Z notatnika dziejopisa

Pięknie wyglądała tyska hala podczas finałów Młodzieżowych Mistrzostw Polski U-20. Po raz kolejny napiszę, że futsalowa nawierzchnia zamontowana na imprezę dodaje zdecydowanej jakości. Nie tylko w oglądzie, ale i we wrażeniach grających. Dziękuję panu Morkisowi, organizatorowi mistrzostw, za urzeczywistnienie marzeń zawodników z ekip finalistów. Zapewne każdy z nich chciał zagrać na takiej nawierzchni. I zagrali. Dziwnym jest jednak, że na MMP można rywalizować na takiej układanej nawierzchni, a nie doświadczyli tego choćby uczestnicy eliminacji Mistrzostw Świata w futsalu. Nie doświadczyli uczestnicy wielu meczów międzypaństwowych, rozgrywanych w naszym kraju, organizowanych przez PZPN.

Granie na okazjonalnych parkietach można porównać w większości przypadków z jakością trawy podczas niedawnego meczu reprezentacji pana Brzęczka na warszawskim Narodowym. Nie sądzę, aby wynajmowanie owej maty futsalowej na mecze kadry przekraczało możliwości zawiązku. Jak jest naprawdę - nie wiem. Może brakuje tylko dobrej woli. Szkoda też, że FE meczów telewizyjnych nie rozgrywa na futsalowej, kładzionej nawierzchni. W każdym razie jeszcze raz w imieniu swoim oraz uczestników tyskiego czempionatu dziękuję panu Grzegorzowi.

Chciałbym, aby Czytelnicy zapoznając  się z treścią powyższego akapitu pomyśleli, jak niewiele trzeba, by się nam częściej udawało. W tym przypadku chodzi tylko o najzwyklejszą matę i nieco grosza z przepastnej kasy związkowej. Niejednokrotnie futsal terenowy uświadamiał odpowiadającym za niego, że pomysły nie dlatego są dobre, bo coś reformują, lecz dlatego, że zmiany uzdrawiają. Najzwyczajniej należy mocno uwierzyć, że myślenie pozytywne, skupienie się na szukaniu rozwiązań, nie zaś na przesadnych analizach, pozwoli lepiej opanować czekające nas futsalowe wyzwania.

Polskie Święta Bożego Narodzenia to spotkania rodzinne, kolędy, życzenia. Ale też są czasem, podczas którego jakoś tak najzwyczajniej wierzymy, iż coś zmieni się. Są czasem przemian. Są też czasem przeprowadzenia rocznego bilansu, a dla polskiego futsalu nie był to rok udany. Ale o tym przyjdzie czas pisać po Nowym Roku. Teraz nie psujmy sobie świątecznego stołu. Nawet w takim okresie nie wypada. Niech więc spokojnie świętują – i ci,mktórzy uważają, iż to nie oni sprawili, że coś w polskim futsalu nie udało się, jak i ci, którzy rzeczywiście zawiedli.

Swoje felietonowe życzenia kieruję w tym roku wyjątkowo w stronę futsalowych szkoleniowców. Życzę wam, panowie, żeby przynajmniej jeden z Was wyjechał do pracy w solidnym klubie futsalowym poza Polską. Niech zostanie przetarty szlak, bo w przeciwnym razie nadal będziemy uznawać jedyne nieomylne krajowe wyrocznie szkoleniowe. A kiszenie się we własnym sosie nie jest ani zdrowe, ani smaczne. Życząc wiele oraz niewiele innym, nie mogę zapomnieć o sobie. Sobie i wszystkim kibicom życzę więc, abyśmy mieli wiele pozytywnych emocji z oglądania z futsalowych meczów każdego szczebla. I jak najmniej powodów do niezadowolenia.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Futsalowa II liga mazowiecka ma w swoim składzie jeden zespół, którego zawodnicy preferują grę piłką... na stołach. I wcale nie jest to ping-pong. Dyscyplina owa nazywa się teqball. Po raz pierwszy zmierzyłem się z nią, gdy udałem się do podwarszawskiej Podkowy Leśnej, by omówić z tamtejszym klubem ich start w futsalowej lidze na Mazowszu. Przy okazji zapoznałem z grubsza techniki teqballu, a nawet miałem możliwość praktycznego zaobcowania z dyscypliną.

Dla mnie – byłego zawodnika ligi centralnej tenisa stołowego – każda dyscyplina powiązana ze stołem i odbijającą się na nim piłką (niezależnie od wielkości) jest intrygująca. Dlatego z olbrzymim zainteresowaniem wysłuchałem prelekcji o przydatności teqballu do doskonalenia techniki piłkarskiej, nie wyłączając futsalowej. Dowiedziałem się, że kluby angielskiej Premiership mają – jak zrozumiałem - obowiązek posiadania stołu z powyginanymi rogami. A od lepszych piłkarsko zawsze warto brać przykłady.

Polski teqball jest mniej znany i popularny niż piłka sześcioosobowa, czy futsal, ale już zaliczył pierwszy, wielki międzynarodowy sukces. Polak został wicemistrzem świata podczas rozgrywanego w Budapeszcie czempionatu globu. Czempionatu, gdzie na starcie stanęli przedstawiciele 58 państw świata. Wywalczył teqball sukces, który ma już zaliczony dwukrotnie „sześcioosobówka”, a o który futsal dobija się bez skutku od lat. I nikt mi nie powie, że nie będzie mu teraz łatwiej w mediach. Tym bardziej, że dyscyplina ma ambasadorów w osobach panów Figo, Piresa czy Ronaldinho – znakomitych niegdyś piłkarzy.

I to jest – moim zdaniem – kierunek marketingowo-promocyjny na obecnym etapie dla polskiego futsalu. Ambasadorowie z najwyższej krajowej piłkarskiej, trawiastej półki. Tylko tacy mogą zainteresować dyscypliną telewizję. I jeszcze jedno. Z tego co wiem futsal szuka pieniędzy. Ciągle szuka. Tymczasem raczkujący teqball potrafił już na początku swojej „kariery” zorganizować w stolicy turniej, podczas którego było do zgarnięcia kilka tysięcy w walucie dolarowej nagród.

Spotkałem się wielokrotnie z tezą, że dla futsalu nie jest potrzebna telewizja. Wystarczy internet. Z całym szacunkiem dla postępującego rozwoju sieci, to jednak nadal każdy sport walczy w pierwszej kolejności o prawa telewizyjne. Na chwilę obecną żadna relacja na kanale Łączy nas Piłka nie zastąpi transmisji w Polsacie czy TVP. Tak jest i przez najbliższe lata będzie. Z priorytetami przekazu wizualnego jest tak jak z gazetami. Rzekomo miały upaść, bo elektroniczne media je „zjedzą” niemal na śniadanie. Tymczasem znane tytuły mają się dobrze i ludzie je kupują.

Dlatego niezmiernie boleję, że w papierowych wydaniach nie ma prawie nic o futsalu. Za czasów przewodzenia futsalowej komisji mieliśmy stałą pozycję we wtorkowym „Przeglądzie Sportowym”. Nie stroniła od futsalu też „Piłka Nożna”. Piszę tylko o centralnych wydawnictwach, gdyż wiem, że w regionach kluby futsalowe mają swoje sposoby na zagospodarowanie mediów. I chwała im za to. A jak już jestem przy mediach, to wspomnę tak mimochodem, że marzy mi się, aby były one obiektywne w wyrazie dla futsalu, a nie kierowały się (i te elektroniczne, i te papierowe) jakąś jedyną słuszna opcją. Przy takim bowiem założeniu czynią więcej szkody niż pożytku.

Po poprzednim felietonie wywiązała się dyskusja na temat zasadności powoływania makroregionalnych II lig futsalu. Poniekąd zgadzam się z tezą, że doły polskiego futsalu są słabe organizacyjnie i finansowo. Mogą kosztowo nie wytrzymać zmian. Mogą powstać kolejne regionalne „białe plamy”. Niemniej z drugiej strony, nigdy dla futsalu nie będzie dobrego czasu na reorganizację. Nie będzie, gdyż kierujący nim, w szerokim tego kierowania rozumieniu, boją się narzucać coś słusznego, w obawie przed pogorszeniem stanu posiadania w tak zwanym terenie albo wywołania niezadowolenia w klubach. Obawiają się przez to utraty poparcia. I tworzy się przysłowiowa kwadratura koła. A szanse na umocnienie futsalu w tak zwanym terenie wcale co rok nie są lepsze, bowiem wojewódzkie ZPN w większości spychają futsal na szary koniec swoich priorytetów, z czym działacze futsalowi nie zawsze sobie radzą.

Szkoda, że mój następca, pan Kazimierz Greń, kilka lat temu całkowicie wywrócił przygotowaną przeze mnie oraz pana Szymona Czeczkę profesjonalizację rozgrywek futsalu w Polsce. Teraz to odbija się czkawką, gdyż po sześciu latach jesteśmy w miejscu tamtego startu i ponownie nawołuje się o kolejne lata reformowego vacatio legis. Tymczasem normalna struktura polskiego futsalu, ta piramida rozgrywkowa, powinna już obecnie wyglądać 16 (III ligi) - 4 (II ligi) - 2 (I ligi) - 1 (ekstraklasa). A tak ciągle mamy tylko amatorską dyscyplinę z okazjonalnymi przebłyskami profesjonalizmu.

Z zainteresowaniem przeczytałem w futsal-polska rozmowę z Marcinem Mikołajewiczem. Cieszy mnie, że wraca do zdrowia i pomaga klubowi w walce o punkty. Prawdę mówiąc, myślałem, że po kontuzji nie wróci już na ligowe parkiety i zajmie się pracą szkoleniową. Odkąd pamiętam Marcin zawsze posiadał chart ducha. Pokazywał, że praca nad sobą może wynieść na sportowe wyżyny. Czasami przypominają mi się w jego aspekcie oceny kierowane do Grzegorza Lato z początków kariery, gdy też nie wróżono przyszłemu królowi finałów mistrzostw świata piłkarskiej kariery. Ciekawy jestem jak dzisiaj mają się ci szkoleniowcy, którzy nie widzieli w Marcinie reprezentacyjnego futsalisty.

Ważne jest bowiem, by znać swoje możliwości i znaleźć miejsce w sporcie, w którym można spełniać się. A sądzę, że Marcin właściwie postawił w pewnym okresie na futsal, który odpłacił mu się wieloma cudownymi przeżyciami. Warto, aby młodzi adepci futsalu też jak najszybciej dokonywali wyboru, gdyż nie każdy musi być Lewandowskim na trawie, a futsal również pozwala na wspaniałą życiową przygodę.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niejednokrotnie zastanawiałem się z kim kojarzy się najbardziej polski futsal. Jaka osoba jest w stanie najbardziej go promować, czy też najzwyczajniej zwrócić na niego tylko uwagę w gronie ludzi nie mających ze sportem zbyt wiele wspólnego. I nie wymyśliłem nikogo. Ba, nie pomogli mi w takim myśleniu nawet znajomi na co dzień prazujący przy futsalu. I ci z kraju, i ci z zagranicy. Dlaczego nie mamy takiego choćby niewielkiego futsalowego Lewandowskiego.

Kto, czy co nie pozwala wyrosnąć w Polsce znakomitemu futsaliście? Myślę, że warto, aby nad takim pytaniem pochylili się ci wszyscy znawcy polskiego futsalu, którzy tak gremialnie na różnych facebookach, czy twiterach przedstawiają swoje racje. Nieraz nawet aroganckie; jawią się jako studnie – niemal bez dna - niezwykle czystej krystalicznej futsalowej wiedzy. Proszę o pilną receptę – jak z polskiego futsalisty zrobić halowego Lewandowskiego.

Chciałbym, aby pod koniec drugiej dekady XXI stulecia znalazł się w kraju nad Bugiem, Wisłą oraz Odrą ktoś, kto potrafi odmienić postrzeganie polskiego futsalu jako dyscypliny niszowej. Nie przeczę - marzy mi się taki halowy Robert Lewandowski. Ale nie pogardzę i nieco mniejszą osobowością.  Chciałbym, aby była to osoba propagująca futsal, samodoskonalenie, szeroko rozumiany ruch fizyczny, zdolność budowania pewności siebie. Osoba, która przekona, iż nie ma drogi na skróty do sukcesów i pieniędzy, a otrzymuje się je poprzez ciężką pracę. I, co najważniejsze, aby interlokutorzy, słuchacze, wierzyli w to co, taka osoba przekazuje.

Marzenia bowiem są osiągalne i można a nawet należy je wygrywać, o nich śnić oraz realizować. Ale do tego potrzeba symbiozy środowiska. Potrzeba myślenia, że dla osiągnięcia sukcesu wszyscy zajmujący się futsalem musimy stawać się najzwyczajniej lepsi. I lepsi – bez urazy – wspólnie z naszym przeciwnikiem. I przekonywać się nie w internecie, nierzadko ordynarnym hejtem, nietolerancją, lecz w rozmowie patrząc sobie w oczy i nie wstydząc się własnego nazwiska.

Szkoda – pomyślałem sobie oglądając wygrany mecz z Serbią w Lubinie, że takich wyników nie zafundował sobie polski futsal miesiąc wcześniej w Zielonej Górze. Szkoda – pomyślałem po raz drugi siedząc przed ekranem komputera, że po raz kolejny PZPN nie decyduje się na pokazanie futsalowego pojedynku - było nie było narodowej reprezentacji - w telewizji. Powoli zresztą staje się to normą, chociaż zaprosiłbym pewnie panów Bednarka, czy Basałaja na próbkę napoju spod znaku „Ducha Sanu”, gdyby w przewidywalnym czasie nastąpiła zmiana. A tak, póki co, poraczę się sam.

Szkoda – pomyślałem po raz trzeci, że ciągle trzeba jechać na mecze reprezentacji ku zachodnim kresom naszej Polski. Najpierw etatowo niemal to był Koszalin, a teraz Zielona Góra i Dolny Śląsk. Oczywiście nie wierzę złym słowom, które wmawiają, iż tak jest w ramach przedbiegów przyszłej związkowej kampanii wyborczej. Dolny Śląsk w tej konstelacji spokojnie broni się futsalem, w miarę solidnym w ekstraklasowym Jelczu-Laskowicach. Pozostałe dwa miejsca pozostawię bez własnego zdania.

Dla równowagi obok słowa „szkoda” umieszczę w felietonie też słowo „pochwała”. Pochwalam – za dobrą organizację, i PZPN, i dolnośląski, czy wcześniej lubuski związek piłkarski. Pochwalam – szczególnie za fachowe oceny Piotra Szymurę – eksperta podczas transmisji live meczów z Serbią oraz w eliminacyjnym turnieju w Zielonej Górze. Chciałbym – napiszę przy okazji – by tego rodzaju fachowiec towarzyszył relacjonującemu mecze ekstraklasy futsalu w Sportklubie. Pochwalam – kibiców z Zielonej Góry, Lubina, Jelcza-Laskowic za stworzenie niezwykle przyjaznej atmosfery naszej reprezentacji. Pochwalam wreszcie – zawodników za to, że ze wszech miar starali się w dwumeczu z Serbią zmyć plamę, jaką dali w Zielonej Górze. I co im się po części udało.

Kiedy już tak rozpędziłem się w pochwałach – co w felietonach zdarza mi się rzadziej niż ganienie - pozwolę sobie napisać kilka słów o dziale młodzieżowym futsalowej, związkowej komisji. Grzegorz Morkis jest na co dzień utożsamiany przez futsalową młodzieżową Polskę z szeregiem imprez, jakie są organizowane w ramach rokrocznego cyklu Młodzieżowych Mistrzostw Polski chłopców oraz dziewcząt. Nie trzeba było zjeść przysłowiowej beczki soli, by zrozumieć różnorodność działań w tym zakresie i potrzebę znalezienia człowieka ogarniającego tę materię. Być może nie ukształtowaną jeszcze ostatecznie, ale zmierzające we właściwym kierunku, czego dowodem tegoroczne sukcesy dziewiętnastolatków na europejskiej arenie, czy kolejne zapisy licencyjne, promujące zaplecze młodzieżowe dla klubów ligowych.

