Z notatnika dziejopisa

Franciszek Bacon, angielski mąż stanu, twierdził, że jedyną znajomością przyczyn jest prawdziwa wiedza. Od zielonogórskiej wpadki naszej futsalowej reprezentacji minęły już dwa tygodnie. Być może jest to zbyt krótki czas, aby oczekiwać oficjalnego wytłumaczenia ze strony sztabu reprezentacyjnego albo ludzi odpowiedzialnych za kadrę. Jednak takie wytłumaczenie, a raczej analiza, powinna ujrzeć światło dzienne. I związek jest to winien środowisku futsalowemu w Polsce. Gdyby tak marny wynik osiągnęła reprezentacja trawiasta, już dawno zostałaby „zagryziona” przez media. Tymczasem w futsalu może wiele „rozejść się po kościach”. I to jest właśnie ta różnica. Zasadnicza różnica w postrzeganiu między piłką trawiastą a futsalem.

W tej pierwszej naród kontroluje niemal wszystko, w tym drugim jedynie kilku(nastu lub dziesięciu) zapaleńców potrafi drążyć temat. A tak zwana Polska nawet nie wie, iż jakieś tam mundialowe eliminacje w Zielonej Górze odbyły się. I nie widzę możliwości zmiany opcji takiego spojrzenia nawet przez najbardziej sensowne zmiany, realizowane w aspekcie organizacyjnym przez Komisję, względnie Spółkę. A trochę tych pozytywów jest. 

Polskiemu futsalowi brakuje osobowości, która mogłaby stać się niewymazywalną jego twarzą. Co prawda cały piłkarski związek posiada taką twarz w osobie prezesa Bońka, lecz jakoś nie mogę jej przypisać także futsalowi. Może dlatego, że prezes Zbigniew rzadko, a nawet bardzo rzadko, zabiera o nim głos. A szkoda. Panie prezesie, może dałby pan nieco swojej aureoli polskiemu futsalowi? Na pewno wspomnienie o nim publiczne – nawet nie musi być pozytywne – kilka razy w roku zwróciłoby nań uwagę szerszej opinii. Kierownicze zadania wobec związkowego futsalu realizuje wiceprezes Bednarek, ale - z całym szacunkiem - to nie tej rangi osobistość, a nawet osobowość co pan prezes Boniek. Może gdyby to był piłkarz Bednarek z trawy, reprezentacyjny obrońca, to i futsal prędzej przebiłby się na ogólnopolskie łamy medialne. Twarz, znana twarz dla polskiego futsalu, jest pilnie potrzebna. Łaknie futsal  rozpoznawalności jak przysłowiowa kania dżdżu.

Jeżeli już jestem przy futsalowych twarzach, to obowiązkiem felietonisty jest wspomnieć o wspaniałym ruchu, jakiego dokonał futsalowy Piast Gliwice. Zatrudniając na trenera Portugalczyka Orlando Duarte pokazał Europie oraz światu, że polski futsal jednak istnieje. Ten znakomity szkoleniowiec, ikona międzynarodowego futsalu, jest w tej chwili najlepszym ambasadorem naszej „małej piłki” poza granicami Polski. Szkoda tylko, że to obcokrajowiec musi świadczyć, iż warto w nasz futsal inwestować.

Chociaż widzę jeszcze jednego ambasadora, na razie przyszłościowego. Może nie tak znanego, jak Orlando, ale występującego w niezwykle prestiżowej hiszpańskiej lidze. Michał Kałuża, bo o nim myślę, młody człowiek, ma szansę zostać kiedyś naszym eksportowym zawodnikiem. Po Zielonej Górze nie odważę się bowiem wymienić innych. Ani zawodników, ani szkoleniowców.

Nie wiem, czy zamysłem władz Piasta było celowe ściągniecie pana Duarte na mecz z lokalnym rywalem GSF. Jeśli tak, to trafili w przysłowiowa dziesiątkę. Nie dość, że wygrali mecz, to jeszcze z kwitkiem odprawili aktualnego selekcjonera reprezentacji Polski – na co dzień trenera ich rywala. Myśląc skrótowo - upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu. A felietoniście umożliwili zacytowanie niezwykle trafnego powiedzenia Orlando w jednym z wywiadów, które brzmi – „Jeżeli chcemy nadal uczyć innych, musimy edukować również i siebie. Niestety, jest wiele osób, które wiedzą wszystko od dnia narodzin”

Święte słowa, panie trenerze. Jest w Polsce kilku szkoleniowców oraz działaczy, którym wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy i nikt nie wie lepiej wszystkiego o futsalu od nich. Finalizując akapit z panem Duarte napiszę – nie twierdzę, że jest w stanie dokonać rewolucji futsalowej w Polsce na wzór fińskiej reprezentacji, lecz warto przyjrzeć się jego pracy. Czy mu się uda - nie wiem. Ale jak mu się uda, to skorzysta też na tym polski futsal.

Leo Beenhakker miał takie dyżurne powiedzenie: „Piłkarz jest trudny w prowadzeniu. Gdy jest na dole, ciężko go podnieść, gdy odleci, ciężko się sprowadza na ziemię”. Wielokrotnie działając w czasach, gdy prowadził reprezentację Polski, w Komisji Mediów PZPN słyszałem te słowa. Mam nadzieję, że po Zielonej Górze, kiedy to mieliśmy w rękach wszelkie „argumenty”, gdy zamiast być – oprócz meczu z Hiszpanią – zespołem dominującym na parkiecie, prowadzącym grę, trzymającym w ręku atuty, staliśmy się nagle z myśliwego ofiarą, szybko odnajdziemy reprezentacyjną pozycję w Europie. Zresztą trafiamy w preeliminacjach ME na słabych przeciwników i nie wyobrażam sobie na przełomie stycznia i lutego innego miejsca na Malcie niż pierwsze. W innym przypadku dymisje powinny być nieuchronne.

Ale Malta to tylko powrót na obowiązkowe dla naszego futsalu pozycje. Żaden sukces. I dlatego tak oczekuję na analizę po Zielonej Górze.

W przeddzień narodowego święta, 10 listopada, swój pierwszy mecz pod nową nazwą oraz nowymi barwami rozegrała w mazowieckiej II lidze futsalu drużyna warszawskiej Legii. Mecz zakończony zwycięstwem. Do wygranej poprowadził Legię jako kapitan znany z reprezentacji oraz ekstraklasowych parkietów Mariusz Milewski. Jak przystało na kapitana, to on strzelił pierwszego gola w  lidze dla legionistów. I niech jemu oraz kolegom darzy się jak najlepiej.

To, że Legia – największy oraz najbogatszy klub piłkarski w Polsce - zainteresowała się futsalem, może tylko dopomóc dyscyplinie. Pierwszy mecz, pełna hala – jak rzadko w ekstraklasie, doping – wcale nie gorszy niż w przodujących pod tym względem Pniewach czy Laskowicach, i wcale dobry poziom sportowy, pozwalają mniemać, że Mazowsze, będące dotąd niewykorzystanym polem dla dyscypliny, znajdzie swoje miejsce na futsalowej mapie Polski.

Powoli materializuje się wizja założona przez tutejszych działaczy związkowych (w tym i moja) kilka lat temu. Niewątpliwie legijny futsal ma być kołem napędowym, ale nie należy zapominać, iż dowodzony przez trenera Karczyńskiego AZS UW Wilanów lideruje w jednej z grup I ligi, a trzy zespoły kobiece walczą o prymat w ekstralidze futsalowej. Może i kiedyś po futsalowy mistrzowski skalp sięgnie warszawski team.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Pisanie felietonu po tak nieudanym turnieju, jaki stał się udziałem naszej reprezentacji futsalowej w Zielonej Górze, jest kłopotliwe. Niemal zawsze każdy posiada oraz wyraża swoje opinie i ad hoc znajdzie się grono ludzi, i to niemałe, które dane opinie zakwestionuje albo wyśmieje. Przy okazji nawet obrażając się. A o to w polskim futsalu szczególnie łatwo. Nie ma bowiem w nim omylnych, tylko same chodzące prawdy, czy racje. Napiszesz dobrze - będą się do ciebie z daleka uśmiechać. Napiszesz źle - wyzwą cię od najgorszych. Cóż taki los dziennikarzy, felietonistów. Idzie się przyzwyczaić. Ale po Zielonej Górze nikt nie powinien udawać, że było dobrze. Kolejne etapy eliminacji do litewskich finałów mistrzostw świata 2020 przeszły nam koło nosa. I to w nieciekawym stylu. 

Niemoc i niespełniające się na parkiecie koncepcje. Aż dziwne, że dotknęło to nawet kilku, sprawdzonych wcześniej, wiodących naszych futsalistów. Szkoda mi było, iż stało się tak w przecudnej hali w Zielonej Górze. Stało się przy sporej widowni emocjonalnie podchodzącej do gry oraz wyniku reprezentacji.

Celowo używam słowa "kilku" w odniesieniu do reprezentantów, gdyż nie biorę pod uwagę wielu z tej pozostałej części, będącej li tylko tak zwanymi w felietonowym slangu „powołaniowymi sztukami”. Dostać przysłowiowe lanie zawsze można. Ale i to można osiągać w jakimś stylu. Tymczasem na dziewięć straconych goli siedem tracimy po stałych fragmentach gry. To już nie jest kuriozum lecz żenada. I odważę się napisać – z tych, których widzieliśmy na parkiecie jako całość, nie mógł selekcjoner zbudować mocnego teamu. Ale to już nie jest problemem felietonisty.

Niemniej wolno mi wyrazić swoje zdanie i poteoretyzować. Otóż ścieżką prowadzącą do sukcesu w moim mniemaniu nie jest zamykanie się w określonym kręgu graczy. Drogą do jakości ma być silna konkurencja o miejsce. Chodzi o to, by rywalizacja była realna, żeby odbywała się naprawdę, a nie tylko w teoretycznie, jedynie w deklaracjach. I nie należy z góry zakładać, że ktoś mi nie pasuje do składu. Nawet przy określonych koncepcjach powinny być próby. Niech ci "najedzeni", pewni, czy ulubieńcy też poczują, iż ich pozycje mogą być zagrożone. A już najgorsza może być w tej kadrowej układance okoliczność, kiedy otrzymuje się miejsce nieco na kredyt. Z tak zwanego przyzwyczajenia.

W poprzednim felietonie apelowałem do reprezentacji – nie musicie być zwycięzcami, bądźcie jedynie wygranymi. Niestety, nie dostosowali się do moich słów. Ale mam satysfakcję, że przynajmniej moje intencje właściwie odczytali niedoceniani wcześniej Finowie. Finowie – żadni futsalowi wirtuozi. Ich futsal, jak wszystko na północy, jest prosty, solidny, charakterny. Oni nie mają, tak jak my, potężnie rozbudowanych rozgrywek. U nich nie ma kilku ośrodków decydenckich odnośnie reprezentacji. Nie ma obrażania się, kunktatorstwa. Jest porządek i całość oparta na zasadzie – wódz oraz wojownicy. Z tym, że wódz posiada charyzmę, wiedzę, autorytet europejski, jest kontaktowy oraz koncyliacyjny. Podejrzewam, że niektóre z tych cech są obce naszemu wodzowi. I w tym właśnie widzę zasadniczą różnicę. Ale są to rzeczy do naprawienia nawet bez gruntownych zmian w personaliach. Tylko trzeba chcieć.

Jakoś tak dziwnie obdarzyłem się wiedzą – nie wiem czy prawdziwą – że futsalowa komisja ma nieduży wpływ na nasze reprezentacje. Coś mi się wydaje, iż związkowe działy reprezentacji przejęły nad nią nieodwołalnie pieczę. A głównym nadzorcą stał się tym samym wiceprezes Bednarek. Jeżeli się mylę, proszę o sprostowanie. Niemniej zaapeluję do prezesa Jana – więcej nadzoru oraz kontroli. W razie czego dopytać fachowców z grona futsalu. Są różni – i związkowi, i niezależni. A warto to zrobić, ponieważ kolejnego takiego reprezentacyjnego wstydu może polski futsal nie przetrzymać.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie każdy z zasady może być zwycięzca, ale wygranym już tak. Tak sobie pomyślałem tuż po finałowym meczu mistrzostw świata szóstek piłkarskich. Na pięknej wyspie Krecie Polacy przegrali z Rosją i podobnie jak rok temu wracają do ojczyzny jako wicemistrzowie globu. Dla mnie drugi raz z rzędu są wygranymi. Gratuluję trenerowi Klaudiuszowi Hirschowi, jego zawodnikom, a szczególnie tym, którzy na co dzień parają się futsalem w różnych zespołach oraz ligach. Droga „szóstkowa” reprezentacjo, utrzymać pozycje kolejny raz jest o wiele trudniej niż zdobyć ją po raz pierwszy. Niech wasza stabilność powtórzy się na kolejnym mistrzowskim turnieju, chociaż życzę mistrzostwa. Dla mnie najważniejsze pozostaje, że nie jesteście jednoroczną efemerydą – jakich wiele w polskim sporcie.  Myślę, że z zazdrością mogą patrzeć na wasze wyczyny futsalowe reprezentacje. A i te piłkarskie jedenastoosobowe, trawiaste także. I pomyśleć, że nie stoi za waszymi sukcesami potężna machina związku piłkarskiego – PZPN.

Rekord Bielsko Biała zmonopolizował w ostatnich sezonach ligowe rozgrywki futsalowe w Polsce zarówno w gronie seniorów jak i pośród młodzieży. Też osiągnął dobry wynik w poprzedniej edycji futsalowej Ligi Mistrzów. Można było przypuszczać, że na stałe zadomowił się w Elite Round - jak to stało się udziałem podopiecznych pana Hirscha na podium mistrzostw świata. Tymczasem niedawny turniej eliminacyjny w Pradze pokazał spore niedostatki w grze naszego krajowego dominatora i droga do elity została zamknięta. Pozostaje tylko zapytać, czy ubiegłoroczny wynik był przypadkowy, czy obecny brak awansu na poprzedni poziom rywalizacji jest tylko przypadkiem. Oby to drugie. Ale patrząc całościowo w kontekście ligi stwierdzę, że dominacja w ekstraklasie polskiego futsalu wcale nie daje gwarancji na europejski sportowy wynik. Na tle internacjonałów z praskiej Sparty nasi wyglądali na nieco zagubionych.

Tak się złożyło, że przez pewien czas miałem możliwość z bliska spoglądać na działania Futsal Ekstraklasy. Niedługo minie 10 lat istnienia Spółki prowadzącej z nadania PZPN i za jego zgodą ekstraklasowe rozgrywki. Powolutku, powoli zmienia ona oblicze ligowe naszego futsalu. Ale ciągle pnie się pod górkę. Patrząc z bliska zauważyłem pewien niepokojący sygnał. W mojej ocenie zbyt wiele oczekuje się od władz SFE. Szczególnie ze strony klubów. Patrząc obiektywnie owe władze nie za wiele mogą, gdyż nasz futsal nie jest aż takim podmiotem wiodącym w dyscyplinie piłka nożna, aby drzwiami, czy oknami garnęli się do niego sponsorzy.  Nie sądzę więc, aby Spółka mogła w obecnej chwili rozwiązać finansowe oczekiwania klubów. A one niewątpliwie istnieją. Takie – napiszę obrazowo - rozwarcie owych nożyc priorytetów daje powody niepokoju. Lepiej więc przy takich sytuacjach ostrożnie  podchodzić do dyskusji o funduszach. Inaczej wszystko rozjedzie się nim jeszcze powstanie z tak zwanych kolan.

Popatrzcie tylko – drodzy prezesi wszelkich opcji oraz szczebli – na ekstraklasę trawiastą. Zarządzająca nią Spółka obudowała znakomicie projekt ESA. Znalazły się fundusze, są spółki skarbu państwa, prywatni inwestorzy, telewizje. Jest kolorowo, rozrywkowo, wesoło. Tylko co z tego – jak od lat nie ma klubowego wyniku sportowego na miarę europejskich oczekiwań. Oczywiście bez pieniędzy trudno o realizację wielkich projektów. Zresztą małych, futsalowych też. Ale nie zawsze one decydują o poziomie. Gdyby tak było, to Arabia Saudyjska lub Stany Zjednoczone byłyby naprzemiennie mistrzami świata. Na szczęście tak nie jest, bo jeszcze jest czynnik ludzki. Równie ważny jak kasa. A jeszcze do tego dochodzi wizja, którą – co stwierdzam z przykrością dla polskiego futsalu – ma niewielu. Prawda, panie Szymonie?

To co napisałem do tej pory było tylko przystawką do głównego dania jakim są niewątpliwie zielonogórskie eliminacje mistrzostw świata. I w tym akapicie powrócę do początkowych zdań felietonu. Po raz trzeci wspomnę o oczekiwanej stabilności. Pozytywnie obeszła się ona z reprezentacją szóstek. Nie sprzyjała Rekordowi. Teraz czas na sprawdzian dla seniorskiej, futsalowej reprezentacji. Podopieczni Błażeja Korczyńskiego mają czego bronić, gdyż przed dwoma laty awansowali do finałów mistrzostw Europy. Teraz droga do światowych finałów jest z różnych powodów (mniej zespołów z Europy w finale) o wiele trudniejsza, ale poniekąd szlachectwo zobowiązuję. Dlatego oczekuję awansu z zielonogórskich zmagań do kolejnej fazy  eliminacji. Patrząc na priorytety finansowo – organizacyjno - szkoleniowe, jakie zafundował PZPN naszej reprezentacji mam prawo – podobnie jak wielu innych sympatyków futsalu – wyrażać je głośno. Co czynię pisząc – NIE MUSICIE BYĆ ZWYCIĘZCAMI, ALE BĄDŹCIE WYGRANYMI.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy w poprzednim felietonie chwaliłem UEFA za wprowadzenie do kalendarza europejskich imprez futsalowych czempionatu U-19 nie spodziewałem się, że tuż za przysłowiowym rogiem czai się kolejna znakomita decyzja gremium kierowanego przez Słoweńca Ceferina. Otóż, panowie z nad jeziora Genewskiego w szwajcarskim Nyonie postanowili, iż eliminacje mistrzostw Europy w futsalu seniorskim odbywać się będą na zasadach podobnych do piłki trawiastej. Czyli będą grupy i zawody w opcji mecz i rewanż, a nie głównie i tylko – jak dotychczas - turniejowo. Tylko przyklasnąć takim decyzjom, co czynię z zadowoleniem wielkim.

Pamiętam bowiem, jak od lat wielu futsal europejski początkowo nieśmiało, a z czasem coraz głośniej, domagał się takiej zmiany. Sam nawet miałem dwukrotnie wspólnie z panem Romanem Sowiński okazję uczestniczyć w Nyonie w rozmowach w tej materii na tak zwanym szczeblu. Mówi się - kropla drążąc skałę ją wydrąży. I w futsalu wydrążyła. Liczę, że jako krajowi sympatycy futsalu podobnymi „kropelkami”, połączonymi ze stanowczą cierpliwością, wydrążymy dla naszego futsalu jeszcze większe poszanowanie w ścisłym kierownictwie związkowym, niż ma się to obecnie. Aby nie było niedomówień, moja uwaga nie dotyczy kierownictwa futsalowej Komisji.

Tyle byłoby o wielkim futsalowym świecie. Albo inaczej światku. Teraz przejdę na krajowe podwórko i na początek wcale nie myślę chwalić. Ruszyły rozgrywki I ligi futsalowej. W jednej z grup ciągle przekładane są mecze zdegradowanej z ekstraklasy Pogoni 04 Szczecin. Rozumiem, jedna kolejka, może dwie. Ale nierozegranie już trzech meczów, to niemal kabaret. Ciekaw jestem, czy innym klubom też by pozwolono na coś takiego. Futsalowe środowisko raczej mówi, iż nie i wskazuje na wsparcie jakim niewątpliwie jest osoba wiceprezesa związkowego, szefującego też w tym regionie piłkarskim.

Pojmuję, że trwają próby ratowania zasłużonego klubu. Rozumiem to, ale rozgrywki ligowe też mają swoje prawa. Był czas wakacyjny ku temu. A tak na marginesie – klub otrzymał licencję i naraz rozpadł się. Dziwne. Czas podjąć decyzję. Albo Pogoń 04 gra, albo nie jest w stanie organizacyjnie spełnić warunków i mówimy jej adieu, życząc jednocześnie odrodzenia w kolejnych sezonach. Ciuciubabka to nie jest moja zabawa i dlatego preferuję proste rozwiązania. Proste i jasne, równe dla wszystkich. A tak na marginesie – położyć na łopatki tak dobry niegdyś klub, też jest sztuką nie lada. Panie Macieju Karczyński – i po co pan przenosił się do Warszawy. Będąc w Szczecinie nadal tworzyłby pan znakomity projekt futsalowej Pogoni. I nie byłoby dyskusji o jakimkolwiek wycofaniu, lecz o kolejnych trofeach.

Podobają mi się ekstraklasowe rozgrywki rozpoczętego sezonu 2019/2020 od strony nieprzewidywalności wyników poszczególnych meczów. Już na początku sezonu przegrywa Rekord, nie wygrywa z beniaminkiem Toruń, Clearex też jest nieprzewidywalny wynikowo. Czyżby medaliści byli jakby w odwrocie? Najbardziej mnie cieszy, że beniaminkowie – a jest ich aż czterech – nie dają sobie w kaszę dmuchać i każde ich spotkanie może zakończyć się trudnym do przewidzenia rozstrzygnięciem. Tak trzymać. Nadali oni futsalowej ekstraklasie niewątpliwego wigoru i kolorytu.

Moim zdaniem ekstraklasa przez lata trochę skostniała. W większości ciągle te same twarze. Zespoły – jedynie przy drobnych retuszach. Te same problemy, zawodnicy, działacze. Spotykając się z ważnymi ludźmi klubów ekstraklasy, w ciemno mogłem przewidzieć, kto z kim trzyma sztamę, a kto jest „be”. Jaka jest grupa „trzymająca władzę” i kto pociąga za przysłowiowe sznurki, a kto jest w wiecznej opozycji. Teraz – mam nadzieję – nowa krew klubowa trochę naruszy owe hierarchie. Jak na razie niepokorna jest na parkietach. Ale z czasem może i przy stole konferencyjnym mocno się postawi. Tego potrzeba polskiemu futsalowi. Potrzeba zmiany. Nie tyle może pokoleniowej, co w myślenia o priorytetach, strategiach. I odrzucenia filozofii patrzenia nie dalej niż własny klubowy nos (czytaj: interes).

Wiem, że podsumowującym dzisiejszy felieton akapitem narażę się przynajmniej połowie futsalowej Polski. Ale cóż tam. Tak się składa, że będzie w nim sporo o selekcjonerze Błażeju Korczyńskim. Nie wiem, jaki wynik osiągną jego podopieczni w eliminacyjnym turnieju Mistrzostw Świata w Zielonej Górze. Oby jak najlepszy. Niemniej – obojętnie na wynik – będę pozytywnie odnosił się do jego działania w roli selekcjonera. Jakoś taką szczególną sympatią darzę ludzi, którzy mając sporą wiedzę, nie pozwalają sobie narzucać zdania innych, nie są skłonni ulegać wpływom, ani nie są koniunkturalistami. A taki przynajmniej w futsalu jest dla mnie trener Błażej.

Dlatego z zadowoleniem przyjąłem informację, iż jest on koordynatorem działań wszelkich naszych kadr futsalowych – w tym też i kobiecej oraz akademickiej. Przynajmniej jednego można być pewnym – kierunek szkolenia i wizje gry będą kompatybilne dla wszystkich objętych opieką reprezentacji. Pierwszy raz w historii rozwijającego się polskiego futsalu został zrobiony taki krok, co też dobrze świadczy o spojrzeniu futsalowej Komisji związkowej na całość szkolenia. Pozostaje tylko trzymać kciuki, aby udało się, bowiem – podejrzewam – zawistników nie braknie. Zresztą nie jest powiedziane, że pan Korczyński ma być wieczny. Każdy, mający ciekawy pomysł na futsal, może trenera Błażeja z czasem zastąpić. Wystarczy tylko mieć pomysł. Dobry pomysł.

Andrzej Hendrzak

P.S.

Będąc w Krośnie na turnieju Wyszehradzkim posiadłem wiedzę, że trener Klaudiusz Hirsch objął funkcję koordynującą w futsalu słowackim sprawy młodzieżowe i kobiece. Aż zacieram ręce, będąc ciekaw, który z tych dwóch znakomitych futsalowych myślicieli okaże się lepszy.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Wreszcie na dobre rozpoczął się kolejny futsalowy sezon w Rzeczypospolitej. Piszę wreszcie, gdyż – przynajmniej dla mnie - ów sezon rozpoczyna się wraz z rozegraniem Turnieju Państw Wyszehradzkich. Tym bardziej, że wystartowała także I liga futsalu. Co prawda, ekstraklasa rozegrała już dwie kolejki przed owym turniejem, ale dopiero kolejne gry pozwolą uznać za prawdziwy start tych rozgrywek o prymat w kraju. Nie jednostkowy wypad ligowy. Nie lubię bowiem takich startów – gramy raz, przerwa, i dopiero po niej dalej rywalizujemy. Rzekomo początkiem września grano o futsalowy Superpuchar. Pewnie tak było. Niemniej wydaje mi się, iż ta impreza nie ma zbyt wielu wielbicieli. A i sensownego pomysłu organizatorom jakoś na nią brakuje. Więc i linijek jej nie poświęcam.

Seniorskie granie będziemy mieli już teraz regularnie. Na dodatek seniorskie eliminacje mistrzostw świata, grane w Polsce. Gdzieś tam w międzyczasie zaprezentuje się nam Rekord Bielsko-Biała w futsalowej Lidze Mistrzów. Będzie wiec sporo czasu do pisania o dorosłej odmianie futsalu. Dlatego nowy sezon felietonowy pragnę rozpocząć od młodzieżowego jego wydania. Bawiąc okazyjnie w Krośnie na Turnieju Wyszehradzkim usłyszałem wiele pochlebnych zdań o naszej młodzieży U-19 i jej trzecim miejscu w pierwszych Mistrzostwach Europy w tej kategorii wiekowej. Gratulowali w rozmowie ze mną Czesi, Gruzini, Słowacy, Ukraińcy. Wcześniej pisali do mnie zachwyceni naszą postawą Belgowie oraz Serbowie. A nawet odezwał się kolega z rosyjskiego futsalu. Oczywiście i ja w dzisiejszym felietonie pogratuluję Łukaszowi Żebrowskiemu i jego podopiecznym. Porównam ich wyczyn do pierwszego (a zarazem jak dotąd jedynego) startu naszego teamu w finałach mistrzostw świata w Hongkongu przed ćwierćwieczem. Jesteście wielcy i tylko nie zagubcie się w swoim futsalowym rozwoju.

Kiedy dekadę temu kierowana przeze mnie futsalowa komisja związkowa podejmowała decyzję o rozszerzeniu gamy roczników młodzieżowych mistrzostw Polski (obowiązuje do dzisiaj) nie przypuszczałem, że kiedyś doczekam się medalowego miejsca naszej młodzieży na europejskim czempionacie. Tym bardzie, że ówczesne kierownictwo UEFA z panem Platinim na czele utrącało właśnie pomysł organizacji mistrzostw Europy U-21. Patrząc po latach powiem - chyba dobrze stało się, że zmieniła się ekipa zarządzająca europejską federacją, gdyż obecny jej szef, Słoweniec Ceferin, jest mocno przychylny futsalowi. O czym świadczą mistrzostwa U-19, czy powiększenie liczby uczestników seniorskich finałów europejskich do 16 drużyn.

Wracając na polskie podwórko, podkreślę, że system, który wtedy ustanowiliśmy, spełnił swoje zadanie. Jednak patrząc, w jakim roczniku jest rozgrywany europejski turniej finałowy dla futsalowej młodzieży, wydaje się, iż nadszedł czas na jego reorganizację. Osobiście sugeruję likwidację mistrzostw U-20, a w pozostałych kategoriach przejście na roczniki nieparzyste. I jak już jestem przy osobistych wyznaniach, to podziękuję jeszcze panu Morkisowi, wiceprzewodniczącemu Komisji Futsalu w PZPN, za szczególne zaangażowanie w polski futsal młodzieżowy. A także zaapeluję do UEFA, aby za dwa lata były już przyznawane medale brązowe i oficjalnie honorowano oraz grano o trzecie miejsce, gdyż mimo ładnej imprezy w Rydze czuję w tym temacie niedosyt.

Niedawno miałem przyjemność wziąć udział w corocznym spotkaniu kierownictwa Komisji Futsalu PZPN z przewodniczącymi komisji futsalowych z wojewódzkich ZPN. Dobrze, że przynajmniej raz w roku odbywają się takie sensowne spotkania z nieskrępowaną wymianą zdań. Taki obustronny przekaz z dołu do góry i odwrotnie jest przydatny, wyznacza kierunki działań i gwarantuje, że tak zwany teren nie jest pomijany w decyzjach jego dotyczących. Szkoda tylko, że nie wszystkie związki terenowe przysyłają na takie spotkania przedstawicieli. Widać, nie wszyscy prezesi wojewódzkich ZPN jeszcze do futsalu na ich terenie przyzwyczaili się. Mam nadzieje, że z czasem dojrzeją.

I nie piszę tego z sarkazmem tylko z wielką troską, bowiem zdaję sobie sprawę, iż bez wsparcia tych wojewódzkich „baronów piłkarskich” futsal ma małe szanse zaistnieć na ich terenie. Wracając natomiast do najważniejszego meritum spotkania, napiszę, że postanowiono spróbować rozwinięcia od sezonu 2020/2021 obecnych wojewódzkich z zasady rozgrywek II ligi futsalu w rozgrywki makroregionalne. Zaistniałyby tym samym cztery centralne grupy II ligi futsalu. Cieszy, że przewodniczący Kaźmierczak nie boi się ryzyka. Sensownego zresztą ryzyka. Postępująca profesjonalizacja musi dotykać polski futsal na wielu szczeblach w kolejnych sezonach. Zresztą nasze systemy rozgrywkowe młodzieżowe oraz seniorskie już dzisiaj budzą podziw w gronie sąsiadów. Jak to się mówi – kto nie ryzykuje, nie pije szampana. Miejmy nadzieję, że będziemy go dzięki futsalowi pić częściej – czego doświadczyliśmy niedawno w Rydze. I tego życzę w pierwszym felietonie nowego futsalowego sezonu 2019/2020.

Andrzej Hendrzak

P.S. Czwarte, czyli ostatnie miejsce, zajęła nasza seniorska reprezentacja w krośnieńskim Turnieju Wyszehradzkim. Nie zakładam, jak uznaje wielu, że celowo nie pokazywaliśmy naszych umiejętności, by nie zdradzić się wobec przeciwników przed zielonogórskimi, październikowymi eliminacjami Mistrzostw Świata. Najzwyczajniej, patrząc statystycznie, szczęście odleciało od nas. Należy mieć nadzieję, że tylko na chwilę. Aleksy Tołstoj – rosyjski pisarz mawiał w takich sytuacjach „Od bicia żelazo twardnieje, człowiek mężnieje”.

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS