Z notatnika dziejopisa

Niedawno z usta prominentnego działacza klubowego usłyszałem słowa, iż powołanie spółki Futsal Ekstraklasa miało być panaceum na mało atrakcyjne działania PZPN wobec polskiego futsalu klubowego przed laty. A nawet pewną nieudolność. Ocena po latach zapewne już przemyślana i nie emocjonalna. Ale – uważam – niebyt celna. Otóż związek nie miałby najmniejszych problemów z obraniem właściwych kierunków dla ekstraklasy polskiego futsalu. Niemniej, po analizie stwierdzono, iż nie ma potrzeby tracić energii na rozliczne przepychanki z niezadowolonym środowiskiem klubów ekstraklasowych i postanowiono, całkiem racjonalnie, oddać prowadzenie rozgrywek w tak zwany pacht spółce zewnętrznej.

O tym, że była to rozsądna decyzja może świadczyć przegląd dziejów rozgrywek ekstraklasy pod auspicjami SFE. Ciągle poszukują one stabilności. Nie tylko personalno-biznesowej, ale i systemowej. Gdy w minionym dziesięcioleciu, jak i teraz, wydawało się, że coś będzie trwałe, następowały tektoniczne ruchy wewnętrzne, weryfikujące działania kolejnych jej władz.

O tym, że odnajdują się w ekstraklasie futsalu kluby, którym nie przelewa się pod względem finansowym, chyba nie trzeba w środowisku nikogo przekonywać. Dlatego jak gorący kartofel ciągle jest podrzucana myśl z grona akcjonariuszy o potrzebnie znalezienia sponsora strategicznego dla rozgrywek. W rozumieniu wspólników ma on zapewnić bezpieczne funkcjonowanie i spowodować, iż spłynie na nich deszcz reklamodawców, a stacje telewizyjne będą dniem oraz nocą pukać do prezesowskich drzwi.

Myśl cenna. Sam chciałbym być beneficjentem takich darmowych honorariów. Celowo piszę darmowych, gdyż w moim mniemaniu, by kasować pieniążki należy mieć produkt wysokiej marki i na dodatek pięknie opakowany. A z całym szacunkiem do panów prezesów klubowych, mimo dziesięciu lat istnienia SFE, produkty klubowe nadal są we wstępnej fazie opakowywania. Natomiast patrząc na całość, należy przynajmniej cieszyć się, że Spółka zarabia.

Czasami może wydawać się, że działaczom klubów brakuje trzeźwego spojrzenia na siebie. Jakby owe wołanie o sponsora było li tylko zawoalowaną próbą maskowania w stylu - nowy lakier zrekompensuje samochodowi brak koni mechanicznych. A tych koni rzeczywiście brakuje. Brakuje widzów w wielu halach. Brakuje w sporej liczbie klubów przyzwoitych hal meczowych. Brakuje pomysłu organizacji meczowej. Brakuje wielu klubom własnego zaplecza młodzieżowego, występującego w regularnych rozgrywkach (nie okresowych grach). Na dodatek całemu polskiemu futsalowi brakuje przewodniego programu szkoleniowego. Brakuje woli związkowej, by system licencyjny co rok nakazywał uzupełnianie kolejnych niedoborów przez kluby. Wreszcie brakuje wyniku sportowego, co nie przekłada się na medialność dyscypliny.

Pod względem siły medialnej i wizualności gry piłka plażowa jako dyscyplina prześcignęła futsal. A mam obawy, że niedługo dokona tego i piłka sześcioosobowa. Dyscyplina niesiona dwukrotnym wicemistrzostwem świata, osiągniętym pod okiem trenera futsalowego, którego nie ma obecnie w polskim futsalu, ale za to pomaga futsalowi słowackiemu (!). I czy jest to normalne?

Według mnie – nie. Tak jak nie jest normalnym fakt zamknięcia się polskiego futsalu w wyizolowanym kręgu osób. I dotyczy to także Spółki, gdzie od lat pewne osoby z ośrodków klubowych nadają ton dyskusjom, jakby tylko one posiadły źródło futsalowej mądrości.

Zapewne kibic futsalu chciałby usystematyzowania przynajmniej na trzy sezony rozgrywek. Nasza ekstraklasa futsalowa należy bowiem do najbardziej niestabilnych pod tym względem w Europie. Kibic nie chciałby ciągłych zmian ilościowych oraz w systemie rozgrywek ekstraklasy. Nie chciałby tego traktować jako odwracania uwagi od sedna sprawy – słabego poziomu piłkarskiego, bo znów dyskutuje się nie o tym, jak gramy, a z kim gramy. I to też jest w gestii oraz odpowiedzialności klubów. Niestety, całość przeprowadzanych zmian wygląda jedynie na sztuczne kreowanie emocji i taką wewnętrzną „zabawę”. Odmianę liftingu. A potrzebna jest stabilizacja. Przynajmniej na dwie kadencje.

Po powyższych wywodach jak bumerang musi powrócić temat pieniędzy. Nie da się bowiem ukryć, iż za jakość występu nie odpowiada przebranie, lecz artysta. A jaki jest artysta, zobaczyliśmy naocznie podczas eliminacyjnego turnieju mistrzostw świata w Zielonej Górze.  

I tak nasz futsal po raz kolejny dochodzi do ściany. Zderza się z problemem o wiele trudniejszym, niż decyzja o tym, jak gramy. Polskiego futsalu nie stać na zainteresowanie dyscypliną w kraju zawodników mogących znacząco wpłynąć na podniesienie poziomu sportowego ligi. Transferowani są w większości piłkarze „wypluci” przez system trawiasty. Zresztą nie obce są takie przypadki też w gronie szkoleniowców, działaczy, sędziów. Pozostaje więc dyscyplina ciągle tylko przedskoczkami w konkursie.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Początkiem grudnia reprezentacja Polski w futsalu zmierzy się na Dolnym Śląsku w dwumeczu z zawsze solidną Serbią. Kiedy przygotowywałem się do pisania felietonu, w gronie powołanych figurował jeszcze Paweł Budniak. Gdy zasiadłem do komputera już Pawła nie było, gdyż zrezygnował z udziału w zgrupowaniu i gry w dwumeczu. Jak wyczytałem na futsal-polska.pl „podtrzymał decyzję o rezygnacji z występów w kadrze prowadzonej przez sztab szkoleniowy w aktualnym kształcie”. Akurat decyzja Budniaka nie zdziwiła mnie. Bardziej nieprzekonująco brzmiało dla mnie powoływanie go teraz. Powoływanie po nieudanym całkowicie sportowo występie w zielonogórskich eliminacjach Mistrzostw Świata.

Dla mnie Paweł był potrzebny na tym turnieju. Zresztą niejednokrotnie apelowałem w felietonach do selekcjonera o nie zamykanie się w kręgu pewnych nazwisk i danie szansy ponownego sprawdzenia się innym z tak zwanej „starej futsalowej gwardii”. Nie napiszę, że wynik byłby inny, ale nie byłoby przynajmniej żadnych personalnych niedomówień.

Paweł Budniak - i zresztą nie tylko on - jest zbyt dobrym zawodnikiem, by polski futsal pozwalał sobie na stratę takiego/-ch zawodnika/ów. Futsalistów w kwiecie reprezentacyjnego wieku. I stąd teraz ów problem. Owo pytanie. Czy jest pewność, że każdy z powoływanych polskich futsalistów stawi się na zawołanie selekcjonera zawsze do dyspozycji kadry? Nie chciałbym bowiem, aby zdarzało się tak, jak w pieśni Jacka Kaczmarskiego, który śpiewał: „a mury rosły, rosły, rosły, łańcuch kołysał się u nóg”. 

Zapewne Orlando Duarte rozpatrując swój wyjazd do Polski, do Piasta Gliwice, nie spodziewał się, że gdzieś tam poza pierwszymi stronami zacznie przewijać się jego nazwisko jako przyszłego selekcjonera polskiej reprezentacji. Kogoś takiego na wzór prowadzącego fiński team futsalowy Mico Marticia. Osobiście traktuję takie poszeptywanki jako czynienie tak zwanej niedźwiedziej przysługi portugalskiemu fachowcowi od futsalu. Spokojnie panowie – dajcie mu popracować w Gliwicach. Posłuchajcie jego mądrości, tak jak przed laty słuchaliście z otwartymi ustami jego szkoleń dla polskich trenerów futsalowych. A czas pokaże, co będzie dalej. Póki co trener Korczyński ma pewną posadę i niech wykazuje, że zielonogórski blamaż był tylko jednorazową wpadką przy pracy.

Zresztą znając Błażeja od lat i będąc z nim niejednokrotnie w sytuacjach pro oraz anty wiem, że ambicja jego została mocno naruszona i ze wszelkich sił będzie starał się wykazać, iż jego projekt przy ewentualnych poprawkach ma rację bytu w reprezentacyjnym futsalu. Tym bardziej, że chciałby się jako czwarty wpisać do panteonu polskich selekcjonerów futsalu (po Góralu, Sowińskim, Biandze) jako ten, który wprowadził Polskę do finałów światowych, czy europejskich imprez futsalowych. A pana Duarte, czy innego z nazwiska futsalowego fachowca, zawsze warto mieć w tak zwanej rezerwie. Na podorędziu.

Futsalowa ekstraklasa w dobrym tempie po przerwie na reprezentację nadrabia zaległości. Sportklub serwuje nam ciekawe mecze, a pojedynek beniaminków z Leszna oraz Lubawy należał do gatunku tych z najwyższego lotu. W futsalowej Polsce pojawiły się głosy, iż Rekord jest pod tak zwaną formą. Nie jestem aż takim fachowcem od szkolenia, by się  w tej materii wypowiadać, niemniej napiszę, że nie wydaje mi się to prawdą, patrząc na miejsce bielszczan w tabeli – pierwsze. Jeżeli bowiem Rekordziści są pod formą, to pozostałe drużyny winny być bez formy. A tak nie jest. I dlatego radzę unikać takich jednoznacznych określeń.

Po powiększeniu do 14 zespołów nic nie jest takie, przynajmniej na razie, jak w poprzednich sezonach. Beniaminkowie, przynajmniej dwaj, mieszają ile wlezie na parkietach. Katowice odnajdują się w górnej połówce tabeli jak rzadko kiedy w poprzednich sezonach. Uznane firmy z Pniew oraz Gliwic nie mogą jakoś odnaleźć się od startu. A nawet posiadanie na ławce trenerskiej selekcjonera reprezentacji nie daje gwarancji dobrego wyniku w lidze GSF Gliwice. I oby taka rywalizacja trwała tylko na parkietach hal, bo coś mi się widzi jednak, że nie ma spokoju w prezesowskich gabinetach. A najgorsze jest zawsze, kiedy działacze klubowi chcą swoimi działaniami przykryć sportowe widoki. A polski futsal jest jeszcze zbyt kruchą materią, by szarpać nim, jak „postawem płótna”. Jak pisał w Trylogii Sienkiewicz. Na szczęście nie o futsalu. 

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Franciszek Bacon, angielski mąż stanu, twierdził, że jedyną znajomością przyczyn jest prawdziwa wiedza. Od zielonogórskiej wpadki naszej futsalowej reprezentacji minęły już dwa tygodnie. Być może jest to zbyt krótki czas, aby oczekiwać oficjalnego wytłumaczenia ze strony sztabu reprezentacyjnego albo ludzi odpowiedzialnych za kadrę. Jednak takie wytłumaczenie, a raczej analiza, powinna ujrzeć światło dzienne. I związek jest to winien środowisku futsalowemu w Polsce. Gdyby tak marny wynik osiągnęła reprezentacja trawiasta, już dawno zostałaby „zagryziona” przez media. Tymczasem w futsalu może wiele „rozejść się po kościach”. I to jest właśnie ta różnica. Zasadnicza różnica w postrzeganiu między piłką trawiastą a futsalem.

W tej pierwszej naród kontroluje niemal wszystko, w tym drugim jedynie kilku(nastu lub dziesięciu) zapaleńców potrafi drążyć temat. A tak zwana Polska nawet nie wie, iż jakieś tam mundialowe eliminacje w Zielonej Górze odbyły się. I nie widzę możliwości zmiany opcji takiego spojrzenia nawet przez najbardziej sensowne zmiany, realizowane w aspekcie organizacyjnym przez Komisję, względnie Spółkę. A trochę tych pozytywów jest. 

Polskiemu futsalowi brakuje osobowości, która mogłaby stać się niewymazywalną jego twarzą. Co prawda cały piłkarski związek posiada taką twarz w osobie prezesa Bońka, lecz jakoś nie mogę jej przypisać także futsalowi. Może dlatego, że prezes Zbigniew rzadko, a nawet bardzo rzadko, zabiera o nim głos. A szkoda. Panie prezesie, może dałby pan nieco swojej aureoli polskiemu futsalowi? Na pewno wspomnienie o nim publiczne – nawet nie musi być pozytywne – kilka razy w roku zwróciłoby nań uwagę szerszej opinii. Kierownicze zadania wobec związkowego futsalu realizuje wiceprezes Bednarek, ale - z całym szacunkiem - to nie tej rangi osobistość, a nawet osobowość co pan prezes Boniek. Może gdyby to był piłkarz Bednarek z trawy, reprezentacyjny obrońca, to i futsal prędzej przebiłby się na ogólnopolskie łamy medialne. Twarz, znana twarz dla polskiego futsalu, jest pilnie potrzebna. Łaknie futsal  rozpoznawalności jak przysłowiowa kania dżdżu.

Jeżeli już jestem przy futsalowych twarzach, to obowiązkiem felietonisty jest wspomnieć o wspaniałym ruchu, jakiego dokonał futsalowy Piast Gliwice. Zatrudniając na trenera Portugalczyka Orlando Duarte pokazał Europie oraz światu, że polski futsal jednak istnieje. Ten znakomity szkoleniowiec, ikona międzynarodowego futsalu, jest w tej chwili najlepszym ambasadorem naszej „małej piłki” poza granicami Polski. Szkoda tylko, że to obcokrajowiec musi świadczyć, iż warto w nasz futsal inwestować.

Chociaż widzę jeszcze jednego ambasadora, na razie przyszłościowego. Może nie tak znanego, jak Orlando, ale występującego w niezwykle prestiżowej hiszpańskiej lidze. Michał Kałuża, bo o nim myślę, młody człowiek, ma szansę zostać kiedyś naszym eksportowym zawodnikiem. Po Zielonej Górze nie odważę się bowiem wymienić innych. Ani zawodników, ani szkoleniowców.

Nie wiem, czy zamysłem władz Piasta było celowe ściągniecie pana Duarte na mecz z lokalnym rywalem GSF. Jeśli tak, to trafili w przysłowiowa dziesiątkę. Nie dość, że wygrali mecz, to jeszcze z kwitkiem odprawili aktualnego selekcjonera reprezentacji Polski – na co dzień trenera ich rywala. Myśląc skrótowo - upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu. A felietoniście umożliwili zacytowanie niezwykle trafnego powiedzenia Orlando w jednym z wywiadów, które brzmi – „Jeżeli chcemy nadal uczyć innych, musimy edukować również i siebie. Niestety, jest wiele osób, które wiedzą wszystko od dnia narodzin”

Święte słowa, panie trenerze. Jest w Polsce kilku szkoleniowców oraz działaczy, którym wydaje się, że pozjadali wszystkie rozumy i nikt nie wie lepiej wszystkiego o futsalu od nich. Finalizując akapit z panem Duarte napiszę – nie twierdzę, że jest w stanie dokonać rewolucji futsalowej w Polsce na wzór fińskiej reprezentacji, lecz warto przyjrzeć się jego pracy. Czy mu się uda - nie wiem. Ale jak mu się uda, to skorzysta też na tym polski futsal.

Leo Beenhakker miał takie dyżurne powiedzenie: „Piłkarz jest trudny w prowadzeniu. Gdy jest na dole, ciężko go podnieść, gdy odleci, ciężko się sprowadza na ziemię”. Wielokrotnie działając w czasach, gdy prowadził reprezentację Polski, w Komisji Mediów PZPN słyszałem te słowa. Mam nadzieję, że po Zielonej Górze, kiedy to mieliśmy w rękach wszelkie „argumenty”, gdy zamiast być – oprócz meczu z Hiszpanią – zespołem dominującym na parkiecie, prowadzącym grę, trzymającym w ręku atuty, staliśmy się nagle z myśliwego ofiarą, szybko odnajdziemy reprezentacyjną pozycję w Europie. Zresztą trafiamy w preeliminacjach ME na słabych przeciwników i nie wyobrażam sobie na przełomie stycznia i lutego innego miejsca na Malcie niż pierwsze. W innym przypadku dymisje powinny być nieuchronne.

Ale Malta to tylko powrót na obowiązkowe dla naszego futsalu pozycje. Żaden sukces. I dlatego tak oczekuję na analizę po Zielonej Górze.

W przeddzień narodowego święta, 10 listopada, swój pierwszy mecz pod nową nazwą oraz nowymi barwami rozegrała w mazowieckiej II lidze futsalu drużyna warszawskiej Legii. Mecz zakończony zwycięstwem. Do wygranej poprowadził Legię jako kapitan znany z reprezentacji oraz ekstraklasowych parkietów Mariusz Milewski. Jak przystało na kapitana, to on strzelił pierwszego gola w  lidze dla legionistów. I niech jemu oraz kolegom darzy się jak najlepiej.

To, że Legia – największy oraz najbogatszy klub piłkarski w Polsce - zainteresowała się futsalem, może tylko dopomóc dyscyplinie. Pierwszy mecz, pełna hala – jak rzadko w ekstraklasie, doping – wcale nie gorszy niż w przodujących pod tym względem Pniewach czy Laskowicach, i wcale dobry poziom sportowy, pozwalają mniemać, że Mazowsze, będące dotąd niewykorzystanym polem dla dyscypliny, znajdzie swoje miejsce na futsalowej mapie Polski.

Powoli materializuje się wizja założona przez tutejszych działaczy związkowych (w tym i moja) kilka lat temu. Niewątpliwie legijny futsal ma być kołem napędowym, ale nie należy zapominać, iż dowodzony przez trenera Karczyńskiego AZS UW Wilanów lideruje w jednej z grup I ligi, a trzy zespoły kobiece walczą o prymat w ekstralidze futsalowej. Może i kiedyś po futsalowy mistrzowski skalp sięgnie warszawski team.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Pisanie felietonu po tak nieudanym turnieju, jaki stał się udziałem naszej reprezentacji futsalowej w Zielonej Górze, jest kłopotliwe. Niemal zawsze każdy posiada oraz wyraża swoje opinie i ad hoc znajdzie się grono ludzi, i to niemałe, które dane opinie zakwestionuje albo wyśmieje. Przy okazji nawet obrażając się. A o to w polskim futsalu szczególnie łatwo. Nie ma bowiem w nim omylnych, tylko same chodzące prawdy, czy racje. Napiszesz dobrze - będą się do ciebie z daleka uśmiechać. Napiszesz źle - wyzwą cię od najgorszych. Cóż taki los dziennikarzy, felietonistów. Idzie się przyzwyczaić. Ale po Zielonej Górze nikt nie powinien udawać, że było dobrze. Kolejne etapy eliminacji do litewskich finałów mistrzostw świata 2020 przeszły nam koło nosa. I to w nieciekawym stylu. 

Niemoc i niespełniające się na parkiecie koncepcje. Aż dziwne, że dotknęło to nawet kilku, sprawdzonych wcześniej, wiodących naszych futsalistów. Szkoda mi było, iż stało się tak w przecudnej hali w Zielonej Górze. Stało się przy sporej widowni emocjonalnie podchodzącej do gry oraz wyniku reprezentacji.

Celowo używam słowa "kilku" w odniesieniu do reprezentantów, gdyż nie biorę pod uwagę wielu z tej pozostałej części, będącej li tylko tak zwanymi w felietonowym slangu „powołaniowymi sztukami”. Dostać przysłowiowe lanie zawsze można. Ale i to można osiągać w jakimś stylu. Tymczasem na dziewięć straconych goli siedem tracimy po stałych fragmentach gry. To już nie jest kuriozum lecz żenada. I odważę się napisać – z tych, których widzieliśmy na parkiecie jako całość, nie mógł selekcjoner zbudować mocnego teamu. Ale to już nie jest problemem felietonisty.

Niemniej wolno mi wyrazić swoje zdanie i poteoretyzować. Otóż ścieżką prowadzącą do sukcesu w moim mniemaniu nie jest zamykanie się w określonym kręgu graczy. Drogą do jakości ma być silna konkurencja o miejsce. Chodzi o to, by rywalizacja była realna, żeby odbywała się naprawdę, a nie tylko w teoretycznie, jedynie w deklaracjach. I nie należy z góry zakładać, że ktoś mi nie pasuje do składu. Nawet przy określonych koncepcjach powinny być próby. Niech ci "najedzeni", pewni, czy ulubieńcy też poczują, iż ich pozycje mogą być zagrożone. A już najgorsza może być w tej kadrowej układance okoliczność, kiedy otrzymuje się miejsce nieco na kredyt. Z tak zwanego przyzwyczajenia.

W poprzednim felietonie apelowałem do reprezentacji – nie musicie być zwycięzcami, bądźcie jedynie wygranymi. Niestety, nie dostosowali się do moich słów. Ale mam satysfakcję, że przynajmniej moje intencje właściwie odczytali niedoceniani wcześniej Finowie. Finowie – żadni futsalowi wirtuozi. Ich futsal, jak wszystko na północy, jest prosty, solidny, charakterny. Oni nie mają, tak jak my, potężnie rozbudowanych rozgrywek. U nich nie ma kilku ośrodków decydenckich odnośnie reprezentacji. Nie ma obrażania się, kunktatorstwa. Jest porządek i całość oparta na zasadzie – wódz oraz wojownicy. Z tym, że wódz posiada charyzmę, wiedzę, autorytet europejski, jest kontaktowy oraz koncyliacyjny. Podejrzewam, że niektóre z tych cech są obce naszemu wodzowi. I w tym właśnie widzę zasadniczą różnicę. Ale są to rzeczy do naprawienia nawet bez gruntownych zmian w personaliach. Tylko trzeba chcieć.

Jakoś tak dziwnie obdarzyłem się wiedzą – nie wiem czy prawdziwą – że futsalowa komisja ma nieduży wpływ na nasze reprezentacje. Coś mi się wydaje, iż związkowe działy reprezentacji przejęły nad nią nieodwołalnie pieczę. A głównym nadzorcą stał się tym samym wiceprezes Bednarek. Jeżeli się mylę, proszę o sprostowanie. Niemniej zaapeluję do prezesa Jana – więcej nadzoru oraz kontroli. W razie czego dopytać fachowców z grona futsalu. Są różni – i związkowi, i niezależni. A warto to zrobić, ponieważ kolejnego takiego reprezentacyjnego wstydu może polski futsal nie przetrzymać.

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Nie każdy z zasady może być zwycięzca, ale wygranym już tak. Tak sobie pomyślałem tuż po finałowym meczu mistrzostw świata szóstek piłkarskich. Na pięknej wyspie Krecie Polacy przegrali z Rosją i podobnie jak rok temu wracają do ojczyzny jako wicemistrzowie globu. Dla mnie drugi raz z rzędu są wygranymi. Gratuluję trenerowi Klaudiuszowi Hirschowi, jego zawodnikom, a szczególnie tym, którzy na co dzień parają się futsalem w różnych zespołach oraz ligach. Droga „szóstkowa” reprezentacjo, utrzymać pozycje kolejny raz jest o wiele trudniej niż zdobyć ją po raz pierwszy. Niech wasza stabilność powtórzy się na kolejnym mistrzowskim turnieju, chociaż życzę mistrzostwa. Dla mnie najważniejsze pozostaje, że nie jesteście jednoroczną efemerydą – jakich wiele w polskim sporcie.  Myślę, że z zazdrością mogą patrzeć na wasze wyczyny futsalowe reprezentacje. A i te piłkarskie jedenastoosobowe, trawiaste także. I pomyśleć, że nie stoi za waszymi sukcesami potężna machina związku piłkarskiego – PZPN.

Rekord Bielsko Biała zmonopolizował w ostatnich sezonach ligowe rozgrywki futsalowe w Polsce zarówno w gronie seniorów jak i pośród młodzieży. Też osiągnął dobry wynik w poprzedniej edycji futsalowej Ligi Mistrzów. Można było przypuszczać, że na stałe zadomowił się w Elite Round - jak to stało się udziałem podopiecznych pana Hirscha na podium mistrzostw świata. Tymczasem niedawny turniej eliminacyjny w Pradze pokazał spore niedostatki w grze naszego krajowego dominatora i droga do elity została zamknięta. Pozostaje tylko zapytać, czy ubiegłoroczny wynik był przypadkowy, czy obecny brak awansu na poprzedni poziom rywalizacji jest tylko przypadkiem. Oby to drugie. Ale patrząc całościowo w kontekście ligi stwierdzę, że dominacja w ekstraklasie polskiego futsalu wcale nie daje gwarancji na europejski sportowy wynik. Na tle internacjonałów z praskiej Sparty nasi wyglądali na nieco zagubionych.

Tak się złożyło, że przez pewien czas miałem możliwość z bliska spoglądać na działania Futsal Ekstraklasy. Niedługo minie 10 lat istnienia Spółki prowadzącej z nadania PZPN i za jego zgodą ekstraklasowe rozgrywki. Powolutku, powoli zmienia ona oblicze ligowe naszego futsalu. Ale ciągle pnie się pod górkę. Patrząc z bliska zauważyłem pewien niepokojący sygnał. W mojej ocenie zbyt wiele oczekuje się od władz SFE. Szczególnie ze strony klubów. Patrząc obiektywnie owe władze nie za wiele mogą, gdyż nasz futsal nie jest aż takim podmiotem wiodącym w dyscyplinie piłka nożna, aby drzwiami, czy oknami garnęli się do niego sponsorzy.  Nie sądzę więc, aby Spółka mogła w obecnej chwili rozwiązać finansowe oczekiwania klubów. A one niewątpliwie istnieją. Takie – napiszę obrazowo - rozwarcie owych nożyc priorytetów daje powody niepokoju. Lepiej więc przy takich sytuacjach ostrożnie  podchodzić do dyskusji o funduszach. Inaczej wszystko rozjedzie się nim jeszcze powstanie z tak zwanych kolan.

Popatrzcie tylko – drodzy prezesi wszelkich opcji oraz szczebli – na ekstraklasę trawiastą. Zarządzająca nią Spółka obudowała znakomicie projekt ESA. Znalazły się fundusze, są spółki skarbu państwa, prywatni inwestorzy, telewizje. Jest kolorowo, rozrywkowo, wesoło. Tylko co z tego – jak od lat nie ma klubowego wyniku sportowego na miarę europejskich oczekiwań. Oczywiście bez pieniędzy trudno o realizację wielkich projektów. Zresztą małych, futsalowych też. Ale nie zawsze one decydują o poziomie. Gdyby tak było, to Arabia Saudyjska lub Stany Zjednoczone byłyby naprzemiennie mistrzami świata. Na szczęście tak nie jest, bo jeszcze jest czynnik ludzki. Równie ważny jak kasa. A jeszcze do tego dochodzi wizja, którą – co stwierdzam z przykrością dla polskiego futsalu – ma niewielu. Prawda, panie Szymonie?

To co napisałem do tej pory było tylko przystawką do głównego dania jakim są niewątpliwie zielonogórskie eliminacje mistrzostw świata. I w tym akapicie powrócę do początkowych zdań felietonu. Po raz trzeci wspomnę o oczekiwanej stabilności. Pozytywnie obeszła się ona z reprezentacją szóstek. Nie sprzyjała Rekordowi. Teraz czas na sprawdzian dla seniorskiej, futsalowej reprezentacji. Podopieczni Błażeja Korczyńskiego mają czego bronić, gdyż przed dwoma laty awansowali do finałów mistrzostw Europy. Teraz droga do światowych finałów jest z różnych powodów (mniej zespołów z Europy w finale) o wiele trudniejsza, ale poniekąd szlachectwo zobowiązuję. Dlatego oczekuję awansu z zielonogórskich zmagań do kolejnej fazy  eliminacji. Patrząc na priorytety finansowo – organizacyjno - szkoleniowe, jakie zafundował PZPN naszej reprezentacji mam prawo – podobnie jak wielu innych sympatyków futsalu – wyrażać je głośno. Co czynię pisząc – NIE MUSICIE BYĆ ZWYCIĘZCAMI, ALE BĄDŹCIE WYGRANYMI.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Kiedy w poprzednim felietonie chwaliłem UEFA za wprowadzenie do kalendarza europejskich imprez futsalowych czempionatu U-19 nie spodziewałem się, że tuż za przysłowiowym rogiem czai się kolejna znakomita decyzja gremium kierowanego przez Słoweńca Ceferina. Otóż, panowie z nad jeziora Genewskiego w szwajcarskim Nyonie postanowili, iż eliminacje mistrzostw Europy w futsalu seniorskim odbywać się będą na zasadach podobnych do piłki trawiastej. Czyli będą grupy i zawody w opcji mecz i rewanż, a nie głównie i tylko – jak dotychczas - turniejowo. Tylko przyklasnąć takim decyzjom, co czynię z zadowoleniem wielkim.

Pamiętam bowiem, jak od lat wielu futsal europejski początkowo nieśmiało, a z czasem coraz głośniej, domagał się takiej zmiany. Sam nawet miałem dwukrotnie wspólnie z panem Romanem Sowiński okazję uczestniczyć w Nyonie w rozmowach w tej materii na tak zwanym szczeblu. Mówi się - kropla drążąc skałę ją wydrąży. I w futsalu wydrążyła. Liczę, że jako krajowi sympatycy futsalu podobnymi „kropelkami”, połączonymi ze stanowczą cierpliwością, wydrążymy dla naszego futsalu jeszcze większe poszanowanie w ścisłym kierownictwie związkowym, niż ma się to obecnie. Aby nie było niedomówień, moja uwaga nie dotyczy kierownictwa futsalowej Komisji.

Tyle byłoby o wielkim futsalowym świecie. Albo inaczej światku. Teraz przejdę na krajowe podwórko i na początek wcale nie myślę chwalić. Ruszyły rozgrywki I ligi futsalowej. W jednej z grup ciągle przekładane są mecze zdegradowanej z ekstraklasy Pogoni 04 Szczecin. Rozumiem, jedna kolejka, może dwie. Ale nierozegranie już trzech meczów, to niemal kabaret. Ciekaw jestem, czy innym klubom też by pozwolono na coś takiego. Futsalowe środowisko raczej mówi, iż nie i wskazuje na wsparcie jakim niewątpliwie jest osoba wiceprezesa związkowego, szefującego też w tym regionie piłkarskim.

Pojmuję, że trwają próby ratowania zasłużonego klubu. Rozumiem to, ale rozgrywki ligowe też mają swoje prawa. Był czas wakacyjny ku temu. A tak na marginesie – klub otrzymał licencję i naraz rozpadł się. Dziwne. Czas podjąć decyzję. Albo Pogoń 04 gra, albo nie jest w stanie organizacyjnie spełnić warunków i mówimy jej adieu, życząc jednocześnie odrodzenia w kolejnych sezonach. Ciuciubabka to nie jest moja zabawa i dlatego preferuję proste rozwiązania. Proste i jasne, równe dla wszystkich. A tak na marginesie – położyć na łopatki tak dobry niegdyś klub, też jest sztuką nie lada. Panie Macieju Karczyński – i po co pan przenosił się do Warszawy. Będąc w Szczecinie nadal tworzyłby pan znakomity projekt futsalowej Pogoni. I nie byłoby dyskusji o jakimkolwiek wycofaniu, lecz o kolejnych trofeach.

Podobają mi się ekstraklasowe rozgrywki rozpoczętego sezonu 2019/2020 od strony nieprzewidywalności wyników poszczególnych meczów. Już na początku sezonu przegrywa Rekord, nie wygrywa z beniaminkiem Toruń, Clearex też jest nieprzewidywalny wynikowo. Czyżby medaliści byli jakby w odwrocie? Najbardziej mnie cieszy, że beniaminkowie – a jest ich aż czterech – nie dają sobie w kaszę dmuchać i każde ich spotkanie może zakończyć się trudnym do przewidzenia rozstrzygnięciem. Tak trzymać. Nadali oni futsalowej ekstraklasie niewątpliwego wigoru i kolorytu.

Moim zdaniem ekstraklasa przez lata trochę skostniała. W większości ciągle te same twarze. Zespoły – jedynie przy drobnych retuszach. Te same problemy, zawodnicy, działacze. Spotykając się z ważnymi ludźmi klubów ekstraklasy, w ciemno mogłem przewidzieć, kto z kim trzyma sztamę, a kto jest „be”. Jaka jest grupa „trzymająca władzę” i kto pociąga za przysłowiowe sznurki, a kto jest w wiecznej opozycji. Teraz – mam nadzieję – nowa krew klubowa trochę naruszy owe hierarchie. Jak na razie niepokorna jest na parkietach. Ale z czasem może i przy stole konferencyjnym mocno się postawi. Tego potrzeba polskiemu futsalowi. Potrzeba zmiany. Nie tyle może pokoleniowej, co w myślenia o priorytetach, strategiach. I odrzucenia filozofii patrzenia nie dalej niż własny klubowy nos (czytaj: interes).

Wiem, że podsumowującym dzisiejszy felieton akapitem narażę się przynajmniej połowie futsalowej Polski. Ale cóż tam. Tak się składa, że będzie w nim sporo o selekcjonerze Błażeju Korczyńskim. Nie wiem, jaki wynik osiągną jego podopieczni w eliminacyjnym turnieju Mistrzostw Świata w Zielonej Górze. Oby jak najlepszy. Niemniej – obojętnie na wynik – będę pozytywnie odnosił się do jego działania w roli selekcjonera. Jakoś taką szczególną sympatią darzę ludzi, którzy mając sporą wiedzę, nie pozwalają sobie narzucać zdania innych, nie są skłonni ulegać wpływom, ani nie są koniunkturalistami. A taki przynajmniej w futsalu jest dla mnie trener Błażej.

Dlatego z zadowoleniem przyjąłem informację, iż jest on koordynatorem działań wszelkich naszych kadr futsalowych – w tym też i kobiecej oraz akademickiej. Przynajmniej jednego można być pewnym – kierunek szkolenia i wizje gry będą kompatybilne dla wszystkich objętych opieką reprezentacji. Pierwszy raz w historii rozwijającego się polskiego futsalu został zrobiony taki krok, co też dobrze świadczy o spojrzeniu futsalowej Komisji związkowej na całość szkolenia. Pozostaje tylko trzymać kciuki, aby udało się, bowiem – podejrzewam – zawistników nie braknie. Zresztą nie jest powiedziane, że pan Korczyński ma być wieczny. Każdy, mający ciekawy pomysł na futsal, może trenera Błażeja z czasem zastąpić. Wystarczy tylko mieć pomysł. Dobry pomysł.

Andrzej Hendrzak

P.S.

Będąc w Krośnie na turnieju Wyszehradzkim posiadłem wiedzę, że trener Klaudiusz Hirsch objął funkcję koordynującą w futsalu słowackim sprawy młodzieżowe i kobiece. Aż zacieram ręce, będąc ciekaw, który z tych dwóch znakomitych futsalowych myślicieli okaże się lepszy.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Wreszcie na dobre rozpoczął się kolejny futsalowy sezon w Rzeczypospolitej. Piszę wreszcie, gdyż – przynajmniej dla mnie - ów sezon rozpoczyna się wraz z rozegraniem Turnieju Państw Wyszehradzkich. Tym bardziej, że wystartowała także I liga futsalu. Co prawda, ekstraklasa rozegrała już dwie kolejki przed owym turniejem, ale dopiero kolejne gry pozwolą uznać za prawdziwy start tych rozgrywek o prymat w kraju. Nie jednostkowy wypad ligowy. Nie lubię bowiem takich startów – gramy raz, przerwa, i dopiero po niej dalej rywalizujemy. Rzekomo początkiem września grano o futsalowy Superpuchar. Pewnie tak było. Niemniej wydaje mi się, iż ta impreza nie ma zbyt wielu wielbicieli. A i sensownego pomysłu organizatorom jakoś na nią brakuje. Więc i linijek jej nie poświęcam.

Seniorskie granie będziemy mieli już teraz regularnie. Na dodatek seniorskie eliminacje mistrzostw świata, grane w Polsce. Gdzieś tam w międzyczasie zaprezentuje się nam Rekord Bielsko-Biała w futsalowej Lidze Mistrzów. Będzie wiec sporo czasu do pisania o dorosłej odmianie futsalu. Dlatego nowy sezon felietonowy pragnę rozpocząć od młodzieżowego jego wydania. Bawiąc okazyjnie w Krośnie na Turnieju Wyszehradzkim usłyszałem wiele pochlebnych zdań o naszej młodzieży U-19 i jej trzecim miejscu w pierwszych Mistrzostwach Europy w tej kategorii wiekowej. Gratulowali w rozmowie ze mną Czesi, Gruzini, Słowacy, Ukraińcy. Wcześniej pisali do mnie zachwyceni naszą postawą Belgowie oraz Serbowie. A nawet odezwał się kolega z rosyjskiego futsalu. Oczywiście i ja w dzisiejszym felietonie pogratuluję Łukaszowi Żebrowskiemu i jego podopiecznym. Porównam ich wyczyn do pierwszego (a zarazem jak dotąd jedynego) startu naszego teamu w finałach mistrzostw świata w Hongkongu przed ćwierćwieczem. Jesteście wielcy i tylko nie zagubcie się w swoim futsalowym rozwoju.

Kiedy dekadę temu kierowana przeze mnie futsalowa komisja związkowa podejmowała decyzję o rozszerzeniu gamy roczników młodzieżowych mistrzostw Polski (obowiązuje do dzisiaj) nie przypuszczałem, że kiedyś doczekam się medalowego miejsca naszej młodzieży na europejskim czempionacie. Tym bardzie, że ówczesne kierownictwo UEFA z panem Platinim na czele utrącało właśnie pomysł organizacji mistrzostw Europy U-21. Patrząc po latach powiem - chyba dobrze stało się, że zmieniła się ekipa zarządzająca europejską federacją, gdyż obecny jej szef, Słoweniec Ceferin, jest mocno przychylny futsalowi. O czym świadczą mistrzostwa U-19, czy powiększenie liczby uczestników seniorskich finałów europejskich do 16 drużyn.

Wracając na polskie podwórko, podkreślę, że system, który wtedy ustanowiliśmy, spełnił swoje zadanie. Jednak patrząc, w jakim roczniku jest rozgrywany europejski turniej finałowy dla futsalowej młodzieży, wydaje się, iż nadszedł czas na jego reorganizację. Osobiście sugeruję likwidację mistrzostw U-20, a w pozostałych kategoriach przejście na roczniki nieparzyste. I jak już jestem przy osobistych wyznaniach, to podziękuję jeszcze panu Morkisowi, wiceprzewodniczącemu Komisji Futsalu w PZPN, za szczególne zaangażowanie w polski futsal młodzieżowy. A także zaapeluję do UEFA, aby za dwa lata były już przyznawane medale brązowe i oficjalnie honorowano oraz grano o trzecie miejsce, gdyż mimo ładnej imprezy w Rydze czuję w tym temacie niedosyt.

Niedawno miałem przyjemność wziąć udział w corocznym spotkaniu kierownictwa Komisji Futsalu PZPN z przewodniczącymi komisji futsalowych z wojewódzkich ZPN. Dobrze, że przynajmniej raz w roku odbywają się takie sensowne spotkania z nieskrępowaną wymianą zdań. Taki obustronny przekaz z dołu do góry i odwrotnie jest przydatny, wyznacza kierunki działań i gwarantuje, że tak zwany teren nie jest pomijany w decyzjach jego dotyczących. Szkoda tylko, że nie wszystkie związki terenowe przysyłają na takie spotkania przedstawicieli. Widać, nie wszyscy prezesi wojewódzkich ZPN jeszcze do futsalu na ich terenie przyzwyczaili się. Mam nadzieje, że z czasem dojrzeją.

I nie piszę tego z sarkazmem tylko z wielką troską, bowiem zdaję sobie sprawę, iż bez wsparcia tych wojewódzkich „baronów piłkarskich” futsal ma małe szanse zaistnieć na ich terenie. Wracając natomiast do najważniejszego meritum spotkania, napiszę, że postanowiono spróbować rozwinięcia od sezonu 2020/2021 obecnych wojewódzkich z zasady rozgrywek II ligi futsalu w rozgrywki makroregionalne. Zaistniałyby tym samym cztery centralne grupy II ligi futsalu. Cieszy, że przewodniczący Kaźmierczak nie boi się ryzyka. Sensownego zresztą ryzyka. Postępująca profesjonalizacja musi dotykać polski futsal na wielu szczeblach w kolejnych sezonach. Zresztą nasze systemy rozgrywkowe młodzieżowe oraz seniorskie już dzisiaj budzą podziw w gronie sąsiadów. Jak to się mówi – kto nie ryzykuje, nie pije szampana. Miejmy nadzieję, że będziemy go dzięki futsalowi pić częściej – czego doświadczyliśmy niedawno w Rydze. I tego życzę w pierwszym felietonie nowego futsalowego sezonu 2019/2020.

Andrzej Hendrzak

P.S. Czwarte, czyli ostatnie miejsce, zajęła nasza seniorska reprezentacja w krośnieńskim Turnieju Wyszehradzkim. Nie zakładam, jak uznaje wielu, że celowo nie pokazywaliśmy naszych umiejętności, by nie zdradzić się wobec przeciwników przed zielonogórskimi, październikowymi eliminacjami Mistrzostw Świata. Najzwyczajniej, patrząc statystycznie, szczęście odleciało od nas. Należy mieć nadzieję, że tylko na chwilę. Aleksy Tołstoj – rosyjski pisarz mawiał w takich sytuacjach „Od bicia żelazo twardnieje, człowiek mężnieje”.

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Poker oraz kierki, to były ulubione gry karciane okresu moich studiów. W akademiku obok mieszających karty nie brakowało także szachistów. Co dziwne, gry zespołowe zmuszające do biegania, skakania, kopania, główkowania, rzucania, nie były preferowane. Już raczej z dyscyplin niegabinetowych na topie była lekkoatletyka. O ile w pokera grywali koledzy bardziej rozrywkowi, to do szachownicy oraz kierek zasiadali ci spokojniejsi. Ale to pokerzyści dysponowali zawsze solidniejszą kasą. W wielu przypadkach zdobywaną w zwycięskich grach ze studentami z Afryki.

Piszę o tym, by wskazać, że bez ryzyka nie podejmie się najwyższej puli. Bez ryzyka, ale też i chłodnej głowy. Być może także potrzebne jest do tego strategiczne myślenie szachisty połączone z cierpliwością oraz spokojem rozgrywki. Połączenie tych cech wydaje mi się bardzo przydatne dla umysłu, charakteru, osobowości szkoleniowca sportowego. Szczególnie tego pracującego z reprezentacją narodową.

Należę do ludzi wykazujących się sporą wyrozumiałością wobec selekcjonerów piłkarskich reprezentacji. Oczywiście też futsalowych. Rozumiem, iż specyfika pracy z drużyną narodową wymusza nieczęste kontakty, krótkie zgrupowania. Raczej wiele odbywa się na zasadzie obserwacji, rozmów. Pojmuję, że ogromny wpływ na formę reprezentantów ma trenerska praca w ich macierzystych klubach. I to jest niezależne od reprezentacyjnego selekcjonera.

Ale nadchodzi czas sprawdzenia. Jak w pokerze, czy brydżu po licytacji. I taka będzie, a przynajmniej powinna być – według mojej oceny – dla polskiego futsalu nadchodząca jesień. Powinna być sprawdzianem nie tylko dla reprezentacji seniorskiej, czy młodzieżowej, ale dla całego systemu szkoleniowego oraz młodzieżowego polskiego futsalu. Z rozliczenia podsumowującego nie wykluczam oczywiście i systemu naszych futsalowych rozgrywek ligowych.

Selekcjoner Błażej Korczyński otrzymał od władz PZPN oraz Komisji Futsalu spore swobody szkoleniowe, organizacyjne, personalne. Otrzymał zaufanie, jakim nie darzono w historii polskiego futsalu żadnego selekcjonera reprezentacyjnego teamu seniorskiego. Reprezentacja jest całkowicie jego autorskim programem. Dla niego jak najlepszy wynik w eliminacjach turnieju światowego to też osobiste wyzwanie. Nie da się bowiem ukryć, iż poprzedni awans do finałów mistrzostw Europy był jeszcze dziełem trenera Andrzeja Biangi. Dobrze byłoby więc, aby ten ambitny szkoleniowiec pokazał, że jako główny coach także potrafi dobić się do awansu. Nie wiem, czy jest to główny cel, wskazany przez piłkarski związek, ale nie wyobrażam sobie, aby mogło być inaczej. Nie po to inwestuje się przez lata, by wydłużać czasowo osiągnięcia celów. Polski futsal nie zwykł głaskać przegranych. I nie widzę powodów, by to zrobić teraz.

W nieco innej sytuacji jest trener reprezentacyjnej młodzieżówki – Łukasz Żebrowski. Ten team awansując już zrobił wiele. Co nie znaczy, że ma wszystko na Łotwie przegrać. Gdyby tak zdarzyło się, zapewne trudno byłoby o przebaczenie. O ile dobrze rozumuję, to obstalowany system rywalizacji młodzieżowej w naszym kraju powinien z urzędu wykluczyć możliwość bezpunktowego powrotu, Przecież według związku system jest wydajny i szkoleniowo zabezpieczony. Co prawda, sporo młodzieżowych ekspertów futsalowych ma zdanie odmienne o systemie lub apeluje o jego ciągłe usprawnianie, lecz racje związkowe i oponentów wyważy dopiero finałowy łotewski turniej. Jak z tego widać – jest o co grać. Osobiście nie wyobrażam sobie, aby przynajmniej jedna z wymienionych naszych reprezentacji nie spełniła pokładanych w nich przez środowisko nadziei i nie wróciła z tarczą. Gdy obydwie polegną, może być kłopot.    

„Polska piłka klubowa leży i kwiczy” – tak ocenia ją jeden z byłych prezesów klubu ekstraklasy trawiastej. Od siebie dodam – rzeczywiście leży, oceniając po występach pucharowych, europejskich. Czy kwiczy – napiszę po dwumeczu Legii z Rangersami. Jak warszawianie przejdą dalej, to odrzucę owo kwiczenie.

Mimo, iż futsal jest tylko małą, maluteńką cząsteczką polskiej piłki, to jednak tego rodzaju opinie nie mogą i dla niego pozostać bez echa. Tym bardziej, że tak zwany wielki biznes nie garnie się do ekstraklasy trawiastej. A jest to zdanie Krzysztofa Sachsa – jeszcze do niedawna przewodniczącego komisji licencyjnej PZPN. Kto jak kto, ale szef od licencji wie co mówi. I dlatego przed nowym sezonem wyrażam swoją troskę o ekstraklasowe oraz pierwszoligowe kluby futsalowe.

Nie jest tajemnicą poliszynela, iż klubom się nie przelewa. Nie jest też tajemnicą, że sponsorzy nie garną się drzwiami oraz oknami. Powodów tego stanu rzeczy jest wiele. Zapewne jednym z nich jest „chwiejny (ciągle zmienny) system rozgrywek”. Innym – równie ważnym – ciągle amatorskie podejście do rzekomo profesjonalnych (!) rozgrywek. Gdybym miał oceniać poszczególne sfery futsalowe na zasadzie profesjonalizmu, to pewnie oprócz organizacji sędziowskiej (nie chodzi mi o samo gwizdanie) musiałbym sporo drapać się po głowie, aby coś jeszcze przynajmniej quasi profesjonalnego dodać. Pozostają więc klubom futsalowym samorządy do finansowego wsparcia. Ale, czy one akurat muszą wybrać futsal? Czy dla nich promocja poprzez futsal jest tą docelową? Czy dla futsalu jest to tylko nieustające łudzenie się? Już dawno wyzbyłem się mrzonek o potędze polskiego futsalu klubowego. Osobiście zadowolony będę, jak tyle samo klubów, co rozpoczęło sezon, dokończy go wiosną roku 2020.     

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Ciekawa sprawa. Od pierwszego oglądania na żywo we Francji kolarskiego Tour de France minęło już ćwierć wieku a nadal każdy wyjazd na ten wyścig zdaje mi się być wielką wyprawą. Nie inaczej było i tegorocznego lipca, gdy na kilka dni zawitałem do Pau. Kolarstwo jest pięknym sportem. A co najważniejsze pozwala kibicowi jak żadna inna dyscyplina poznawać uroki kraju, w którym dane wyścigi odbywają się. Pozwala, gdyż tour codziennie melduje się w innej miejscowości. Przejeżdża przez inne tereny.

Podziwiam za każdym pobytem na francuskiej imprezie tłumy kibiców, którzy potrafią kilka dni wcześniej wyjechać na trasę etapu i czekać na kolarzy, by im kibicować, ale też zabawiać się, czekając. Patrząc na kolorowe stroje kolarzy, pełne reklam sponsorskich, mając na uwadze długość transmisji telewizyjnych (Eurosport na żywo przekazuje relacje z całych etapów) wcale nie dziwię się, że donatorzy sportowi w pokaźnej swej warstwie decydują się na kolarstwo.

Tyle byłoby tytułem zagajenia o innych sportach i pokazania, że futsal wcale nie musi być dla człowieka jedynym sportem godnym zainteresowania. Nie od dzisiaj uważam bowiem, że prawdziwy kibic, działacz, zawodnik, dziennikarz, nie może pozostawać przy jednej dyscyplinie sportowej. Dlatego apeluję do szerokiego spektrum futsalowego – nie pozwalajcie zamykać się w hali. Wychodźcie poza nią. Wychodźcie po pomysły. Wychodźcie po przykłady. Wychodźcie po ludzi. Wychodźcie do ludzi.

Piszę o tym wychodzeniu w kontekście informacji jakie docierają o zamykaniu się futsalowych środowisk we własnym gronie. O głoszonych tezach typu „coś wiem, ale nie powiem”. Względnie „powiedzieć nie mogę, bo obiecałem tajemnicę”. Mógłbym takich słów wymienić jeszcze multum, ale po co? Wystarczy, że napiszę, iż każda sytuacja mniej lub bardziej optująca za tajemniczością jest samobójem dla futsalu. I pozostawię to bez komentarza. Do przemyślenia.

Wracając ad rem, czyli do futsalowego meritum napiszę, że jedyną ważną informacją, jaka ukazała się o polskim futsalu w lipcu – futsalowym sezonie ogórkowym – jest wiadomość o transferze Michała Kałuży do ekstraklasy hiszpańskiej – najlepszej futsalowej ligi Europy. Brawo za pomysł, brawo za decyzję. Jest to pisanie historii naszego futsalu na najwyższym poziomie. Oceniam to jako drugi godny transfer polskiego futsalisty. Pierwszym było niegdyś przejście Pawła Budniaka do czołowego klubu ukraińskiego futsalu.

Czekam na kolejne ruchy, gdyż to takie właśnie transfery pokażą, że nasz futsal jest postrzegany w Europie. Postrzegany pozytywnie. Moim zdaniem kolejnym zawodnikiem powinien być Mikołaj Zastawnik. Chciałbym, aby odważył się. Nie wątpię, że ważnym dla Hiszpanów (oprócz oczywistych innych powodów) przy wyborze Kałuży była jego znakomita postawa w meczu eliminacyjnym mistrzostw Europy w Elblągu przeciwko Hiszpanom właśnie. Kiedyś pisałem, iż uznam nasz futsal za europejski w każdym calu, gdy co najmniej trzech zawodników zawita do topowych klubów futsalowych Europy oraz, gdy w naszych klubach przynajmniej trzech solidnych futsalistów spoza Polski zagra w ekstralidze w jednym sezonie. Coś mi się widzi, iż prędzej spełni się to pierwsze, bo klubów raczej na takie ekstrawagancje nie stać. Jeszcze, mimo istnienia spółki Futsal Ekstraklasa, wiele z nich „ciężko dyszy”.

Polska noblistka Wisława Szymborska mawiała – „Czytanie książek, to najlepsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła”. W pełni się z tym zgadzam i po raz kolejny przystąpiłem w lipcu do przeczytania znakomitej powieści katolickiego pisarza Jana Dobraczyńskiego „Najeźdźcy”. Za każdym kolejnym razem odkrywam nowe pokłady zawartych w niej myśli. Zauważam nowe treści, które wiele lat temu uważałem za błahe.

Podobnie mam z futsalem. Początki zainteresowania nim były przeważnie emocjonalne. Obecnie są raczej rozważne, analityczne. Patrząc na ludzi, których dzięki futsalowi poznałem, mogę dokonać hierarchizacji ich zachowań wobec tej dyscypliny. Jak wszędzie, są w tym gronie karierowicze, są ludzie przypadkowi, są osoby mające futsal w sercu, są rzemieślnicy dyscypliny, są jednostki traktujące futsal niemal jak religię. Gdybym miał dzisiaj wymienić tych, którzy mocno zapadli w świadomość interesujących się tą dyscypliną, niewątpliwie wskazałbym na pana Zdzisława Wolnego oraz pana Romana Sowińskiego. Twierdził będę, że spowodowali oni, iż polski futsal w pewnym okresie nie pozostał tylko halową zabawką, lecz zmierzał różnymi drogami (czasem i krętymi) ku zacnej dyscyplinie sportowej. Oby kolejni działacze nie mieli takich trudności jakich doświadczali futsalowi pionierzy. Niemniej, niech zawsze pamiętają, że najpierw jest futsal, a później osobista korzyść. Jakże często współcześnie bywa odwrotnie.

Związek piłkarski szybko w tym roku obrobił się z licencjami. Bodajże tylko Kartuzy licencji nie otrzymały. Kilka klubów zarobiło jakieś kary porządkowe, kilka nadzory licencyjne. Proces licencyjny z roku na rok jest coraz sprawniejszy. Właśnie mija 10 lat, jak został zapoczątkowany. Jednak nadal sprawia trudności klubom, które – bywa – nie podchodzą do niego z należytą powagą.

A jest on równie ważny jak transfery, czy poszukiwanie sponsorów. Rozmawiając kiedyś z Czesławem Langiem, dyrektorem Tour de Pologne, usłyszałem z jego ust zdanie o bezpieczeństwie imprezy. Mówił, iż jest to rzecz, na którą organizator powinien zwracać najbaczniejszą uwagę. W pełni zgadzam się z panem Czesławem. I przekazuję jego wypowiedź do pamięci klubowych prezesów, którzy często jeszcze podchodzą do meczów jak do radosnych festynów, na co ich zwierzchnie władze ze związku, czy spółki nie zawsze zwracają uwagę. A sprawy organizacyjne – drodzy panowie prezesi też są analizowane przy angażowaniu się sponsorów, czy telewizji.

P.S. Reprezentacja piłki plażowej nie zakwalifikowała się do finałów mistrzostw świata. Szkoda, bo pewnym prezesom wypadły ciekawe wyjazdy!

Czytaj dalej...

Z notatnika dziejopisa

Polskie reprezentacje futsalowe miały gorący czerwiec. Czerwiec, który tego roku wszystkich nas gonił upałami i bił historyczne rekordy ciepła. Najważniejsza kadra, czyli „A” tylko zaliczała krajowe zgrupowanie, podczas którego selekcjoner wpajał swoje nietuzinkowe myśli taktyczne. Natomiast kobiety oraz kadra młodzieżowa startowały na Bałkanach w turniejach. Futsalowe panie zajęły drugie miejsce w Varazdinie i powinny być zadowolone. Tak jak cały polski futsal kobiecy z faktu, że związek kadrę taką dotuje i pozwala jej pojeździć po świecie.

Dla przypomnienia napiszę, że nie zawsze było tak „pańsko” i za kadencji prezesa Zbigniewa był nawet okres zawieszenia działalności futsalowej reprezentacji kobiecej. Miejmy nadzieję, iż był to pierwszy i ostatni taki przypadek. Ale chwalić związku za teraźniejszą postawę wobec futsalu kobiecego też nie należy w nadmiarze. Funkcjonuje on, ale w głębokim związkowym cieniu. Aż prosi się, by dano mu więcej światła. I to nie tylko tego gorącego, czerwcowego.

O ile od reprezentacji kobiecej nie wymagam zbyt wiele, gdyż byłoby to z mojej strony wyraźnym nadużyciem, znając stan organizacyjny oraz sportowy kobiecego futsalu w Polsce, to sporo większe wymagania mam wobec reprezentacji młodzieżowej U-19. Nie chciałbym, aby tylko udziałem zaznaczyła swoją obecność podczas ryskich finałów mistrzostw Europy. Niespecjalnie powalające wyniki z czerwcowego turnieju w Porecu kładę, jak na razie, na karb okresu przygotowawczego. Rozumuję, że trenerzy szczyt formy szykują na jesienne finały na Łotwie i teraz było to tylko zwykłe kontrolne przetarcie. W razie czego – jak nie usłyszę zaprzeczenia – trzymam za słowo, iż będzie lepiej. I też zaciskam kciuki, by udało się. Przynajmniej coś wygrać.

Polski futsal młodzieżowy rozwija się od lat w sensie liczbowym. I dobrze. Z drugiej jednak strony system jego nie jest dopracowany. Powiem, że niewiele zmienił się od początków sprzed dekady. Osobiście na dzisiaj zaneguję potrzebę rozgrywania mistrzostw do lat 20. Natomiast zaapeluję o większe zainteresowanie niższymi niż U-14 kategoriami wiekowymi.  Nie chciałbym patrzeć na nasz futsal młodzieżowy, na jakość szkolenia pod kątem jedynie osiągniętego wyniku. Chociaż rozumiem kluby i potrzebę wykazania się wygranymi. Niemniej, wolałbym oglądać futsal rozwojowo od drużyn, klubów – powiedzmy 11-latków aż do reprezentacji młodzieżowej. Oglądać z bardziej wprzęgniętymi w organizację wojewódzkimi związkami piłkarskimi.

Inaczej – obawiam się – trafimy w ślepy zaułek, z którego trudno będzie wyjść. Kolega Józef – recenzent felietonów, któremu przedstawiłem opisaną powyżej opinię rzekł krótko. A kto to ma realizować, jak w związku piłkarskim oprócz wiceprzewodniczącego Grzegorza większość ma mgliste pojęcie o tajnikach futsalu młodzieżowego oraz dziecięcego. Nie dyskutuję z jego zdaniem, gdyż jako Ślązak zna pewnie futsal młodzieżowy lepiej ode mnie. Przynajmniej w praktyce.

Rozmowa z Józefem, chociaż tylko telefoniczna, dała mi wiele do myślenia o szkoleniu piłkarskiej młodzieży w Polsce. Znam z opowieści sytuacje, gdy wiele lat temu na jeden z wyjazdów zagranicznych polskiej młodzieży nie załapał się Robert Lewandowski. Obecnie większość tych, co wówczas pojechali, poszła w zapomnienie, a Robert jest na szczycie piłkarskiego Olimpu. Co prawda, sporo od tego czasu zmieniło się w polskiej piłce młodzieżowej, ale jakość treningu nadal pozostawia wiele do życzenia. Dla mnie wygląda to tak – inni grają w piłkę, a nasi nadal ją tylko w większości kopią. Niestety, dotyczy to także futsalowej młodzieży. Rozumiem, że nie wszędzie da się sklonować panów Korczyńskich, Hirschów, Żebrowskich, Aftańskich, Szłapów, czy Drwali, ale szanujmy się i douczajmy.

Przy tej liczbie hal, które mamy w Polsce, przy tym pędzie rodziców oraz dzieci do piłki nożnej, nie powinno być trudności z zachęceniem do trenowania futsalu. Nie powinno, gdyby - i tutaj napiszę, być może coś nie pomyśli ważnych guru od szkolenia - związkowe piony szkoleniowe różnych szczebli, od góry po sam dół, były naprawdę przekonane, że futsal jest potrzebny piłkarzowi. Gdyby były przekonane w czynie, a nie tylko w pustosłowiu. Gdyby nakazał im działać w tym kierunku choćby najważniejszy związkowy prezes. A tak nadal mam, być może złudne, poczucie, że stać nas tylko na jednorazowe wyskoki wynikowe, a nie na coroczne satysfakcjonujące rezultaty.

Nie chciałbym, aby z mojego felietonu ktoś wyciągnął wniosek, iż jedynie futsal dziecięcy albo młodzieżowy uzdrowi, czy da siłę polskiemu futsalowi. Otóż nie. To tylko jeden z etapów. Równie ważnych jak organizacja, promocja, marketing, właściwi działacze, mądrzy szkoleniowcy, sprawiedliwi sędziowie.

Jako felietonista marzę natomiast, by zainteresowanie władz polskiej piłki tą dyscypliną stało się rzeczowym reality. Niech nawet będzie to reality show, jak za mojego następcy w centrali futsalowej. Ale reality. Na co dzień, nie tylko od święta. Jacques Tati, przedstawiciel francuskiej komedii gagowej mawiał – "Kto uważa się za zbyt wielkiego do małych spraw, jest zazwyczaj zbyt mały do wielkich". Warto te słowa przemyśleć. Szczególnie niech zrobią to ci, którzy mogą ożywić nasz futsal. 

Andrzej Hendrzak

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS