał w Hurtapie Łęczyca i był grającym trenerem w Grembachu Łódź. Ostatnio pracował w Energii Lwów, ale wiadomo jak tam teraz jest - kluby padają finansowo, tak więc Andrij nie zastanawiał się długo nad naszą ofertą. I jak na razie jesteśmy bardzo zadowoleni, piłkarze także. Łuciw pracuje spokojnie, kładzie duży nacisk na grę obronną, a więc zobaczymy czy się poprawimy w tym elemencie gry.

A teraz pokrótce o lidze. Tadek Danisz jednym zdaniem dobrze to opisał, Śląsk - Reszta Świata 0:5. Ale zacznijmy od pozytywów, Mirosław Miozga - nagrodzony na Balu Sportowca w Chorzowie. To jedna z ikon naszego sportu i nagroda jak najbardziej zasłużona. Niestety, kapitan Clearexu musiał przełknąć gorycz porażki z Red Dragons Pniewy 2:3 (zobacz skrót). Dla mnie to jednak nie jest jakimś wielkim zaskoczeniem. Pniewy wyrosły w międzyczasie na bardzo solidnego ligowca, bardzo trudno im strzelić gola. A Clearex już pod koniec pierwszej rundy radził sobie słabo, niemoc trwa. Trener Lichota bardzo niezadowolony, ale co ma zrobić jak bardzo licho to wygląda. A młoda banda Frajtaga robi dalej hałas w lidze. Dodam jeszcze, iż Łukasz wyrasta na czołowego strzelca z 10 metrów, robi to naprawdę dobrze.

GAF Jasna w ryj z akademikami z Gdańska. Kto by na to postawił? Ten milioner. Na dodatek "Karton" w bramce UG pomógł wygrać gliwiczanom pierwszą część gry. Ale druga połowa to obraz nędzy i rozpaczy gospodarzy. Stanęli, a wręcz położyli się na parkiecie. Grający bez swojego kapitana i najlepszego zawodnika Wojtka Pawickiego gdańszczanie nie namyślali się zbyt długo. "Jak dają, to bierzemy" - spakowali trzy punkty w Pendolino i nawrotka nad morze. To zupełnie inny zespół niż na początku rozgrywek, więc uważać na nich. Za tydzień mecz o 666 (słownie sześćset sześćdziesiąt sześć) punktów w akademickich derbach. Będę, tylko nie rzucać jajkami, a piątakami.

Krzyśka nieco uszczelnił katowiczan, ale punktów ze Szczecina nie przywieźli. Pogoń ’04 wygrała 2:1 z AZS UŚ i po słabej pierwszej rundzie zgłasza aspiracje do medalu. Ale gdyby "Słonik" trafił w ostatnich sekundach, to Mirek Grycmacher straciłby ostatnie włosy. Ale nie to było najważniejsze, na wyróżnienie zasługuje zupełnie coś innego - organizacja meczu. To naprawdę olbrzymia praca wykonana przez Krzyśka Bobera, Mirka i pozostałych działaczy klubu. Ponad 2000 widzów na futsalowym meczu na super nowoczesnej hali, konkursy, atrakcje, wodotryski. Świetna robota. Tak trzymać i wzór do naśladowania dla wszystkich. Bardzo dobrze, że mecze Polska - Rosja właśnie tam się odbędą, trzeba będzie się wybrać z wizytacją. Mirek, szykuj czerwony dywan i najdroższą whisky, Król Felietonów nadciąga.

Gatta rozbiła Gwiazdę. 4:0, to i tak niski wynik. Tak samo niski jak żądła gospodarzy, Marciniak i Krawczyk, cytując Igora Sobalczyka. Ta dwójka zrobiła niezłą karuzelę Ślązakom. Mecz bardzo jednostronny, "rajtuzy" w wysokiej formie. Krótka ławka, ale konkretna. Jak ominą kontuzje to będą gonić Wisełkę do końca.

Mecz w Orange to dopiero było widowisko. Była jakaś historyczna bitwa w Bielsku Białej? Nie? To teraz będą mieć co pokazywać w History Channel. No dobra, była bitwa ze Szwedami w 1646 roku na wzgórzu Trzy Lipki, ale ten pojedynek także zasługuje na wyróżnienie. Rekord żegna się z mistrzostwem, a Wisła pruje w kierunku złotego medalu. Można gdybać na różne strony, ale tej kolejności już nie odwrócimy.

Acha, brawo dla Budniaka. Murarz, tynkarz, akrobata? Nie, tu nie było przypadku, tylko czysta klasa Pawła. Do odważnych świat należy, a niekonwencjonalne zagrania, strzały dodają smaczku lidze. Budniak zagrał świetny mecz, tak samo jak Bondar i cała Wisełka. Do 35. minuty gospodarze jeszcze nadążali, ale potem Bartek Nawrat przyspał przy wolnym i krakowianie objęli prowadzenie. To był decydujący moment spotkania, Wisła złapała lejce w ręce i pognała po zwycięstwo.

Na koniec my w Głogowie. Wiadomo, nowy trener, to każdy chciał się pokazać z dobrej strony. Powiem tak, nota za styl to co najmniej 8. Za grę w defensywie to mocna 9, ale za skuteczność to JEDEN. Zagraliśmy naprawdę fajny mecz, ale co z tego? Andrij powiedział, że sytuacji powinno starczyć do wygrania trzech meczów. Tyle razy, co łapałem się za głowę, to tylko mały cygan z zaawansowaną wszawicą może mi dorównać. Ach, jak ja lubię być niepoprawny politycznie w tych dzisiejszych czasach... Jak będę mieć zapis całego spotkania, to pokażę wam Obronę Sezonu Vlada Bondarenko, szkoda że nie ma tego na skrótach. Trudno, gramy dalej.  

A teraz dwa stałe kąciki, najpierw kontrowersje. Znowu popis dali arbitrzy. Nieuznana bramka Adriana Skrzypka (zobacz sytuację) w ostatniej sekundzie pierwszej połowy. Syrenę słychać wyraźnie już po uderzeniu piłki przez Adriana, piłka wpada do siatki i jest gol. Ale nie dla sędziów.

Druga sytuacja, mecz I ligi Unikat Osiek - Unisław Team. Jest remis 4:4, gospodarze mają róg i grają z wycofanym o pełną pulę. Tracą niestety piłkę. Najpierw słychać syrenę, a następnie zawodnik Unisławia uderza na bramkę Unikatu. Sędziowie najpierw (słusznie!!!) nie uznają bramki, jednak po kilku minutach (!!!) gola uznają i kończą spotkanie zwycięstwem gości (zobacz sytuację). To już jest wyższy poziom abstrakcji. Teoretycznie zakończyli już spotkanie i nie mogą zmienić wyniku, ale cóż - tak właśnie zrobili. Długo analizowałem tą sytuację, konsultowałem to także z sędziami. Czasem zapis dźwięku jest nagrywany z opóźnieniem, ale tutaj to nie miało miejsca, sytuacja jest bezdyskusyjna. Szef kolegium sędziów Przemysław Sarosiek ma twardy orzech do zgryzienia, bo obie sytuacje są mocno kontrowersyjne, na dodatek druga wpłynęła na wynik spotkania.

Przeprowadziłem długą rozmowę z jednym z arbitrów z ekstraklasy. Przyznał mi rację w obu przypadkach, ale zwrócił też uwagę iż w ferworze meczu bardzo ciężko jest ocenić, czy uderzenie było przed, czy w trakcie syreny. To dwa sygnały, wzrokowy i dźwiękowy, które należy w ułamku sekundy przeanalizować.

Powiedział też, iż gdyby to zdarzyło się w meczu decydującym o mistrzostwie czy spadku, to najpierw zapoznałby się z zapisem video, choć jest to wbrew obowiązującym przepisom. Ale by podjął właściwą decyzję i spał spokojnie, choć raczej na pewno poniósłby konsekwencje za takie działania.

Dlatego też sędziowie będą prosić o trzeciego sędziego przy parkiecie, który pomoże im w analizie takich zdarzeń. Myślę, iż w meczach o decydującą stawkę powinno się desygnować jednego arbitra więcej, aby zapobiec kontrowersyjnym sytuacjom. Ideał to "goal line technology", ale w futsalu to raczej niemożliwe ze względu na koszty.

Dodam też, iż bardzo istotną sprawą jest zakładanie znaczników, czyli kamizelek przez zawodników rezerwowych. A dlaczego? Bo np. jeśli zawodnik grający w polu podczas przerwy technicznej otrzyma czerwoną kartkę, to drużyna gra w osłabieniu. Sędzia ma obowiązek także zapisać, kto po zakończeniu pierwszej połowy był na parkiecie, bo np. taki piłkarz może w czasie przerwy otrzymać "czerwo" i wówczas zespół rozpoczyna drugą połowę trójką w polu.

Powiem szczerze, że być sędzią to jest bardzo niewdzięczna praca. Jak będziesz gwizdać prawidłowo, to nikt ciebie nie pochwali na konferencji. Bardzo rzadko to się zdarza, ale gdy się pomylisz to każdy trąbi na konfie, że sędzia przegrał im mecz. Szkoda, że zapomina się, iż pięciokrotnie nie trafili do pustej bramki. Błąd sędziego jest elementem gry, tak samo jak pudło zawodnika i trzeba się do tego przyzwyczaić. Ale właściwe przeszkolenie arbitrów powinno zminimalizować margines błędu i do tego powinno się dążyć. Dobrze, że już pozwolono sędziom na prowadzenie meczów na trawie po zakończonym sezonie futsalu. Ponad 4-miesięczna laba nie sprzyjała kondycji, a tak to każdy trochę pobiega po dużym placu i podtrzyma formę fizyczną.

Drugi, nowy kącik to bibliotekarski - tutaj będę polecać/nie polecać książki o tematyce piłkarskiej, bo futsalowych biografii to nie ma zbyt wiele. Ostatnio przeczytałem Janusza Wójcika "Wójt - jazda z frajerami".

Tę pozycję można podsumować jednym zdaniem: "kurwa w żadnej kurwa książce nie było kurwa tyle przekleństw kurwa co w tej kurwa". No i wódka na każdej stronie, od tej w bidonach na meczach po najdroższe butelki na stadionach i hotelach. Można poczytać, bo jest kolorowo napisana, ale to hagiografia najwyższej klasy. "Wójt" oczywiście bez skazy, no i wszędzie ma kontakty oraz plecy - "tu mam ciotkę, tam mam wuja, znajomości mam od chuja".

Gangsterzy, prezydenci, wszyscy go hołubili, a teraz się odwrócili. Świat piłki nożnej z przełomu wieków, z prezesami i działaczami PZPN rodem z PRL w niemodnych garniturach, ale z flaszką wódki w tylnej kieszeni tuż obok grzebienia. Wąsy, rosoły, białe kiełbasy i alkohol lejący się z każdego kąta.

"Kto nie pije, ten nie gra, gaz robi gaz" - takie bon-moty wówczas obowiązywały w każdej piłkarskiej szatni. No i sędziowie, którzy opierdalali mecze za schabowego z kapustą. Dobrze, że te czasy już minęły. Jak ktoś ma sentymenty, to można przeczytać, jak ktoś się brzydzi, to na kilometr z daleka.

A na koniec dwa linki video, najpierw kolejny świetny materiał promo KS Constract Lubawa, oraz najlepsza indywidualna akcja z 2014 roku. Gdyby ktoś się pytał, to właśnie jest mój styl gry. W kiwaka i heja do przodu ;)

Fajnie się czytało? No wiadomix!!! Zarzeczny mój idol, ja jego wierny naśladowca. To za tydzień się widzimy, bye :)


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Subskrybuj to źródło RSS