Niejednokrotnie – obserwując pana Grzegorza zastanawiałem się, czy tak powinna wyglądać droga do stanowisk w Komisji Futsalu i Piłki Plażowej PZPN. I mogę stwierdzić, iż jest to odpowiedni model. Jest to droga do powielania przy kolejnych nominacjach. Patrząc na pana Grzegorza nie można zarzucić, iż do komisji dostał się z tak zwanego układu. Nie za zasługi tylko – jak to dzisiaj ładnie określa się w polityce – z partyjnej nominacji. Nie ten adres. Tutaj zadziałało merytoryczne przygotowanie. I myślę, iż każdy działacz futsalowy (klubowy, czy z spółki FE też) powinien pojąć, że aby sensownie wyrażać się i działać, winien posiadać za sobą futsalową historię i nie być człowiekiem znikąd. A przy okazji przeczytać ponownie dwa początkowe akapity niniejszego felietonu. 

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Niedawno z usta prominentnego działacza klubowego usłyszałem słowa, iż powołanie spółki Futsal Ekstraklasa miało być panaceum na mało atrakcyjne działania PZPN wobec polskiego futsalu klubowego przed laty. A nawet pewną nieudolność. Ocena po latach zapewne już przemyślana i nie emocjonalna. Ale – uważam – niebyt celna. Otóż związek nie miałby najmniejszych problemów z obraniem właściwych kierunków dla ekstraklasy polskiego futsalu. Niemniej, po analizie stwierdzono, iż nie ma potrzeby tracić energii na rozliczne przepychanki z niezadowolonym środowiskiem klubów ekstraklasowych i postanowiono, całkiem racjonalnie, oddać prowadzenie rozgrywek w tak zwany pacht spółce zewnętrznej.

O tym, że była to rozsądna decyzja może świadczyć przegląd dziejów rozgrywek ekstraklasy pod auspicjami SFE. Ciągle poszukują one stabilności. Nie tylko personalno-biznesowej, ale i systemowej. Gdy w minionym dziesięcioleciu, jak i teraz, wydawało się, że coś będzie trwałe, następowały tektoniczne ruchy wewnętrzne, weryfikujące działania kolejnych jej władz.

O tym, że odnajdują się w ekstraklasie futsalu kluby, którym nie przelewa się pod względem finansowym, chyba nie trzeba w środowisku nikogo przekonywać. Dlatego jak gorący kartofel ciągle jest podrzucana myśl z grona akcjonariuszy o potrzebnie znalezienia sponsora strategicznego dla rozgrywek. W rozumieniu wspólników ma on zapewnić bezpieczne funkcjonowanie i spowodować, iż spłynie na nich deszcz reklamodawców, a stacje telewizyjne będą dniem oraz nocą pukać do prezesowskich drzwi.

Myśl cenna. Sam chciałbym być beneficjentem takich darmowych honorariów. Celowo piszę darmowych, gdyż w moim mniemaniu, by kasować pieniążki należy mieć produkt wysokiej marki i na dodatek pięknie opakowany. A z całym szacunkiem do panów prezesów klubowych, mimo dziesięciu lat istnienia SFE, produkty klubowe nadal są we wstępnej fazie opakowywania. Natomiast patrząc na całość, należy przynajmniej cieszyć się, że Spółka zarabia.

Czasami może wydawać się, że działaczom klubów brakuje trzeźwego spojrzenia na siebie. Jakby owe wołanie o sponsora było li tylko zawoalowaną próbą maskowania w stylu - nowy lakier zrekompensuje samochodowi brak koni mechanicznych. A tych koni rzeczywiście brakuje. Brakuje widzów w wielu halach. Brakuje w sporej liczbie klubów przyzwoitych hal meczowych. Brakuje pomysłu organizacji meczowej. Brakuje wielu klubom własnego zaplecza młodzieżowego, występującego w regularnych rozgrywkach (nie okresowych grach). Na dodatek całemu polskiemu futsalowi brakuje przewodniego programu szkoleniowego. Brakuje woli związkowej, by system licencyjny co rok nakazywał uzupełnianie kolejnych niedoborów przez kluby. Wreszcie brakuje wyniku sportowego, co nie przekłada się na medialność dyscypliny.

Pod względem siły medialnej i wizualności gry piłka plażowa jako dyscyplina prześcignęła futsal. A mam obawy, że niedługo dokona tego i piłka sześcioosobowa. Dyscyplina niesiona dwukrotnym wicemistrzostwem świata, osiągniętym pod okiem trenera futsalowego, którego nie ma obecnie w polskim futsalu, ale za to pomaga futsalowi słowackiemu (!). I czy jest to normalne?

Według mnie – nie. Tak jak nie jest normalnym fakt zamknięcia się polskiego futsalu w wyizolowanym kręgu osób. I dotyczy to także Spółki, gdzie od lat pewne osoby z ośrodków klubowych nadają ton dyskusjom, jakby tylko one posiadły źródło futsalowej mądrości.

Zapewne kibic futsalu chciałby usystematyzowania przynajmniej na trzy sezony rozgrywek. Nasza ekstraklasa futsalowa należy bowiem do najbardziej niestabilnych pod tym względem w Europie. Kibic nie chciałby ciągłych zmian ilościowych oraz w systemie rozgrywek ekstraklasy. Nie chciałby tego traktować jako odwracania uwagi od sedna sprawy – słabego poziomu piłkarskiego, bo znów dyskutuje się nie o tym, jak gramy, a z kim gramy. I to też jest w gestii oraz odpowiedzialności klubów. Niestety, całość przeprowadzanych zmian wygląda jedynie na sztuczne kreowanie emocji i taką wewnętrzną „zabawę”. Odmianę liftingu. A potrzebna jest stabilizacja. Przynajmniej na dwie kadencje.

Po powyższych wywodach jak bumerang musi powrócić temat pieniędzy. Nie da się bowiem ukryć, iż za jakość występu nie odpowiada przebranie, lecz artysta. A jaki jest artysta, zobaczyliśmy naocznie podczas eliminacyjnego turnieju mistrzostw świata w Zielonej Górze.  

I tak nasz futsal po raz kolejny dochodzi do ściany. Zderza się z problemem o wiele trudniejszym, niż decyzja o tym, jak gramy. Polskiego futsalu nie stać na zainteresowanie dyscypliną w kraju zawodników mogących znacząco wpłynąć na podniesienie poziomu sportowego ligi. Transferowani są w większości piłkarze „wypluci” przez system trawiasty. Zresztą nie obce są takie przypadki też w gronie szkoleniowców, działaczy, sędziów. Pozostaje więc dyscyplina ciągle tylko przedskoczkami w konkursie.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Początkiem grudnia reprezentacja Polski w futsalu zmierzy się na Dolnym Śląsku w dwumeczu z zawsze solidną Serbią. Kiedy przygotowywałem się do pisania felietonu, w gronie powołanych figurował jeszcze Paweł Budniak. Gdy zasiadłem do komputera już Pawła nie było, gdyż zrezygnował z udziału w zgrupowaniu i gry w dwumeczu. Jak wyczytałem na futsal-polska.pl „podtrzymał decyzję o rezygnacji z występów w kadrze prowadzonej przez sztab szkoleniowy w aktualnym kształcie”. Akurat decyzja Budniaka nie zdziwiła mnie. Bardziej nieprzekonująco brzmiało dla mnie powoływanie go teraz. Powoływanie po nieudanym całkowicie sportowo występie w zielonogórskich eliminacjach Mistrzostw Świata.

Dla mnie Paweł był potrzebny na tym turnieju. Zresztą niejednokrotnie apelowałem w felietonach do selekcjonera o nie zamykanie się w kręgu pewnych nazwisk i danie szansy ponownego sprawdzenia się innym z tak zwanej „starej futsalowej gwardii”. Nie napiszę, że wynik byłby inny, ale nie byłoby przynajmniej żadnych personalnych niedomówień.

Paweł Budniak - i zresztą nie tylko on - jest zbyt dobrym zawodnikiem, by polski futsal pozwalał sobie na stratę takiego/-ch zawodnika/ów. Futsalistów w kwiecie reprezentacyjnego wieku. I stąd teraz ów problem. Owo pytanie. Czy jest pewność, że każdy z powoływanych polskich futsalistów stawi się na zawołanie selekcjonera zawsze do dyspozycji kadry? Nie chciałbym bowiem, aby zdarzało się tak, jak w pieśni Jacka Kaczmarskiego, który śpiewał: „a mury rosły, rosły, rosły, łańcuch kołysał się u nóg”. 

Zapewne Orlando Duarte rozpatrując swój wyjazd do Polski, do Piasta Gliwice, nie spodziewał się, że gdzieś tam poza pierwszymi stronami zacznie przewijać się jego nazwisko jako przyszłego selekcjonera polskiej reprezentacji. Kogoś takiego na wzór prowadzącego fiński team futsalowy Mico Marticia. Osobiście traktuję takie poszeptywanki jako czynienie tak zwanej niedźwiedziej przysługi portugalskiemu fachowcowi od futsalu. Spokojnie panowie – dajcie mu popracować w Gliwicach. Posłuchajcie jego mądrości, tak jak przed laty słuchaliście z otwartymi ustami jego szkoleń dla polskich trenerów futsalowych. A czas pokaże, co będzie dalej. Póki co trener Korczyński ma pewną posadę i niech wykazuje, że zielonogórski blamaż był tylko jednorazową wpadką przy pracy.

Zresztą znając Błażeja od lat i będąc z nim niejednokrotnie w sytuacjach pro oraz anty wiem, że ambicja jego została mocno naruszona i ze wszelkich sił będzie starał się wykazać, iż jego projekt przy ewentualnych poprawkach ma rację bytu w reprezentacyjnym futsalu. Tym bardziej, że chciałby się jako czwarty wpisać do panteonu polskich selekcjonerów futsalu (po Góralu, Sowińskim, Biandze) jako ten, który wprowadził Polskę do finałów światowych, czy europejskich imprez futsalowych. A pana Duarte, czy innego z nazwiska futsalowego fachowca, zawsze warto mieć w tak zwanej rezerwie. Na podorędziu.

Futsalowa ekstraklasa w dobrym tempie po przerwie na reprezentację nadrabia zaległości. Sportklub serwuje nam ciekawe mecze, a pojedynek beniaminków z Leszna oraz Lubawy należał do gatunku tych z najwyższego lotu. W futsalowej Polsce pojawiły się głosy, iż Rekord jest pod tak zwaną formą. Nie jestem aż takim fachowcem od szkolenia, by się  w tej materii wypowiadać, niemniej napiszę, że nie wydaje mi się to prawdą, patrząc na miejsce bielszczan w tabeli – pierwsze. Jeżeli bowiem Rekordziści są pod formą, to pozostałe drużyny winny być bez formy. A tak nie jest. I dlatego radzę unikać takich jednoznacznych określeń.

Po powiększeniu do 14 zespołów nic nie jest takie, przynajmniej na razie, jak w poprzednich sezonach. Beniaminkowie, przynajmniej dwaj, mieszają ile wlezie na parkietach. Katowice odnajdują się w górnej połówce tabeli jak rzadko kiedy w poprzednich sezonach. Uznane firmy z Pniew oraz Gliwic nie mogą jakoś odnaleźć się od startu. A nawet posiadanie na ławce trenerskiej selekcjonera reprezentacji nie daje gwarancji dobrego wyniku w lidze GSF Gliwice. I oby taka rywalizacja trwała tylko na parkietach hal, bo coś mi się widzi jednak, że nie ma spokoju w prezesowskich gabinetach. A najgorsze jest zawsze, kiedy działacze klubowi chcą swoimi działaniami przykryć sportowe widoki. A polski futsal jest jeszcze zbyt kruchą materią, by szarpać nim, jak „postawem płótna”. Jak pisał w Trylogii Sienkiewicz. Na szczęście nie o futsalu. 

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS