FUT5AL HEA7EN

Felieton niestety znowu z opóźnieniem, ale po prostu nie miałem ani jednej wolnej chwili, aby wcześniej napisać. We wtorek cały dzień w Warszawie, środa bieganie po konsulatach Rosji i Białorusi w Gdańsku (wizy dla moich kierowców), dopiero w czwartek miałem czas aby usiąść i podzielić się moimi wrażeniami z dwóch wydarzeń ze stolicy, w tym z jednego naprawdę epokowego.

Do Warszawy wyruszyłem z samego rana, ale dzięki autostradzie w ciągu 3h dotarłem do tego miasta. Dobrze, że nie trafiłem na patrole, bo mój przyjazd mógłby się mocno opóźnić, no i nadszarpnąć budżet. Ale się udało i dzięki temu stać było mnie na piłkarski obiad czyli "dwa bułki i jeden kiełbas".

Na zebranie w Sheratonie stawiło się 32 prezesów z 90 klubów futsalowych istniejących w Polsce. Na cały inwentarz składają się kluby FE, I i II ligi oraz kluby prowadzące drużyny młodzieżowe i kobiece. W związku z niską frekwencją zebranie odbyło się w drugim terminie. Miał się stawić przewodniczący Komisji Futsalu Kazimierz Greń i wygłosić referat podsumowujący pracę KF, jednak z "przyczyn osobistych" - jak to przedstawił vice przewodniczący Bogdan Duraj - nie stawił się. Wzbudziło to niemałą konsternację, bo wielu było ciekawych raportu - przede wszystkim z nieudanych eliminacji do ME w Krośnie i spraw związanych z posadą trenera. Nie pierwszy raz w tym dniu Greń uniknął pytań.

Głównym punktem był wybór delegatów futsalu na walny zjazd sprawozdawczy PZPN. Zgłoszono trzech kandydatów: Grzegorza Morkisa (GKS Futsal Tychy), Arkadiusza Grzywaczewskiego (Gwiazda Ruda Śląska) i Bogdana Duraja (delegata z... Gatty Active Zduńska Wola). Patrząc na spory kontyngent działaczy ze Śląska i Podkarpacia można było się spodziewać, iż zostaną przeforsowane kandydatury członków komisji futsalu. Ale tu nastąpiła pierwsza niespodzianka, delegatami zostali Morkis i Grzywaczewski, a Duraj otrzymał tylko 12 głosów na 32 możliwe.

Następnie głosowano wybór zastępców delegatów. Zostały zgłoszone kandydatury Anny Straszewskiej (Hurtap Łęczyca), ponownie Bogdana Duraja oraz... mojej osoby. Generalnie zdaję sobie sprawę, iż głos delegatów ze środowiska futsalu na zjeździe całego PZPN jest głosem wołającego na puszczy, ale zgodziłem się na moją kandydaturę z czystej ciekawości, jak środowisko zareaguje na moją osobę. Do tej pory nie działałem szeroko w polskim futsalu, skupiając się na pracy we własnym klubie. Okazało się, iż chyba "fejm" felietonisty dał efekt w postaci przyznanych głosów. W pierwszym głosowaniu pani Anna dostała 22 głosy, a ja wraz z panem Bogdanem po 15. Nastąpiła dogrywka, w której mieliśmy ponownie remis (po 14 głosów). Wówczas zaproponowałem sekretarzowi oraz mojemu koledze z Chojnic rzut monetą w celu rozstrzygnięcia, ale niestety to nie było zgodne z regulaminem. Nastąpiła druga dogrywka i tutaj wszystko rozstrzygnęło się na moją korzyść, stosunkiem głosów 16:12. Ucieszył mnie fakt, że środowisko mnie poparło - widać moje postulaty zmian wspominane w felietonach zyskują akceptację i budzą zainteresowanie. To mały sukces, ale jeśli ma być początkiem zmian na lepsze w polskim futsalu, to wypada się z tego cieszyć.

Kto czyta moje felietony, to wie, iż mam kilka ciekawych pomysłów na rozwój piłki halowej, począwszy od kadr wojewódzkich po reprezentację. Zobaczymy, czy w najbliższej przyszłości nastąpią jakieś zmiany i czy moje propozycje zyskają posłuch i poklask.

Drugi punkt wizytacji stolicy to hotel Ibis, mieszczący się naprzeciwko siedziby PZPN. Tam odbyła się konferencja, a raczej hucpa Kazimierza Grenia... Kto nie widział tego "cyrku", to może obejrzeć na Youtube. Małe pomieszczenie, a ludzi ponad setka. Z racji tego, iż z kolegami z klubów FE czekaliśmy dosyć długo na obiad, to wpadliśmy na konferencję w chwili rozpoczęcia. Tłum był tak duży, że musieliśmy zostać na korytarzu i przez otwarte drzwi przysłuchiwać się tekstom, które czytał Greń z ekranu. Raz sprzęt się zaciął, tak samo pan Kazimierz. Widocznie nie mógł wyjść poza ramy ustalonego tekstu improwizując wypowiedzi, a szkoda. Zauważyć można było kwiat dziennikarstwa sportowego, tuż obok mnie stał Dariusz Tuzimek - ostatnio redaktor w Onet Sport - i Adam Godlewski z tygodnika "Piłka Nożna", ale wewnątrz sali była cała czołówka znana z twórczości twitterowej. Zresztą właśnie tam można było śledzić na żywo komentarze w tonacji mocno szyderczej.

A główny bohater zgodnie z przewidywaniami przedstawił teorię spiskową mocno rywalizującą z historycznym spiskiem na życie prezydenta Johna F. Kennedy’ego, plus efektowną prezentację garderoby. Zresztą ten pokaz konfekcji był motywem przewodnim relacji różnych mediów. Fakt: Greń pokazał portki i uciekł, Radio Zet: Działacz pokazał spodnie, igol.pl: Przegląd szafy, pytania o kolory i czytanie z PowerPointa, a Polsat Sport: Grenia teoria chaosu.

Przez całą konferencję prowadzący spychał pytania dziennikarzy na później. Gdy konfa się zakończyła, Greń bez słowa ewakuował się z sali. Niestety, ważne pytania zawisły w powietrzu. Także te związane z futsalem m.in. przyszłością trenera Andrei Bucciola.

Stojąca obok mnie reporterka telewizyjna w relacji na żywo z wrażenia wspomniała o Kazimierzu... Deynie. Gdy zwróciłem jej delikatnie uwagę, iż chyba nastąpiła mała pomyłka, to operator kamery odpowiedział "wybacz, to jej pierwszy raz". Dziewczę spłonęło rumieńcem, no cóż - ja w takim debiucie pewnie też bym pomylił :) Więcej nie ma co pisać, chyba każdy widział ten "One Man Show". Ktoś się poważnie ośmieszył i nie byłem to ja.

A teraz o lidze. W pierwszej rundzie na łamach naszego portalu pojawiały się felietony, które opisywały przebieg meczów. Tego teraz zabrakło, to ja postanowiłem regularnie oceniać wszystkie spotkania bieżącej kolejki. Liga w tym sezonie lubi nas wszystkich zaskakiwać. Faworyci zgodnie wygrywają, ale to co się dzieje na dole, tego nie jest w stanie przewidzieć nikt. Pozostały cztery kolejki spotkań, a tak naprawdę aż OSIEM zespołów może spaść z ligi.

Zaczęliśmy w Chojnicach meczem RD - Pogoń. Mecz toczył się raczej w świątecznej atmosferze, zwłaszcza do przerwy, kiedy wykopaliśmy obie bramki i skończyło się 0:0. W drugiej połowie w ciągu minuty padły trzy gole. Najpierw Iwanow trafił w okienko Kubraka, ale szybko Szamotij doprowadził do wyrównania. Potem po ładnej akcji najpierw Łuciw trafił w poprzeczkę, a skutecznie dobił Charczenko. Pogoń rzuciła się do ataku, a my nastawiliśmy się na grę z kontry. Najpierw Sobański w sytuacji sam na sam strzelił w Kubraka, potem uderzenie Tomka Kriezel z linii bramkowej wybił Żebrowski. Pogoń wycofała bramkarza i na kilkadziesiąt sekund przed końcem Szamotij zdobył gola dającego jeden punkt. My ponownie w ostatniej minucie tracimy punkty, wydaje się iż dwa razy lepiej mógł interweniować nasz bramkarz. Ale nie ma co gdybać, wynik można uznać za sprawiedliwy.

A w Pniewach ostra strzelanina. Ostatnia taka w Wielkopolsce miała miejsce, kiedy mafiozi walczyli o wpływy w burdelach, trup padał gęsto. Tutaj było podobnie. Gospodarze szybko objęli prowadzenie, ale Rekordziści po uderzeniu z rzutu wolnego Ukraińca Kameko doprowadzili do remisu. A potem ruszyła pniewska nawałnica. Mistrz Polski raz po raz nadziewał się na szybkie kontry młodego zespołu Czerwonych Smoków. W 25. minucie było już 5:1 dla gospodarzy, którzy jednak postanowili też dać coś od siebie i sprezentowali rywalom dwa gole samobójcze, przeplecione trafieniem Pawła Machury. 5:4 na 3 minuty przed końcem zapowiadało bardzo nerwową końcówkę. Rekord grał z wycofanym, co skrzętnie wykorzystał Adrian Skrzypek. Rekord odpowiedział jeszcze drugim golem Machury, ale gospodarzy wytrzymali napór i po raz kolejny w meczu u siebie pokonali faworyta. Spojrzałem w tabelę meczów u siebie - Red Dragons na drugim miejscu, tuż za Wisłą Krakbet. To nie przypadek, iż w Twierdzy Pniewy tak dużo zespołów gubi punkty. A Rekord definitywnie pozbawił się szans na inny medal niż brązowy.

Wisła Krakbet - KGHM Euromaster. Mecz bez historii, mocno osłabiony brakiem pauzujących zawodników zespół z Głogowa nie sprostał liderowi tabeli. Zawodnicy Wisły nie musieli się nawet zbytnio wysilać, cały mecz mieli pod kontrolą i spokojnie skasowali trzy punkty.

Gatta Active - AZS UG. Gdańszczanie mając brzytwę już blisko szyi pojechali do wicelidera z myślą o wywiezieniu punktów. Ale z taką grą w defensywie to jedyne, co mogli przywieźć ze Zduńskiej Woli, to ciasto na wynos z pobliskiej cukierni. W meczu była wymiana ciosów, ale gospodarze niemal cały czas zachowywali bezpieczny dystans dwóch bramek różnicy. Skutecznością popisał się blisko 40-letni Tomasz Broner, zaliczając hat-tricka, co również udało się Danielowi Krawczykowi. "Krawiec" dzięki skuteczności w ostatnich kolejkach wyszedł na prowadzenie w klasyfikacji najlepszych strzelców i ma już 20 trafień.

AZS UŚ - GAF Jasna. Mecz z dużymi podtekstami, katowiczanie zdecydowali się wbrew zakazowi z umowy transferowej wystawić Tomasza Szczurka wypożyczonego właśnie z Gliwic. Oficjalnie z powodu sporej ilości pauzujących za kartki zawodników. Do przerwy prowadzili faworyci, czyli goście po golu Mizgajskiego. Tuż po wznowieniu drugiej połowy po raz pierwszy zabłysnął Błażej Korczyński, absolutnie fantastycznym technicznym uderzeniem lobując z bliska Michała Widucha. Gliwiczanie szybko zaatakowali i po golach Dewuckiego i Pautiaka wyszli na prowadzenie 3:1. Jak wyszli, tak stanęli. Ostatnie 10 minut należało do gospodarzy, którzy jak rok temu w końcówce ligi walczą o życie i wypruwają flaki na parkiecie. Najpierw Piskorz, a potem dwukrotnie Korczyński trafiali do siatki z sąsiedniego miasta. Bezcenne punkty zostały w Katowicach, a Gliwice oddaliły się od wymarzonego brązowego medalu. Po spotkaniu działacze GAF zastanawiali się nad złożeniem protestu, ale z powodów formalnych (mało precyzyjny zapis w umowie) postanowili odstąpić od wyciągnięcia konsekwencji za występ Szczurka. Krótko mówiąc, wszystko zostało w rodzinie.

Telewizyjny mecz nie zachwycił poziomem. Gwiazda tradycyjnie w drugiej rundzie rozgrywek ograła Clearex, choć tym razem musiała się nieźle wysilić. W poprzednich sezonach to raczej chorzowianie swobodnie rozdawali swoim pobratymców punkty, kiedy były im bardzo potrzebne. Tym razem sami musieli walczyć o życie, bo ich forma jest najgorsza z najgorszych. Długie pasmo porażek, trzeba zacząć martwić się o byt. Tym spotkaniem po raz drugi z Cleareksem pożegnał się trener Adam Lichota. Podobno sam prezes Zdzisław Wolny zdecydował się zostać "ratownikiem" w ostatnich meczach, z pomocą brata Tadeusza. Zobaczymy, na ile duet braci Wolnych zmobilizuje zespół do lepszej gry. Gwiazda z kolei złapała wiatr w żagle i punktuje. Mają teraz u siebie Euromastera i myślę, że gdybym obstawiał zakłady, to warto by było dać w tym meczu "jedynkę".

Następna kolejka zapowiada się niezwykle emocjonująco. Derby Pomorza w Gdańsku, a Pogoń gości Red Dragonsów. Te dwa niezwykle kluczowe dla układu tabeli spotkania na pewno wzbudzą wiele emocji zarówno na trybunach jak i na parkiecie. Będzie ciekawie, oby do ostatniej kolejki :)

Kącik bibliotekarski - po krótkiej przerwie chciałbym zaproponować przede wszystkim osobom ćwiczącym i lubiącym wysiłek sportowy książkę T.J. Murphy’ego pod tytułem: "Sprawność - Siła - Witalność. Jak CrossFit zmienił moje życie".

Jak moi wierni czytelnicy wiedzą, od kilku miesięcy regularnie ćwiczę tę stosunkowo nową dziedzinę sportu. Nazywam to "dziedziną", gdyż odbywają się Mistrzostwa Świata oraz szereg innych imprez, na których sportowcy rywalizują w tej dyscyplinie. Poniżej zacytuję kilka opinii, z którymi całkowicie się zgadzam.

Książka jest wnikliwą analizą zjawiska CrossFitu, jako dziedziny sportu, a zarazem pewnego fenomenu socjologicznego. Pasjonująca lektura napisana przez kogoś kto zafascynował się CrossFitem, jedną z najmłodszych i najbardziej tajemniczych dyscyplin sportowych w historii.

CrossFit to więcej niż fitness. To sport, który naprawdę pomaga zrzucić wagę, poprawić swoją kondycję i zwiększyć masę mięśniową. Autor opisuje jak z kulejącego byłego biegacza zmienił się w pełnosprawnego człowieka, mogącego nie tylko normalnie chodzić, ale również wykonywać strasznie trudne i męczące treningi crossfitowe. Nie ukrywa, że bywało ciężko. Książka rozwiewa wiele mitów odnośnie tego sportu - nie jest on tylko dla osób szukających wyzwań, ale dla każdego człowieka, który chce stać się "wszechstronnie sprawnym".

"Moje ego zostało zniszczone - wspomniał. - Był to jednak trening, którego szukałem przez całe życie." Murphy przedstawi Wam historię powstania CrossFitu, poznacie podstawowe zasady i cele treningów. Odkryjecie, na czym polega CrossFit, a dzięki załączonym zdjęciom wraz z opisem nie tylko zobaczycie jak wyglądają poszczególne ćwiczenia, ale i będziecie wiedzieli jak je poprawnie wykonać. Dowiecie się, dlaczego poszczególnym zestawom ćwiczeń ich pomysłodawca zaczął nadawać imiona, a także, dlaczego treningi sprawdzające kondycję otrzymują imiona żeńskie. Przeczytacie ile czasu Amerykanin służący w marines potrzebował na wykonanie treningu "Elizabeth", który innym zajmował maksymalnie 10 minut. Odkryjecie, które ćwiczenie jest najbardziej wymagającym, z jakim sportowiec CrossFit spotka się podczas pierwszego roku treningów. Z lektury dowiecie się także, kiedy zawodnicy biorący udział w turnieju CrossFit Games dowiadują się, jakie konkurencje przyjdzie im wykonywać.

W ulotce o CrossFicie, którą czytał Murphy, w akapicie zatytułowanym "Czy ja się do tego nadaję?" odpowiedź brzmiała "Oczywiście". Patrząc już na samą okładkę książki, gdzie sportowcy trzymają sztangę nad głową jestem przekonana, że w życiu bym tego nie wykonała.

Najważniejsze jest to, że każdy, od największego atlety, po nowicjusza z nadwagą jest traktowany w ten sam, profesjonalny sposób. Nie ważne ile wyciskasz, ważne żebyś dawał z siebie wszystko. Kolejną sprawą która mnie urzekła jest atmosfera panująca w tej zamkniętej społeczności.

Książka niezwykle motywuje do działania, do zadbania o siebie. Podczas czytania ciągle miałem wrażenie, że powinienem ruszyć się z kanapy i zacząć ćwiczyć. I właśnie ta motywacja jest największą siłą tej lektury. Dlatego jest to pozycja dla każdego, nie tylko dla osób zainteresowanych CrossFitem.

Ja osobiście gorąco zachęcam do lektury, potem do znalezienia lokalnego klubu crossfitowego i rozpoczęcia treningów. Na początku jest bardzo ciężko, po pierwszych treningach całe dnie regenerowałem organizm, nie mając czasem siły sięgnąć po butelkę z wodą. Ale przetrwałem i wkręciłem się na maxa. Tę recenzję także piszę w czwartek po porannym treningu, który nieźle mnie zmęczył, ale też sprawił ogromną satysfakcję po pokonaniu kolejnych barier. Koniec ziewania, ruszyć tłuste tyłki do boxu crossfitowego i... youtube.com/watch?v=LHdrZpto4-c :)


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...

FUT5AL HEA7EN

Dzisiejszy felieton ma motto - "Gdyby głupi wiedział że jest głupi to byłby mądry". Stary cytat, przypomniany niedawno przez Pawła Zarzecznego w cotygodniowym felietonie.

Ostatnio wielu Polaków dowiedziało się o futsalu. Niestety nie wskutek wybitnej gry polskiej kadry, tylko dlatego, że - jak donoszą media - powiększyło się grono Polaków chcących dorobić na Zielonej Wyspie. Czekając na rozwój wydarzeń, a może nawet jakieś oświadczenia, możemy tylko żałować, że bilety w Krośnie niekoniecznie rozchodziły się jak ciepłe bułeczki.

Nie będę tutaj opisywać kolejności zdarzeń, macie w domach internet i łatwo znajdziecie mnóstwo informacji dotyczących tzw. afery biletowej. Więcej na moim profilu na facebooku, gdzie prezentuję mój prywatny punkt widzenia. Dzisiejszy felieton też nie będzie zbyt długi bo ostatnio brakuje mi czasu na dosłownie wszystko. Musicie mi wybaczyć ale wkrótce napiszę szerzej na kilka interesujących tematów, bo mam fajne pomysły.

A teraz o futsalu kobiecym. Radosław Jurga zrobił podsumowanie Ekstraligi kobiet. Na pilkarki.com też jest fajny artykuł w formule alfabetu. Jakiś czas temu skasowano reprezentację Polski, która funkcjonowała przez krótki czas. A z tego co mi wiadomo, to futsal kobiecy na poziomie reprezentacyjnym zaczął się dopiero rozwijać. Zanim się rozwinęło, to my się zwinęliśmy. Na dodatek istnieje poważny konflikt pomiędzy działaczami z trawy i futsalu. Ci pierwsi, kompletnie bez sukcesów, podobno zazdrośni byli o wyniki futsalowej kadry, która pokonała Ukrainki i Czeszki. Wielka szkoda, bo dziewczyny zasługują na swoją kadrę która notowałaby stałe postępy. To, że środowisko działaczy jest skłócone, to także daje duży minusowy efekt, ale jak to w Polsce bywa - gdzie dwie głowy to trzy opinie. Tutaj na dodatek mamy rywalizację trawy i futsalu, której na szczęście nie ma w męskiej piłce halowej. Zacytuję tylko jeden komentarz spod artykułu, który szyderczo parodiuje wypowiedzi działaczy z dużej piłki pod adresem futsalu: "Nie macie nic do gadania my tu rządzimy. Bawimy się w reprezentacje za pieniądze PZPN (ale też Ministerstwa Sportu) a „Wy” nam nie przeszkadzajcie bo możecie nam skoczyć a te futsalistki nie będą nam psuć opinii. Wyniki są nie ważne a liczą się turystyczne wojaże reprezentacji po całym świecie". Trudno jest z tym się nie zgodzić, jak się zagłębi w piłkarskie środowisko kobiet. Chore ambicje niektórych działaczy przesłaniają najważniejszy cel - wyjście z dużej dziury na zewnątrz i osiągnięcie sukcesów, które spowodują, iż poważne media zainteresują się kobiecą odmianą kopania piłki.

A w Cleareksie dym. Jak donosi Futsal-Plotek na fb "Nieciekawie dzieje się w drużynie Clearexu Chorzów. Ostatnie zmiany mocno wpłynęły na morale zawodników, którzy nie do końca są zadowoleni z powrotu Adama Lichoty na ławkę trenerską. Trener od samego początku swojej przygody w ekstraklasie nie miał pełnego zaufania zawodników, a cała ta sytuacja w ogóle tego nie poprawiła. Tym bardziej, kiedy niedługo później zawieszony został kapitan zespołu, Mirosław Miozga, za którym chorzowscy gracze stoją murem". Czyli w Chorzowie nadal zamieszanie, punktów brak. Zrobiłem sobie ostatnio tabelę za ostatnie 10 kolejek. Clearex ostatni - 7 pkt, Pogoń ciut lepiej bo 9 pkt. A licząc 6 kolejek drugiej rundy, to obie drużyny ugrały jedynie po 3 punkty!!! Zatrważająca liczba porażek do niedawna mocnych zespołów. Chorzowianie długo byli w ścisłej czołówce tabeli w trakcie pierwszej rundy, a Pogoń to przecież vice mistrz Polski. A teraz oba zespoły pikują w stronę dna.



GAF Jasna - Gatta Active. Jak nie idzie w kadrze, to idzie w lidze, prawda panowie Krawczyk i Marciniak? W reprezentacji "Krawiec" uparcie był stawiany na pivocie, a znacznie lepiej radzi sobie na skrzydle. No i pokazał że tam umie grać swoje, zwłaszcza po pięknej indywidualnej akcji, kiedy skręcił kilku przeciwników przy golu Adamskiego na 2:1. Trzeba przyznać, iż w pierwszej połowie mecz był wyrównany, a nawet z przewagą akcji podbramkowych gospodarzy, którzy niemiłosiernie pudłowali. W drugiej części Ficek zmarnował doskonałą okazję do remisu, nie trafiając w piłkę, mając pustą bramkę. Na to czekała Gatta, która rozpędziła się w swoim stylu. Zakosy Marciniaka, zwody Krawczyka i posypały się kolejne gole. Potem jeszcze strzelali do pustaka i w taki sposób rozstrzelali gliwiczan 7:2. Piłkarze GAF-u oddali w tym meczu mnóstwo strzałów, naprawdę ogromnie dużo. Ale co z tego jak były to uderzenia typu "szczał chłop przy płocie". Gliwiczanie głównie dzięki słabości i grze w kratkę innych drużyn nadal zajmują 4. miejsce w tabeli, a Gatta potwierdza aspiracje do tytułu Mistrza Polski. Szkoda, że nie zagrają z Wisłą w ostatnich kolejkach, bo byłby to wielki mecz.

Red Dragons - Gwiazda. Tu było prawie po meczu w 9. minucie gry. Rudzianie zaczęli ostro, od samego początku ostrzeliwali bramkę Foltyna. No i po tych paru minutach prowadzili już 3:0. Na specjalne wyróżnienie zasługuje gol Ariela Piaseckiego, który po rozegraniu rzutu wolnego popisał się wspaniałym wolejem w samo okienko. Jak za tydzień to powtórzy, to będzie następny kandydat do wysyłki obuwia ;)
Gospodarze zaczęli odrabiać straty, równie wspaniałym uderzeniem pochwalił się kadrowicz Dominik Solecki, który także zdjął pajęczynę z narożnika bramki. W drugiej połowie gospodarze trafili na kontakt, ale potem bili głową w mur. Michał Roj miał setkę i pustą bramkę, ale nie trafił czysto w piłkę i zamiast mieć punkt, to dostali pusty kapelusz. "Czerwone Smoki" nie są jeszcze bezpieczne, mają ciężki kalendarz gier. Złapali lekką zadyszkę, z kolei Gwiazda ma teraz niesamowicie ważny mecz z Cleareksem.

Pogoń - AZS UG. Tu przewidywałem zwycięstwo gdańszczan. Dlaczego? Bo zespół gospodarzy jest kompletnie rozbity mentalnie. Działacze mieli 3 tygodnie na wstrząśnięcie drużyną, pierdolnięcie pięścią w stół, ale tego nie zrobili. Łukasz Żebrowski załamywał ręce na konferencji, nie dziwię się zupełnie. To co gospodarze nie trafiali... Czasem aż niemożliwe, jak tak można zagrać na tym poziomie. A przecież Pogoń rozpoczęła dobrze, a nawet bardzo dobrze. Koszmider umiał łapać, Kubik strzelił 278. taką samą bramkę w życiu, wszystko fajnie do 10. minuty meczu. Potem Wojtek Pawicki po raz pierwszy pokazał klasę, trafiając do siatki z dystansu, a niedługo potem Przemek Kostuch popisał się super uderzeniem z woleja. Pogoń jeszcze jakoś wyrównała, po rykoszetowym golu Jurczaka. Potem bili już rekordy indolencji strzeleckiej. Sytuacja kiedy Szamotij i Kubik nie potrafili rozegrać piłki, mając tylko Gondę przed sobą, to już była czysta rozpacz.
A druga połowa była już wprost tragiczna. Gdyby piłkarze Pogoni zamienili się na miejsca z przypadkowymi ludźmi z trybun, to wynik byłby ten sam. Pawicki ukłuł po raz drugi, Koszmider wpuszczał co tylko leciało w jego stronę. Potem wiecznie młody Marek Cirkowski przedziurawił bramkarza. Podsumowaniem występu gospodarzy była ostatnia bramka, kiedy Koszmider zamiast łapać piłkę staranował Żebrowskiego, a Pawicki z uśmiechem na twarzy pospacerował z piłką do bramki. W końcówce Kubik zmniejszył rozmiary porażki, ale nie wstydu. Jak szczecinianie tak zagrają kolejny mecz, to proponowałbym zakleić nazwiska na plecach, bo wstyd się pokazać ludziom.
A Gdańsk zaczął grać w lidze dopiero jak mu przyłożono nóż do gardła. Jadą do Gatty i jak tam ugrają chociaż jeden punkt, to jestem skłonny uwierzyć, że zdołają się utrzymać. Kluczem do tego jest forma Wojtka Pawickiego, który wyróżnia się mocno na plus w tym zespole. Jak pojadą mocnym składem, to mają szansę coś ugrać.

Rekord - Red Devils. Punktów nie ugraliśmy, ale cieszy fakt, iż grając w zaledwie 6-osobowym składzie dotrzymaliśmy kroku rywalom przez cały mecz. Doskonałe przygotowanie motoryczne robi swoje. Gdyby jeszcze "Wiatrak" na sekundy przed końcem ciut lepiej dołożył nogę... Ale nie ma co gdybać, Rekord miał przewagę i grał konsekwentnie to samo w końcówce wycofując bramkarza. No i zmęczyli nas na 30 sekund przed końcem. Rykoszet od Sobańskiego zmylił Bondarenko i piłka wpadła tuż przy słupku. A nas dopadła plaga kontuzji, za kartki nie grał Wadik, a Kazek z gorączką. Co zrobić, przydałby się większy portfel i 20-osobowa kadra, wtedy nie miałbym bólu głowy po takich spotkaniach.

KGHM Euromaster - AZS Uniwersytet Śląski. Mecz bez historii, goście jak dobrze wejdą w mecz, to ugrają punkty, jak ich szybko złapiesz, to od razu odechciewa im się grać. Widocznie oszczędzają siły na kolejne spotkania. Gospodarze szybko objęli dwubramkowe prowadzenie i bezpiecznie kontrolowali przebieg meczu. Trener Korczyński wycofał bramkarza i przez 8 minut próbowali zmęczyć rywali, ale nic im to nie dało. Po prostu mecz bez historii...

Clearex - Wisła Krakbet. Gospodarze idą na dno jak Titanic, jeszcze mają zapas punktowy, ale jak przegrają najbliższy mecz w Rudzie Śląskiej, to powoli będzie się można denerwować. Jak powiedział nowy kapitan Mariusz Seget "piękne porażki nic nam nie dają". Regres straszny, zamieszanie w klubie, który teoretycznie jest bardzo stabilny i ma status legendarnego w polskim futsalu. W pierwszej połowie obie drużyny obijały słupki, chorzowianie również poprzeczkę. Wreszcie Oleksandr Bondar z rzutu wolnego pokonał Pawła Pstrusińskiego, który źle interweniował i wpuścił strzał między nogami. Mecz nie był super ciekawym widowiskiem, a obaj bramkarze byli najlepszymi zawodnikami w swoich drużynach. Były w tym meczu dwa minusy: kontuzja Pawła Budniaka, który jak doniósł na facebook "będę żył" i zachowanie chorzowskiej publiczności. Do tej pory to "Krakusów" krytykowano za chamskie zaśpiewki, tym razem to gospodarze mieli powód do wstydu. Jak najmniej takich zachowań rodem ze stadionów dużej piłki...

Najbliższa kolejka będzie bardzo ciekawa. Już w piątek zapraszam przed monitory na Red Devils - Pogoń ’04 (godz. 19.00 kanał KP Sport). Ciekawe, kto zagra w bramce szczecinian. Dominik Kubrak trzykrotnie (!!!) grając w Chojnicach odniósł poważne kontuzje eliminujące go z gry na dłuższy czas. Nasza sala jest ewidentnie pechowa dla niego. Jest oprócz tego kilka innych arcyciekawych pojedynków, gdzie każdy wynik jest możliwy. Liga jest mega, mega ciekawa - jak nigdy do tej pory. Dwa zespoły walczą o mistrza, ale aż osiem nie jest jeszcze bezpiecznych. Zawsze do utrzymania starczało 20 punktów, czasem nawet mniej a w tym sezonie bezpieczną granicą będzie 25 oczek. Jest o co grać, jest o co walczyć, zatem do boju panowie!!!


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

Po raz pierwszy od wielu imprez nasz klub nie otrzymał zaproszenia na turniej. Ale to nie było przeszkodą dla mnie, zawitałem do Krosna jako dziennikarz portalu futsal-polska.pl, czym wzbudziłem niemałą sensację u pewnego działacza.

Do Krosna wyruszyłem w towarzystwie Krzyśka Juśko (UKS Morze Stegna) i jego żony Dagmary, z którymi się przyjaźnię od wielu lat. Podróż się nie dłużyła, nagadaliśmy się sporo o futsalu, a to był dopiero wstęp. Miło spędziłem czas na turnieju, spotykając się z wieloma osobami z polskiego światka futsalu. Począwszy od Janusza Szymury, szefa Rekordu i spółki Futsal Ekstraklasa, byłego przewodniczącego komisji futsalu Andrzeja Hendrzaka, aż po wielu trenerów i zawodników z naszego środowiska. Ze względu na szereg obowiązków musiałem wrócić w piątek do Chojnic, trzecie spotkanie, a dokładniej drugą połowę oglądałem na necie w trakcie koncertu "Kult Unplugged" w gdańskiej filharmonii. Zboczenie zawodowe ;) Na szczęście Kazik (ten lepiej śpiewający) nie miał nic przeciwko.

Zacznę może od tego, jak wyglądała organizacja turnieju od wewnątrz. Było trochę plusów, jak piękna oprawa przy wejściu na parkiet, znakomite ciastka w pressroomie (zjadłem chyba sto, ale wszystko wypociłem dzień później na siłowni), albo kolega śpiewak z hymnem. Ale też było sporo minusów. Niestety ta mityczna doskonała organizacja z bliska już nie wyglądała aż tak fantastycznie.

Mieszkałem w hotelu 200 metrów od hali, ale po Krośnie poruszałem się taksówkami. Jak się orientujecie, to właśnie taryfiarze wiedzą wszędzie najlepiej, co się w danym mieście dzieje. A ja jadąc czterokrotnie taksówką i gaworząc sobie z kierowcą dowiedziałem się, iż żaden z nich o turnieju nie ma zielonego pojęcia!!!

Frekwencja na hali także była niezadowalająca. A to nie była hala na 10 tysięcy miejsc, a jedynie na 1690 krzesełek. Jak było trochę ponad 1000 osób na meczach Polski, to jest max. Trybuny za bramkami były puste, a na głównej sporo wolnych miejsc. Jedynie na ostatnim meczu hala się bardziej zapełniła.

Moim - i nie tylko moim - zdaniem idealnym miejscem był Szczecin. Jestem absolutnie pewien, iż na dużo większej hali byłby tam komplet widzów. Nie wiem, kiedy była składana aplikacja na Krosno, ale fenomen bijącej rekordy publiczności hali w Szczecinie nie trwa od dzisiaj. Już w pierwszej rundzie rozgrywek tysiące ludzi oglądało spotkania Pogoni w Futsal Ekstraklasie. Same Krosno jest małym miastem bez tradycji futsalowych i trudno było oczekiwać, aby mieszkańcy wypełnili halę po brzegi. Moim zdaniem takie wydarzenia należy organizować w dużych miastach, gdzie ludzie wiedzą co to jest futsal i są już tradycje kibicowania tej dyscyplinie sportu.

Następna sprawa, którą można było zaplanować inaczej, to umiejscowienie trybuny VIP. Z tych miejsc widoczność była bardzo słaba i wielu zaproszonych gości przenosiło się na zwykłe trybuny. Był także niemiły incydent, jeden z dziennikarzy został wyproszony przez ochroniarza z trybuny dla gości, chociaż było tam wiele wolnych miejsc. Chwilę wcześniej ja z nim siedziałem, być może to moja osoba była motywem takich działań. Na dodatek dziennikarze nie mieli wydzielonej strefy i musieli oglądać spotkania zza szyby salki konferencyjnej, tzw. "akwarium".

Kolejna sprawa to transmisja telewizyjna. Nie było meczów na kanałach telewizyjnych, jedynie firma Livepark przeprowadzała bezpośrednie relacje na kanale Łączy Nas Piłka. Znani w światku futsalu z doskonałych relacji członkowie ekipy KP Sport na własny koszt wybrali się do Krosna, otrzymawszy wcześniej akredytacje TV. Tam dostali zapewnienie od organizatora, iż mogą filmować mecze i zamieszczać skróty w internecie. Jak się okazało później, ta zgoda na "kamerowanie" turnieju która nie miała żadnych podstaw prawnych. Prawa medialne do pokazywania meczów z Krosna miała zupełnie inna firma i nic dziwnego, iż zaprotestowała przeciwko "dzikiemu" filmowaniu imprezy. Także inne telewizje, m.in. TVP, nie mogły nagrywać materiałów. Bardzo dziwna sytuacja, tym bardziej, iż telewizje pozostałych krajów z turnieju pokazywały spotkania.

Teraz o kadrze. Trzeba przyznać, iż przez ostatnie dwa lata mieli wszystko. Tutaj należą się słowa pochwały dla działaczy komisji futsalu, którzy zapewnili pełen komfort przygotowań, zorganizowali wiele sparingów z różnymi zespołami, od słabych po bardzo mocne. Trener miał pełne możliwości sprawdzenia piłkarzy i wyselekcjonowania najlepszych. No i tutaj dochodzimy do największego problemu kadry - czyli selekcji.

Gdyby Andrea Bucciol pokazał że ma jaja, to przed turniejem powołałby autorską kadrę, złożoną z najlepszych obecnie futsalowców. Mógł zagrać "va banque". Tydzień przed turniejem nikt go by z posady trenera nie wyrzucił, a gdyby wywalczył bezpośredni awans lub dostał się do baraży, to by się obronił i pozostał na stanowisku. A gdyby przegrał, to z honorem podałby się do dymisji. Lubię Andreę, to naprawdę fajny chłop, ale opinię w środowisku futsalowym ma taką, że jest podatny na różne sugestie.

Jeśli chodzi o samych zawodników, którzy reprezentowali Polskę - na nich nie napiszę pół złego słowa, bo grając w takim zestawieniu kadrowym dawali z siebie wszystko. Walki i ambicji na pewno nie zabrakło, zabrakło jednak umiejętności, zimnej krwi i chłodnej głowy pod bramką rywali. Ale to przecież nie ich wina, starali się jak mogli i z mojej strony wielkie brawa za to zaangażowanie i wiarę do końca w zwycięstwo. Na pewno kilku zawodników zawiodło oczekiwania. Myślę, że przede wszystkim zawiedli samych siebie ale to pozostawiam do oceny im samym. Ja kibicowałem Polakom z całego serca i dziękuję za cały turniej.

Pierwszy mecz z Białorusią. Bojaźliwa gra, wyprowadzanie kontr zaledwie dwójką zawodników. Nie znam do końca założeń taktycznych, ale tu trzeba było ruszyć z impetem i wbić rywali w parkiet, dając znać o tym, jaka jest siła polskiej drużyny. A wyglądało to nieciekawie, zaledwie kilka strzałów na bramkę gości. Dużo asekuracji, gry do tyłu. Zmarnowana szansa na wejście z dużym "BUM!!!" w turniej.

Rozmawiałem po meczu z trenerem Finlandii Mico Marticem, z którym znam się od kilkunastu lat (kiedyś byłem współpracownikiem FP, dostarczałem wyniki z naszej ligi i wymieniałem się kasetami video z meczami ligi hiszpańskiej i polskiej). Nie wymyślał "kwadratowych jaj"; dostosował taktykę do umiejętności swoich zawodników. Grali prosty futsal, ale to wystarczyło na naszą drużynę. A Polska waliła głową w mur, nie mogąc znaleźć sposobu na sforsowanie zasieków. "Fortuna" sprzyjała Finom przy dwóch bramkach i to starczyło na nasz zespół. Ogromna niespodzianka, a co za tym idzie gigantyczne zadanie do wykonania w meczu z Italią.

A tak przy okazji tematu moich kontaktów z Mico, jednym z założycieli www.futsalplanet.com - jak ktoś się chce pośmiać, to tutaj ma wgląd w mój dawny profil współpracownika z FP. Nie muszę chyba dodawać, iż wiele się od tego czasu zmieniło, zwłaszcza nawyki żywieniowe ;)

Przed trzecim spotkaniem Białoruś pokonała Finów 2:0, co przedłużyło nadzieje Polaków. Dobrze weszliśmy w mecz, Kubik po odebraniu piłki popędził do przodu i pokonał Stefano Mammarellę. Nastąpiła wówczas bardzo ciekawa sytuacja - na ławce kapitan Artur Popławski mocno gestykulując pokazywał wszystkim, iż należy przede wszystkim chłodno myśleć, skoncentrować się i nie cieszyć się zbytnio objęciem prowadzenia. Krótko mówiąc po piłkarsku - "nie podpalać się". Nikt na to jednak nie zwrócił uwagi i po zaledwie 8 sekundach Włosi doprowadzili do wyrównania. Potem jeszcze "klopsy" Stefano dały nam nadzieję, ale w drugiej połowie Italia mocno przyśpieszyła i rozwiała wszelkie marzenia o awansie choćby do baraży. Jak ci Włosi pięknie celowali, można się zachwycać długo. Ale to klasa światowa, daleko nam do nich niestety...

Pozwolę sobie ocenić niektóre decyzje kadrowe, gdzie moim zdaniem szeroki sztab szkoleniowy popełnił ogromne błędy:

  • brak Rafała Franza - najskuteczniejszego zawodnika ligi i będącego w formie pivota, który regularnie występuje w Futsal Ekstraklasie, rywalizując z najlepszymi obrońcami w lidze.
  • brak Macieja Foltyna - zdecydowanie najlepszego bramkarza obecnego sezonu, mającego równą i stabilną formę.
  • brak Tomasza Kriezela - który obecnie jest w bardzo wysokiej formie i kreuje grę Red Devils w lidze - a wygraliśmy ostatnie cztery mecze z rzędu - pod pretekstem braku doświadczenia. A jednocześnie powołanie Mikołaja Zastawnika który do tej pory rozegrał zaledwie 15 meczów ligowych. Gdzie tu logika???
  • brak Pawła Budniaka, który w meczu z Finlandią pokazał przez 90 sekund więcej, niż inni przez cały mecz (3 bardzo groźne strzały). Paweł był podstawowym zawodnikiem przez 2 lata, a teraz turniej głównie przesiedział na ławce. Takich zawodników wystawia się "w ciemno"!!!
  • z powodu braku drugiego pivota (powołany jako trzeci pivot Tubacki wystąpił dopiero w ostatnim meczu) granie Danielem Krawczykiem "out of position". Czyli wystawianie "Krawca" nie na skrzydle, gdzie bryluje w klubie, a na "ścianie", gdzie nie mógł wykorzystać swoich umiejętności gry 1 na 1.

Czyli aż 5 pozycji na 9 grających (bramkarz i dwie czwórki) mogło być znacznie lepiej obsadzonych. A przecież mogłoby być jeszcze gorzej, bo Michał Kubik został w ostatniej chwili powołany z listy rezerwowej. To także daje dużo do zastanowienia - jeśli zawodnik na tydzień przed turniejem nie jest potrzebny, a potem nagle wskakuje do składu meczowego i jest w trakcie turnieju najlepszym polskim zawodnikiem. O co tu chodziło???

Nasuwa się szereg pytań. Dlaczego najlepsi zawodnicy nie są powoływani? Dlaczego wszystko stanęło na głowie, podstawowi piłkarze którzy decydowali przez te 33 sparringi o jakości kadry poszli w odstawkę tuż przed turniejem? Dlaczego nie trenowano w meczach towarzyskich gry z wycofanym bramkarzem, a potem nie potrafiliśmy rozegrać ataku w takiej formacji?

Sami widzicie jaki był efekt końcowy, jaki ogrom błędów tutaj popełniono. A kto był głównym architektem tej porażki? Podsumuję to jednym zdaniem - TOTALNA KOMPROMITACJA TEJ AUTORSKIEJ KONCEPCJI KADRY. I proszę czytać ze zrozumieniem - "koncepcji", a nie samej kadry.

Szkoda tego wszystkiego. Po prostu szkoda, bo zmarnowaliśmy doskonałą szansę, gdzie mając turniej u siebie, na dodatek z bardzo przeciętnymi rywalami (oczywiście oprócz Italii), zajęliśmy niechlubne ostatnie miejsce...


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

Turniej w Krośnie już za chwilę, a nadal nic nie wiadomo, czy będzie w telewizji lub w internecie. Cała futsalowa Polska czeka na to.

Dzisiejszy felieton nie będzie zbyt długi, ale za tydzień to już w ogóle go nie będzie - piszę o tym z wyprzedzeniem. Kadra będzie w trakcie turnieju, liga na przystanku, to nie będę znowu pisać o sobie, bo umrzecie z zazdrości, jak mi się dobrze żyje na tym świecie ;)

Powołania... Na pewno niektóre kontrowersyjne. Przewodniczący Kazimierz Greń na konsultacji mówił, iż w zespole są "czarne owce" i należy je wyeliminować. W środowisku głośno jest, iż są to piłkarze którzy nie opublikowali tzw. "oświadczeń". Ile jest w tym prawdy - nie wiem. Ale jestem skłonny uwierzyć w taką teorię spiskową.

Nie będę tutaj opisywać szerzej kto nie został powołany i dlaczego, bo to by zajęło cały felieton, ale wymienię tylko jedno nazwisko - Tomasz Kriezel. Tomek od kilku meczów jest w życiowej formie, co wszyscy widzieli w meczu Red Devils - Wisła pokazywanym przez Orange Sport. W kolejnym spotkaniu z Pogonią w HPP ponownie znacząco wyróżniał się, kreując grę naszego zespołu. To nie jest przypadkowy "wybryk". To regularna wysoka forma prezentowana przez najlepszego zawodnika młodego pokolenia. Przypomnę tylko, iż Tomek był kapitanem zespołów U-19 i U-21. Oficjalnym powodem niepowołania było jego "zbyt małe doświadczenie".

Okey, rozumiem - trener ma prawo powołać zawodników, którzy wezmą ciężar gry na swoje  barki. Ale wówczas nie rozumiem powołania Mikołaja Zastawnika (nie mam nic przeciwko temu zawodnikowi, to świetny materiał na przyszłość), który w ekstraklasie zagrał dotąd 15 spotkań. Kriezel gra już SZÓSTY SEZON. Debiutował w wieku 16 lat i szturmem dostał się do każdej możliwej kadry futsalu w Polsce. Jedno powołanie przeczy drugiemu.

A w Chorzowie kręcą trenerskim fotelem obrotowym w lewo i w prawo (a tu moja dedykacja muzyczna). Był Lichota, nie było Lichoty i jest Lichota. W marcu jak w garncu. Był Mirosław Miozga trenerem, teraz podobno zawieszony. Tomasz Ulfik był trenerem bramkarzy, potem pierwszym trenerem, a teraz jest asystentem. Czyli wrzucamy do jednego kapelusza nazwiska, do drugiego funkcje klubowe i co tydzień losujemy pary od nowa. Chorzowska teletombola. Jeśli da to pozytywny efekt - to brawo dla działaczy Clearexu za danie kolejnej szansy poprzedniemu trenerowi, ale jednocześnie będzie to przyznanie się do błędu ze zwolnieniem. Poczekamy, zobaczymy...

A teraz o ćwierćfinałowych meczach Halowego Pucharu Polski. Można powiedzieć, iż wszystko poszło zgodnie z planem, wyżej sklasyfikowane zespoły uzyskały korzystniejsze rezultaty i są faworytami w rewanżach. Nie ma tu żadnego zaskoczenia, czołówka ligi bryluje także w rozgrywkach pucharowych. Nie ukrywam iż organizacyjnie jesteśmy już naprawdę wysoko, teraz chłopacy wreszcie podciągnęli wyniki sportowe do tego poziomu.

Gwiazda - Rekord (zobacz skrót). Goście kontrolowali przebieg spotkania, bardzo szybko, bo już w 1. minucie objęli prowadzenie po golu "goleadora" Rafała Franza, któremu piłkę do pustaka wystawił Jan Janovsky. W 5. minucie Dmytro Kameko popisał się fantastycznym uderzeniem z dystansu pod poprzeczkę. Na tę samą bramkę bardzo podobnym strzałem trafł Vadym Ivanov. Ta bramka kusi, aby mocno przymierzyć z daleka ;) Jeszcze przed przerwą Wojciech Działach po szybkiej kontrze dał na kontakt, ale od razu Artur Popławski odebrał piłkę i sklepał z Janovskym na 3:1. W drugiej połowie nie działo się zbyt wiele, w końcówce gole zdobywali Szymon Łuszczek i Radek Polasek cwaną podcinką.

Red Devils - Pogoń ’04 (zobacz skrót). My zagraliśmy kolejne bardzo dobre spotkanie. Zespół jest na fali i przed spotkaniem byłem pewien, że wygramy mecz z Pogonią. Atmosfera jest doskonała, wszyscy ciężko pracują na wynik sportowy. W pierwszej połowie jeszcze nie błyszczeliśmy aż tak bardzo, ale druga to był prawdziwy huragan w naszym wykonaniu. Ale po kolei...

Mecz rozpoczął się dosyć spokojnie, a ożywił się dopiero w ostatnich 5 minutach pierwszej połowy. Po wymianie piłek Charczenko - Łuciw nasz grający trener po futsalowemu z czuba otworzył wynik spotkania. Niedługo cieszyliśmy się z prowadzenia, Michał Kubik w swoim stylu złamał do środka i potężną bombą wyrównał na 1:1. Jeszcze Tubacki uchylił głowę - dobrze zrobił, bo by mu ją urwało. Jacek Burglin był zasłonięty i nic nie mógł zrobić. Tuż przed przerwą w polu karnym zawodnik gości nabił piłkę na rękę naszego obrońcy, a sędziowie odgwizdali słusznie rzut karny. Marek Bugański nie pomylił się i to rywale schodzili na przerwę z prowadzeniem.

W przerwie meczu obaj bramkarze, Jacek Burglin i Dominik Kubrak już się nie pojawili na parkiecie z powodu kontuzji. Te zmiany okazały się bardzo korzystne dla nas, bo Bondarenko bronił znakomicie, a Koszmider już nie tak dobrze. Nasz trener zdecydował się na grę z wycofanym bramkarzem, ale wyrównującego gola zdobyliśmy po odzyskaniu piłki przez Tomka Kriezela i szybkiej akcji Charczenko - Iwanow. Pogoń słabo się broniła w grze w przewadze, tak więc trener nakazał dalszą grę piątką w polu. No i kolejna akcja, Iwanow wyłożył piłkę do pustaka Łuciwowi. Goście popełniali sporo błędów, po kolejnym Kriezel przejął piłkę i poszedł sam na sam z bramkarzem i spokojnie podwyższył na 4:2. Po chwili znakomite wyjście z pressingu, podanie Koleśnika do Iwanowa, a Wadik z zimną krwią strzelił obok golkipera. To było pięć minut, które wstrząsnęły Pogonią. Na parkiecie pojawił się trener Łukasz Żebrowski, który uspokoił grę. Jeszcze Tubacki sprytnie się obrócił i zdobył trzecią bramkę, ale w końcówce po zagraniu ręką sędzia tym razem dla nas podyktował karnego. Wadik podszedł, mocnym strzałem skompletował hat-tricka. Trzy bramki różnicy to solidna zaliczka, pojedziemy do Szczecina w roli faworyta i postaramy się nie zmarnować tej zaliczki.

Solidne treningi na hali i w terenie oraz siłowni, odżywki od Marcina Żyndy i wiernego kibica Michała Lenca, ta cała ciężka praca daje efekty. A to początek drogi dla naszego klubu. Potrzebujemy jeszcze sukcesu, aby pozyskać nowych sponsorów i zbudować zespół, który będzie walczyć w przyszłym sezonie o Mistrzostwo Polski. Zapamiętajcie moje słowa.

AZS UŚ - Gatta Active. Tutaj mieliśmy prawdziwą wymianę ciosów. Po awansie Korczyńskiego na trenera i wypożyczeniu Krzyśki ten zespół nabrał charakteru i jest ciężkim rywalem do ogrania. Tym razem w bramce jednak wystąpił Mateusz Bednarczyk i myślę, że nie zawiódł. Niestety nie widziałem skrótu, śledziłem przebieg meczu na lajfach i opieram się na opisie spotkania otrzymanego od Krzyśka Nosa. W polu po przerwie pojawił się Łukasz Kuś, który otworzył wynik meczu, ale pod koniec pierwszej połowy do remisu doprowadził Daniel Krawczyk. Katowiczanie jeszcze raz zerwali się do ataku i ponownie Kuś dał im prowadzenie. W tej części meczu obaj bramkarze byli bohaterami swoich zespołów. Druga odsłona to ataki gości, Krawczyk dwukrotnie celnie przymierzył i było już 3:2 dla Gatty. Gospodarze nieco przysnęli przy trzecim golu, kiedy zduńskowolanie umiejętnie rozegrali rzut rożny. Akademicy wycofali bramkarza, ale gola wyrównującego zdobyli z PRzK na półtorej minuty przed syreną. Będący ostatnio w wysokiej formie Robert Gładczak strzelił na 3:3 i takim wynikiem zakończyło się to spotkanie.

KGHM Euromaster Chrobry - Wisła Krakbet. Tu także nie widziałem skrótu, nie było też transmisji na lajfach. Poczułem się jak na początku lat "zerowych", kiedy wyniki futsalu można znaleźć było wyłącznie na telegazecie późnym niedzielnym wieczorem. Opisu meczu nie ma ani na stronie Wisły, ani Euromastera. U gości dwa zdania, podani strzelcy i tyle. U gospodarzy info, że mecz się dopiero odbędzie. Pełna konspiracja, III wojna światowa nadciąga. Dobrze, że w ogóle kibiców na halę wpuścili.

No to ja też krótko, w drugiej połowie na jeden zero Łukasz Pieczyński, wyrównał Paweł Budniak. Potem Mateusz Niedźwiedź na dwa jeden, a z PRzK w ostatniej minucie trafił na remis Piotr Morawski. Piłkarze biegali, bramkarze bronili. Robili zmiany, trenerzy coś tam krzyczeli. Sędziowie pogwizdali, kibice poklaskali. Jedno z tysięcy spotkań, po chuj ktoś coś ma wiedzieć co tam było? Mordy w kubeł i cicho siedzieć. No i tyle o tym wydarzeniu.


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

Liczba tygodnia, a może i sezonu - 310. Od razu wiadomo o co chodzi. Błażej Korczyński absolutnym rekordzistą Futsal Ekstraklasy pod względem ilości strzelonych bramek. W wywiadach udzielanych przed pobiciem rekordu kurtuazyjnie mówił, że ktoś go kiedyś prześcignie. Osobiście w to wątpię, bo to już nie czasy, kiedy piłkarze strzelali po 30-40 bramek w sezonie. W futsal można grać dłużej niż na trawie, ale to i tak trzeba by zagrać 15 sezonów z regularnym trafianiem po 20 goli. Nierealne, futsal się zmienił i gra w defensywie jest już znacznie inna. To nie są czasy radosnej gry do przodu, wyników typu 10:9. Co oczywiście w żaden sposób nie umniejsza olbrzymiego sukcesu "Korka". Będzie go nam wszystkim brakować, kiedy już zakończy swoją barwną karierę. Kilka wiader medali, gdyby otworzył kwiaciarnię, to nie potrzebowałby wazonów, tyle złomu ma na półkach. Legenda, wszyscy na kolana i bić pokłony!!!

Przy okazji mamy kolejny jubileusz, to już 30-sty felieton. Jak napiszę 310 to będę dopiero zadowolony. Jak to szybko zleciało... Na koniec może wydam książkę, będziecie mieć sezon w pigułce. Szyderczo-radosny opis naszej futsalowej rzeczywistości. No dobra, może na półce obok Ernesta Hemingwaya nie będzie stać, bo w większości to nudy, ale czasem uda mi się coś ciekawego napisać. Jak dzisiaj na przykład. Jak co tydzień na przykład :)

Co kolejkę przeglądam skróty meczów, to spoko. Chłopaki giercują, akcje, obrony, temu zejdzie, tamtemu wejdzie. Ale te konferencje pomeczowe... Strasznie nudne. Kiedyś już narzekałem, ale mogę robić to w kółko. Banały, pierdołki, zwalanie winy na sędziego, krzywy parkiet, niepełnosprawne sprzątaczki. Rzadko się zdarza, że ktoś porażki bierze na klatę, no chyba, że czapa konkretna, to w eter idzie "nie dojechaliśmy na mecz". Ostatnio rzuciła mi się taka myśl Krzysztofa Stanowskiego, szefa weszlo.com, dotycząca właśnie wymówek trenersko-piłkarskich po poniesionych porażkach:

Czasami słyszę, że gdyby bramkarz przeciwny nie bronił tak dobrze i gdyby nasi zawodnicy strzelali tak skutecznie jak rywale, to wynik byłby odwrotny. Przypominam, że piłka nożna (futsal - dopisek M7) polega na tym, by ściągnąć do swojej drużyny bramkarza, który broni lepiej niż bramkarz przeciwny, oraz napastników, którzy strzelają lepiej niż napastnicy przeciwni. Wtedy powstaje lepszy zespół. Ot, cała filozofia.

Krótko, treściwie i na temat. A nie, że "przegraliśmy, bo zabrakło nam szczęścia". Szczęście to jest jak nie wdepniesz w gówno na trawniku, a nie że piłkarz trafił między słupki. No ale to jest legendarna już wymówka. Proszę zatrudnić wróżbitę Macieja, on wie, gdzie to szczęście znaleźć. Tylko terminy ma zajęte do następnej zimy, poza tym zna już spadkowiczów, to po co marnować czas i pieniądze?

Takiej ciekawej ligi nie było od lat. Siedzę w futsalu - nie licząc amatorskich czasów - już dwunasty sezon (3 Holiday, 9 Red Devils), a w ekstraklasie to już mój ósmy i nie pamiętam takiej sytuacji, żeby była aż tak bardzo wyrównana walka. Ostatni zespół może wygrać z pierwszym, a to co się dzieje w środku tabeli, to już kompletny galimatias. Nas skazywano na walkę o utrzymanie, minęły dwie kolejki, a jesteśmy o punkt od czołowej czwórki. Za chwilę znowu może być odwrotnie. Nikt nie chce spaść, wszyscy będą się bili do samego końca. Byłem przeciwny wprowadzeniu barażu, ale teraz widzę, iż dzięki temu niemal wszystkie spotkania do końca sezonu będą miały stawkę, więc nie będzie odpuszczania.

Przeanalizowałem ostatnie 10 sezonów. Po prawej macie ilość punktów zapewniającą utrzymanie w lidze, czyli zajęcie 10. miejsca w tabeli. Nie liczyłem miejsc barażowych, bo w przeciągu tych sezonów zmieniało się to wielokrotnie, od dwóch po jeden lub w ogóle.

Jak widzimy, zdobycie 20 punktów gwarantowało praktycznie utrzymanie się w lidze. Pozostało sześć kolejek i jedno zwycięstwo Katowic czy Rudy Śląskiej na pewno nie da jeszcze utrzymania. Tak więc będą emocje do ostatniej kolejki. Jeśli tytuł mistrzowski może być wcześniej rozstrzygnięty, to na dole wątpię, aby tak się stało. Gdańsk też ma nadzieje, które zostały podtrzymane przez zwycięstwo nad mistrzem Polski. To dlaczego mają tego nie powtórzyć w następnej kolejce? Wszystko jest możliwe, naprawdę wszystko. Byłem na naprawdę fajnym filmie "Disco Polo" w kinie w Trójmieście, a więc tutaj dedykuję chłopakom piosenkę Skanera. Nadzieja umiera ostatnia :) Na co dzień gustuję w trochę innej muzyce, ale to już klasyka gatunku, to dlaczego nie?

Przegląd ligowy zaczynam więc od piątkowego meczu w Gdańsku. Kto się tego spodziewał? Nikt. No może oprócz prezesa Walczaka, który cały w nerwach wbiegał do strefy technicznej. Nie dziwię się, sam pewnie bym tak samo robił, gdybyśmy grali o przeżycie. Sędziowie w protokole meczowym opisali go jako kibica, który podawał się za prezesa. No cóż, nie każdy jest taki rozpoznawalny jak ja ;) Piotrek, pisz felietony albo publikuj fotki spod prysznica UG, to będziesz sto drugim celebrytą futsalowym. Ja skromne sto pierwsze miejsce, bo Numer Raz to wiadomo że od dawna zarezerwowany. A potem długo długo nic i dopiero po stówce my biedne żuczki wraz z całym peletonem prezesów.

Wracamy do meczu, 95% światka futsalu skreśliło Akademików po porażce z Gwiazdą, a tu patrz - żyją i zapierdalają jak dzikie reksy. Niezniszczalna trójca Widzicki - Broner - Cirkowski najpierw pokonała Rekord, a potem w weekend w Przodkowie rozbiła wszystkich w pył na Mistrzostwach Pomorza Oldboys. Razem mają jakieś 150 lat, ale na parkiecie grają, jakby dopiero zaczynali kariery. Jak Uniwerek ma wszystkich zawodników do dyspozycji, to są groźni dla każdego. Rekord - jak już doszlusowali do czołówki po zwycięstwie nad Gattą, to teraz sami sobie strzelają w kolano. Zaczęło się planowo, Popławski łatwo zgubił Poźniaka i zaserwował asa w swoim stylu. Potem już nic nie było planowo. Broner przy pasywnej grze obrońców podał do Widzickiego i mieliśmy remis. W drugiej połowie zamiana ról - tym razem to Poźniak wykiwał Popławskiego i po ładnej indywidualnej akcji dał prowadzenie UG. Za chwilę prosty błąd Szymury bezlitośnie wykorzystał Pawicki. Rekord się pogubił, proste błędy, przegrane pojedynki 1 na 1. Tak nie gra Mistrz. Tak gra zespół środowiskowy. I jeszcze Karton się zrehabilitował za słaby mecz sprzed tygodnia, wbijając gwóźdź do trumny gości. Gol Kameko już nie zmienił wyniku spotkania. Gdańszczan teraz czeka absolutnie kluczowy mecz z Pogonią w Szczecinie. Jeśli tego nie wygrają, to potem trudno się będzie nawet łudzić, iż wygrają większość z pozostałych spotkań, a rywale poprzegrywają wszystko. A gościom znowu duet Wisła - Gatta odjeżdża w dal. Czy to brak Adama Krygera na ławce spowodował takie "miękkie" podejście? Ale był na trybunach, zespołem kierował Andrzej Szłapa, to chyba nie...

Uniwerek Śląski zatańczył sobie z Clearexem. Tydzień temu chorzowianie dopiero co wyszli z kryzysu, żeby znowu upaść na kolana. Naprawdę zaskakująca jest ta cała negatywna metamorfoza. Taki zasłużony klub, niby wszystko dobrze poukładane, a wyników kompletnie brak. Dobrze, że mają solidny zapas z pierwszej rundy, bo inaczej biliby się o utrzymanie. Zresztą jeszcze nic nie wiadomo, jak tam ktoś nie pierdolnie pięścią, to różnie może być. 22 punkty to wcale nie jest aż tak dużo.

Akademicy jak rok temu uciekają spod topora, dobre transfery na pewno pomagają w robieniu punktów. Krzyśka w naprawdę wysokiej formie, Korczyński jak nie przekombinuje z taktyką, to dobrze ustawia zespół, który systematycznie punktuje. Teraz sam też pomoże drużynie, bo z lekką głową dużo lepiej się gra. Otworzył wynik i pozbył się balastu, który wyraźnie mu ciążył od kilku spotkań. Clearex do 15-stej minuty całkiem nieźle grał, mieli PRzK i kilka innych sytuacji. Ale po ładnym golu Gładczaka z wolnego odpuścili sobie. Jeszcze mieli drugi PRzK, ale Krzyśka obronił i wprowadził piłkę do szybkiej kontry - 3:0 i mecz się skończył. Jak już Mirosław Miozga robi proste błędy, to czego oczekiwać po dużo mniej doświadczonych kolegach? Świetny mecz Roberta Gładczaka, który zaliczył hat-tricka.

Wisełka tylko w pierwszej połowie męczyła się z przyjezdnymi smokami. W Red Dragons po raz pierwszy wystąpił Łukasz Błaszczyk, który zastąpił będącego w rewelacyjnej formie Macieja Foltyna. Do Lucka nie można mieć pretensji, dwoił się i troił, ale po prostu nie dał rady krakowskiej nawałnicy.

Na konferencji trener Krzysztof Kusia jak zwykle powiedział jedno zdanie składające się z trzech wyrazów, a Paweł Budniak narzekał na presję, jaka wiąże się z grą w Wiśle. Cóż, kończy mu się kontrakt to jaki problem przejść do zespołu który nie gra o nic? Paweł to fajny chłopak, ale grając na Wisłę to każdy się spina podwójnie i po prostu trzeba się do tego przyzwyczaić.

A co do skrótu - naprawdę super pomysł z zamieszczeniem ponad 15-minutowej relacji video. Trzeba było już wrzucić cały mecz z rozgrzewką i zmywaniem parkietu po zakończeniu. Ja chcę obejrzeć akcje, bramki w 5-minutowej pigułce, a nie chóralne śpiewy oraz reklamę sklepiku z szalikami, który ma w ofercie kilkadziesiąt wzorów. Pomyślałem - długi skrót, to może będą powtórki bramek? Zapomnijmy, lepiej pokazywać przez minutę przybijanie piątek zawodników. I jeszcze jedna uwaga, nie można rozjaśnić tego obrazu? Bo relacja wygląda jak z solarium. Pniewy przegrały mecz po bardzo prostych błędach w obronie, stratach na własnej połowie. Wisła to nie ogórki, dostają prezenty to je biorą. Fajnie zagrał Mikołaj Zastawnik, dwie asysty, pierwsza z dużą fantazją i wizją gry.

Gatta Active - Pogoń 04. Szczecinianie wreszcie wpuścili rozsądną ilość bramek, bo wcześniej to do ich siatki trafiał nawet niewidomy żebrak spod kościoła. Rozmawiałem po meczu z Darkiem Słowińskim, który uczciwie przyznał się, że puścił babola, ale odnowiła mu się kontuzja i musiał zejść z parkietu. Na szczęście dla nich gospodarze mają niezawodny duet Krawczyk - Marciniak, który ustrzelił rywali na cztery. Taka dwójka to marzenie każdego prezesa. Ale Pogoń grała dobry mecz i grając z wycofanym mieli dwie naprawdę dobre sytuacje do wyrównania. Chyba wychodzą powoli z kryzysu. Teraz mamy ich w pucharze i jak znam życie, to będą chcieli na nas zrobić sobie nawrotkę na właściwe tory. Kiedyś muszą odpalić, bo w lidze pali się im pod nogami, a jakości w tym zespole jest naprawdę dużo.

Red Devils - Gwiazda. Wymęczone trzy punkty, ale właśnie to się liczy, a nie styl. Trzecie zwycięstwo z rzędu, zespół wskoczył na właściwe tory. Mamy praktycznie 6 pkt przewagi nad UŚ i Gwiazdą (bo bezpośrednie mecze lepsze), zyskaliśmy komfort psychiczny przed następnymi spotkaniami. Od meczu z Gdańskiem i pierwszej zmiany trenera bardzo poprawiliśmy grę w defensywie. Wiecie ile straciliśmy bramek w ostatnich 9 ligowych meczach? Zaledwie 14. To bardzo dobry wynik, najlepszy spośród wszystkich drużyn. Tylko w Katowicach strzelili nam więcej niż 2 bramki, na dodatek kiedy graliśmy z wycofanym. Oby tak dalej, a jeszcze się okaże, iż będzie to całkiem przyzwoity sezon. Jest to efekt zatrudnienia trenera od przygotowania motorycznego i solidnych treningów. Jak masz siłę biegać, to masz też siłę do powrotów i dobrej gry w defensywie.

Wracając do meczu, to mieliśmy w nim cały czas kontrolę. I powinniśmy "zabić" to dużo wcześniej. Patryk Laskowski otworzył wynik, ale potem jak minął bramkarza i mógł zrobić wszystko, to nabił piłkę na leżącego w bramce zawodnika gości. Był gol czy nie był? Nie było, bo sędzia nie odgwizdał. Trzeba walić pod ladę a nie sprawdzać czy się wturla czy nie. Ale to młody chłopak, ciągle się uczy. Robi postępy i to jest najważniejsze. Potem Sobańskiemu zabrakło nogi, kiedy dostał idealne podanie do pustaka od Wadika. Zrobiła się niepotrzebna nerwówka, na 3 sekundy przed końcem Burglin musiał ratować punkty ofiarną interwencją. Najpierw puścił szmatę, ale potem się zrehabilitował, dając nam cenne zwycięstwo. No to jedziemy dalej z tym koksem, kolejna przeszkoda Szczecin, po drodze po Wielki Wazon.

A na koniec telewizyjny mecz, czyli GAF kontra drużyna o "jak najdłuższej nazwie". Mecz zaczął się z kilkuminutowym opóźnieniem, jakieś problemy z zegarem czy coś. A teraz UWAGA!!! Teoria spiskowa prosto od ekspertów Macierewicza: zrobili to specjalnie, żeby jak najdłużej wyświetlać reklamy bez zasłaniających bandy LED piłkarzy. Cwaniaki z Gliwic ;)

Gdyby głogowianie chociaż coś strzelili z pięciu przedłużonych rzutów karnych, to byśmy mieli naprawdę emocjonującą końcówkę, ale woleli zbijać tynki ze ścian. Uderzali już chyba wszyscy z KGHM-u, do kolejnych ustawili się już kierowca busa, maser i pani, która robi bułki na drogę. Gospodarze mogli ich jeszcze sfaulować z pięćset razy, ale wtedy Euromaster by im zburzył halę. W międzyczasie dostali krótkiego na zachętę, żeby wreszcie coś strzelili, ale potem wrócili do niszczenia wnętrz.

Coś mi się wydaje, że po cichu zaplanowano akcję "bijemy rekord Guinessa w ilości rzutów karnych", a piłkarze GAF aktywnie włączyli się w promocję tego wydarzenia. W międzyczasie Marcin "kurwa ja pierdolę kurwa chuj" Waniczek dostał czerwoną kartkę. Zdziwiłbym się, gdyby ją dostał za przekleństwa, bo by musiał dostać od razu sto. Sędziowie też chcieli być głównymi aktorami widowiska, nie wyjmowali gwizdków z ust, a jak już to robili, to po to, aby dyskutować z kibicami. Kamery zachęcały do dziwnych zachowań, cyrk Monty Pythona to jest nic w porównaniu z widowiskiem, jakie nam zaserwowano w poniedziałkowy wieczór.

Anyway, jak mawiają gentlemani, to był dosyć ciekawy do oglądania mecz, najpierw jedni grali a drudzy stali, a potem odwrotnie. Mizgajski - tylko kopyto, nic więcej w tym meczu. Od kapitana się wymaga czegoś więcej, niż uderzeń siła razy gwałt. Należy pochwalić Kiełpińskiego za powrót po kontuzji, Betao był tam, gdzie być powinien. Obudził się też Diemiszew, który miał być ukraińskim seryjnym mordercą z kałasznikowem w ręce, a do tej pory strzelał z pistoletu na wodę. GAF zgłasza aspiracje medalowe, czwórka się powoli krystalizuje i odjeżdża w tabeli.

A ja wysłałem obiecanego lakierka Danielowi Lebiedzińskiemu, a nawet dwa. Ostatnia deska ratunku dla Euromastera. Wersja uniwersalna typu "ślub/mecz/pogrzeb", a i na imieninach cioci zrobi wrażenie. Model z wysokiej półki, zrobiony ze skóry węża strażackiego. Już widzę, jak będą go sobie przekazywać z rąk do rąk (a raczej z nogi na nogę) przed karniakami, jak insygnia papieskie. Tylko proszę nie wąchać :) Choć jest takie powiedzenie, że jeden lubi jak mu cyganie grają, a drugi jak mu buty śmierdzą...



Kontrowersją kolejki na pewno jest nieuznanie bramki Patryka Laskowskiego w meczu Red Devils - Gwiazda. Ale dopóki nie będzie w futsalu "goal line technology" (a nie będzie, bo nikogo na to nie stać), to takie pomyłki będą się zdarzały. W innym miejscu piszę, iż zawodnik sam jest sobie winny, bo mógł zdobyć tą bramkę na sto różnych sposobów, ale wybrał najtrudniejszy do ocenienia przez arbitrów. Drugą kontrowersją na pewno jest postawa arbitrów w meczu GAF - KGHM, gdzie tylko w drugiej połowie odgwizdali aż 11 przewinień zespołu gospodarzy. Czy wszystkie były słuszne? Trudno ocenić oglądając spotkanie w telewizji. Oceniając wzburzenie trenerów i działaczy z Gliwic (trzy odesłania na trybuny) trudno nie zgodzić się z tym, iż niektóre faule były mocno naciągane. Ale czy to sędziowie się mylili, czy głogowianie tak dobrze udawali to sam nie wiem, trzeba to na żywo oglądać.

Kącik bibliotekarski - "Arsenal - jak powstawał nowoczesny superklub". Kolejna pozycja o Premier League. A wiecie, że szefowie ligi właśnie podpisali nowy kontrakt na prawa telewizyjne ze Sky Sports i BT Sport? Na drobne PIĘĆ MILIARDÓW funtów za trzy lata transmisji. Kluby będą tapetować banknotami szatnie. Dlatego warto zapoznać się z tą książką, gdzie przedstawiono krok po kroku, jak budowano wielki klub. Fakt, że Arsenal nie zdobywa hurtem trofeów, ale zawsze jest w czołówce Premiership i regularnie grywa w Champions League.

A tu fragment recenzji doskonale obrazujący o czym jest ta książka - czyli o Arsenalu, a raczej o dziejach klubu pod wodzą Arsèna Wengera. Historia o pozytywach pracy francuskiego szkoleniowca, która trąci obiektywizmem, bo pokazuje także to, co w jego pracy najlepsze nie było. Charakterystyczne dla Wengera "è" w nazwie klubu w połączeniu z jego wizerunkiem na okładce nie pozostawia tajemnicą, że kolejne strony opisują pracę Francuza w angielskim klubie. Książka opisuje proces tworzenia superklubu, który ma nowoczesny stadion i obrót, wynoszący ponad 200 mln funtów. Jest to droga, którą Arsenal przeszedł wraz z Wengerem zaczynając od 21 mln funtów w 1996 roku. Książka ta nie ucieka jednak od negatywów i wpadek Wengera. Warto przypomnieć sobie jak wiele pracy włożył szkoleniowiec w to, by trzykrotnie sięgać po zwycięstwo w Premier League, a w sezonie 2003/04 uzyskać obok Preston North End tytuł "The Invincibles", czyli zdobyć tytuł mistrza Anglii, nie doznając w sezonie żadnej porażki.

Autorzy Alex Fynn, znany konsultant branży futbolowej, określony przez "The Sunday Times" jako "duchowny ojciec chrzestny Premier League" i Kevin Whitcher, redaktor "The Gooner", wpływowego fanzinu poświęconego Arsenalowi, wkraczają zdecydowanie dalej, aniżeli sama piłka w dosłownym jej słowa znaczeniu. "To, czego o Arsenalu nie wiedzą Alex Fynn i Kevin Whitcher, pewnie nie jest warte poznania (...). Z pewnością jednak ten tytuł opisuje wiele spraw nie poruszanych gdzie indziej" - pisze "Arsenal World". Książka posiada szeroko opisany aspekt biznesowego prowadzenia klubu, tym samym można ja polecić wszystkim tym, którzy już są w zarządach klubów piłkarskich, bądź dopiero planują w nich być. Arsenal jest przedstawiony jako firma, przedsiębiorstwo, które musi mieć osiągnięcia sportowe, ale też zachować płynność finansową, zwłaszcza podczas ogromnej inwestycji, jaką niewątpliwie była budowa nowego obiektu i przeprowadzka na Emirates Stadium. Książka" jest publikacją wspaniałej historii człowieka, który uruchomił ogromną maszynę do zarabiania pieniędzy, nie skupiając się jednak na samych finansach, a przede wszystkim na ludziach.


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

Jak masz w nazwie "RED" to masz patent na czerwoną Wisełkę... Coś w tym jest, bo tylko Red Dragons i Red Devils potrafiły wygrać z liderem. Teraz mogę to otwarcie napisać: po serii trzech słabych spotkań na otwarcie sezonu zarząd naszego klubu zamroził 25% wypłat i nałożył na jednego zawodnika surową karę finansową. Dwóch innych zostało skreślonych z listy stypendialnej i już nie trenuje z drużyną, choć tu powody rozstania były różne, przede wszystkim podjęcie pracy zawodowej poza Chojnicami. Podjęliśmy surowe decyzje, ale zespół na krytykę odpowiedział w możliwie najlepszy sposób - dwoma zwycięstwami z rzędu nad GAF Jasna i Wisłą Krakbet. Trzeba było pierdolnąć pięścią w stół, aby zespół zaczął grać na miarę swoich możliwości. Ruszyliśmy z miejsca, musimy teraz wygrać z Gwiazdą, aby zapewnić sobie utrzymanie, a potem gramy puchar. Nie ukrywamy, iż HPP to cel numer jeden w bieżącym sezonie, chcemy awansować do Final Four i tam powalczyć o pierwsze miejsce.

W tym tygodniu ponownie doby były za krótkie, to ten felieton nie będzie czytadłem na długie godziny. Nie mam konkurencji, inni felietoniści zapadli się pod ziemię - taka sytuacja rozleniwia. Putin też robi co chce, to dlaczego ja mam mieć gorzej? Dobra to to jedziemy, teraz o lidze:

Clearex wreszcie odpalił. Długo im to zajęło, no ale wagoniki ruszyły jakoś pod górę. Stuletni Miro Miozga napoczął gliwiczan. Nie piszę tego złośliwie, a raczej z podziwem, bo raz już go odpalono z fanfarami. A jednak wrócił jak bumerang do Chorzowa i ciągnie ten wózek jako grający trener. I ciągle świeci przykładem, to także jedna z ikon polskiego futsalu. A w spotkaniu trwała wymiana ciosów, tylko Clearex ciągle zachowywał bezpieczną przewagę. GAF gra nadal w kratkę, ale tak samo liczna grupa w środku tabeli. Tu się będzie mielić do końca sezonu i nikt nie zgadnie właściwej kolejności. Do bramki Clearexu powrócił Pstrusiński, co było na pewno dużym wzmocnieniem, z drugiej strony parkietu Widuch zagrał nieco słabiej niż można było się spodziewać. Jak się okazało postawy golkiperów zadecydowały o wyniku spotkania.

Euromaster u siebie uległ Gatcie 2:3. W Głogowie nikt nie ma lekko, gospodarze zaczęli dobrze po golu Darka Pieczyńskiego, który swoją nienaganną techniką pokonał Darka Słowińskiego. A potem poszło już planowo. Zostawić niekrytego Michała Marciniaka w polu karnym - to czyste samobójstwo. Potem do tej pory dobrze broniący Długosz zrobił klopsa przy bramce z wolnego Szymczaka. Do tej pory jego żona (znaczy się Długosza) w tym się specjalizowała, ale postanowił ją zastąpić. Potem już było trochę lepiej, wrócił z kuchni na parkiet. Wkrótce "Mały" podwyższył na 3:1 i sytuacja stawała się trudna. Gospodarzy stać było na kontaktową Kaczmara.

Gospodarze to typowy zespół środka tabeli, ani nie zdobędą mistrzostwa, ani nie spadną. Dużo się gada o różnych bramkarzach, a mi się wydaje, że mocno niedoceniany jest Darek Słowiński. Mówiło się, iż Gatta ma zawsze problem z golkiperem, a tu znaleźli wreszcie rozwiązanie i mają spokój w tyłach. A jak jest pewny punkt między słupkami to też od razu lepiej się gra. Jedynym mankamentem jest mała kadra, która mocno ogranicza ich szanse na złoty medal.

A teraz "Pniewska Masakra Piłą Mechaniczną". Rozpędzony zwycięstwami Express z Katowic zatrzymał się w tej mieścinie i nagle okazało się, iż przedział jest cały pusty. Nikt nie przyjechał, pojawiła się za to gromada przebierańców, która wesoło wtargnęła na parkiet, podając się za piłkarzy. Na konferencji pojawił się tylko trener Korczyński, który potwierdził w.w. fakty. Z kolei trener Frajtag całkiem słusznie zauważył, że Maciej Foltyn jest w genialnej formie i obecnie jest najlepszym bramkarzem ligowym. Na dodatek młodym i perspektywicznym, ale sztab szkoleniowy reprezentacji nie zauważa tego. Ja noszę okulary, ale niektórym to przydałby się teleskop. No cóż, Foltyn ma teraz zajęcie - oprócz strzelania bramek serwuje niezłe podobno kebaby. Przynajmniej nie musi tracić czasu na publikacje durnych oświadczeń. Aha, Maciek - po golach pokazujesz uda jak Cristiano Ronaldo, ale musisz zeżreć jeszcze tysiąc kebsów żeby mieć takie jak on ;)

Gwiazda kontra Uniwersytet Gdański - to był najważniejszy mecz dla obu drużyn, a dla gdańszczan praktycznie ostatnia szansa na nawiązanie bezpośredniej walki o utrzymanie. Co tu dużo pisać, Michał Kartuszyński nie popisał się przy dwóch pierwszych bramkach, wkrótce Gwiazda dodała trzecią i miała już spory komfort gry. Akademicy nie mając nic do stracenia zerwali się do walki i dwukrotnie trafili do siatki. Potem jednak Gwiazda miała serię doskonałych okazji, ten mecz dużo wcześniej powinni zakończyć Szachnitowski i Piasecki, ale obaj trafili w poprzeczkę, mając niemal pustą bramkę, potem Bańczyk szedł sam na sam od własnej połowy i zagubił się we własnych zwodach. A to co zrobił Działach, to już artyzm z wysokiej półki. Mając kompletnie pustą bramkę strzelił z kilku metrów nad poprzeczką. To trzeba po prostu umieć. No i jak to bywa w futsalu, niewykorzystane sytuacje mszczą się podwójnie, tak więc szybka kontra, podcinka Pawickiego - i oto mamy remisik. Obserwowałem to spotkanie na lajfach i widząc, iż gospodarze mają 5 fauli na koncie, dawałem w końcówce więcej szans gdańszczanom, którzy nie dość, że wyszli z dużego impasu, to mają kilka indywidualności, które mogą same przeważyć o wyniku. Ale tu nastąpiła historia z cyklu "od zera do bohatera i z powrotem". Wojtek Pawicki najpierw doprowadził do remisu, ale w końcówce dał się w prosty sposób ograć Hewlikowi, który po świetnych zwodach celnie uderzył za trzy punkty. No i Gdańsk jedną nogą w pierwszej lidze, a czekają ich teraz mecze z Rekordem (D), Pogonią (W) i Gattą (W). Jak nie zrobią jakiegoś cudu i nie wygrają któregoś z tych meczów, to reszta im odjedzie na dobre. A Gwiazda ma kolejny mecz o życie - u nas w Chojnicach.

Rekord - Pogoń. W Szczecinie Mistrz Polski wbił rywalom "ósemkę", u siebie nie chciał być gorszy i powtórzył ten wynik. Jak ktoś chce sobie potrenować strzelanie, porobić zakłady, czy trafi czy nie, czy też potrenować cieszynki - to musi się umówić z Portowcami. Biją absolutne rekordy, defensywa nie istnieje. O bramkarzach trudno cokolwiek napisać, bo ich po prostu nie ma. Tam się coś mocno posypało, wszyscy mają ich za chłopców do bicia, Łukasz Żebrowski widocznie przybity tym wszystkim. Powiększyli halę i od razu powiększyli swoje bramki, do których trafia nawet niewidomy. Jak tak dalej pójdzie, to będą walczyć o utrzymanie, 18 punktów to nie jest aż tak dużo. A Rekord ostatnio się rozpędza, cztery mecze z rzędu wygrane. Gonią czołówkę, ja ich już skreśliłem, ale przy obecnej formie Wisły to jeszcze nie jest koniec. Rafał Franz wali gole jak na zawołanie, 16 na koncie, lider tabeli i idzie na "Strzelca Królców". Ale w kadrze nie gra, bo wyraził swoje zdanie na kilka kontrowersyjnych tematów, co się niezbyt spodobało. A do Franka najlepiej pasuje powiedzonko Sławka Suchomskiego, który kiedyś grał w Holidayu - "Wiecie ile ta noga już strzeliła bramek? Więcej niż Hitler zabił Żydów".

No i na koniec wisienka na torcie. Pisałem tydzień temu, że Wisła będzie miała trudny mecz, bo u nas to każdy się spina podwójnie. Po spotkaniu to się śmiałem, że będziemy co mecz wystawiać atrapy kamer Orange Sport, bo jak jest telewizja, to chłopaki wypruwają sobie żyły. Grający trener wprowadził bardzo dużo spokoju z tyłu, gra jak profesor. 41 lat na karku, a w ogóle tego nie widać na parkiecie. No i ta psychologiczna - jak się potem okazało - zagrywka: w 7. minucie wycofać bramkarza przeciwko Wiśle? To jeszcze nikomu nie przyszło do głowy. A my pokazaliśmy, iż nie boimy się lidera. Fakt, straciliśmy bramkę po rykoszecie po strzale Charczenki, ale wcześniej mieliśmy dwie dobre okazje do objęcia prowadzenia. Pomimo przegrywania nikt nie panikował, graliśmy spokojnie swoje. Tak naprawdę to nawet nie pozwoliliśmy rozwinąć skrzydeł rywalom, Wiślacy nie mieli praktycznie żadnych dobrych sytuacji. A my z minuty na minutę graliśmy coraz lepiej. Tomek Kriezel doznał kontuzji już w pierwszych sekundach spotkania, kiedy zblokowano mu stopę przy strzale. Nasi lekarze szybko go opatrzyli, tejpy plus blokada i wrócił na parkiet. I zagrał fajny mecz, dwie bramki i kilka naprawdę dobrych akcji. Trener Andrea Bucciol powołał go na konsultację, zasłużył sobie nasz "Karuzel". Co tu dużo opisywać, wszyscy to widzieli. To były Czerwone Diabły w wielkiej formie. Szkoda, że nie mają jej co tydzień. Ale myślę, że kryzys mamy już za sobą, zespół został poukładany i to nas zaczną się bać, a nie my przeciwników. Teraz Gwiazda - konieczna wygrana aby mieć spokój w lidze, a potem Pogoń w pucharze. Dwa mega ważne spotkania, dwa mecze w Chojnicach. Wygrywamy, mamy przerwę na regenerację sił i ruszamy do finiszu. "Highway to Hell" zabrzmi jeszcze nieraz w naszej hali, na której mieliśmy praktycznie komplet publiczności. "Klaskacze" zrobiły wielki hałas, w telewizji były wygłuszone, ale na hali było naprawdę głośno. Wszystkim w klubie wrócił dobry humor, zwłaszcza sponsorom. To idziemy za ciosem!!!

Kącik bibliotekarski - pozycja już od dłuższego czasu dostępna na rynku, czyli "Ja, Ibra". Bardzo ciekawa lektura, bardzo interesujący człowiek, bardzo dobry piłkarz. "Możesz wyciągnąć człowieka z getta, ale nigdy getto z człowieka". Taki napis widnieje w przejściu podziemnym w Malmoe, którym Zlatan Ibrahimović codziennie przechadzał z sercem w gardle. Na przedmieściach, w nie cieszącej się dobrą opinią dzielnicy Rosengaerd będącą "sypialnią" dużego miasta - tam Zlatan zaczynał swoją karierę w tanich butach z supermarketu.

"Wszędzie gdzie trafiał, pałał żądzą zemsty wobec tych, którzy wydawali mu się źli. Rodzice jego kolegów zbierali podpisy, by wyrzucić go z drużyny, trenerzy zawsze byli bardziej chętni do krytyki niż do pochwał. Pragnienie, by być lepszym od pozostałych prowadzi go z Malmoe do Ajaksu, gdzie przejmuje spadek po wielkim Van Bastenie później do Juventusu, gdzie Capello piłkarsko lepi go na nowo; następnie do Interu, skąd zabiera kolejne tytuły mistrzowskie. W Barcelonie zostaje tylko rok, wystarczająco dużo czasu, by wykrzyczeć w twarz Guardioli: "Nie masz jaj!", przed powrotem do Włoch, z nowymi magicznymi zagraniami. Historia Zlatana toczy się dalej w Milanie i, jak sam mówi, "to jest bajka, podróż z getta do marzeń". W "Ja, Ibra" Zlatan Ibrahimović po raz pierwszy opowiada o swoich przeżyciach na boisku i poza nim, o radościach i szaleństwach w życiu nie zawsze w pełni kontrolowanym" – to cytaty z jednej z recenzji książki.

Gorąco polecam, bo ta lektura wciąga od samego początku. Do tego mamy kulisy jego wielkich transferów, a także opowiastki jak znajomemu z internetowej gry na playstation podarował zegarek. Dużo ciekawostek zza kulis wielkiej piłki. Ekscentryk i egocentryk, takich piłkarzy którzy znając swoją wartość nie umieją być skromni jest niewielu. Czytamy :)


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...

FUT5AL HEA7EN

I znowu spóźnienie... Trzeci raz mi się to przydarzyło, a jest to FUT5AL HEA7EN numer 28. Tym razem miałem bardzo mało czasu, to ten felieton nie będzie z cyklu "rewelacyjne i odkrywcze". Kiedyś musicie przecież przestać mi klaskać, no nie?

Wybaczycie? Musicie, bo przecież mnie lubicie. No, może oprócz dwóch panów: z Białegostoku (dedykacja muzyczna) oraz z Rzeszowa (a z tych rejonów to polecam stary czeski, kultowy film Tajemnica Zamku w Karpatach - fragment oraz cały film).  

Zacznę od pomyślnych wiadomości, kadra U-21 zagrała dwumecz z Portugalią. Najpierw poniosła porażkę 1:3, ale ten wynik na pewno hańby nie przynosi. Ja osobiście z tym zespołem wiążę duże nadzieje na przyszłość, kadra seniorska pewnego poziomu już nie przeskoczy, ale ci młodzi zawodnicy mają szansę zrobić coś wielkiego. No i w rewanżu spięli się, zagrała sportowa złość i wygraliśmy 2:0 po golach Szypczyńskiego i Zastawnika.

I właśnie o to chodzi, o zagranie na maksimum swoich możliwości. Faktem jest, iż Portugalczycy zagrali kadrą U-19, ale także w naszej zagrali 19 i 20-latkowie. Kamil Lasik w bramce ma wielki talent, dodajmy to tego Macieja Foltyna i mamy bramkarzy na długie lata w kadrze narodowej. Większość zawodników z pola gra już regularnie w ligach i mogą być tylko lepsi z sezonu na sezon. Ta kadra naprawdę daje nadzieję na to, iż za kilka lat Polska będzie się liczyć w futsalowej Europie.

W 1/8 Halowego Pucharu Polski sekundy dzieliły nas od dwóch sporych niespodzianek. Tylko skuteczność w serii rzutów karnych dała awans dwóm czołowym ligowcom, czyli Wiśle Krakbet i Gatta Active.
W Gdańsku było o krok od sensacji... (zobacz skrót). Gdańszczanie objęli prowadzenie, ale profeiro "Mały" indywidualnie pokręcił i szybko odrobił straty. Stanisławski w tym sezonie dyryguje ekipą ze Zduńskiej Woli i tylko szkoda, iż mają tak krótką ławkę i będzie im ciężko zagrozić Wiśle w drodze do tytułu. No ale wracamy na halę AZS-u, a tam Cirkowski podwyższył na 2:1 w 38 minucie gry. "Cira" nestor, stary wyjadacz parkietów tylko dostawił nogę, a chwilę później mógł zabić Gattę, ale nie trafił do pustej bramki z połowy boiska w całkiem komfortowej sytuacji. Rywale grali cały czas z wycofanym i na 5 sekund przed końcem Sobalczyk dał na remis. Pierwszy raz zwycięstwo ucieka gospodarzom, ale to jeszcze nie koniec. Dogrywka - super akcja Osłowski, Poźniak, Kostuch i UG znowu na prowadzeniu. Sobalczyk nie strzela krótkiego karnego, szybko grę wznawia Gonda, Kostuch świetnie się obraca i gra klepkę z Poźniakiem - 4:2. Gatta na kolanach, tylko dobić, zakopać, nerki sprzedać.

Ale... "Ale były dwie, jedna się dymała a druga nie". No i UG dało się wydymać. Sobalczyk Show, najpierw gol, a potem asysta do Szymczaka, który przytrzymał się słupka. Karne i tu Gatta nie zawiodła. Gonda mocno statyczny, wiadomo, że krótkiego ciężko obronić, ale stał i nie reagował, czekając aż go trafią. Nie trafili i awansowali dalej.

A Wisła popłynęła przez Pyrlandię do Pniew. Tam w lidze straciła punkty, teraz zabrakło naprawdę niewiele, aby odpadła z HPP. Red Dragons nie przestaje zadziwiać, z najlepszymi grają na równym poziomie. Zwłaszcza u siebie, gdzie naprawdę przy gorącej publiczności wspinają się na Himalaje. Dwukrotnie obejmowali prowadzenie, potem Wisła wyrównała a po czerwonej dla Hołego wyszła na 3:2. Frajtag wycofał bramkarza i tym razem Dragonsi wyszli na 4:3, ale Wisła także grając z wycofanym dała na 4:4 na kilkanaście sekund przed końcem normalnego czasu. W dogrywce było spokojnie, a więc karne. Najpier Jończyk gol, potem nie trafiali pewniacy Solecki i Frajtag, w międzyczasie "Lucek" Błaszczyk wybronił Budniaka, a Bondar przycelował na 2:0 i finito. Prezes Wawro poluzował krawat, krew znowu zaczęła krążyć w organizmie. Uff, udało się. Aha, video z tego meczu nie ma, bo gospodarze wymyślali cuda na kiju jakich świat nie widział, to trzeba było utajnić. Top Secret i do sejfu.

Zawbud Iława - AZS UŚ Katowice 3:5. Tysiąc ludzi na trybunach, kiedyś tam był zespół ligowy ITR, potem w pucharze też grała mocna ekipa. Jest tam zapotrzebowanie na futsal, może ktoś wreszcie ogarnie to i zrobi ligę? Rafał Krzyśka był zachwycony, nie dziwię się w ogóle. Gra przy pustych trybunach w Katowicach, a pełnej hali w Iławie mocno się różni. Radość kibiców pomaga przy zwycięstwach, echo raczej nie.

O innych meczach pokrótce, Pogoń zagrała w Bojanie pod Gdańskiem znowu radosny futsal. Przynajmniej kibice się cieszyli z dużej ilości goli. Na początku poszli na wymianę ciosów, było 2:2 ale potem już z górki i cały czas zachowywali bezpieczną różnicę bramek. KGHM Euromaster poradził sobie z pierwszoligowcami z Komprachcic wygrywając 7:3. Przed meczem chodziły plotki, że głogowianie chcą odpuścić puchar, no ale plotki to najczęściej bzdury i awansowali dalej. Clearex pod wodzą nowego duetu trenerów nie dał rady Rekordowi, a w meczu padła tylko jedna bramka. Jak wynika z krótkiego raportu na stronie chorzowian, mieli jak zwykle przewagę i jak zwykle zabrakło szczęścia. Cóż, szczęście podobno sprzyja lepszym. W każdym bądź razie Ulfik - Miozga mają naprawdę wielki problem, aby wydobyć zespół z impasu. W Tryńczy rekord publiczności, na pół godziny przed rozpoczęciem spotkania z Gwiazdą Ruda Śląska na hali nie było już miejsca!!! Potem nie było już tak wesoło, ekstraklasowcy do przerwy prowadzili trzema bramkami, a ostatecznie wygrali 6:2. Ale to już kolejny mecz, gdzie zespół FE wypełnia trybuny. Cieszy fakt, iż właśnie w takich miejscowościach futsal daje emocje, a kibice chcą oglądać piłkę halową. Dodatkowo przy okazji tego spotkania zebrali ponad 6 tysięcy złotych na akcję charytatywną - wielkie brawa!!! Futsal is better!!!

A na koniec my, czyli "Czerwone Diabły". Nastawiamy się na puchar, bo w lidze już niczego nie zwojujemy. Za final four jest premia, a za zdobycie trofeum już naprawdę konkretne pieniądze. Gruba kasa do wzięcia, jest więc o co grać. Do tej pory z różnych powodów odpuszczaliśmy te rozgrywki wystawiając rezerwowych bądź drużynę juniorów ale teraz idziemy na całość.

Wreszcie się chłopaki zagrali tak jak "umną", choć trzeba szczerze przyznać, iż tempo meczu z GAF-em nie było oszałamiające (zobacz skrót). W obu zespołach zabrakło po kilku czołowych piłkarzy (Koleśnik, Mączkowski, Mizgajski, Diemiszew, Kiełpiński), ale zmiennikom nie brakło chęci gry. Decydującym momentem gry była czerwona kartka dla Widucha. Jego zmiennik debiutował w rozgrywkach, ale grał zbyt krótko, żeby go oceniać. To nie był jedyny debiut, w miejsce chorego Witalija zagrał trener Andrij Łuciw, którego certyfikat dotarł wreszcie do Chojnic. 41 lat, a grał jakby miał dużo mniej. Dwie piękne asysty, "patrzta" ludziska jak to się robi!!! Tylko się uczyć od niego. Spokoju i dokładnych pasów. Ukraińska szkoła jazdy. Będzie dobrze. Teraz przygotowujemy się do poniedziałkowego telewizyjnego spotkania z Wisełką. Wstrząsnęliśmy mocno zespołem, który zareagował w najlepszy możliwy sposób, czyli obudził się z zimowego snu i wreszcie wygrał. Chłopaki dostali premie za to spotkanie, za Wisłę także mają obiecaną i to rosnącą w zależności od efektowności i efektywności gry.

Krakowianie tylko raz wygrali u nas, w sezonie 2011/12 kiedy ponieśliśmy porażkę 1:6 (zobacz skrót). Zespół przez 2 miesiące nie miał trenera, Oleg Zozula przyleciał wówczas samolotem zaledwie na dzień przed meczem. Potem już nie mieli tak łatwo. W następnym sezonie wygraliśmy z nimi 3:1 (przewrotka Ivanova!!!), potem w finale play off zremisowaliśmy 1:1, ale ulegliśmy po rzutach karnych (zobacz skrót) co dało Wiślakom Mistrzostwo Polski. W ostatnim sezonie zremisowaliśmy 5:5 po fantastycznym spotkaniu (zobacz skrót), kiedy na kilkadziesiąt sekund przed końcem prowadziliśmy dwoma bramkami, ale zryw krakowian dał im remis i brązowy medal. Jak widać, ostatnie trzy spotkania były pasjonującymi widowiskami, mam nadzieję iż takie samo będzie już za kilka dni. Chcecie dobrego futsalu to wiecie co robić, włączać telewizory a żony/dziewczyny/kochanki wysłać najlepiej do kina na "50 Twarzy Grenia" ;)

Kącik bibliotekarski - "Alex Ferguson. Autobiografia". Absolutnie fascynująca lektura (nie mylić z "Sir Alex Ferguson. Futbol cholera jasna!" Patricka Barclaya), w którą można zapaść na kilka długich wieczorów.

Niektórzy w tej chwili powiedzą: "łeee, znowu o Man United”. Ale ta książka to nie tylko opis managerskiej, 26-letniej ery władcy Królestwa Old Trafford. To opowieść o chłopaku z Glasgow, który przeszedł przez wszystkie szczeble piłki nożnej, od piłkarza Rangers do managera największego klubu na świecie. To także opowieść, jak się zmieniał świat futbolu. Od piłkarzy-pracowników huty po zawodników - celebrytów, o ego większym niż stadion, na którym występują. O tym, jak radzić sobie we wszystkich sytuacjach i o tym, że jest jedna zasada "always keep control of the club".

Mało kto wie, że przed Man United Ferguson prowadził Aberdeen i osiągnął z nimi wprost niewyobrażalne w dzisiejszych czasach sukcesy. Trzy mistrzostwa Szkocji, przełamując odwieczną hegemonię Rangers/Celtic, cztery puchary Szkocji oraz Puchar Zdobywców Pucharów, czyli dzisiejszą Europa League. A wiecie kogo Aberdeen pokonał w finale? Real Madryt. 2:1 po dogrywce. Wyobrażacie to sobie? Real potęgą był zawsze, a o drużynie szkockiej mało kto słyszał.

Nic dziwnego, że Martin Edwards, prezes United, po rządach Big Rona Atkinsona to właśnie Alexa wytypował na następnego managera Manchesteru. SAF zastał na Old Trafford pogorzelisko, drużynę z piłkarzami mającym problemy alkoholowe, bez skautingu, z fatalnym szkoleniem młodzieży. Czekał go ogrom pracy nad stworzeniem klubu od samych podstaw, od ośrodka treningowego po zatrudnienie trenerów, skautów, lekarzy, psychologów - absolutnie wszystkiego od zera. A potem stworzenie kilku generacji wspaniałych piłkarzy - wychowanków klubu i zbudowanie kilku genialnych drużyn, które rządziły w Anglii i w Europie (’94 z Schmeichelem, Cantoną, Keane’m i Giggsem, potem ’99 i Potrójna Korona z Beckhamem, Scholesem, braćmi Neville, Solskjaerem, Yorke’m i Cole’m, a potem ostatniej generacji z 2008 roku, która pobiła rekord Liverpool w ilości Mistrzostw Anglii i wygrała Ligę Mistrzów).

Nie można oderwać się od tej książki. Ferguson to United. Ferguson to piłka. Powtórzę wam anegdotę, którą opowiedział Neil Warnock, były manager Sheffield United - "Każdy szkoleniowiec, każdy piłkarz, wszyscy mający coś wspólnego z piłką nożną, mogą do niego zadzwonić o każdej porze dnia i nocy. Pewnego dnia zadzwoniłem do niego, rozmawialiśmy 10 minut o piłkarzach. Znał dobre i złe strony każdego, o którego zapytałem. Gdy odłożyłem słuchawkę powiedziałem do siebie: zakładam się, że on wie nawet, kto jest ogrodnikiem (groundsman) w Dunfermline. Dzwonię, więc drugi raz. Hej, Alex. Zapomniałem się zapytać, kto jest nadzorcą stadionu, w Dunfermline. I wiecie co? Znał jego imię i skąd pochodził".

Co tu dużo pisać, absolutne "must have" w biblioteczce każdego fana futbolu.


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

I co tu mogę więcej napisać po wstępniaku z ostatniego felietonu? Nie pojechałem do Katowic, mecz śledziłem na lajfach jednocześnie, oglądając w Orange Sport Gattę z Rekordem. Tak się wkurwiłem, że wyłączyłem telewizor w przerwie, potem telefon i już nawet nie pamiętam co wówczas robiłem. W każdym bądź razie nie myślałem o futsalu.

Nic więcej nie napiszę, ale w czwartek spotkamy się z drużyną i poinformujemy o pewnych krokach, jakie podjęliśmy, aby wstrząsnąć zespołem. Tak dalej być nie może. Warunki w klubie komfortowe, a zespół nie gra, tylko stoi na parkiecie i to od kilku meczów.

Najpierw o kadrze, mecz Polska - Rosja w Szczecinie. Imponująca frekwencja, świetna robota działaczy Pogoni ’04 i Zachodniopomorskiego ZPN. Ponad 5 tysięcy ludzi - to robi wrażenie. Pod tym względem Szczecin jest absolutnie najlepszy, po nim długo długo nic. Mecz - pierwsza połowa całkiem niezła, stworzyliśmy kilka akcji z których mogły paść bramki. Ciut więcej koncentracji, precyzji i byśmy się cieszyli z prowadzenia. Ale Rosjanie spokojnie przetrzymali te ataki, a po prosto rozegranym aucie zdobywają prowadzenie. Wydaje mi się, iż Nawrat mógł to obronić, nie był zasłonięty i widział dokładnie jak uderza Kutuzow. Druga połowa to znowu Nawrat się nie popisał, zbyt dalekie wejście i został przelobowany przez Cziszkałę. Prosty błąd. Potem poszło już z górki, Rosjanie z dużą łatwością wchodzili w naszą defensywę. Dworzecki biegał daleko od bramki jak Żyd po pustym sklepie, ruskie cwaniaki umiejętnie wyciągali go spomiędzy słupków i walili do pustej. W tym meczu bramkarze po prostu nie pomogli.

Na koniec "wisienka na torcie" całego meczu, czyli ostatnia bramka. A raczej komediobramka po zderzeniu się naszych zawodników, którzy nawzajem przeszkadzali sobie w wybiciu piłki. Cóż, pierwsza połowa na 5 (skala 1-10), ale druga to już na 1. Zabrakło woli walki, zaangażowania, zbyt dużo prostych błędów. Zapomnieć jak najszybciej.

Ale nie ma co krytykować za dużo, bo graliśmy z absolutną światową czołówką. Franz Smuda kiedyś zagrał otwarty mecz z Hiszpanią, skończyło się 0:6. A 0:6 na trawie to jak 0:12 w futsalu.

Drugi mecz miał podobny przebieg, tylko Rosjanie szybciej zaczęli strzelanie. A walili jak w Donbasie, piękne gole. Zwłaszcza rozegranie rzutu wolnego do szatni, majstersztyk. No i potem Eder Lima w indywidualnej akcji na 4:0. "Ruleta", "dziura" i gol w okienko. Co tu więcej wymagać od futsalu? Klaskać, klaskać, klaskać.

Komentator Kuba Lempski z KP Sport wspomniał kilkukrotnie, iż należała nam się bramka honorowa. Trudno wymagać, aby rywale się położyli, trzeba samemu coś wymyślić. Parę razy się udało przedrzeć pod pole karne rywali, ale my do pustej nawet nie trafiamy, jak Solecki. Albo nie potrafimy wykorzystać sytuacji 2 na 1 z bramkarzem jak Wojciechowski. Nogi jakieś związane, trema przed renomowanym rywalem, presja działaczy? Nie wiem, pewnie wszystko po trochu. Rosjanie grali "cool", zimna krew, nikt nie panikował, co mieli to wykorzystali. Luz, swoboda, pewność siebie. Krótko mówiąc absolutnie poza zasięgiem.

Zawodnicy tacy spięci, trenerzy mają duży problem. A może być tak rozluźnić atmosferę? Przypomniał mi się stary dowcip opowiadany przez Andrzeja Biangę za czasów naszej współpracy w Chojniczance:

Program wystawy rolniczej:
15.00 wprowadzenie zaproszonych gości
15.15 wprowadzenie trzody chlewnej i bydła rogatego
15.30 wspólny posiłek.


Na twitterze toczyła się dyskusja, jaki był sens gry z tak silnym zespołem. Ja uważam, iż warto było sprawdzić się z absolutną czołówką światową. Nieczęsto nadarza się okazja, aby zespół z topu chciał rozegrać dwumecz z Polską, tak więc jak nadarzyła się taka możliwość, to grzech byłoby nie zagrać takich spotkań. Niezależnie od wyniku. Ze średniakami możemy grać co tydzień. Teraz trzeba zapomnieć o tym dwumeczu, spuścić ciśnienie i spokojnie się przygotować do turnieju eliminacyjnego w Krośnie. Mecze mają być transmitowane w telewizji - to super wiadomość. Pełna hala, Mazurek Dąbrowskiego niech natchnie naszych zawodników.

Zabłądziłem ostatnio na mecz siatkówki Lotos Trefl Gdańsk - Skra Bełchatów w Ergo Arenie na pograniczu Sopotu i Gdańska. Ponad 10 tysięcy ludzi, wszystko doskonale zorganizowane. Marzą mi się takie spotkania w Futsal Ekstraklasie, Pogoń robi już pierwsze kroki. Duży nacisk na marketing, kreowanie gwiazd i można zapełnić nawet największe hale. Ale to ogrom roboty, tym bardziej szacun dla szczecinian. Tak wygląda przyszłość futsalu.

A tak przy okazji muszę się pochwalić nową pasją – crossfit (video 1 oraz video 2). Chodzę z kolegą na indywidualne treningi do chojnickiego klubu Falanga Macieja Doktorowicza. Crossfit obejmuje ogromną ilość ćwiczeń i dyscyplin - klasyczne treningi siłowe (m.in. ćwiczenia takie jak przysiady, martwy ciąg, podrzut, rwanie, podciąganie na drążku, wspinanie się po linie), treningi biegowe (wybieganie, rytmy, tempówki, interwały, podbiegi), elementy plyometryki (np. skoki, wieloskoki), pływanie, jazdę na rowerze, wiosłowanie.

Zajebisty wysiłek - krew, pot i łzy ale satysfakcja z przełamywania własnych barier - olbrzymia. Po pierwszych treningach człowiek umiera, zresztą to jest normalka po workoutach na czas. Ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Do treningów bokserskich dodałem crossfit i teraz już codziennie trenuję, tak - na starość zwariowałem. Do tego dieta, odżywki, zmiana nawyków żywieniowych. Ale postanowiłem sobie, że najbliższy rok poświęcę całkowicie na budowę nowego człowieka. Czy wytrwam? Jestem tego absolutnie pewien. Jestem ambitny, mam bardzo dobrych trenerów, mam wielkie chęci. Do tej pory tylko grałem w piłkę kilka razy w tygodniu, od czasu do czasu ćwiczyłem, bo mam kompletną siłownię w domu, ale u siebie nie ma takiej motywacji, poza tym ciągle coś odrywa od ćwiczeń, a to telefon, a to maile, wiecie jak to jest. Filmy też lepiej ogląda się w kinie, kiedy nic nie przeszkadza, prawda?

Teraz o lidze.

Clearex zmienia trenera... Który raz to już słyszymy? Fakt, iż jeden punkt w sześciu meczach i coraz słabsze wyniki nie bronią Adama Lichoty, ale czy pomysł na grający duet Miozga - Ulfik jest tą właściwą deską ratunku? A co z Tadkiem Wolnym, a co z Gothardem Kokottem? Ten duet kiedyś wymieniał się 654 razy. Ale to melodia przeszłości. Dwójka doświadczonych piłkarzy wie najlepiej, co tam w zespole piszczy. Z drugiej strony to są kumple, a jak widać po przykładzie Żebrowskiego w Pogoni, to nie zawsze udany eksperyment. Ale o tym więcej napiszę w innym miejscu. Głogowianie grają w kratkę - tu wygrać, tam przegrać, czasem zremisować, ale punkty robią. KGHM Euromaster w pierwszej minucie dwa razy ukłuł po golach Urbaniaka i potem spokojnie wiózł wynik do końca. Profesor Dariusz P. kreuje grę swojego zespołu jak inny "dziadek" - Andrea Pirlo w Juventusie. Przyjadę za 10 lat na halę do Głogowa, a tam Dareczek najpierw opierdoli siwą brodę maszynką, a potem rywali lewitką.

AZS UŚ - Red Devils. Same przekleństwa cisną się na usta. Paweł Barański w miniwywiadzie kulturalnie skomentował moją wypowiedź z poprzedniego felietonu. Zawsze mówiłem, że najlepszą odpowiedzią na krytykę jest postawa na parkiecie. W przedostatniej kolejce Katowice zagrały w Gdańsku na pierwszoligowym poziomie, teraz AZS UŚ zagrał z nami na dużo wyższym i zasłużenie wygrał. A to my zagraliśmy w drugiej połowie na drugoligowym poziomie. Do tego Rafał Krzyśka super mecz, rzadko się zdarza, aby bramkarz miał gola i asystę, na dodatek w kluczowych momentach gry. To był ten "piąty element", który przeważył szalę spotkania. My z kolei tragicznie, podsumowaniem tego występu była piąta bramka, kiedy sami podaliśmy Gładczakowi piłkę, aby trafił do bramki. Rozkojarzenie, zlekceważenie przeciwnika, brak zaangażowania - karygodne. Wyciągniemy konsekwencje, bo tak dalej być nie może i nie będzie. A tak przy okazji, Paweł - trafiamy do pustaka ;)

Pogoń u siebie przegrywa z Gwiazdą - początek przespali, ale jeszcze przed przerwą w półtorej minuty wyrównali. Kiedy wydawało się, że w drugiej połowie zmiażdżą gości, to rudzianie niespodziewanie zdobyli trzy bramki i trzy punkty. Ale te gole poprzedził festiwal pudłowania w wykonaniu Gwiazdy, bo powinny być co najmniej trzy trafienia więcej. Szczecin dwa mecze i 15 goli w bagażniku, ewidentnie mają z tym problem. Już 55 straconych bramek - tu są niechlubnym liderem całej ligi. Łukasz Żebrowski w każdym innym klubie byłby świetnym trenerem, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Ale tam miejscowi grają już razem ponad sto lat, tańczyli na stołach i pod stołami a "Żebro" to dla nich jest kumpel, a nie autorytet. Tak wnioskuję z daleka, ale nie wydaje mi się, żebym się dużo mylił.

GAF Jasna - Red Dragons. Tutaj "Smoki" poległy, gospodarze od początku mieli sporą przewagę. Opierdol od zarządu podziałał jak zimny prysznic i gliwiczanie wygrywają drugi mecz z rzędu. Pniewy po serii dobrych wyników wreszcie zgubiły punkty. Teraz mamy GAF u siebie w pucharze, czas odbić się od dna, tak jak oni na nas dwa tygodnie temu.

AZS UG - Wisła Krakbet. Gdańsk załamany, liczyli na nas w meczu z Katowicami - no bo na kogo innego mają liczyć? Ślązoki będą sobie nawzajem pomagać, a my wbijamy gwóźdź do trumny Akademikom znad morza. Początek wyrównany, ale jeszcze przed przerwą Wisła objęła prowadzenie dwoma bramkami i nie wypuściła tego z wawelskiego pyska. Choć to prowadzenie mogą zawdzięczać Kamilowi Dworzeckiemu, który wybronił dwie niemal beznadziejne sytuacje. Potem już niewiele się działo, Wisła bardziej broniła wyniku niż atakowała, a UG marnował dogodne sytuacje.

Gatta Active - Rekord. Przed meczem dużo podtekstów związanych z anulowaniem żółtej kartki Krawczyka, ale potem to spotkanie pokazało, czym się różnią mężczyźni od chłopców. Bielskobiałopolaniści (czy jak to się tam pisze ;) ) łapali kartki jak głodny murzyn worki z ryżem w Afryce. Pierwsza połowa bez goli, ale potem rozpętało się piekło. Czerwo dla Kamyko - "Krawiec" na dwa tempa na 1:0. Potem wolny, Brzenk łapał muchy koło ucha i 2:0 dla gospodarzy. Następnie "Szłapka" bawi się w zapaśnika, czerwo dla Legendy. I od razu następne dla Adama Krygera, który powędrował na trybuny. Inaczej mówiąc zrobił krok do tyłu.

Zegar tyka "tik tak, tik tak", Rekord na kolanach krwawi jak zarzynana świnia. W hangarze atmosfera jak w rzymskim "Koloseum", w amfiteatrze Flawiuszów publika pokazuje kciuki w dół. "Faceci w rajtuzach" mają rywali na talerzu, wystarczy poderżnąć gardło brzytwą do końca i otwieramy szampany... Nagle cisza, a na salę wjeżdża projektor i puszczają film "Jak przejebać wygrany mecz w 5 minut". Co tu napisać? Popławski Król, Kryger Król, Szymura Król. A dla gospodarzy gimbusowe "dupa w rajtach, kisiel w majtach".

No i tyle o naszej kopaninie. Ale i tak dużo lepsza niż ta trawiasta - śmiechu warta.

Kącik bibliotekarski - tym razem o wyspiarskim futbolu, czyli "Futbol obnażony. Szpieg w szatni Premier League". Jak pewnie wiecie, jestem od prawie 30 lat ogromnym fanem reprezentacji Anglii i Manchesteru United. Zaczęło się to w 1986 roku podczas FIFA World Cup ’86 w Meksyku. Zakochałem się w dumnej ekipie "Trzech Lwów", potem doszły "Czerwone Diabły" z Manchesteru. Zawodnikiem, który mnie zafascynował, był Bryan "Captain Marvel" Robson. Absolutny geniusz środka pola, niestety szereg kontuzji nie pozwolił mu na rozwinięcie skrzydeł na arenach świata. Ale jak był zdrowy, to rządził niepodzielnie w pomocy. To dzięki niemu zacząłem się interesować klubem, w którym wówczas grał. A potem poszło z górki. Premier League, prenumerata "Shoot", "Match", "90 Minutes", "Red Issue", książki, biografie (mam tego całe tony), dekoder Sky Sports, 500 kaset video, mecze na żywo na wielu stadionach Wielkiej Brytanii, 150 oryginalnych koszulek reprezentacji wyspiarskich i drużyn klubowych (samych Man Utd mam ponad 40, praktycznie wszystkie wyprodukowane od 1991 roku). Do tego nienawiść do Liverpool, Leeds & Man City i absolutna adoracja oraz miłość do Erica Cantony a co za tym idzie do cyfry "7" ;)

Rozpędziłem się z tym opisem, ale tyle o mnie. A teraz do rzeczy. Zacytuję fragment recenzji: "Ryk tłumu w tunelu na Anfield (FU!!! Mój dopisek), niepowtarzalne uczucie, gdy uderzona przez ciebie piłka wpada do bramki Manchesteru United, John Terry uderzający cię łokciem w twarz, przegrana licytacja z graczami Barcelony o dziewczynę na jedną noc... Wejdź w sam środek świata wielkiej piłki - wzajemnie nienawidzących się partnerów z drużyny, bezwzględnych menedżerów, chciwych agentów, agresywnych fanów i kobiet, dla których wakacje w Dubaju są ważniejsze od twojej wierności. Cristiano Ronaldo, Wayne Rooney, Gareth Bale, Robin van Persie, Thierry Henry, Xabi Alonso, Didier Drogba - z nimi wszystkimi wybiegał na boisko. Nie wiemy, kim jest.  Ale wiemy, że napisał książkę, po której nic nie będzie już takie samo".

Dla fana Premier League lektura obowiązkowa. Tu zresztą macie bardzo fajną recenzję, to nie będę się powtarzał.

W dzisiejszym felietonie sporo pisałem o sobie, ale nie żeby się pochwalić, tylko zachęcić was do wstania z fotela i aktywności fizycznej, w jakimkolwiek wieku jesteście. A jak już chcecie w nim siedzieć, to czytać, czytać, czytać a telewizor włączać tylko na Premier League. A najlepiej robić jedno i drugie. Ja w życiu przeczytałem kilka tysięcy książek, obejrzałem tyle samo meczów. Czytanie kreuje wyobraźnię, a liga angielska dostarcza niesamowitych emocji. Czego od życia chcieć więcej? A dodajmy do tego futsal i wtedy żyć, nie umierać :)


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

To tylko sport". A g... prawda. Wyświechtany slogan i tyle. Tak mówią ci, którym jest to obojętne. Każdy, kto w tym siedzi, kto daje z siebie wszystko, zaprzedał duszę swojej pasji to wie, że każda porażka męczy prawie jak śmierć bliskiej osoby. No trochę przesadziłem, ale człowiek doznaje pełnego spektrum negatywnych odczuć. Przygnębienie, samotność, wkurw. Wszystko się miesza razem. Zawiedzione nadzieje, bo przecież miało być lepiej, a wszystko się wali na głowę. Starasz się jak możesz, żeby wszystko od strony organizacyjnej było dopięte na ostatni guzik, piłkarze mają wszystko na tacy przygotowane - tylko grać, a tu nagle jeb w łeb młotkiem.

Jak dostaniesz lanie od kogoś, kto był trzy razy lepszy, to można przełknąć gorycz porażki. Ale jak wiesz, że co najmniej dorównywałeś rywalowi, ale potem na własną prośbę przegrałeś mecz, to wtedy masz przejebane wewnątrz samego siebie. Jako działacz to chyba bardziej niż zawodnicy. W końcu ciebie nie oczekuje regularna wypłata 10-tego.  Wprost przeciwnie, ty jeszcze dokładasz do tego, jak nie pieniądze, to zaangażowanie, wolny czas i milion innych spraw, które poświęciłeś, aby zarządzać klubem. A mógłbyś w tym czasie leżeć przed telewizorem z żoną/dziewczyną/kochanką/kotem czy psem. Zamiast tego musisz zapijać smutki albo bić się na trzeźwo ze swoimi myślami. I zadajesz sobie nieodmiennie jedno ważne pytanie - czy warto to wszystko robić?

Rozpocząłem bardzo emocjonalnie, ale jestem pewien, że każdy działacz przeżywa takie chwile. Na szczęście/nieszczęście są także chwile pełne radości, kiedy zapomina się o tych wcześniejszych, pełnych goryczy. I znowu wskakujemy w kółka piekielnej maszyny, która kręci tobą na wszystkie strony. Jak koń w kieracie, to nie ma końca. Chyba że rzucisz to w cholerę, ale co człowiek ma wtedy robić w weekendy?

Poświęciłem Red Devils 20 lat mojego życia. 9 lat to już zupełnie na serio, bo tyle gramy w rozgrywkach Polskiej Ligi Futsalu. Oczywiście przez te wszystkie lata pomagali mi przyjaciele, sam nie dałbym rady tego ogarnąć. I ciągniemy ten wózek razem, bo to nasza życiowa pasja. Już kiedyś wspominałem o tym, że mam ogromną satysfakcję, iż z drużyny osiedlowej stworzyliśmy zespół, który liczy się w Polsce. Mamy z kolegami z zarządu ambicję stworzyć zespół, który znowu powalczy o medal, ale profesjonalizacja organizacyjna nie idzie w parze z profesjonalizmem zawodników. A to właśnie w głowach piłkarzy powinien być początek. Kto nie będzie nadążać za zmianami w klubie, ten latem wysiądzie z czerwonej karawany.

Orange Sport się sypie, zwalniają dziennikarzy, kanał na sprzedaż. Niby jest gorzej, ale my wreszcie mamy magazyn ze skrótami. Fajnie, wszystko super, ale przydałoby się wrzucić gościa z naszego światka do programu, parę podsumowań, garść przemyśleń tudzież refleksji. Nie każdy ma taki ładny garnitur i lakierki jak ja, ale w gustownym dresie z kreszu też pewnie wpuszczą do studia. Byleby gość miał pełną klawiaturę w pysku, bo szczerbatych to pełno w niższych ligach na trawie. Ale nie ma co narzekać, kolejny skowronek zaćwierkał, wschodzi słońce dla futsalu.

A co do ćwierkania, to twitter zaczyna żyć futsalowo. Jest paręnaście aktywnych osób, a najbardziej nasza ligowa pani fotograf, czyli @zmijkats. No i @Jakub_Mikulski, gorzowsko-warszawski pasjonat z podwójnym profilem (@futsalpl). Znana szydera, @slo7nik często daje dobre teksty, polecam, także @rafał_futsal czyli Krzyśka. Kiedyś szczecinianie byli aktywni, teraz coś siedzą cicho. Ale dołączają kolejni piłkarze, ostatnio @danleb19 z Euromastera. Muszę się też pochwalić, zostałem już zbanowany. Nietrudno się domyślić przez kogo. Zazwyczaj blokuje się kogoś, kto pisze nieprzyjemne komenty, ale ja nie zdążyłem napisać ani jednego a już dostałem bana. Profilaktyka musi być ;)

Za ostatni felieton otrzymałem sporo pochwał, co sprawia mi pewną satysfakcję i łechce moje ego. Napisanie tekstu zazwyczaj zajmuje mi około 6 godzin, jak sami widzicie sporo czasu poświęcam, abyście nie nudzili się przy lekturze. @rkędzior, były już redaktor Orange Sport napisał, iż przekaże Pawłowi (Zarzecznemu), że ma godnych następców. Dużo mi jeszcze do niego brakuje, zwłaszcza tych wanien wódki i wagonów koleżanek, agentur też nie zwiedzam. No i jak to powiedział Mickey Knox w kultowym już filmie "Urodzeni Mordercy" ("Natural Born Killers") - "It’s pretty hard thing to beat the King". Kto oglądał ten wie o co chodzi ;)

Wiele słychać ostatnio o pomyśle "Wielka Pogoń" - czy jest to właściwa inicjatywa? Postanowiłem zgłębić temat, bo jak dobrze wiecie, generalnie jestem przeciwny podłączaniu futsalu do trawy. Do tej pory nie było z tego wielkich korzyści dla piłki halowej, no może jedynie Krakbet zyskał kibiców, bo Euromaster to już niezbyt.

Przeprowadziłem rozmowę z vice prezesem Pogoni ’04 Mirkiem Grycmacherem, który przekazał mi kilka ciekawych spostrzeżeń. Pomimo zbieżnej nazwy, "zeroczwórka" jest samodzielnym tworem, który powstał ponad 10 lat temu. To dlaczego ma teraz w pewien sposób połączyć z trawiastą Pogonią?

Tutaj oddaję głos Mirkowi:

"Zacznijmy od podstaw. Nazwa Pogoń jak i herb jest własnością Pogoni Szczecin. W Polsce miasto Szczecin w kategoriach sport to "Pogoń Szczecin" i chyba w większości nikt nie ma co do tego wątpliwości. Skoro Prezes Pogoni Pan Jarosław Mroczek przedstawił klubom propozycję sportowej promocji miasta przez promocję pod hasłem "Wspólna Pogoń", to naszym obowiązkiem, dla dobra futsalu należało się nad tym pochylić.
Nasz klub Pogoń ‘04 ma już wypracowaną markę w polskim środowisku futsalowym i to jest nasza marka, która daje nam wiele satysfakcji, posiada swoją tradycję i jest już rozpoznawalna. Chyba każdy wie, jakie jest przełożenie i popularność futsalu w odniesieniu do piłki trawiastej, męskiej i żeńskiej piłki ręcznej czy też koszykówki. Połączenie sił i wzajemna promocja, ustalanie terminarzy, aby szczeciński kibic mógł zobaczyć jak najwięcej wydarzeń sportowych, a nie był zmuszany do wyboru "lepszej dyscypliny", zapowiedzi meczowe, czy też w efekcie końcowym nowi kibice, którzy dzięki tej promocji będą mogli się z nami identyfikować, to kolejny aspekt przemawiający za słusznością decyzji. Mamy już tego pierwsze przykłady. Hale w Polsce to w porywach 500-1000 kibiców na meczach futsalu. Wiem, że zdecydowanie zawyżam średnią :)
Na dzisiaj tysiąc kibiców na naszych meczach to jest minimum, a już w meczu z Red Devils Chojnice (1600) czy też z AZS UŚ Katowice (2000) widzimy, że następuje znaczny postęp. Posiadamy duży zapas miejsce (do 5 tysięcy), więc mamy dużo do zrobienia.  Dlatego drogi Marcinie Twoje pytanie "To dlaczego ma teraz w pewien sposób połączyć z trawiastą Pogonią" jest tylko w części prawdziwe. Połączyć w promowaniu sportu przy zachowaniu integralności klubów, ich tradycji i osiągnięć dla dobra sportu. Oczywiście, jak ktoś mawia - duży może więcej, ale skoro mamy "Starszego Brata", co prawda z różnych ojców (Maciej, Krzysztof i Kaziu bez urazy), to dlaczego nie mamy z tego skorzystać? A jeśli przy tym okaże się, że klub będzie mógł skorzystać finansowo to - powiem kolokwialnie - łączy nas piłka i daj Boże kasa”.Mirosław Grycmacher

Tyle od Mirka, a ja swoimi kanałami dowiedziałem się, iż być może duży, ogromny sponsor zainwestuje w markę "Wielka Pogoń". "Azoty" objęły już sponsoringiem tytularnym halę Arena Szczecin i podobno nie jest to ich ostatnie słowo, jeśli chodzi o inwestycje w sport. Oby wszystko poszło w dobrą stronę, to powstanie mocny klub futsalowy z rekordową widownią w Polsce.

Kolejka rozpoczęła się w piątek dwoma spotkaniami. Najpierw Clearex przegrał trzeci mecz z rzędu. W pięciu ostatnich meczach aspirujący do medali chorzowianie zdobyli tylko jeden punkt!!! Straszny hamulec po udanym początku sezonu. Nie wiem, co tam się dzieje w zespole, ale potykają się już o wszystko. Wyjdą na zakupy, jebut w krawężnik, pomarańcze rozsypane po chorzowskich hałdach. Nie ma prezesa, nie ma bata, nie ma gry.

Gatta punktuje rywali i po cichutku skrada się tuż za Wisłą. Kwartet Marciniak, Milewski, Krawczyk, Sobalczyk nie zawodzi. "Kulfon" wrócił po kontuzji, przypozował w autokarze w stylówie a'la Żewłakow po powrocie z kadrą z USA. Amerykański luz, "West Coast" edition - trochę fantazji nikomu jeszcze nie zaszkodziło, zarówno przed, jak i w trakcie meczu. A Igor umie zagrać tak, że niemal każdy by chciał być "Kulfonem".

W "Derbach Desperatów" górą Katowice. Dominował radosny futsal, poziom sportowy obu drużyn bardziej pierwszoligowy niż ekstraklasowy. Rafał Krzyśka okazał się "piątym elementem", który zadecydował o punktach. To spotkanie może okazać się bardzo istotne dla końcowego układu tabeli. W Gdańsku wrócił Pawicki, pojawił się "domowy" Widzicki, ale to było zbyt mało na odrodzony zespół ze Śląska. "Korek" ustawia klocki od nowa, szykuje się "Wielka Ucieczka część druga"?

Gwiazda - Rekord. Planowe zwycięstwo Mistrza Polski, planowa porażka Gwiazdy. Nie radzą sobie ostatnio. Trzy wysokie porażki z rzędu, teraz do Pogoni na Arenę Szczecin, powrót z tego meczu nie zapowiada się wesoło. A oba Azetesy zaczęły ostro gonić, początkowa przewaga zmalała i Gwiazda znalazła się na miejscu spadkowym. I ciężko będzie im z tego wyjść. Do 11. minuty jeszcze się trzymali, a potem już tylko Rekord walił jak w bęben. Grali zespołowo, sześciu zawodników trafiło do siatki. Teraz jadą do Zduńskiej Woli i jest to ostatnia szansa na jakąkolwiek pogoń za srebrnym medalem, bo na złoty to już nie mają szans.

Wisła - Pogoń, włączyłem drugą połowę, patrzę przez chwilę - obie drużyny wyszły na parkiet bez bramkarzy? Patrzę dalej - 23. minuta, rozkręca się karuzela, walka jak na korcie tenisowym - punkt za punkt. Na twitterze napisałem, że przewiduję wynik końcowy 98:98 i niedużo się pomyliłem. W końcówce już tylko liczyłem "sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy..." Gole padały szybciej, niż bezdomny wpierdala zupę.

Ostatnie takie tango było w sezonie 2007/08, kiedy Akademia Słowa Poznań przegrała u siebie z GKS Jachym Tychy 10:11. Daniel Lebiedziński, jeden uczestników tego epokowego wydarzenia napisał na twitterze, że skończyli strzelać, bo ktoś po nich wchodził na halę.

Wtedy 21 goli, to dzisiejsze 16 sztuk to jest "małe miki". Ale 10 goli w jednej połowie Wisły, to na pewno rekord dwudziestu minut. Szokująca wprost gra Pogoni w defensywie, Kośmider zaliczył "kośmarny" mecz, co najmniej kilka bramek obciąża jego konto. Mieli przewagę w polu po czerwo dla Patera, ale nie wykorzystali tego, a w końcówce grając nerwowo i chaotycznie pogubili się zupełnie.

Chciałbym zwrócić uwagę na sytuację z 35:07 min, kiedy sędzia Jakub Orliński nakazał powtórzyć rzut wolny Bondara. Jest to super decyzja, bo bardzo często arbitrzy dopuszczają wcześniejsze wyjście bramkarza, co znacznie utrudnia prawidłowe wykonanie rzutu wolnego. Co z tego, że zespół ma SFG, jak nie ma z tego korzyści, gdyż bramkarz interweniuje niezgodnie z przepisami? Prosiłbym o zwracanie baczniejszej uwagi na takie sytuacje, bo często wychodzi na to że opłaca się faulować, bo i tak potem można przeszkodzić w jego skutecznym wykonaniu.

Red Devils kontra GAF Jasna Gliwice. Jeden zero w ryj. Co tu dużo pisać, zagraliśmy bardzo słabo w ofensywie. I to po raz kolejny. Bo do defensywy nie można mieć zarzutów, od pięciu meczów tracimy bardzo mało bramek. Zaledwie pięć!!! (Gatta 2, Red Dragons 0, Clearex 1, Euromaster 1, GAF 1).  Nikt tak dobrze nie broni dostępu do bramki jak "Czerwone Diabły". Ale co z tego? Punktów z tego tylko sześć. Dramatycznie mało, choć wszystkie spotkania graliśmy z zespołami z czuba i środka tabeli. Tylko z Chorzowem pokazaliśmy na co nas stać, w pozostałych meczach przeżywamy męczarnie po przekroczeniu linii środkowej. Mamy kilku napadziorów - Iwanow, Charczenko, Sobański, Mączkowski - ci zawodnicy regularnie strzelali po ponad 10 goli w sezonie. A teraz indolencja strzelecka, jak mają podać to strzelają, jak mają strzelać to podają. Wszystko odwrotnie. Teraz czeka nas wyjazd do Katowic, jedziemy dzień wcześniej, nocleg w hotelu i na świeżości idziemy na parkiet. Tutaj nie będzie już wymówek - trzy punkty muszą być.

A gliwiczanie grali konsekwentnie, skutecznie bronili dostępu do bramki i liczyli na jeden błąd naszej drużyny. Sobański dał się minąć Luteckiemu przy linii autowej, no i tak padł jedyny gol meczu. "Betao" czyli Kiełpiński miał wywieźć z Chojnic tylko schabowego, ale dodał to tego trzy punkty i to uprzyjemniło mu posiłek. Nam pozostał tylko ogromny wkurw do konsumpcji.

Mecz telewizyjny - dobre tempo, sporo bramek i dużo zaciętości. Pierwotnie nasze spotkanie z Gliwicami miało być pokazywane w Orange Sport, ale hala została wynajęta na trzydniowe rekolekcje ojca Bashobory i musieliśmy zrezygnować z przeprowadzenia transmisji. A tak przy okazji, chętnie wysłałbym niektórych swoich zawodników na wizytę do tego charyzmatyka, bo podobno na seansach kulawi odrzucają kule, kalecy wstają z wózków, a ślepi odzyskują wzrok - idealne rozwiązanie na nasze bolączki.

Wracając do meczu Red Dragons - KGHM Euromaster, było to naprawdę fajne spotkanie. Czy jeszcze ktoś powie, że ten wynik był sensacją? Bo według mnie wygrał faworyt. Czas najwyższy skończyć z lekceważeniem bandy "Young Guns" Frajtaga, bo zwłaszcza u siebie są bardzo mocni. Doświadczeni zawodnicy Euromastera zawiedli, notując wiele strat w kluczowych momentach. Tylko w pierwszej połowie dotrzymywali kroku młodym, w drugiej już się kompletnie rozkraczyli. Bohater meczu - "Domino" Solecki, który przed sezonem miał problem ze znalezieniem zespołu dla siebie. Teoretycznie zrobił krok w tył dochodząc w ostatniej chwili do zespołu beniaminka, ale jak widać było to dobre posunięcie. Aha, jakby ktoś nie wiedział - to Red Dragons utrzymali się w ekstraklasie. Tak naprawdę zrobili to już po pierwszej rundzie. Nauczcie się patrzeć na nich w kontekście gry o czołową czwórkę, a nie o utrzymanie.

Kontrowersje - tym razem nie było tego wiele. Czerwone kartki, ale wszystkie zasłużone. Nerwowo było w Krakowie, Pater dał się sprowokować Kubikowi, który później także wyleciał z parkietu za drugą żółtą kartkę. O ciekawej sytuacji z tego meczu pisałem już wcześniej. No to by było tego na tyle. Jak sędziowie nie przeszkadzają, to wszyscy mogą być zadowoleni.

Kącik bibliotekarski - tym razem Igor „zaSYPAny” Sypniewski na tapecie. Wzorcowa książka o piłkarskim upadku. Absolutnym Mistrzem był jeden z moich ulubieńców George Best, ale Igor spadł dużo głębiej, na same dno. "Belfast Boy" zapił się na śmierć, druga wątroba nie wytrzymała, ale pił do końca, bo miał za co pić. "Sypek" miał świetne pokrętło w lewitce, krawaty nią wiązał, ale też butelki otwierał i fajki odpalał. A potem z Ligi Mistrzów do pudła, niezła podróż w jedną stronę. Nie udało się uciec od kolegów z bałuckiej żulerni, wracał do nich w każdej wolnej chwili. Ale też była wielka wojna z depresją, najbardziej lekceważoną chorobą cywilizacyjną. Robert Enke, bramkarz reprezentacji Niemiec skoczył pod pociąg nie radząc sobie z nią. Igor próbował także skończyć, ale na szczęście jego odratowano. Polecam tę książkę, bo były zawodnik Panathinaikosu nie ukrywa niczego ze swojego życia. To podobna spowiedź jak Andrzeja Iwana "Spalony", tylko bardziej współczesna.

W tym miejscu napiszę o podobnym przypadku, który nie skończył się aż tak drastycznie jak u "Sypka", ale chłopak zmarnował świetnie zapowiadającą się karierę futsalową. Nie będę przytaczał nazwiska, bo niektórzy jeszcze go pamiętają, zresztą to nie jest najważniejsze w tej historii. Na trawie zaliczył wszystkie kadry wojewódzkie, a także narodową, grywał regularnie w starej III lidze w barwach Chojniczanki. W futsalu debiutował w wieku 16 lat grając w drugiej czwórce Holiday’u, strzelał bramki, asystował. To naprawdę był wielki talent, pokroju Tomka Kriezel 9 lat później. Nad jego rozwojem czuwał przede wszystkim jego ojciec, były świetny piłkarz Chojniczanki. Niestety, po ostrym zawale serca zmarł w domu na oczach młodego zawodnika. Po tym traumatycznym zdarzeniu chłopak grał dalej w piłkę, po rozwiązaniu Holiday’u przeszedł do Red Devils, ale z każdym sezonem grał coraz słabiej. Organizm regularnie osłabiany alkoholem nie radził sobie z profesjonalnym graniem. Niestety, popularne "piwko" w coraz większych ilościach było na początku lekiem, a potem już tylko wymówką i ucieczką od życia. Próbowaliśmy wielokrotnie pomóc zawodnikowi, terapie itp., ale jak z alkoholem jest tak, że jak sam nie chcesz się z tego wyrwać, to nie wyjdziesz z tego. Naprawdę szkoda chłopaka, bo dzisiaj by miał kilkadziesiąt występów w kadrze, albo i więcej...


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...

Dziś środa, czyli: FUT5AL HEA7EN

Arnie Schwarzenegger mawiał "I’ll be back", więc ja także wracam do mojej pisaniny. Stęskniliście się pewnie, ciekawe jak wam mijały te długie, samotne środowe wieczory kiedy nie mieliście co ze sobą zrobić?

No to jedziemy, ostro i soczyście. Nowy rok, nowe rozdanie kart. Na razie mamy dwa asy, kier z Krakowa i pik ze Zduńskiej Woli, ale jest kilka jokerów, które czają się na pudło. I te głodne wilki będą gryźć po nogach Wisłę i Gattę. I mam nadzieję, że to "Czerwone Diabły" będą mieć najtwardsze kły, ale to okaże się na koniec.

W środku tabeli wszystko się zmieliło, zespoły z miejsc 3 do 8 dzielą zaledwie trzy punkty różnicy. Jeden mecz i można wskoczyć na pudło, albo gryźć palce z nerwów, grając o utrzymanie. To najciekawszy sezon pod tym względem od wielu, wielu lat. Wszystkie kluby funkcjonują normalnie, może nie jest za bogato, ale jest mniej więcej stabilnie. I to cieszy. Jak na razie wszyscy płacą w normalnych pieniądzach, bo bywało już wcześniej, iż prezesi wypłacali pensje pieniędzmi z gry "Monopoly", jak pewien oszust w Jango.

Pokrótce o transferach, wielkich zmian nie było. Do rekordu doszedł Ukrainiec Dmytro Kameko, do Gatty trzech młodych piłkarzy, a odpalili Mikę i Budkę. Pierwszy to kiedyś coś tam pogrywał w Akademii, był specjalistą od zadań siłowych, a teraz pozostał tylko cień tamtego zawodnika. Budka z kolei był maskotką prezesa i jest to kolejny przykład iż ściąganie "nazwiska" z trawy nie jest odpowiednią promocją futsalu, co ktoś kiedyś bzdurnie wymyślił. W ich miejsce przyszli młodzi i to jest właściwe posunięcie działaczy ze Zduńskiej Woli.

W ogóle to jest chore myślenie, żeby ktoś z zupełnie innej dyscypliny miał promować nasz futsal. Dzieciak z Pniew lepiej gra na hali od tego Budki, bo od małego trenuje futsal. Może wtedy namówimy Gołotę albo Małysza? W sumie Adam może by sobie poradził, bo gabaryty ma futsalowe. Michael Schumacher umiał grać, pogrywał w niższych ligach niemieckich, podobnie Robbie Williams w Anglii. Ale to było na trawie, do futsalu to szukajmy artystów techników a nie kopaczy. A najlepiej ich sobie wychowujmy, jak właśnie w Pniewach. Na przykład taki Patryk Hoły. Miał 15 lat, piłki nie umiał kopnąć, coś tam trenował na trawie w lokalnym klubiku. Ale wtedy postawił na futsal i świetnie się rozwinął pod okiem Łukasza Frajtaga. A teraz grał już w kadrze U-21, strzela gole w ekstraklasie. A zwłaszcza ten ostatni w meczu z Clearexem. Paluchy tylko oblizywać. To modelowy przykład szlifowania zawodnika. A już wcześniej potrafił strzelać efektowne gole. Tak to się robi, a nie budki srutki jakieś.

Nie kryję, iż często podaję przykłady klubów czy też zawodników z którymi mam niemal codzienne kontakty i wiem co tam/co z nim się dzieje. Z racji odległości trudno mi jest śledzić na bieżąco, co tam słychać na południu Polski. Tam na pewno jest wielu świetnych zawodników, przecież Śląsk to kopalnia futsalowych talentów. No ale mnie tam nie ma, więc posiłkuję się przykładami z górnej części Polski.

Z GAF Jasna Szczurek i Krzyśka wypożyczeni do AZS UŚ Katowice, na pewno im się przydadzą. Jeśli "Vifon" nie pomoże, to zaliczy raczej niechlubnego hat-tricka, czyli trzy spadki z rzędu z trzema różnymi zespołami. Oczywiście Rafałowi tego nie życzę, ale życie pisze różne historie.

W Gdańsku odkopano Marka Cirkowskiego, ale to doświadczony zawodnik który na pewno im się przyda, bo świetnie gra na hali. Wiem co mówię, bo występował kiedyś w Red Devils. Z Gwiazdy ubył Piotr Bubec, z którym rozwiązano kontrakt. A jeszcze niedawno świętował mistrzostwo Polski z Rekordem. Swoją drogą ciekawe, kto jest najstarszym zawodnikiem, który występował w Futsal Ekstraklasie? Ja jestem zgłoszony, ale jeszcze nie miałem okazji zadebiutować, może kiedyś wejdę przy 15:0 dla nas i strzelę samobója. A tak to jest chyba jak w tym starym dowcipie. W Egipcie odkryto nową piramidę i wykopano mumię faraona. Naukowcy ostrożnie otwierają, a mumia się budzi i do nich zagaduje: "A Zbynek Modrzik jeszcze gra?"

Oczywiście to żart, bo Zbynek to legenda polskiego futsalu. I szczerze go podziwiam, bo dalej grywa w Tychach w I lidze. A tu jeden z jego świetnych meczów, jakie rozegrał w FE. Modrzik karierę rozpoczynał od piłki ręcznej, kiedyś jak rodził się futsal, to wielu bramkarzy trafiało właśnie z ręcznej do halówki. A teraz świetnie radzi sobie za mikrofonem, regularnie komentując mecze w Orange Sport.

W innych drużynach kosmetyczne zmiany, jak już dochodzili to raczej anonimowi zawodnicy. Dwie zmiany trenerskie, jedna w Katowicach, ale to już wiadomo od dawna, plus u nas w Red Devils. Mamy Andrija Łuciwa, który kilka lat temu grał w Hurtapie Łęczyca i był grającym trenerem w Grembachu Łódź. Ostatnio pracował w Energii Lwów, ale wiadomo jak tam teraz jest - kluby padają finansowo, tak więc Andrij nie zastanawiał się długo nad naszą ofertą. I jak na razie jesteśmy bardzo zadowoleni, piłkarze także. Łuciw pracuje spokojnie, kładzie duży nacisk na grę obronną, a więc zobaczymy czy się poprawimy w tym elemencie gry.

A teraz pokrótce o lidze. Tadek Danisz jednym zdaniem dobrze to opisał, Śląsk - Reszta Świata 0:5. Ale zacznijmy od pozytywów, Mirosław Miozga - nagrodzony na Balu Sportowca w Chorzowie. To jedna z ikon naszego sportu i nagroda jak najbardziej zasłużona. Niestety, kapitan Clearexu musiał przełknąć gorycz porażki z Red Dragons Pniewy 2:3 (zobacz skrót). Dla mnie to jednak nie jest jakimś wielkim zaskoczeniem. Pniewy wyrosły w międzyczasie na bardzo solidnego ligowca, bardzo trudno im strzelić gola. A Clearex już pod koniec pierwszej rundy radził sobie słabo, niemoc trwa. Trener Lichota bardzo niezadowolony, ale co ma zrobić jak bardzo licho to wygląda. A młoda banda Frajtaga robi dalej hałas w lidze. Dodam jeszcze, iż Łukasz wyrasta na czołowego strzelca z 10 metrów, robi to naprawdę dobrze.

GAF Jasna w ryj z akademikami z Gdańska. Kto by na to postawił? Ten milioner. Na dodatek "Karton" w bramce UG pomógł wygrać gliwiczanom pierwszą część gry. Ale druga połowa to obraz nędzy i rozpaczy gospodarzy. Stanęli, a wręcz położyli się na parkiecie. Grający bez swojego kapitana i najlepszego zawodnika Wojtka Pawickiego gdańszczanie nie namyślali się zbyt długo. "Jak dają, to bierzemy" - spakowali trzy punkty w Pendolino i nawrotka nad morze. To zupełnie inny zespół niż na początku rozgrywek, więc uważać na nich. Za tydzień mecz o 666 (słownie sześćset sześćdziesiąt sześć) punktów w akademickich derbach. Będę, tylko nie rzucać jajkami, a piątakami.

Krzyśka nieco uszczelnił katowiczan, ale punktów ze Szczecina nie przywieźli. Pogoń ’04 wygrała 2:1 z AZS UŚ i po słabej pierwszej rundzie zgłasza aspiracje do medalu. Ale gdyby "Słonik" trafił w ostatnich sekundach, to Mirek Grycmacher straciłby ostatnie włosy. Ale nie to było najważniejsze, na wyróżnienie zasługuje zupełnie coś innego - organizacja meczu. To naprawdę olbrzymia praca wykonana przez Krzyśka Bobera, Mirka i pozostałych działaczy klubu. Ponad 2000 widzów na futsalowym meczu na super nowoczesnej hali, konkursy, atrakcje, wodotryski. Świetna robota. Tak trzymać i wzór do naśladowania dla wszystkich. Bardzo dobrze, że mecze Polska - Rosja właśnie tam się odbędą, trzeba będzie się wybrać z wizytacją. Mirek, szykuj czerwony dywan i najdroższą whisky, Król Felietonów nadciąga.

Gatta rozbiła Gwiazdę. 4:0, to i tak niski wynik. Tak samo niski jak żądła gospodarzy, Marciniak i Krawczyk, cytując Igora Sobalczyka. Ta dwójka zrobiła niezłą karuzelę Ślązakom. Mecz bardzo jednostronny, "rajtuzy" w wysokiej formie. Krótka ławka, ale konkretna. Jak ominą kontuzje to będą gonić Wisełkę do końca.

Mecz w Orange to dopiero było widowisko. Była jakaś historyczna bitwa w Bielsku Białej? Nie? To teraz będą mieć co pokazywać w History Channel. No dobra, była bitwa ze Szwedami w 1646 roku na wzgórzu Trzy Lipki, ale ten pojedynek także zasługuje na wyróżnienie. Rekord żegna się z mistrzostwem, a Wisła pruje w kierunku złotego medalu. Można gdybać na różne strony, ale tej kolejności już nie odwrócimy.

Acha, brawo dla Budniaka. Murarz, tynkarz, akrobata? Nie, tu nie było przypadku, tylko czysta klasa Pawła. Do odważnych świat należy, a niekonwencjonalne zagrania, strzały dodają smaczku lidze. Budniak zagrał świetny mecz, tak samo jak Bondar i cała Wisełka. Do 35. minuty gospodarze jeszcze nadążali, ale potem Bartek Nawrat przyspał przy wolnym i krakowianie objęli prowadzenie. To był decydujący moment spotkania, Wisła złapała lejce w ręce i pognała po zwycięstwo.

Na koniec my w Głogowie. Wiadomo, nowy trener, to każdy chciał się pokazać z dobrej strony. Powiem tak, nota za styl to co najmniej 8. Za grę w defensywie to mocna 9, ale za skuteczność to JEDEN. Zagraliśmy naprawdę fajny mecz, ale co z tego? Andrij powiedział, że sytuacji powinno starczyć do wygrania trzech meczów. Tyle razy, co łapałem się za głowę, to tylko mały cygan z zaawansowaną wszawicą może mi dorównać. Ach, jak ja lubię być niepoprawny politycznie w tych dzisiejszych czasach... Jak będę mieć zapis całego spotkania, to pokażę wam Obronę Sezonu Vlada Bondarenko, szkoda że nie ma tego na skrótach. Trudno, gramy dalej.  

A teraz dwa stałe kąciki, najpierw kontrowersje. Znowu popis dali arbitrzy. Nieuznana bramka Adriana Skrzypka (zobacz sytuację) w ostatniej sekundzie pierwszej połowy. Syrenę słychać wyraźnie już po uderzeniu piłki przez Adriana, piłka wpada do siatki i jest gol. Ale nie dla sędziów.

Druga sytuacja, mecz I ligi Unikat Osiek - Unisław Team. Jest remis 4:4, gospodarze mają róg i grają z wycofanym o pełną pulę. Tracą niestety piłkę. Najpierw słychać syrenę, a następnie zawodnik Unisławia uderza na bramkę Unikatu. Sędziowie najpierw (słusznie!!!) nie uznają bramki, jednak po kilku minutach (!!!) gola uznają i kończą spotkanie zwycięstwem gości (zobacz sytuację). To już jest wyższy poziom abstrakcji. Teoretycznie zakończyli już spotkanie i nie mogą zmienić wyniku, ale cóż - tak właśnie zrobili. Długo analizowałem tą sytuację, konsultowałem to także z sędziami. Czasem zapis dźwięku jest nagrywany z opóźnieniem, ale tutaj to nie miało miejsca, sytuacja jest bezdyskusyjna. Szef kolegium sędziów Przemysław Sarosiek ma twardy orzech do zgryzienia, bo obie sytuacje są mocno kontrowersyjne, na dodatek druga wpłynęła na wynik spotkania.

Przeprowadziłem długą rozmowę z jednym z arbitrów z ekstraklasy. Przyznał mi rację w obu przypadkach, ale zwrócił też uwagę iż w ferworze meczu bardzo ciężko jest ocenić, czy uderzenie było przed, czy w trakcie syreny. To dwa sygnały, wzrokowy i dźwiękowy, które należy w ułamku sekundy przeanalizować.

Powiedział też, iż gdyby to zdarzyło się w meczu decydującym o mistrzostwie czy spadku, to najpierw zapoznałby się z zapisem video, choć jest to wbrew obowiązującym przepisom. Ale by podjął właściwą decyzję i spał spokojnie, choć raczej na pewno poniósłby konsekwencje za takie działania.

Dlatego też sędziowie będą prosić o trzeciego sędziego przy parkiecie, który pomoże im w analizie takich zdarzeń. Myślę, iż w meczach o decydującą stawkę powinno się desygnować jednego arbitra więcej, aby zapobiec kontrowersyjnym sytuacjom. Ideał to "goal line technology", ale w futsalu to raczej niemożliwe ze względu na koszty.

Dodam też, iż bardzo istotną sprawą jest zakładanie znaczników, czyli kamizelek przez zawodników rezerwowych. A dlaczego? Bo np. jeśli zawodnik grający w polu podczas przerwy technicznej otrzyma czerwoną kartkę, to drużyna gra w osłabieniu. Sędzia ma obowiązek także zapisać, kto po zakończeniu pierwszej połowy był na parkiecie, bo np. taki piłkarz może w czasie przerwy otrzymać "czerwo" i wówczas zespół rozpoczyna drugą połowę trójką w polu.

Powiem szczerze, że być sędzią to jest bardzo niewdzięczna praca. Jak będziesz gwizdać prawidłowo, to nikt ciebie nie pochwali na konferencji. Bardzo rzadko to się zdarza, ale gdy się pomylisz to każdy trąbi na konfie, że sędzia przegrał im mecz. Szkoda, że zapomina się, iż pięciokrotnie nie trafili do pustej bramki. Błąd sędziego jest elementem gry, tak samo jak pudło zawodnika i trzeba się do tego przyzwyczaić. Ale właściwe przeszkolenie arbitrów powinno zminimalizować margines błędu i do tego powinno się dążyć. Dobrze, że już pozwolono sędziom na prowadzenie meczów na trawie po zakończonym sezonie futsalu. Ponad 4-miesięczna laba nie sprzyjała kondycji, a tak to każdy trochę pobiega po dużym placu i podtrzyma formę fizyczną.

Drugi, nowy kącik to bibliotekarski - tutaj będę polecać/nie polecać książki o tematyce piłkarskiej, bo futsalowych biografii to nie ma zbyt wiele. Ostatnio przeczytałem Janusza Wójcika "Wójt - jazda z frajerami".

Tę pozycję można podsumować jednym zdaniem: "kurwa w żadnej kurwa książce nie było kurwa tyle przekleństw kurwa co w tej kurwa". No i wódka na każdej stronie, od tej w bidonach na meczach po najdroższe butelki na stadionach i hotelach. Można poczytać, bo jest kolorowo napisana, ale to hagiografia najwyższej klasy. "Wójt" oczywiście bez skazy, no i wszędzie ma kontakty oraz plecy - "tu mam ciotkę, tam mam wuja, znajomości mam od chuja".

Gangsterzy, prezydenci, wszyscy go hołubili, a teraz się odwrócili. Świat piłki nożnej z przełomu wieków, z prezesami i działaczami PZPN rodem z PRL w niemodnych garniturach, ale z flaszką wódki w tylnej kieszeni tuż obok grzebienia. Wąsy, rosoły, białe kiełbasy i alkohol lejący się z każdego kąta.

"Kto nie pije, ten nie gra, gaz robi gaz" - takie bon-moty wówczas obowiązywały w każdej piłkarskiej szatni. No i sędziowie, którzy opierdalali mecze za schabowego z kapustą. Dobrze, że te czasy już minęły. Jak ktoś ma sentymenty, to można przeczytać, jak ktoś się brzydzi, to na kilometr z daleka.

A na koniec dwa linki video, najpierw kolejny świetny materiał promo KS Constract Lubawa, oraz najlepsza indywidualna akcja z 2014 roku. Gdyby ktoś się pytał, to właśnie jest mój styl gry. W kiwaka i heja do przodu ;)

Fajnie się czytało? No wiadomix!!! Zarzeczny mój idol, ja jego wierny naśladowca. To za tydzień się widzimy, bye :)


M7

(opinie wyrażone w powyższym felietonie są prywatnymi poglądami autora, a nie klubu Red Devils Chojnice)

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS